Reportaż

Czeszko. Wolność wyciosana z drewna

  • autor
  • Adam Robiński
W przycupniętej nad zatoką Śniardw chatce polski Thoreau wystrugał sobie szczęście.
rysunekBeata Śliwińska

Trudno powiedzieć, czy nosił flanelową koszulę. Na czarno-białych zdjęciach widać go raczej w oficjalnych sytuacjach, pod krawatem lub w eleganckim swetrze.

Na kolorowym, które fotograf Janusz Sobolewski w latach 80. zrobił na Mazurach, Bohdan Czeszko, ubrany w wymiętą, kremową koszulkę, ciągnie za wodze gniadego konia. Nie uśmiecha się, nie patrzy w obiektyw. Widać wysokie czoło, wcale nie rzadkie włosy, szeroki jak kłoda biceps. I ani śladu zarostu. To może dziwić z punktu widzenia XXI-wiecznego pojęcia o kanonach męskiej mody związanej z przyrodą i ogólnie pojętą dzikością. Prawdę mówiąc, na żadnej z ogólnodostępnych fotografii Czeszko nie ma brody. W PRL-u obowiązywały inne wyznaczniki męskości, a zasięg trendów najwyraźniej kończył się na rogatkach miast. Jeśli uciekałeś w objęcia natury, to po to, żeby inni cię nie oglądali. W świecie bez Instagrama, Facebooka, książek o tym, jak stawiać eleganckie sągi, i hashtagów pokroju #intothewild w takiej ucieczce więcej było treści niż formy. Nawiązując do nazwy popularnego dziś fotobloga ze zdjęciami wybudowanych na odludziu chatynek – jeśli budowałeś cabin, to bez porn.

Od sobotniego poranka siąpiło, pogoda nie zachęcała do wysiadania z samochodu. Był środek października, a szosy puste. Przed Kolnem na niebie mignęło kilka zlanych z szarym tłem żurawi, w Piszu ruch odbywał się tylko na parkingach przed dyskontami. Tablica kazała zjechać z trasy mrągowskiej na prawym łuku. Domów bez liku, sama wieś dość malownicza. Za ostatnimi zabudowaniami zaczynała się Puszcza Piska. Kilkaset metrów asfaltem i w prawo, w las. Omszałe graby prężyły się przy drodze jak struny, a ich przeżółkłe korony broniły dostępu do nieba. Jechało się w półmroku. Jaśniej robiło się dopiero w samym Kierzku. Ni to wieś, ni kolonia – kilka sąsiadujących ze sobą wygrodzonych działek i większa leśniczówka górująca nad okolicą. Seksty, nosząca miano jeziora zatoka Śniardw, chowały się za pasem drzew. Z żadnego z kominów nie leciał dym, nigdzie nie paliło się światło. Nie było kogo ciągnąć za język. Miałem tylko książkowy opis i niewyraźne zdjęcie opublikowane kilkadziesiąt lat wcześniej w lokalnej gazecie „Dziennik Pojezierza”. Ale według malarza Andrzeja Strumiłły, który parędziesiąt lat temu bywał tu regularnie, domu nie da się nie rozpoznać.

– Pod warunkiem że wciąż stoi – zastrzegł przez telefon.

Książka nosiła tytuł Nostalgie mazurskie i była ostatnią w dorobku Czeszki. Wszystko zgadzało się z opisem, może poza faktem, że późniejsza rozbudowa o dodatkowe pomieszczenie na piętrze zamieniła rzeczoną chatę w coś, co wyglądało jak dom postawiony na domu.

Krótsza ze ścian wtulała się w niewielką skarpę, dłuższa nie mogła mieć więcej niż osiem, dziesięć metrów. Całość stała na kamiennej podmurówce, powyżej której było już tylko drewno. Owalne, poczerniałe ze starości sosnowe bale opierały się prostopadle jeden na drugim. Nie dało się zajrzeć do środka, bo każde okno starannie zakrywała wyblakła zasłonka. Całość emanowała prostotą i minimalizmem, jeśli nie liczyć zgrabnego balkoniku wiszącego na łukowatych podpórkach. Na względnie nowe wyglądały tylko drzwi wejściowe, tabliczka „uwaga zły pies” i druga, z numerem domu „83”, administracyjnie przypisanym do odległej o parę kilometrów wsi Snopki.

 


Czeszko urodził się w 1923 roku w Warszawie, w rodzinie inteligenckiej. Antropolożka Natalia Mętrak-Ruda na portalu Culture.pl nazwała jego życiorys przykładem wzorcowego „socjalistycznego Kolumba”. Przed wybuchem wojny nie zdążył nawet ukończyć liceum. Zamiast do szkoły, musiał iść zarabiać. Pracę znalazł w stolarni rodziny Daabów na Woli (opisał ten epizod w wydanym w 1970 roku opowiadaniu Wióry). Równocześnie działał w konspiracji jako żołnierz Gwardii Ludowej i członek Związku Walki Młodych. W powstaniu warszawskim (pseud. „Agawa”) walczył w szeregach elitarnego Batalionu Szturmowego Armii Ludowej im. Czwartaków, złożonego z samych nasto- i dwudziestoparolatków. Brał udział w zamachu na przeznaczony tylko dla Niemców, położony u zbiegu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu lokal Café Club (akcje tego typu były odwetem za egzekucje na Pawiaku). Po wojnie przez chwilę pracował jako komendant Milicji Obywatelskiej w Stradomiu w Częstochowie, ale zaraz wrócił do nauki w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych. Po maturze w 1948 roku wstąpił na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Wcześniej miał debiut literacki, mocno naznaczony okupacyjnymi doświadczeniami. Opowiadanie zatytułował Nieśmiertelna Starówka.

Z czasem jedną nogą wszedł w politykę, drugą w pisanie. Działał w PZPR (doszedł do stanowiska zastępcy członka Komitetu Centralnego) i pisał reportaże o powojennej Polsce. Wstąpił do Związku Literatów Polskich i współpracował z filmem jako scenarzysta. Zarabiał jako korespondent „Trybuny Ludu” w Moskwie, równocześnie zbierając coraz więcej pochwał za rosnący dorobek literacki. Rozgłos przyniosło mu przede wszystkim Pokolenie, socrealistyczna powieść ilustrująca wojenne traumy i czyny jego równolatków (w 1954 roku sfilmował ją Andrzej Wajda). Mieszanie się fikcji i wątków autobiograficznych to zresztą stały motyw jego twórczości. Publikował regularnie, z paroletnimi przerwami, które wypełniała praca posła na Sejm i działalność w państwowych instytucjach kulturalnych, m.in. w ZLP i Narodowej Radzie Kultury.

Kilka lat po wojnie zaczął polować. Pierwszy raz to był Drohiczyn i kaczka krzyżówka, którą strzałem poderwał do lotu z zabagnionej kałuży. Zdziwił się, kiedy zaraz potem spadła na ziemię. Na Mazurach był już w 1947 roku, w Piszu i w Rucianem zbierał wtedy materiały do reportażu o niemieckich bandach działających w Puszczy Piskiej. Nazwał te dni najbardziej ponurymi w swoim życiu i nie chciał o nich potem opowiadać.

Jego ukochaną bronią był drewniany sztucer firmy Mannlicher. Od kolegów słyszał drwiny, że wyniósł tego starocia jeszcze z powstania.

Jednak cokolwiek się wtedy wydarzyło, nie zniechęciło go do okolicy. Kilkanaście lat później wrócił ze wspomnianym już Strumiłłą, wspólnikiem w łowieckiej pasji. We wstępie do wydanego w 1973 roku albumu ze zdjęciami Zdzisława Wdowińskiego Na łowy Czeszko bronił myśliwych – a więc i samego siebie – tłumacząc: „Nie piszę tego wszystkiego, aby usprawiedliwić siebie i swoich kolegów (…). Usprawiedliwienia takie nie są nam potrzebne. Bo z czego się tu tłumaczyć i co usprawiedliwiać? Miłość nie wymaga wyjaśnień, jest sama dla siebie usprawiedliwieniem, po prostu istnieje”. Jego ukochaną bronią był drewniany sztucer firmy Mannlicher. Od kolegów słyszał drwiny, że wyniósł tego starocia jeszcze z powstania.

Myśliwską chatę w mazurskiej dziczy umyślił sobie w latach 70. Początkowo chciał zapuścić korzenie na Niedźwiedzim Rogu, gdzie działkę miał już Strumiłło, ale Śniardwy zbyt mocno przypominały mu Islandię i tamtejsze bezlitosne wichury. Szukał na Mazurach spokoju, a nie mocnych wrażeń. Rodzinie mówił, że chce po prostu „przycupnąć na skraju Rzeczpospolitej”. Kiedy znalazł działkę w Kierzku, akurat miał pieniądze z państwowej nagrody literackiej. Wystarczyło na dzierżawę, drewno i jeszcze robociznę dla paru pomocników. Po roku stał już jednoizbowy domek ze strychem. Jak na literata przystało, widział w nim coś więcej niż chałupę. „Siedzę na kawałku Skandynawii”, pisał, mając na myśli odłamki kamieni naniesionych z północy przez lodowiec. Cofał się w myślach do czasów zaraz po zlodowaceniu, gdy kraina ta była mozaiką wody i tundry.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Tekst ukazał się w trzecim numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (3/2018) pod tytułem "Drzewiani".

FreshMail.pl