Historia osobista

Cień złego ojca

Złego ojca nie da się zapomnieć. On ciągle tu jest. Ciąży niczym klątwa lub nienależny dług do nieustannego spłacania.
Ewelina Karpowiak

Tworzyli dość niekonwencjonalne małżeństwo: ojciec starszy o dziesięć lat rozwodnik, mama panna, oboje z odrębnych światów. On z „czerwonych” ateuszy i moczymord, ją wychowywano w nieprzesadnej bogobojności, pochwale abstynencji i szacunku do ładu i osiągnięć sanacyjnejbelle époque. Do jego przodków i bliskich należeli widzewscy robociarze, agitatorzy polityczni i pracownicy instytucjonalni niższego szczebla – ojciec ojca, dziadek Najder, był portierem w Browarze Państwowym numer 2 na Orlej, co poniekąd determinowało kształt jego duszy i dni wolnych. Ona mieszkała w kamienicy na Piasecznej, którą tuż po Wielkiej Wojnie nabył jej dziadek, sklepikarz z Wielkopolski, pragnący nadać swoim uciułanym przez dekady oszczędnościom materialny wymiar. Ów szorstki w obejściu i wyniosły Stanisław Szychowski, typ zupełnie dziewiętnastowieczny, który odmówił instalacji telefonu, bo nie mógł znieść myśli, że ktoś obcy za pomocą  aparatu może zadzwonić do niego i naruszyć domowy mir, naturalny porządek rzeczy, kupiecki honor w ogólności i jego godność w szczególe, zafundował nam dożywotni abonament na wywyższanie się i snucie fantazji o tym, jak wyglądałoby nasze patrycjuszowskie życie, gdyby nie barbarzyńcy od Bieruta i Gomułki.

Ojciec za to dysponował własnym M3 w potrójnym wieżowcu na Promińskiego (po roku 1989 już Rydza-Śmigłego) i choć utrzymano je w standardzie peerelowskim, to jednak różnica pomiędzy schludnymi przestrzeniami z windą, zsypem, centralnym ogrzewaniem i łazienką a rodowym zamczyskiem Szychowskich nie zaliczała się bynajmniej do symbolicznych. Na Piasecznej rzeczywistość stanowiła toaleta na podwórku, która zimą z reguły zamarzała, piec węglowy i miska zamiast wanny. Na Boże Ciało przystrajaliśmy balkon w peonie i obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem iluminowany aureolą mrugających lampek choinkowych, a ulicę zasnuwały girlandy, pod którymi ciągnęła tłumna, głośna procesja. Wszyscy się znali. Popołudniami przesiadywano w oknach, na Wielkanoc strzelano z kalichlorku, księdza po kolędzie uważano za wydarzenie, a funkcjonowano w rodzinie wielopokoleniowej. U ojca odwrotnie, każdy egzystował sobie w swoim lokum, przeważali nowożeńcy ze szczebiocącym przychówkiem oraz ci samotni. Nie łączono się tu w rytuałach. Za to na chojeńskich przedmieściach było mnóstwo osób, które wciąż pamiętały naszych sąsiadów Żydów, fabrykancką Łódź i carat, a w rozmowach posługiwały się toponimią sprzed okupacji i unikalną wymową niektórych słów, takich jak „Siajbler” czy „gieto”.

Tuż po formalnym „yyy, tak” okazało się, że prócz nazwiska, adresu i dziecka rodzice nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Ich małżeństwo zaczęło przypominać nużący irański film, do którego wklejono parę scen z Tarantino. Ojciec uważał, że z racji widmowej schedy pradziadka Stanisława mama …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Tekst ukazał się w drugim numerze "Pisma. Magazynu opinii" pod tytułem "Wszystko jeszcze mogło się udać".

FreshMail.pl