Podróż

Falklandy, angielska prowincja jak z powieści Agathy Christie

Mateusz Kubik
Tu nie zamykasz drzwi do domu i nie uruchamiasz samochodowego alarmu. Jeśli coś zgubisz, ktoś życzliwy zwróci ci to jeszcze tego samego dnia. Wszyscy wiedzą o tobie wszystko.

Dawno, dawno temu, tam, gdzie kres jednego oceanu spotyka się z krańcem drugiego oceanu, z morza wystawały wyspy, niedostępne jak wysoki zamek. Nie rosło na nich ani jedno drzewo, a ziemia nie rodziła owoców. Aby się tam dostać, należało przepłynąć cieśninę, której fale były wysokie jak obronne mury, a wiatr wiał szybciej niż leci strzała. Wiele statków, które tego spróbowały, legło u ich brzegu i straszy kikutami masztów. 

Niektórzy śmiałkowie jednak dopłynęli. Z końca globu do jego centrum zaczęły dochodzić wieści – o ptakach, które pływają, o morskich słoniach i lwach tysiącami wylegujących się na słońcu. Ale świat miał inne sprawy na głowie. Ci zaś, którzy dopłynęli, przez kolejne wieki żyli w swojej fortecy zapomniani. 

Pewnego dnia wszystko się zmieniło.

Do spokojnej krainy na środku morza nadleciały zionące ogniem smoki. Z nieba zaczęły spadać kule ognia. Lwy, słonie, ptaki – uciekły daleko w morze. Ludzie wykopali nory w ziemi i zakryli głowy rękoma.

Zamek runął. 

 


do wilczaka podchodzi dziwne, długie stworzenie. Ten nie wie, czy ma je zaatakować, czy uciekać. Stworzenie zarzuca na niego sieć. Kiedy chce się wyrwać, nie może. Wyje. 

Kapitan John Strong przenosi zwierzę na swój statek. Chce pokazać na europejskich salonach zdobycz z nowej, nieznanej krainy, którą właśnie odkrył. Rysuje na papierze dwie wyspy rozdzielone kanałem i małe wysepki otaczające ich brzegi. Strong nadaje wyspom nazwę Falklandy. Chce tym samym uhonorować sponsora swojej wyprawy, wicehrabiego Falklanda, który tytuł przysposobił sobie od miasteczka w Szkocji. 

Wilczak jednak nie chce płynąć do Europy, woli zginąć. W czasie podroży przez Atlantyk udaje mu się wyskoczyć za burtę. Dni gatunku wilczaka falklandzkiego są policzone – ostatni zginie pod koniec XIX wieku. Na wojnie między ludźmi a wilczakami zwierzęta nie mają szans. Teraz to ludzie będą lokalnymi drapieżnikami. 

Falklandy – od gaelickiegolann, czyli w wersji bardziej poetyckiej „miejsce ogrodzone”, w tłumaczeniu zaś bardziej przyziemnym – po prostu zagroda. Na mapy nazwa ta trafiła w 1765 roku, kiedy kolejny kapitan, John Byron, w imieniu króla Jerzego III uznał je za część brytyjskiej korony. Na torfowej glebie stanęła odpowiednia tabliczka, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Brytyjczycy jednak nie byli na wyspach jedyni. Najpierw ścigali się o prawo do przypisywania sobie wysp z Francuzami, którzy założyli tam Port Louis, potem zaś z Hiszpanami, którzy Port Louis przemianowali na Puerto Soledad. Wyspy długo jednak broniły się przed najeźdźcami. W Europie zaczęły się wojny napoleońskie. Brytyjczycy zabrali więc swoich ludzi z odległych ziem, a Hiszpania zostawiła jeden garnizon tylko po to, żeby zamienić wyspy w więzienie. Rychło jednak okazało się, że wojsko jest potrzebne w kraju, żeby bronić go przed francuską inwazją. Aby nie było wątpliwości, kto na tym krańcu globu jest suwerenem, zostawiło po sobie tabliczkę wbitą w ziemię.

Chociaż oznaczone, wyspy znów były niczyje. 

Ale po kilku dekadach ludzie powrócili – z chciwości. Na końcu świata były tysiące fok i wielorybów, a jego centrum chciało ich mięsa, kłów i futer. Najpierw przybyli Argentyńczycy, deklarując, że przejmują schedę po Hiszpanach. Potem zjawili się Brytyjczycy, twierdząc, że wracają do siebie. Mieli liczniejsze wojsko od Argentyny, więc ta wycofała się, ale zapamiętała porażkę. Część mieszkańców odeszła z rodzimym wojskiem, część wolała pozostać na wyspach, które uznała za dom. 

W Londynie podśmiewywano się, że Falklandczycy są co najmniej o pół wieku za swoimi krajanami na drugiej półkuli. Koniec świata? Raczej jego zadupie.

W 1833 roku ustanowiono oficjalną brytyjską kolonię z gubernatorem Richardem Moodym, który założył stolicę w Port Stanley. Ale potrzebni byli jeszcze mieszkańcy. Przybyli Szkoci oraz południowoamerykańscy kowboje, tak zwanigauchos. Pierwsi zostali pasterzami, a drudzy zajęli się wypasem bydła. Swoje ziemie nowi mieszkańcy zaczęli nazywać polem – od hiszpańskiegocampo. Powoli formowała się wspólnota zahartowanych w ciężkiej pracy twardzieli, pokrewnych amerykańskim pionierom prącym na Zachód. W smaganym deszczem i wiatrem stepowym krajobrazie można było polegać tylko na własnej przemyślności, uporze i pomocy sąsiada. Na trawie typutussock(po polsku: wiechlina, kostrzewa), która rośnie w charakterystycznych kępach, na całym archipelagu pasły się owce. W 1898 roku owiec na wyspie było osiemset siedem tysięcy, a ludzi raptem dwa tysiące. W 1933 roku przy katedrze w centrum Stanley stanął łuk zbudowany ze szczęk dwóch płetwali błękitnych na pamiątkę stulecia nieprzerwanego brytyjskiego panowania.

 Ale w Wielkiej Brytanii prawie nikt nie wiedział o istnieniu wysp. Aż po połowę XX wieku nikt nie pamiętał o wieśniakach na drugim końcu świata. Czasem tylko rozbił się w okolicy jakiś statek. W czasie drugiej wojny światowej na wodach przybrzeżnych rozegrała się tam nawet bitwa, ale pamięć o niej przepadła w natłoku wojennych wydarzeń. 

Na wyspach nie było radia ani telefonów, nie docierały na nie samoloty. Na „polu” w piecach palono torfem, wodę noszono …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Kup prenumeratę

Reportaż ukazał się w listopadowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (11/2018) pod tytułem O dwóch wyspach i jednej wojnie.

FreshMail.pl