Podróż

Bania rzecz święta

  • autor
  • Renata Lis
Małgorzata Łukasiewicz-Tyczyńska
Łazienkę ma się do mycia – mówi mi naga kobieta mocząca się obok mnie w basenie – a bania to coś dla duszy.

Dni w Petersburgu były zimne i mokre, a ja bez końca dreptałam po ulicach i mostach – po Litiejnym Prospekcie, Nabierieżną Fontanki, nad Newą – bez planu i celu. Poeta Josif Brodski uważał takie intuicyjne włóczęgi za specyfikę Pitra, ale ja chodzę w ten sposób zawsze, kiedy jestem w Rosji, również po Moskwie i głubince.

Zaczęło się to dawno temu na Wyspach Sołowieckich – w twierdzy ortodoksyjnego prawosławia i miejscu narodzin Gułagu – tam, gdzie dokonała się moja rosyjska inicjacja. Korzystając z białych nocy, które w okolicach koła podbiegunowego likwidują ciemność kategorycznie jak bolszewicki dekret, wędrowałam, gdzie oczy poniosą, aż do trzeciej nad ranem, kiedy słońce na chwilę chowa się za horyzont. Każdy spacer przynosił niespodziewane wtajemniczenia: raz wpadłam na kłąb drutu kolczastego z czasów łagru, kiedy indziej na pustej drodze spotkałam nieznajomego, który wygłosił pod moim adresem rozbudowane błogosławieństwo, to znów trafiłam do pustelni, gdzie z brodatego świerku spojrzała mi w oczy uszata sowa. Trudno powiedzieć, czy to za sprawą niesamowitej aury tego skrawka Rosji, czy może wskutek białych nocy, które i bez udziału alkoholu lub innych wspomagaczy wywołują stany psychodeliczne, ale wszystko wydawało mi się znaczące, a przechadzka w promieniach nocnego słońca zamieniała się w poszukiwanie wrót Szambali.

Drepcząc po Petersburgu, również szukałam szczeliny, która pozwoliłaby mi zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości. Aż pewnej soboty mojaciceronepo północnej stolicy powiedziała:

– A może byś poszła do bani?

 


jamskie banie mieszcząsię w zwykłej czteropiętrowej kamienicy przy ulicy Dostojewskiego. Wybudowane w 1859 roku, należą do najstarszych w Petersburgu i kiedyś przyciągały średniozamożną klientelę, w tym inteligencję. Ich stałym bywalcem był pisarz Fiodor Dostojewski, który mieszkał w pobliżu; przychodzili też kompozytor Modest Musorgski, poeci Aleksander Błok i Nikołaj Gumilow, a także zawodowy rewolucjonista Włodzimierz Lenin, zapewne z kolegami z branży. Czy była tu kiedyś Anna Achmatowa? Historia o tym milczy, ale wchodząc do środka, wyobrażam sobie, że tu była – ona, a także jej liczne przyjaciółki i może nawet Nadieżda Mandelsztam – w części dla kobiet, na ostatnim piętrze. Dzięki temu raźniej mi wkraczać w tę paradoksalną przestrzeń zbiorowej rosyjskiej intymności.

Gdzieś w tyle głowy krąży popularne do dziś w Rosji opowiadanie erotyczneBania, przypisywane (bezpodstawnie) trzem Tołstojom: Lwu i dwóm Aleksiejom. To anonimowyfakez początku XX wieku lub nawet z lat 30., przaśno-pieprzna fantazja o paniczu i pańszczyźnianych chłopkach, które spełniają w bani seksualne zachcianki swego właściciela. Takich historii w części dla kobiet nie ma się dzisiaj co spodziewać, zresztą także w czasach, kiedyBaniapowstała, były kompletnie zmyślone – w reakcji na stalinowski purytanizm.

W bani trzeba miećwienik– miotełkę z ususzonych gałązek jakiegoś drzewa: narzędzie chłosty i zarazem źródło zdrowia. W sklepiku na dole są tylko dębowe, więc omija mnie męka wyboru, choć twarde witki dębu mają w sobie posmak lekkiego okrucieństwa.Wienikidębowe spotyka się często, ale najpowszechniejsze są brzozowe, które leczą dolegliwości skórne i wpływają korzystnie na cały organizm. Rzadziej spotykanywienikporzeczkowy napełnia powietrze aromatem jagód, zaś sosnowy, lubiany zwłaszcza na Syberii, leczy rany i oparzenia, odmrożenia i egzemę, a także schorzenia dróg oddechowych. Rarytasem jestwienikz jałowca, o którym mówi się, że wypędza siłę nieczystą, ale ponieważ jałowiec znajduje się pod ochroną, amator tych gałązek ryzykuje dotkliwą grzywnę.Wienikwierzbowy z kolei to opcja dla koneserów: rozmoczone we wrzątku gałązki wierzby biją boleśnie jak rózgi, choć uwalniają od reumatyzmu i nie trzeba ich daleko szukać. Najlżejsze i najmiększe są natomiastwienikiz kaliny i klonu. Zresztą możliwości jest więcej.

W bani trzeba miećwienik– miotełkę z ususzonych gałązek jakiegoś drzewa: narzędzie chłosty i zarazem źródło zdrowia.

Gdybym miała wybór, wzięłabym chyba kalinowy. Albo z brzozy? Waham się, ruszając na schody z bukietem szeleszczącej dębiny. Nigdy wcześniej nie byłam w prawdziwej ruskiej bani, więc postanawiam robić to, co wszyscy. Mijam restaurację, potem dwa piętra dla mężczyzn, aż na czwartym bierze mnie pod swoje skrzydłabanszczica– opiekunka ogólnego żeńskiegootdielenija. Celowo wybrałam najtańszą, najbardziej demokratyczną część bani – taką dla wszystkich. Chcę zobaczyć, kto tu przychodzi i jak wygląda życie. Ubanszczicyzostawiam płaszcz i torbę, wypożyczam prześcieradło kąpielowe i klapki, i z tym wszystkim przechodzę do przestronnej rozbieralni noszącej ślady łuszczącej się, zardzewiałej radzieckiej przeszłości.

W labiryncie szafek bez klucza wybieram jedną, na stojąco ściągam resztę ciuchów i chowam do środka, licząc w duchu, że nic się z nimi nie stanie, i w dalszą drogę idę już nago. Okna w rozbieralni są matowe do trzech czwartych wysokości, więc nikt tu nie zajrzy, ale światło dzienne pada bez przeszkód na siedzące na ławkach i przy stolikach z plastiku rozebrane kobiety. Mało która przyszła sama – są tu koleżanki, sąsiadki, przyjaciółki od serca i matki z córkami, trzymają się po dwie lub po kilka. To pewnie przeciętne mieszkanki Petersburga: drobne urzędniczki, nauczycielki szkół powszechnych, sklepowe, fryzjerki, czasem robotnice z fabryki. Nie spodziewałam się innej klienteli – bogate mieszczki albo żony mafiosów wybierają typowo komercyjne banie z designerskim wystrojem typu metal–szkło lub „barok”, z luksusowymi gabinetami na parę osób, modnymi zabiegami na ciało oraz eleganckim bufetem oferującym kawior, sushi i drogie alkohole. Te nowe banie przypominają trochę nasze kompleksy saun w wypasionych aquaparkach i tylko na pozór łączą się z tradycją. W Jamskich jest inaczej – to typowe łaźnie miejskie, z ducha komunalne, i czuje się w nich powiew ambiwalentnej radzieckiej równości, a nawet czegoś jeszcze starszego. 

Mało która przyszła sama – są tu koleżanki, sąsiadki, przyjaciółki od serca i matki z córkami, trzymają się po dwie lub po kilka.

Kobiety, które kąpielowy seans mają już za sobą, piją herbatę z domowych termosów. Zgaduję, że niektóre wzmocnioną, bo nastrój mają wyśmienity – śmiejąc się głośno, omawiają codzienne sprawy, rodzinne i zawodowe, z rodzaju tych błahych i wesołych, bo do bani przychodzi się przecież po relaks. Ich rozmowy są dobrze słyszalne, bo nie ma tu radia, tylko zwykły ludzki gwar. Pozostałe dopiero szykują się …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Esej ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (12/2018) pod tytułem Idź do bani.

Czytaj także

FreshMail.pl