Studium

Era manipulacji

  • autor
  • Adam Reichardt
rysunekMarek Skupiński
Od niemal dekady trwa cicha wojna na dezinformację między Rosją a Zachodem. Na razie ją przegrywamy.

Nie tak dawno spędziłem trzy tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Przyglądając się mojej ojczyźnie z dystansem osoby, która od wielu lat mieszka i pracuje w Europie Środkowej, zdałem sobie sprawę, na jak nielicznych problemach są skoncentrowane media amerykańskie.

Obecnie jednym z nich jest kwestia rosyjskiego wpływu na wybory prezydenckie w 2016 roku. Wszystkie stacje telewizyjne, w tym wspierająca Donalda Trumpa Fox News, prześcigają się w rozpowszechnianiu informacji (potwierdzonych lub nie) na temat kontaktów, jakie miały miejsce między obecnym prezydentem USA a Władimirem Putinem, i śledztwa, które w tej sprawie prowadzi Departament Sprawiedliwości pod kierownictwem byłego szefa FBI Roberta Muellera. W wyniku prac zespołu Muellera już dwie blisko związane z Trumpem osoby – Paul Manafort i Rick Gates – usłyszały zarzuty, między innymi o spiskowanie przeciwko Stanom Zjednoczonym i działanie w charakterze niezarejestrowanego agenta obcego wywiadu. W połowie lutego 2018 roku Departament Sprawiedliwości ujawnił kolejne spektakularne fakty dotyczące Russiangate: świat obiegły sensacyjne informacje wynikające z trzydziestosiedmiostronicowego aktu oskarżenia wobec trzynastu Rosjan i trzech firm (Internet Research Agency, Concord Management i Concord Catering) wydanego przez specjalną ławę przysięgłych powołaną przez Muellera.

Oskarżonym osobom zarzuca się uczestnictwo w spisku mającym na celu oszukanie Stanów Zjednoczonych, części z nich postawiono także zarzut kradzieży tożsamości oraz oszustwa telekomunikacyjnego (w tym rozpowszechnianie fake newsów mających osłabić pozycję Hilary Clinton) i finansowego na szeroką skalę. Spekulacje na temat roli, jaką Rosja odegrała w amerykańskich wyborach, zwiększyło dodatkowo niedawne przyznanie się Michaela Flynna, byłego doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa, do składania fałszywych zeznań przed FBI. Amerykanom wydaje się więc nieustannie towarzyszyć atmosfera skandalu, lecz również pewnej bezsilności wobec zjawisk dezinformacji i postprawdy. Jak komentują eksperci, mimo skali oskarżeń najprawdopodobniej nie dojdzie do procesu w sprawie trzynastu Rosjan.

Lucas jako jeden z niewielu ostrzegał Zachód w 2008 roku, aby nie wierzył bezkrytycznie w przekaz rosyjskiej narracji.

Przybyszom z tak zwanej Nowej Europy, do których po wielu latach mieszkania w Polsce i ja się zaliczam, zdawać by się mogło, że społeczeństwo amerykańskie, które dotąd szczyciło się swoim demokratycznym ustrojem i odpornością na zmanipulowane przekazy obcych państw, poradzi sobie bez problemu z rozeznaniem, co jest prawdą, a co fałszem. Zwłaszcza w zeznaniach polityków dotyczących przebiegu kampanii prezydenckiej. Niestety, nic bardziej mylnego. Podobnie jak inne społeczeństwa zachodnie, Amerykanie nie radzą sobie z manipulacją. Są nie tylko podatni na obce wpływy, lecz również niemal całkowicie nie zdają sobie sprawy ze skali i głębi problemu. Nawet wtedy, gdy monotonna amerykańska telewizja powtarza jak mantrę, że Rosja ingerowała w wybory.

Co więcej, w szeregach amerykańskich elit politycznych i intelektualnych nie brakuje osób, które odrzucają założenie, że za polityką zagraniczną Rosji mogą stać złe intencje. Osoby te, popularnie określane mianem użytecznych idiotów, nie przyjmują również do wiadomości informacji o zmanipulowanym przekazie, jaki włodarze Kremla wysyłają szeroko w świat. Są zwolennikami tezy, że Rosja prowadzi politykę niczym nieróżniącą się od polityki państw zachodnich, co z kolei sugeruje, że odmienne postrzeganie jej działań jest wynikiem rusofobii.

Problem rosyjskiego wpływu na życie i procesy polityczne państw w Europie jest jeszcze bardziej widoczny niż w USA. Świadczy o tym zarówno niemieckie „rozumienie Rosji”, jak i reakcje opinii publicznej na kolejne informacje o wsparciu Moskwy dla antyestablishmentowych partii z obu krańców spektrum politycznego sporu w wielu państwach Unii Europejskiej. Ze względu na swoją wagę i znaczenie dla przyszłości zachodniego modelu demokracji liberalnej temat ten stał się przedmiotem szeregu konferencji i publikacji, jak choćby najnowszej książki ukraińskiego analityka Antona Szechowcowa zatytułowanej Russia and the Western Far Right. Tango Noir (Rosja i zachodnia skrajna prawica).

Debata na temat rosyjskich wpływów na Zachodzie sięga dalej, niż wskazują na to przekazy medialne w Stanach Zjednoczonych, organizowane w Europie konferencje czy wydawane książki. Jej punktem wyjścia nie jest ani rok 2016, ani nawet wydarzenia, jakie miały miejsce w Ukrainie zimą w latach 2013–2014 i trwająca do dziś na terenie tego państwa tak zwana wojna hybrydowa. Sygnały ostrzegawcze na temat niepożądanych efektów rosyjskich wpływów na procesy polityczne innych państw były formułowane przez analityków – na przykład Andrew Wilsona – znaczenie wcześniej, z rosnącym nasileniem od 2008 roku, czyli od wojny rosyjsko-gruzińskiej. Wówczas były one jednak wielokrotnie odrzucane jako przejawy histerii i antyrosyjskich uprzedzeń. Reakcje te były i nadal pozostają największym błędem Zachodu w interpretowaniu dzisiejszej polityki Kremla.

 


ustalenia konferencji bezpieczeństwa w Monachium w 2009 roku zainicjowały nowe otwarcie w stosunkach między Rosją a Stanami Zjednoczonymi. W marcu następnego roku ówczesny prezydent USA Barack Obama i jego rosyjski odpowiednik Dmitrij Miedwiediew zakończyli negocjacje dotyczące traktatu o redukcji broni jądrowej w obu krajach. Wydarzenie to, ochrzczone resetem, uznano za wielki sukces w procesie zbliżenia dwóch dawnych rywali. „Droga jeszcze daleka i problemów kilka przed nami – komentował na łamach „New York Timesa” amerykański ekspert do spraw kontroli zbrojeń Steven Pifer. – Ale z obserwacji wydarzeń ostatnich sześciu miesięcy wydaje się, że wszystko idzie w dobrą stronę, a te inicjatywy działają na korzyść naszych wspólnych relacji”. Reset był główną propozycją dotyczącą kierunków polityki zagranicznej sformułowaną podczas kampanii prezydenckiej przez Baracka Obamę.

rysunek Marek Skupiński

Z dzisiejszej perspektywy widać jasno, że założenia polityki administracji Obamy były formułowane bez uwzględnienia przesłanek, jakich kilka miesięcy przed wyborami w USA dostarczyła światu wojna rosyjsko-gruzińska. Ten kilkudniowy konflikt, zakończony przejęciem przez Rosję kontroli nad Osetią Południową i Abchazją, był przez niektórych obserwatorów postrzegany jako akt zemsty Kremla za działania ówczesnego przywódcy Gruzji Micheila Saakaszwilego, mające zapewnić krajowi wejście do NATO. Choć dziś to może brzmieć nieco naiwnie, w 2008 roku społeczność międzynarodowa była całkowicie zaskoczona wybuchem wojny. Europejscy i amerykańscy politycy od razu podjęli działania mające na celu rozładowanie konfliktu. Wielu jednoznacznie opowiedziało się po stronie Gruzji. Zaczęto również głośno mówić, że działania przeciwko temu państwu były pierwszą od upadku Związku Radzieckiego militarną ingerencją, jakiej dokonała Rosja poza swoimi granicami.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl