Rozmowa

Ewa Lipska: Mogłabym być nieślubnym dzieckiem Batmana

  • autor
  • Agnieszka Żądło
O wolność stale walczymy i stale mamy z nią kłopoty. Walka jest nam bliższa niż korzystanie z wolności.
rysunki Katarzyna Gajewska

Znów gości Pani na łamach „Pisma”. Jakie było to, które Pani współtworzyła?

Nasze „Pismo” zaczęło wychodzić w 1981 roku w Krakowie. Redaktorem naczelnym był Jan Pieszczachowicz, a w zespole redakcyjnym pracowali między innymi Wisława Szymborska, Kornel Filipowicz, Jerzy Kwiatkowski, Marta Wyka, Tadeusz Nyczek i Henryk Markiewicz. Szymborska pisała wtedy: „Drodzy czytelnicy, oto pierwszy numer «Pisma». Trzeba od razu powiedzieć, że tytuł kiepski…”. 

Ewa Lipska

(ur. w 1945), poetka, felietonistka, współzałożycielka Związku Literatów Polskich. Autorka kilkudziesięciu nagradzanych i tłumaczonych na różne języki tomików poetyckich oraz powieści Sefer.

I ucieszyła się noblistka, że kołyska periodyku „nie została przerobiona z niczyjej trumienki”.

Wkrótce samo stało się trumienką. 

Dlaczego?

Jan Pieszczachowicz został wezwany do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie sekretarz KC powiedział mu, że „Pismo” popełniło wiele „przestępstw”, między innymi drukując wiersze księdza Jana Twardowskiego. Kiedy nasz naczelny został odwołany ze stanowiska, cała redakcja podała się do dymisji. „Pismo” zostało zamknięte tuż przed likwidacją Związku Literatów Polskich, w 1983 roku.

Pisała tam Pani felietony? 

Nie, po prostu byłam w zespole redakcyjnym, publikowałam swoje wiersze. Felietony piszę od kilku lat do pisma „Kraków”. To takie surrealistyczno-polityczne nowelki.

(Pokazuję nowy numer „Krakowa”). O, proszę. Jest Pani na okładce. I w środku obszerny artykuł. A podobno niechętnie Pani opowiada o sobie…

Nie lubię. Czasem mnie ktoś namówi, jak pani. Nie jestem celebrytką. Nie przepadam za wywiadami, a życie osobiste należy wyłącznie do mnie. Żyjemy w czasach, w których sprzedaje się wszystko i jeszcze więcej. W nasze globalne życie wpisana jest tandeta kultury masowej, mile widziany ekshibicjonizm peryferyjnych gwiazdek. Najlepiej wymyślić swoją biografię i sprzedawać ją na bazarze. 

I co by Pani wymyśliła o sobie, żeby się wypromować, gdyby Panią zmuszono?

Mogłabym wymyślić, że jestem nieślubnym dzieckiem Batmana albo Supermana, to już wszystko jedno.

Dzisiaj to bywa dobrym pomysłem na karierę i nazywa się kreowaniem wizerunku. Niektórzy czasem korzystają z takich legend.

Pewnie tak, tylko po co? Szkoda czasu. A jeżeli zabawa, to kunsztowna, finezyjna. Przypominam sobie nasze dowcipy sprzed lat, które lubiła Wisława Szymborska,homo ludensnaszego towarzystwa, kiedy to pisaliśmy epitafia na swoje nagrobki albo układaliśmy wiersze związane z konkretną sytuacją. 

Szymborska pisała wtedy: „Drodzy czytelnicy, oto pierwszy numer «Pisma». Trzeba od razu powiedzieć, że tytuł kiepski…”.

Na przykład?

Pamiętam wieczór poświęcony Leszkowi Balcerowiczowi połączony z wydaniem książeczkiApologia Balceroviciana, z wyklejankami Wisławy. Wszystko to działo się w Nowej Prowincji, ówczesnej kawiarni Turnauów, „pod dyrekcją” Maryny Turnau. Oczywiście obecny był bohater wieczoru z małżonką. Albo książeczka wydana na osiemdziesiąte urodziny Wisełki –Sobie a guzom.

Lubiła Pani te środowiskowe gagi?

Jak byłam młoda, te dowcipy czasami mnie zaskakiwały. Patrzyłam na starszych kolegów jak na klasyków i dziwiło mnie, że zabawiają się niekiedy jak niesforna młodzież. 

Jak się zaczęła Pani przyjaźń z Szymborską, którą Pani tak czule nazywa Wisełką? 

Wszyscy tak nazywali Wisławę. Miałam wtedy osiemnaście lat. To jest wiek, kiedy się szuka swoich bohaterów. Najczęściej odnajdywałam ich w lekturach. Byli to Godot, symbol nadaremności, Charles Bon zAbsalomie, AbsalomieFaulknera czy doktor Ravik z powieści Remarque’aŁuk Triumfalny. „Podsłuchiwałam” rozmowy Hansa Castorpa, Naphty i Settembriniego, bohaterówCzarodziejskiej Góry. Wisława i moi starsi koledzy podrzucali mi wydawnictwa paryskiej „Kultury”. Zajmowali się mną czule i serdecznie, ale wtedy nie przypuszczałam, że tak się o mnie martwią. 

Mogłabym wymyślić, że jestem nieślubnym dzieckiem Batmana albo Supermana, to już wszystko jedno.

Dlaczego się martwili?

Chorowałam w młodości, zwiedziłam niejedną szpitalną salę. Moi znajomi to przeżywali, ale dopiero teraz, po przeczytaniu listów Wisławy i Kornela,Najlepiej w życiu ma twój kot, dowiedziałam się, jak bardzo żyli moimi problemami. Prawie mnie w tych listach pochowali. Zresztą nie byli daleko od prawdy, bo medycyna też nie dawała mi wielkich nadziei.

Zadebiutowała Pani jako szesnastolatka wierszami na łamach „Gazety Krakowskiej”, publikowała Pani w „Życiu Literackim” i „Dzienniku Polskim”, a zdecydowała się Pani na malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. 

Zawsze chciałam być psychiatrą. Wybrałam nawet w szkole klasę z łaciną z myślą o studiowaniu medycyny. Ale jak medycyna zaczęła mnie studiować, to mi ten pomysł przeszedł. Postawiłam na ASP. Na szczęście dla polskiego malarstwa nie maluję. Byłam w pracowni znakomitego malarza, Adama Marczyńskiego, miłośnika literatury. Rozmawialiśmy o przeczytanych książkach. Można powiedzieć, że przegadałam te studia.

Nie miała Pani poczucia zmarnowanego czasu? W końcu porzuciła Pani pędzel na rzecz pióra.

Rozmowy nigdy nie są zmarnowanym czasem. „Obserwuj, słuchaj…” – mawiał Platon. Starożytni cenili sztukę prowadzenia rozmów i wymianę myśli. Bardzo lubię takie wielopokoleniowe spotkania. Każde z nich ma inny smak, kolor.

Muzycy i malarze mają swój własny język, pisarze posługują się językiem ulicy.

Myślała Pani kiedyś o tym, co by było, gdyby…?

Czasami myślę, jak wyglądałoby moje życie, gdybym została w Ameryce albo gdzie indziej. Kim byłabym wtedy? 

Mówi Pani o wyjeździe na stypendium „International Writing Program” na Uniwersytecie Iowa w Stanach Zjednoczonych w 1975 roku czy o Berlinie Zachodnim i „Das Künstlerprogramm des Deutschen Akademischen Austauschdienstes” w 1983 roku? 

O różnych podróżach, po których wracałam do kraju, który nazywa się Język Polski. Może byłoby łatwiej zostać, gdybym była pianistką albo malarką. Muzycy i malarze mają swój własny język, pisarze posługują się językiem ulicy.

To źle, jeśli język poezji czerpie z ulicy?

Trzeba coś …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Wiersz ukazał się w lutowym wydaniu miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" 2/2019 pod tytułem Jesteśmy przelotnymi faktami.

Czytaj także

FreshMail.pl