Opowiadanie

Diese Rotznase

Wie, że koledzy mężczyzny mówili o niej „ta smarkata”. Nad jeziorem jest gorąco. Dziewczyna siedzi na molo i wyciąga twarz do słońca. Mruży oczy, okulary zostawiła w domku. Ma tylko szorty i spraną koszulkę z dziurą pod lewą pachą. Dziura zrobiła się parę dni temu, gdy karczowała krzaki. Krzaki obrosły starą omegę i trzymały mocno, dziewczyna próbowała wyszarpać łódkę z tarniny, ale przegrała. Ciernie rozcięły skórę na ramionach i pociągnęły koszulkę, omegi się już więcej nie zwoduje, omegę się sprzeda sąsiadowi albo wywiezie na śmietnik. 

Mówili „ta smarkata”, gdy myśleli, że nikt nie słyszy. Dziewczyna słyszała. Diese Rotznase, kołacze jej w głowie jeszcze z Bazylei. 

Dziewczyna stopami dotyka desek mola. Nie nosi butów. Podeszwy jej stwardniały i nie czuje drzazg. Wystarczyło kilka dni pracy w ogrodzie. Gdy wychodzi do lasu, wkłada stare adidasy, bo wie, że można trafić na wnyki. Swój ogród zna jak wnętrze kieszeni, każdy kamień, każdy chwast, każde drzewo. Zna też linię brzegową i kawałek jeziora. Reszta się zatarła. Dziewczyna nie jest już dziewczynką, która bawiła się na zboczu między pasącymi się krowami. Na zboczu ktoś teraz wybudował domek letniskowy i takie same domki letniskowe rosną wokół jeziora jeden przy drugim, dachy wystają z lasu jak gołe plamy w poszyciu. Dom dziewczyny jest jednym z najstarszych, ojciec zbudował go sam. Teraz ojciec ledwo buduje słowa, udar splątał mu język i nerwy po lewej stronie ciała. 

Jezioro jest spokojne, tylko dzioby motorówek tną falę, pojedyncze rowerki wodne kołują od brzegu do brzegu, żaglówka Czarneckich smętnie wynurza się zza załomu brzegu. Wiatr niesie głosy. Słychać panią Czarnecką, która strofuje córkę, a dziecko wcale nie chce siedzieć spokojnie, wyplątuje się z kapoka, przykłada do oczu lornetkę albo zanurza rękę w wodzie. Jest parno i spokojnie. 

Dziewczyna pozwala sobie na chwilę odpoczynku, ale wie, że parno i spokojnie będzie krótko, burze są częste i gwałtowne. Sierpień przynosi niestałą pogodę, temperatury zmieniają się w krótkim czasie, czasem można dwa razy zmoknąć podczas spaceru do jachtklubu, a nocą trzeba już palić w starej kozie. To ostatni weekend w domku, ostatnie sprzątanie przed zamknięciem drzwi na zimę. Mężczyzna pewnie przyjedzie zabrać swoje rzeczy później, jesienią. Dobrze, że nie wodowali w tym roku motorówki.

Woda obija się o pomost, kołysze omegą „Amigą” należącą do sąsiadów, która cumuje bardzo blisko mola, wręcz za blisko. Dziewczyna pamięta łódki na Renie. Siadywała na bulwarze, na schodach prowadzących prosto do rzeki, koło Mittlere Brücke. Z tego mostu zrzucano czarownice, tym mostem nadchodził wieczorami mężczyzna po całym dniu spędzonym na terenie zakładów farmaceutycznych. 

Nie chce się jej pływać, jest zmęczona. Pracowała w ogrodzie, uprzątała sprzęty, chowała grabie, motyki, doniczki, wyrywała ususzone zioła, które nie przetrzymały lata, tropiła wielkie, obłe ślimaki bez własnych domów, co to dachu nad głową szukały w jej hortensjach i hiacyntach. Pracowała w domu, odkurzała, wyrzucała przeterminowane jedzenie, wydłubywała larwy moli spożywczych z worków mąki. Porąbała trochę drewna na wieczór. Koło kozy ułożyła gotowe polana i parę książek mężczyzny. Książki do chemii i o chemii. Mężczyzna miał blizny na twarzy od wybuchu w laboratorium. 

Czarneccy są coraz bliżej. Ich córka, ta smarkata, niemal zwisa z burty, może wymiotuje, kapok ma rozpięty, haftki się plączą na słabym wietrze. Z tego słabego wiatru próbuje coś wykrzesać kapitan Czarnecki, manewruje żaglami i od razu widać, że jest …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl