Esej

Europa i Polska wobec globalnego paradoksu

  • autor
  • Marek A. Cichocki
Choć coraz bliżej nam do brytyjskiego sceptycyzmu, Unia Europejska wciąż pozostaje
dla nas naturalnym miejscem na Ziemi.

Przez blisko ćwierć wieku dominowało przekonanie, że rozwój Unii Europejskiej i Polski to dwa powiązane ze sobą, komplementarne procesy. Nie znaczy to oczywiście, że nie pojawiały się odmienne opinie.

W państwach Europy Zachodniej wielu przestrzegało przed rozszerzeniem Unii o Polskę, upatrując w tym zagrożenia dla dalszego pogłębiania integracji. Także w Polsce, pomimo dość powszechnego poparcia dla członkostwa w Unii, nie brakowało krytycznych czy sceptycznych głosów, niekoniecznie sugerujących zanegowanie sensu samej akcesji, ale sygnalizujących, że nie wszystkie aspekty integracji europejskiej muszą być dla nas korzystne. Od ponad dwóch lat mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której w pełni do głosu dochodzi przeświadczenie, że w przyszłości droga rozwoju Unii i Polski nie musi się wcale pokrywać. Może dojść między nimi nie tyle do konfliktu, co do wyraźnego oddalenia się od siebie, rozejścia. Nowa sytuacja, która zaistniała w Polsce nie tylko za sprawą politycznej zmiany, ale także w związku z ujawnieniem się w pełni skutków kryzysu, jaki dotknął Unię (w postaci kryzysu euro i kryzysu migracyjnego), sprawia, że na pytanie o miejsce silnej Polski w silnej Europie coraz trudniej jest udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Czy oddzielne postrzeganie Polski i Unii jest jednak słuszne? Czy odpowiada ono faktycznej sytuacji? A przede wszystkim: czy jest dla nas korzystnym punktem wyjścia do konstruowania konkretnej polityki? 

Chcąc zrozumieć przyczyny przekonania o rozpadzie mariażu Unii i Polski, trzeba przede wszystkim spojrzeć na charakter zmian zachodzących w Europie i u nas. Unia w ostatnich ośmiu latach bardzo się zmieniła. Jeżeli przyjąć, że historia każdej politycznej struktury charakteryzuje się pewnymi etapami rozwoju, to tak jak w przypadku integracji europejskiej traktat z Maastricht z 1992 roku wyznacza moment wejścia w nową fazę polityki europejskiej, a upadek bloku wschodniego i zjednoczenie Niemiec w latach 1989–1991 otwiera okres nazywany pozimnowojennym, tak z kolei lata 2009–2016 znamionują już powolne przejście do nowego etapu, dla którego nazwy jeszcze nie mamy. Unia, do której Polska wchodziła w 2004 roku, oraz Unia dzisiaj, jaka wyłania się z kryzysu strefy euro i kryzysu migracyjnego, po brexicie i w kontekście nowych zbrojnych konfliktów w Europie Wschodniej, na Bliskim Wschodzie oraz w Afryce Północnej, to dwie całkiem odmienne rzeczywistości polityczne i społeczne. 

Trik politycznych elit, jakim jest zaproponowana przez Angelę Merkel i Emmanuela Macrona ucieczka do przodu i budowa pogłębionej integracji w mniejszym gronie państw, zdecydowanie nie wystarczy, by przywrócić Unii wewnętrzną stabilność i zaufanie oraz zapewnić zewnętrzne bezpieczeństwo. Podstawowe mechanizmy legitymizacji integracji europejskiej uległy bowiem poważnej erozji. Unia walutowa, która miała być koroną projektu europejskiego, okazała się jego błazeńską czapką. Wspólna waluta nie spowodowała – jak obiecywali politycy – zbawczego zbliżenia się europejskich gospodarek do siebie i ich racjonalizacji, lecz dokładnie coś odwrotnego. Dzisiaj przepaść między gospodarką i społeczeństwem Niemiec a tych państw Południa, które w latach 80. przystępowały do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej jako ubodzy krewni, jest większa niż dekadę bądź dwie dekady temu. Obietnica, że proces integracji będzie korzystny dla wszystkich stron, została w ten sposób pogrzebana. 

 


kryzys euro odsłonił jednak nie tylko coraz większe nierówności wewnątrz Unii, ale dotknął także samego nerwu drażliwej politycznie kwestii demokratycznego samostanowienia. Objęte kryzysem zadłużenia społeczeństwa szybko przekonały się, że muszą bezapelacyjnie poddać się głębokim gospodarczym i społecznym zmianom zaprojektowanym w Brukseli, bez prawa głosu czy kontroli z własnej strony. Margaret Thatcher miała rację – euro to przede wszystkim projekt polityczny, a dopiero później ekonomia, dlatego jego kryzys oznacza przede wszystkim polityczne konsekwencje. Konieczność ratowania zadłużonych społeczeństw Południa oraz drakońskie reformy, którym zostały one poddane, obnażył całkowicie problem suwerenności narodów w ramach strefy euro. Wzmocnienie mechanizmów zarządzania strefą euro, na przykład poprzez stworzenie unii fiskalnej i bankowej, nieuchronnie oznacza wzmocnienie kontroli i władzy transnarodowych, biurokratycznych struktur Unii oraz innych instytucji międzynarodowych, takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Silne państwa, jak Francja oraz Niemcy, wyposażone w sprawne mechanizmy obrony własnego porządku konstytucyjnego, w dalszym ciągu są w stanie zagwarantować swoim społeczeństwom pewien poziom demokratycznej legitymizacji. Jednak w przypadku takich państw jak Grecja, Cypr oraz Malta, można chyba już mówić o podległości i niepełnej demokracji. 

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl