Opowiadanie

Grażyna

  • autor
  • Paweł Sołtys

Tego wszystkiego jest bardzo niewiele, niewiele po prostu zostało. Reszta już się przeniosła dalej i tam czeka – albo nie czeka, nie wiadomo przecież. Oddychania najwyżej ćwierć, świsty cienkie, urywane, spojrzenia już prawie wcale, białka, brąz i źrenice upodobniły się do siebie, ale to uśrednienie nie dodało intensywności. Czy w takich oczach świat jest szary i mętny? Tak się zdaje. Ale nie wiadomo przecież. No i ciała Grażyny też już nie starcza do tego, by ją nazywać Grażyną, tego ciała jest najwyżej na „Gr”. To, co zostało, jest jeszcze po naszej, bezlitosnej stronie (czy tamta jest litościwa? Nie wiadomo przecież). Ciało drga bezradnie albo nieruchomieje znienacka i wydaje się zbrylonym mułem.

Słowa Grażyny jeszcze coś znaczą, rzadko rozpadają się na sylaby, ale zdań już nie tworzą. Spodziewasz się szeptu z tego pomniejszonego, jakby zasuszonego ciała, a słyszysz dźwięk mocny, gardłowy, choć ześlizgujący się czasem w pisk, jak u dorastającego chłopca. Słowa wychodzą z jej spierzchniętych ust i stają na sekundę w powietrzu, jakby się nie poznawały, nie mają śmiałości, by się jakkolwiek połączyć, choć próbują bohaterstwa tym mocnym, gardłowym tonem, tuszują przerażenie tak głębokie, że i myśli słuchającego rozpadają się na osobne słowa. Przetykane bez sensu wykrzyknikami najpodobniejszymi chyba do łez.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl