Opowiadanie

Anomalia

  • autor
  • Wojciech Chmielarz

Pieprzone globalne ocieplenie, pomyślała. Maj w górach, w polskich górach, nie żadnych Himalajach, powinien wyglądać inaczej.

Wyobrażała sobie soczyste, zielone, zalane słońcem polany. Powietrze drżące od świergotu ptaków, górskie ścieżki, którymi przebiegają małe sarny, króliczki i inne wybudzone ze snu zimowego… zwierzaki. Nie miała pewności, co tutaj żyje. 

Zamiast tego od rana niebo zakrywała kołdra ciężkich chmur. Paskudnych i szarych, jakby wyrzygały się na nie swoimi dymami wszystkie fabryki z szesnastu województw. Było zimno, było mokro, a później zrobiło się jeszcze gorzej. Zaczął padać śnieg. Nie żaden przyjemny biały puszek jak z reklamy coca-coli, ale duże, nieforemne płatki przypominające kawałki nieudolnie wyrżniętego metalu. Wirowały przed nią dziko, białym tumanem, tak że ledwo widziała własną wyciągniętą rękę. Do tego natychmiast się topiły.

rysunek Tomasz Walenta

Jej ubranie zupełnie przemokło. Szczękała zębami z zimna. Mięśnie na przemian tężały, żeby zaraz piec, jakby ktoś wlał w nie roztopiony ołów. Niepotrzebnie zeszła ze szlaku, wyrzucała sobie. Wydawało jej się jednak, że tak będzie szybciej. Zamiast wlec się od jednego znaczka do drugiego, szybko zejdzie w dolinę, odnajdzie najbliższą wioskę, a tam przystanek PKS. Straszliwie się pomyliła. Droga przed nią zmieniła się błyskawicznie w wypełnioną błotem, śliską rynnę, w którą raz po raz upadała, obijając sobie kości. Leśny dukt wił się, zakręcał, zmieniał kierunek, rozdzielał się, żeby zaraz znowu się połączyć, tak że wkrótce zupełnie straciła orientację i nie wiedziała, gdzie jest. Jedynym znakiem cywilizacji były równe stosy ściętych przez leśników drzew. Schowała się za jednym z nich na kilka minut w nadziei, że przeczeka śnieżycę, ale wkrótce zrozumiała, że prędzej zmieni się w cholerny sopel lodu niż doczeka poprawy pogody, ruszyła więc przed siebie. Była coraz bardziej zdezorientowana, coraz bardziej przestraszona i coraz słabsza. Nagle zdała sobie sprawę, że płacze.

Nie tak to miało wyglądać. 

Miało być ciepło. Miało być przyjemnie. Miało być słońce. Zwykła wiosenna górska wycieczka. 

Pieprzone globalne ocieplenie. Ale mogła mieć żal tylko do siebie. Powinna to przewidzieć. Przecież tak było od kilku lat. Na Boże Narodzenie plucha, deszcz i błoto, na majówkę cholerne białe święta.

Dlaczego nikogo nie spotkała? Gdzie była jakaś Straż Leśna? Ktokolwiek, kto mógłby jej pomóc? Chociaż wskazać kierunek. 

Całym jej ciałem wstrząsnął nagły dreszcz i po raz pierwszy pomyślała, że tutaj umrze. Przeraziło ją to. Nie mogła złapać tchu. Zabolało tak mocno, że na moment straciła równowagę, poślizgnęła się i upadła na ziemię w wilgotną, obrzydliwą, lodowatą breję. Przez chwilę tak leżała, z twarzą w śniegu, i wyła bezgłośnie.

Nie pamiętała, kiedy podniosła się z ziemi. W jaki sposób przeszła kolejne metry. A było ich chyba sporo. Kilkadziesiąt, może kilkaset, bo nagle zorientowała się, że stoi na otwartej przestrzeni. Śniegu zrobiło się jeszcze więcej, do tego raz po raz uderzał w nią z pełną bezwzględnością lodowaty wiatr. Buty ciążyły jej, jakby były zrobione z betonu. Plecak ściągał na ziemię. 

Nagle, kiedy wiatr na moment rozwiał tumany, dostrzegła w oddali zabudowania. Samotną drewnianą chałupę otoczoną chylącym się ku ziemi płotem. Przedarła się do niej przez zawieję. Odnalazła furtkę. Siłowała się z nią chwilę. Dopiero po kilku sekundach dostrzegła ciemną, pordzewiałą zasuwę. Chwyciła ją zgrabiałymi palcami. Przesunęła i niemal runęła jak długa, kiedy furtka wreszcie ustąpiła.  

Zaczął szczekać i kłapać zębami, próbując pomimo wszystko ugryźć kobietę. Przez chwilę wydawało się, że wyrwie łańcuch z byle jak skleconej budy.

Weszła na podwórko. Zerknęła w okna budynku. Wisiały w nich szare, długie firany, które musiały mieć milion lat. Nie dostrzegała żadnego światła, żadnego ruchu, niczego, co wskazywałoby na to, że dom jest zamieszkany. Przestraszyła się, że trafiła na opuszczone gospodarstwo. Że nie ma w środku nikogo, kto mógłby jej pomóc. Ale potem pomyślała, że nawet jeśli, to trudno. Włamie się po prostu do środka. Rozpali jakoś w piecu czy coś takiego. Ogrzeje się trochę. Odpocznie. Robiła w życiu już gorsze rzeczy. 

Nagle kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Odwróciła się niezgrabnie. W samą porę, żeby dojrzeć pędzący w jej stronę czarny kłąb pełen zębów i pazurów. Krzyknęła. Kłąb odbił się od ziemi, wyskoczył w jej stronę. Próbowała uciekać, ale zmęczone nogi zaplątały się jedna o drugą. Przerażający kłąb zastygł gwałtownie w półruchu, a potem spadł w dół, jak kamień, z przerażającym skomleniem – skończył się łańcuch. Pies błyskawicznie poderwał się w górę. Zaczął szczekać i kłapać zębami, próbując pomimo wszystko ugryźć kobietę. Przez chwilę wydawało się, że wyrwie łańcuch z byle jak skleconej budy.

Usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi domu, a potem coraz wyraźniejsze kroki.

– Spokój! – wrzasnął ktoś tuż nad nią. 

I wtedy chyba straciła przytomność.   

 


z tego, co działo się później, trochę pamiętała, trochę nie. Wszystko się rozmywało, rozjeżdżało. Do tego miała wrażenie, że jej ciało rozpada się na kawałki, traci wolę życia, energię. W śnieżycy, w zimnie i wilgoci coś w niej płonęło. Nie pozwalało odpuścić. Pchało do przodu. A w chwili, kiedy znalazła się w bezpiecznym miejscu, ten płomień zgasł. 

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl