Esej

Ameryka zmienia oblicze

  • autor
  • Michał Paweł Markowski
Choć Donald Trump nadal rządzi Ameryką, stopniowo zmienia ona wiek, rasę, płeć i polityczną orientację.
Ewelina Karpowiak

Szóstego listopada odbyły się wybory do wielu organów ustawodawczych w Stanach Zjednoczonych: do Kongresu przede wszystkim, ale także do stanowych izb reprezentantów i senatów. Wybrano także nowych gubernatorów i nowych sędziów. Pytanie, jakie sobie zadawano przed wyborami, brzmiało tak: Czy demokraci po dwóch latach odbiorą Donaldowi Trumpowi większość w Kongresie i po raz pierwszy od 2016 roku prezydent będzie kontrolowany przez opozycję, czy teżstatus quosię utrzyma i Trump nadal będzie prowadził politykę na skraju konstytucyjnego kryzysu?

Midtermsz reguły przeistaczają się w referendum na temat zadowolenia (albo nie) z urzędującego pół kadencji prezydenta, które skutkuje jego zyskiem lub stratą miejsc w obydwu izbach Kongresu. Według Gallupa niepopularni prezydenci (czyli tacy jak Trump na dwa dni przed wyborami, notujący czterdzieści procent poparcia) tracą po nich średnio 37 miejsc w Izbie Reprezentantów i jest to historyczna regularność. Gdy jednak prezydent jest akceptowany przez większość Amerykanów, na półmetku jego partia zyskuje kolejne mandaty. W 2002 roku, czternaście miesięcy po zamachach 11 września, poparcie dla George’a Busha, który wypowiedział wojnę terroryzmowi, wynosiło sześćdziesiąt trzy procent w skali kraju i przeistoczyło się w zysk ośmiu miejsc. Był to rekord w powojennej historii Ameryki. A kto pobił rekord odwrotny, utraty największej liczby miejsc w Izbie Reprezentantów? Mało kto zgadłby, że Barack Obama. Choć zaczął rządzić z całkowitą większością w Izbie Reprezentantów (257 do 178) i Senacie (57 do 41), dwa lata po wyborze stracił w pierwszej z izb sześćdziesiąt trzy miejsca, a w drugiej – sześć! 

Od tego momentu zaczął się powolny upadek prezydentury Obamy, który w 2014 roku utracił już obydwie izby (188 wobec 247 w niższej, 44 wobec 54 w Senacie) i został pozbawiony przez republikanów jakiejkolwiek władzy wykonawczej. To właśnie w 2014 roku, czyli sześć lat po przejęciu władzy przez czarnoskórego prezydenta – który, choć wygrał drugą kadencję w głosowaniu powszechnym, to przegrał w bardziej złożonej batalii – nastąpiła kluczowa dla amerykańskiej polityki zmiana. Osamotniony Obama, bez poparcia w Kongresie, tracił stopniowo na znaczeniu, a wraz z nim – demokraci. Wybory 2016 roku, które wyniosły Trumpa na fotel prezydencki, potwierdziły jedynie to, co stało się za prezydentury jego poprzednika, który okazał się dla demokratów – choć żaden liberał tego nie przyzna – prawdziwym nieszczęściem. Owszem, Obama otrzymał w spadku Amerykę rwaną konfliktami, uwikłaną w dwie wojny, biedniejszą niż dotąd (ceny rosły, płace stały w miejscu), rasowo podzieloną (jeden czarnoskóry mężczyzna na trzech siedział w więzieniu albo był na warunkowym zwolnieniu), ale to w konsekwencji jego rządów demokraci musieli ogromnie się starać, żeby zacząć odzyskiwać poniesione straty.

Barack Obama okazał się dla demokratów – choć żaden liberał tego nie przyzna – prawdziwym nieszczęściem.

Nie było to łatwe zadanie. Pod ogniem krytyki populiści, jak Trump, zacieśniają i pomnażają szeregi, czego doświadczyłaHillary Clinton, gdy nazwała zwolenników swego oponenta „koszem śmieci”, i przegrała wybory, mimo większego poparcia Amerykanów. Atak na ich przywódcę jest atakiem na nich samych (i odwrotnie), co eliminuje jakąkolwiek możliwość pozyskania ich głosów i pogłębia przepaść między obozami. Można śmiać się w niebogłosy z włosów Trumpa i jego ignorancji, ale ten śmiech ma ograniczoną publiczność. Prawdziwym problemem Ameryki ostatnich lat nie jest Trump, który jest raczej symptomem choroby niż nią samą, lecz erozja życia publicznego, dzięki której rasista, mizogin, kłamca, skorumpowany oszust, narcyz i ignorant mógł zdobyć poparcie milionów Amerykanów. Prawdziwym celem demokratycznej rewolty nie powinien być więc sam Trump, lecz te jego cechy, którym zawdzięcza polityczną karierę, bo te właśnie zjawiska – rasizm, mizoginia, kłamstwa, korupcja, oszustwa, narcyzm i ignorancja – pokazały prawdziwe, choć długo skrywane oblicze Ameryki. Jak słusznie podkreśla Jill Lepore w znakomitej, dopiero co wydanej historii Stanów ZjednoczonychThese Truths: A History of the United States(Następujące prawdy. Historia Stanów Zjednoczonych), Trump jest logiczną konsekwencją długoletniego rozpadu amerykańskiej wspólnoty. Skupianie całej siły krytycznej na nim (Czy brał forsę od Rosjan? Czy zgwałcił gwiazdę porno? Czy wykorzystuje finansowo swój urząd?) powoduje zaprzepaszczenie społecznej uwagi i energii potrzebnej do mozolnego budowania fundamentów prawdziwej demokracji w najpotężniejszym państwie świata. 

 


obecny prezydentStanów Zjednoczonych ma bardzo niskie notowania (najniższy odsetek poparcia w połowie kadencji od czasów Dwighta D. Eisenhowera), ale także bardzo mocną bazę wyborczą, która nie baczy na to, co naprawdę dzieje się w kraju (bo wszyscy oprócz Fox News kłamią), ale wierzy swojemu prezydentowi na słowo, mimo że słowo to ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Przez dwa lata „The Washington Post” sprawdzał pod kątem wiarygodności wszystkie publiczne wypowiedzi Trumpa i doliczył się ponad sześciu i pół tysiąca przeinaczeń, nieścisłości i kłamstw. Niezła średnia: około dziesięciu kłamstw i kłamstewek dziennie. Trump mówi nie dlatego, by swoich słuchaczy do czegoś przekonać, ale by samym mówieniem, które odkleja się od rzeczywistości, utwierdzić ich w poczuciu wspólnoty podzielającej te same negatywne afekty. Nie jest politykiem, który ma jakiś program, ale demagogiem, który wpływa na nastroje. 

Problemem nie jest Trump, lecz erozja życia publicznego, dzięki której rasista, mizogin, kłamca, skorumpowany oszust, narcyz i ignorant mógł zdobyć poparcie milionów Amerykanów.

Sytuacja ekonomiczna Ameryki jest bardzo dobra i wygląda na to, że recesja spowodowana kryzysem 2008 roku jest już za nią. A jednak Trumpa nie zadowala rozmowa ze swoim elektoratem na poziomie ekonomii, gdzie mógłby zdobyć wiele punktów. Tym bowiem, co prezydenta interesuje najbardziej, jest podsycanie lęków i resentymentów białego elektoratu i narzucenie mu – lub tylko umocnienie – mentalności oblężonej twierdzy. Że jak tylko demokraci dojdą do władzy, to zacznie się masakra, że wpuszczą do kraju bandytów (bo nie dbają o granice państwa), że kraj spłynie krwią (bo zaczną nim rządzić gangi, głównie osławiony latynoski MS-13) i zostanie narzucona socjalistyczna dyktatura.

Przez dwa lata „The Washington Post” sprawdzał pod kątem wiarygodności wszystkie publiczne wypowiedzi Trumpa i doliczył się ponad sześciu i pół tysiąca przeinaczeń, nieścisłości i kłamstw.

Ekonomia padnie, nikt nie będzie przestrzegał praw, wszyscy Amerykanie stracą pracę, trąd i ospa przywleczone przez nielegalnych imigrantów zbiorą swoje żniwo jak w średniowiecznej Anglii. Nikt lepiej od Trumpa nie podsyca lęku białej większości przed obcymi, którzy przyjdą podpalić dom i zgwałcić córkę (choć imigranci popełniają niewielki odsetek przestępstw), którzy rujnują ekonomię (choć płacąc lokalne i stanowe podatki, imigranci wzbogacają rocznie budżet kraju o ponad jedenaście miliardów dolarów i dzięki konsumpcji napędzają koniunkturę). Lęk przed karawaną imigrantów, która ciągnie z Ameryki Południowej przez Meksyk, zbiera wszystkie szumowiny z całego świata i wkrótce zaleje cały kraj, jest tak potężny, że zdaje się absolutnie dominować w wyobraźni republikańskiego elektoratu. 

 


a jednak baza wyborczaprawicy jest stała i nie zmienia się od dziesięcioleci. Różnice między kolejnymi kandydatami są niewielkie i dziewięciu na dziesięciu zwolenników Trumpa głosowało w poprzednich wyborach prezydenckich na Mitta Romneya. Trump dodaje co prawda kolorytu republikańskiej platformie, ale nie jest tak, że to dzięki niemu – wbrew temu, co on sam uważa – Clinton przegrała z kretesem. Przegrała, bo w wybory ingerowali Rosjanie i Julian Assange, to jasne, ale przegrała przede wszystkim dlatego, że – jak wyliczył Andrew Hacker w artykuleHopeful Math(Matematyka pełna nadziei) we wrześniowym „The New York Review of Books” – między 2008 (gdy wybrano Obamę) a 2016 rokiem (gdy wygrał Trump) demokraci stracili 9 275 129 głosów, podczas gdy ich oponenci tylko 1 821 140.

Trump wygrał, bo demokratom nie chciało się ruszyć tyłków w dniu wyborów.

Liczby są brutalne: siedem i pół miliona więcej demokratów niż republikanów nie poszło do ostatnich wyborów. Co więcej, gdyby wszyscy zawiedzeni zwolennicy Berniego Sandersa, którzy oddali głosy na innych kandydatów, zagłosowali w liczbie półtora miliona na Clinton, Trump nigdy nie zdołałby zwyciężyć w Wisconsin, Michigan i Pensylwanii, co otworzyło mu drogę do prezydentury. 

Trump zatem wygrał, bo demokratom nie chciało się ruszyć tyłków w dniu wyborów. Ale nie …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Esej ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (12/2018) pod tytułem Balon pęka.

FreshMail.pl