Opowiadanie

Diese Rotznase

  • autor
  • Aleksandra Zielińska

Wie, że koledzy mężczyzny mówili o niej „ta smarkata”. Nad jeziorem jest gorąco. Dziewczyna siedzi na molo i wyciąga twarz do słońca. Mruży oczy, okulary zostawiła w domku. Ma tylko szorty i spraną koszulkę z dziurą pod lewą pachą. Dziura zrobiła się parę dni temu, gdy karczowała krzaki. Krzaki obrosły starą omegę i trzymały mocno, dziewczyna próbowała wyszarpać łódkę z tarniny, ale przegrała. Ciernie rozcięły skórę na ramionach i pociągnęły koszulkę, omegi się już więcej nie zwoduje, omegę się sprzeda sąsiadowi albo wywiezie na śmietnik. 

Mówili „ta smarkata”, gdy myśleli, że nikt nie słyszy. Dziewczyna słyszała. Diese Rotznase, kołacze jej w głowie jeszcze z Bazylei. 

Dziewczyna stopami dotyka desek mola. Nie nosi butów. Podeszwy jej stwardniały i nie czuje drzazg. Wystarczyło kilka dni pracy w ogrodzie. Gdy wychodzi do lasu, wkłada stare adidasy, bo wie, że można trafić na wnyki. Swój ogród zna jak wnętrze kieszeni, każdy kamień, każdy chwast, każde drzewo. Zna też linię brzegową i kawałek jeziora. Reszta się zatarła. Dziewczyna nie jest już dziewczynką, która bawiła się na zboczu między pasącymi się krowami. Na zboczu ktoś teraz wybudował domek letniskowy i takie same domki letniskowe rosną wokół jeziora jeden przy drugim, dachy wystają z lasu jak gołe plamy w poszyciu. Dom dziewczyny jest jednym z najstarszych, ojciec zbudował go sam. Teraz ojciec ledwo buduje słowa, udar splątał mu język i nerwy po lewej stronie ciała. 

Jezioro jest spokojne, tylko dzioby motorówek tną falę, pojedyncze rowerki wodne kołują od brzegu do brzegu, żaglówka Czarneckich smętnie wynurza się zza załomu brzegu. Wiatr niesie głosy. Słychać panią Czarnecką, która strofuje córkę, a dziecko wcale nie chce siedzieć spokojnie, wyplątuje się z kapoka, przykłada do oczu lornetkę albo zanurza rękę w wodzie. Jest parno i spokojnie. 

Dziewczyna pozwala sobie na chwilę odpoczynku, ale wie, że parno i spokojnie będzie krótko, burze są częste i gwałtowne. Sierpień przynosi niestałą pogodę, temperatury zmieniają się w krótkim czasie, czasem można dwa razy zmoknąć podczas spaceru do jachtklubu, a nocą trzeba już palić w starej kozie. To ostatni weekend w domku, ostatnie sprzątanie przed zamknięciem drzwi na zimę. Mężczyzna pewnie przyjedzie zabrać swoje rzeczy później, jesienią. Dobrze, że nie wodowali w tym roku motorówki.

Woda obija się o pomost, kołysze omegą „Amigą” należącą do sąsiadów, która cumuje bardzo blisko mola, wręcz za blisko. Dziewczyna pamięta łódki na Renie. Siadywała na bulwarze, na schodach prowadzących prosto do rzeki, koło Mittlere Brücke. Z tego mostu zrzucano czarownice, tym mostem nadchodził wieczorami mężczyzna po całym dniu spędzonym na terenie zakładów farmaceutycznych. 

Nie chce się jej pływać, jest zmęczona. Pracowała w ogrodzie, uprzątała sprzęty, chowała grabie, motyki, doniczki, wyrywała ususzone zioła, które nie przetrzymały lata, tropiła wielkie, obłe ślimaki bez własnych domów, co to dachu nad głową szukały w jej hortensjach i hiacyntach. Pracowała w domu, odkurzała, wyrzucała przeterminowane jedzenie, wydłubywała larwy moli spożywczych z worków mąki. Porąbała trochę drewna na wieczór. Koło kozy ułożyła gotowe polana i parę książek mężczyzny. Książki do chemii i o chemii. Mężczyzna miał blizny na twarzy od wybuchu w laboratorium. 

Czarneccy są coraz bliżej. Ich córka, ta smarkata, niemal zwisa z burty, może wymiotuje, kapok ma rozpięty, haftki się plączą na słabym wietrze. Z tego słabego wiatru próbuje coś wykrzesać kapitan Czarnecki, manewruje żaglami i od razu widać, że jest jedynym, który czerpie z tego przyjemność. Reszta nie pływa. Dziewczyna pamięta panią Czarnecką z dzieciństwa, parę lat starsza, ale znana z pisku, jaki niósł się nad jeziorem, gdy starsi chłopcy wrzucali ją do wody, a potem na wyścigi ratowali. 

Nie chce się jej pływać. W Renie też pływała rzadko. Nie dołączyła nigdy do

chmary Szwajcarów, którzy pod Muzeum Tinguely’ego rozbierali się do strojów kąpielowych, wkładali dokumenty, telefony i ubrania do wodoszczelnych toreb, a następnie wskakiwali do rzeki. Prąd niósł ich przez całe miasto, do Mittlere Brücke i dalej. To był naturalny środek transportu dla miejscowych, ale dziewczyna bała się silnego nurtu, zimnej wody, skurczu w nodze, w końcu ciężkich transportowców, które pływały środkiem koryta i rozpychały wystające głowy oraz boje kolorowych toreb w kształcie ryb. Lubiła tylko zanurzać się przy samym brzegu, do piersi, opierać ręce na schodach, czytać książki i plecy wystawiać do słońca. Wolała nie ryzykować, była obca w obcym kraju, diese Rotznase. 

Teraz też zanurza tylko nogi, wodorosty łaskoczą ją w podeszwy. Jezioro się porusza, wzbudza przy dnie, gdzie butwieją resztki zalanych domów, sunie leniwie w kierunku tamy. Tamę budował jej ojciec i inni szkodnicy, najpierw wznieśli betonowe ogrodzenie, potem zatopili wieś, każdy w nagrodę dostał spłachetek ziemi przy nowym brzegu i tu urosły nowe domy. Wtedy – lata temu – nikt nie myślał, jaki kurort się zrobi. Domki, jachtkluby, hotele. Niegdyś ojciec strzelał do bobrów, które gryzły drzewa wokół placu budowy. Nie zastanawiał się, że mieszkańcy zalanej wsi zamiast robić kurorty woleli strzelać do takich jak ojciec. 

Żaglówka Czarneckich pojawia się w końcu na wysokości mola, wprawdzie to wciąż jakieś kilkadziesiąt metrów, ale głos niesie się nad lustrem wody i brzmi wyraźnie. Pytają, co słychać, sami zapytani odpowiadają, że doskonale, płyną do jachtklubu, do samego końca jeziora, jeszcze parę kilometrów, do zobaczenia w drodze powrotnej. Dziewczyna macha ręką na pożegnanie i wspomina, jak sama chodziła do jachtklubu jako dziecko.

Anna Piesiewicz

 Najpierw zabierał ją ojciec, wolno spacerowali lasem, potem drogą w wąwozie, w końcu ostatnią prostą między kamperami i domem lokalnego artysty, który rzeźbił w drewnie fallusy i sprzedawał je turystom. Siadywali w knajpie, gdzie ojciec zamawiał piwo, a dziewczyna wybierała sobie największe lody na patyku. W knajpianym ogródku zawsze było z kim pogadać. Ojciec spotykał kolegów z pracy, co to porozjeżdżali się na inne budowy, ale latem zawsze wracali do podarowanych domków letniskowych. Sprawdzali, czy zapora dalej trzyma te swoje pięćdziesiąt metrów wysokości. Dziewczyna bawiła się z dzieciakami z kamperów albo z hoteliku w przystani. Lubiła patrzeć na łodzie przycumowane do mostków, pomostów i dużego mola. Z otwartymi ustami obserwowała wodowanie motorówek i wyciąganie ich na brzeg wraz z końcem sezonu. 

Potem ojciec zaczął wynajmować domek, bo nie dało się spędzać tu całych wakacji, przyjeżdżali tylko w piątkowe noce i zostawali do niedzieli. Przewijali się zatem różni ludzie, ale dziewczyna pamiętała mężczyznę od zawsze. Najpierw pojawiał się w weekendy, potem zajeżdżał na samym początku lipca, gdy tylko kończył się rok akademicki, i zostawał do września, z krótkimi przerwami na wypady do Bazylei. Tam, po francuskiej stronie, stały linie produkcyjne firmy, dla której realizował granty na uczelni. 

Gdy dziewczyna była nastolatką, już sama chodziła do jachtklubu. Ojciec niedołężniał i wolał zostawać z mężczyzną na tarasie i rozmawiać o chemii, odczynnikach, betonie oraz tej całej Szwajcarii. Dziewczyna popijała piwo w …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl