Podróż

Falklandy, angielska prowincja jak z powieści Agathy Christie

  • autor
  • Karolina Sulej
Mateusz Kubik
Tu nie zamykasz drzwi do domu i nie uruchamiasz samochodowego alarmu. Jeśli coś zgubisz, ktoś życzliwy zwróci ci to jeszcze tego samego dnia. Wszyscy wiedzą o tobie wszystko.

Dawno, dawno temu, tam, gdzie kres jednego oceanu spotyka się z krańcem drugiego oceanu, z morza wystawały wyspy, niedostępne jak wysoki zamek. Nie rosło na nich ani jedno drzewo, a ziemia nie rodziła owoców. Aby się tam dostać, należało przepłynąć cieśninę, której fale były wysokie jak obronne mury, a wiatr wiał szybciej niż leci strzała. Wiele statków, które tego spróbowały, legło u ich brzegu i straszy kikutami masztów. 

Niektórzy śmiałkowie jednak dopłynęli. Z końca globu do jego centrum zaczęły dochodzić wieści – o ptakach, które pływają, o morskich słoniach i lwach tysiącami wylegujących się na słońcu. Ale świat miał inne sprawy na głowie. Ci zaś, którzy dopłynęli, przez kolejne wieki żyli w swojej fortecy zapomniani. 

Pewnego dnia wszystko się zmieniło.

Do spokojnej krainy na środku morza nadleciały zionące ogniem smoki. Z nieba zaczęły spadać kule ognia. Lwy, słonie, ptaki – uciekły daleko w morze. Ludzie wykopali nory w ziemi i zakryli głowy rękoma.

Zamek runął. 

 


do wilczaka podchodzi dziwne, długie stworzenie. Ten nie wie, czy ma je zaatakować, czy uciekać. Stworzenie zarzuca na niego sieć. Kiedy chce się wyrwać, nie może. Wyje. 

Kapitan John Strong przenosi zwierzę na swój statek. Chce pokazać na europejskich salonach zdobycz z nowej, nieznanej krainy, którą właśnie odkrył. Rysuje na papierze dwie wyspy rozdzielone kanałem i małe wysepki otaczające ich brzegi. Strong nadaje wyspom nazwę Falklandy. Chce tym samym uhonorować sponsora swojej wyprawy, wicehrabiego Falklanda, który tytuł przysposobił sobie od miasteczka w Szkocji. 

Wilczak jednak nie chce płynąć do Europy, woli zginąć. W czasie podroży przez Atlantyk udaje mu się wyskoczyć za burtę. Dni gatunku wilczaka falklandzkiego są policzone – ostatni zginie pod koniec XIX wieku. Na wojnie między ludźmi a wilczakami zwierzęta nie mają szans. Teraz to ludzie będą lokalnymi drapieżnikami. 

Falklandy – od gaelickiegolann, czyli w wersji bardziej poetyckiej „miejsce ogrodzone”, w tłumaczeniu zaś bardziej przyziemnym – po prostu zagroda. Na mapy nazwa ta trafiła w 1765 roku, kiedy kolejny kapitan, John Byron, w imieniu króla Jerzego III uznał je za część brytyjskiej korony. Na torfowej glebie stanęła odpowiednia tabliczka, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Brytyjczycy jednak nie byli na wyspach jedyni. Najpierw ścigali się o prawo do przypisywania sobie wysp z Francuzami, którzy założyli tam Port Louis, potem zaś z Hiszpanami, którzy Port Louis przemianowali na Puerto Soledad. Wyspy długo jednak broniły się przed najeźdźcami. W Europie zaczęły się wojny napoleońskie. Brytyjczycy zabrali więc swoich ludzi z odległych ziem, a Hiszpania zostawiła jeden garnizon tylko po to, żeby zamienić wyspy w więzienie. Rychło jednak okazało się, że wojsko jest potrzebne w kraju, żeby bronić go przed francuską inwazją. Aby nie było wątpliwości, kto na tym krańcu globu jest suwerenem, zostawiło po sobie tabliczkę wbitą w ziemię.

Chociaż oznaczone, wyspy znów były niczyje. 

Ale po kilku dekadach ludzie powrócili – z chciwości. Na końcu świata były tysiące fok i wielorybów, a jego centrum chciało ich mięsa, kłów i futer. Najpierw przybyli Argentyńczycy, deklarując, że przejmują schedę po Hiszpanach. Potem zjawili się Brytyjczycy, twierdząc, że wracają do siebie. Mieli liczniejsze wojsko od Argentyny, więc ta wycofała się, ale zapamiętała porażkę. Część mieszkańców odeszła z rodzimym wojskiem, część wolała pozostać na wyspach, które uznała za dom. 

W Londynie podśmiewywano się, że Falklandczycy są co najmniej o pół wieku za swoimi krajanami na drugiej półkuli. Koniec świata? Raczej jego zadupie.

W 1833 roku ustanowiono oficjalną brytyjską kolonię z gubernatorem Richardem Moodym, który założył stolicę w Port Stanley. Ale potrzebni byli jeszcze mieszkańcy. Przybyli Szkoci oraz południowoamerykańscy kowboje, tak zwanigauchos. Pierwsi zostali pasterzami, a drudzy zajęli się wypasem bydła. Swoje ziemie nowi mieszkańcy zaczęli nazywać polem – od hiszpańskiegocampo. Powoli formowała się wspólnota zahartowanych w ciężkiej pracy twardzieli, pokrewnych amerykańskim pionierom prącym na Zachód. W smaganym deszczem i wiatrem stepowym krajobrazie można było polegać tylko na własnej przemyślności, uporze i pomocy sąsiada. Na trawie typutussock(po polsku: wiechlina, kostrzewa), która rośnie w charakterystycznych kępach, na całym archipelagu pasły się owce. W 1898 roku owiec na wyspie było osiemset siedem tysięcy, a ludzi raptem dwa tysiące. W 1933 roku przy katedrze w centrum Stanley stanął łuk zbudowany ze szczęk dwóch płetwali błękitnych na pamiątkę stulecia nieprzerwanego brytyjskiego panowania.

 Ale w Wielkiej Brytanii prawie nikt nie wiedział o istnieniu wysp. Aż po połowę XX wieku nikt nie pamiętał o wieśniakach na drugim końcu świata. Czasem tylko rozbił się w okolicy jakiś statek. W czasie drugiej wojny światowej na wodach przybrzeżnych rozegrała się tam nawet bitwa, ale pamięć o niej przepadła w natłoku wojennych wydarzeń. 

Na wyspach nie było radia ani telefonów, nie docierały na nie samoloty. Na „polu” w piecach palono torfem, wodę noszono ze studni, a kiedy zachodziło słońce – wyciągano świece. W Londynie podśmiewywano się, że Falklandczycy są co najmniej o pół wieku za swoimi krajanami na drugiej półkuli. Koniec świata? Raczej jego zadupie. 

 


siedzę w kawiarni w Stanleyprzy tradycyjnym falklandzkimsmoko, czyli herbacie z ciastkiem. Czytam lokalną gazetę „Penguin News”. W logo uroczy rysunek pingwinka, ale tytuł okładkowego artykułu brzmi groźnie:Falklands too violent(Zbyt wiele przemocy na Falklandach). 

To opinia sędziny rozstrzygającej spór między mieszkańcami stolicy, którzy pobili się w barze. Jedynie dzięki łutowi szczęścia poszkodowany ma tylko lekkie obrażenia, perorował prokurator. Ale poszkodowany sam sprowokował bójkę – przekonywał adwokat. Winni dostali wyrok sześciu miesięcy prac społecznych. To jeden z najsurowszych, jakie zapadły w Stanley od lat. 

– Mamy też tutaj gang – śmieje się Brandon, który przyjechał na Falklandy z Południowej Afryki, żeby pracować jako biolog w departamencie rybołówstwa. – To dwójka braci, którzy włamują się cyklicznie do tego samego sklepu, kiedy brakuje im kasy na fajki i piwo w piątek wieczorem. To rodzinna tradycja. Ojciec z bratem robili to samo. Włamują się, upijają, a potem idą się przespać na dobę do więzienia. I tyle. Pani sędzina chyba powinna przepłynąć się do RPA, żeby docenić tutejszą przemoc. Dwie bójki w barze na rok to niemalże konieczność, żeby się nie zanudzić. 

Budynek komendy policji i aresztu wygląda jak wiejski domek – murowany, biały, z drewnianą przybudówką i zieloną, wystrzyżoną trawą przed wejściem.

Brandon, jak większość miejscowych, nie zamyka drzwi do domu ani nie uruchamia alarmu w samochodzie. Na Falklandach jeśli coś zgubisz, ktoś zwróci ci to jeszcze tego samego dnia albo zrobi zdjęcie i umieści na Facebooku, w zamkniętej grupie dla mieszkańców. 

– Istna Arkadia – śmieje się Brandon. 

Krajobrazowi jednak daleko do sielskości angielskiej prowincji. Interior ma kolor brązowoszary, runo owiec wtapia się w pejzaż. Często wiatr jest tak silny, że trudno otworzyć drzwi do samochodu. Wszyscy poruszają się ciężkimi land roverami z napędem na cztery koła. Miejski samochód jest niepotrzebny, kiedy na terenie wysp jest tylko jedno miasto, które w Anglii w najlepszym razie zostałoby nazwane miasteczkiem. Falklandy to ponad siedemset wysp i wysepek, ale jedynie około trzech tysięcy mieszkańców. Dwa tysiące w stolicy, reszta jest rozrzucona po farmach. Krajobraz przecinają wąskie, nieoświetlone drogi. Raz na jakiś czas nad polem przeleci niewielki samolot lokalnych linii FIGAS. 

Wyspy nie mają dostępu do międzynarodowej sieci telefonicznej, a jedynie stacjonarne numery, więc internet stanowi jedyną drogę łączącą ich ze światem, a najczęściej się psuje.

„Penguin News” najczęściej donosi o tym, kto wygrał lokalne zawody w szkoleniu psów pasterskich, jak przebiegał Dzień Ziemi. Na okładce innego numeru widzę tytuł:Falklandczycy niezadowoleni z usług internetowych. To dla mieszkańców dużo poważniejszy temat niż bójka – wyspy nie mają dostępu do międzynarodowej sieci telefonicznej, a jedynie stacjonarne numery, więc internet stanowi jedyną drogę łączącą ich ze światem, a najczęściej się psuje. Wciąż za to pielęgnuje się tu kulturę pisania listów. Na poczcie jest oddział filatelistyczny – znaczki z Falklandów uważane są za jedne z piękniejszych na świecie. Ładne są też pieniądze: na banknotach obok królowej Elżbiety widnieje pingwinia rodzina. 

Konsumpcjonizm na wyspach nie istnieje. Nie ma bankomatów. Bank jest jeden. Nie ma żadnego biurowca, żadnej korporacji ani galerii handlowej. Są dwa lokalne supermarkety, jeden mniejszy, drugi większy. Znajduje się tam wszystko: od jedzenia, przez ciuchy (z Tesco) i kosmetyki (poziom Rossmanna), po książki (poziom Tesco). Największą zakupową rozrywką jest wyprawa docharity shop, żeby kupić coś za funta i pogadać z sąsiadką o życiu. Rzeczy tu raczej nie ma, niż są. Ale jeśli nie ma, to trzeba je zrobić. Są więc kółka robiących na drutach, wyszywających, szyjących, lepiących garnki, zajmujących się dekupażem bądź stolarką. Każdy dom ma ogródek i szklarnię. W sklepie można kupić co najwyżej banany w kolorze czarnym, bardziej przypominające obiekt sztuki niż produkt spożywczy. Chcesz pomidora? To sobie wyhoduj. Kreatywność to konieczność.

Jeśli czegoś brakuje, można też liczyć na sąsiada. Pójść do niego albo napisać na Facebooku. Tam dowiesz się, że ktoś ma do oddania sweter, czyja to kura, która wchodzi ci w szkodę, poprosisz o wynajem konia do przystrzyżenia trawnika. „Życzliwość” to pierwsze słowo, które przychodzi do głowy po spędzeniu czasu na wyspach. Kiedy dopływamy na jachcie „Selma Expeditions” do pomostu w Port Stanley, jadący drogą rowerzysta zatrzymuje się i rzuca się biegiem w naszą stronę, żeby podać cumy. Kiedy potrzebujemy zatankować wodę, dostajemy ją za darmo. 

Nie ma bankomatów. Bank jest jeden. Nie ma żadnego biurowca, żadnej korporacji ani galerii handlowej. Największą zakupową rozrywką jest wyprawa docharity shop.

Drugie słowo to „wścibskość”. Tu wszyscy muszą wiedzieć wszystko. Przy herbacie czy pincie idą kolejne ploteczki. Po jednym dniu zostajemy rozpracowani – skąd …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Reportaż ukazał się w listopadowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (11/2018) pod tytułem O dwóch wyspach i jednej wojnie.

Czytaj także

FreshMail.pl