Portret

Nauczycielka radykalnego wybaczania

  • autor
  • Urszula Jabłońska
Pomagam przejść przez most setkom kobiet, które mają takie matki jak ja. Które przez całe życie się dławią.
rysunek Justyna Frąckiewicz

Irena Polkowska-Rutenberg, lat osiemdziesiąt dziewięć, zasiada jak na tronie w fotelu w wyłożonej lustrami sali Ośrodka Wspierania Rozwoju Osobistego Makarena w Gąskach koło Mielna. Bogato zdobiona tapicerka przytłacza jej filigranową postać. Przed nią na krzesłach siedzi osiem osób w parach. Są zwrócone do siebie twarzami. W wyciągniętych rękach trzymają plastikowe talerzyki. Wyobrażają sobie na nich twarze osób, które najbardziej je w życiu skrzywdziły. Może to był ojciec alkoholik? Może wujek, który molestował w dzieciństwie? A może matka, która zawsze porównywała z młodszą siostrą? Teraz jest czas, żeby wyrazić swoją złość i nienawiść. Sala drży od krzyków i tupania nogami. Wreszcie ciemnowłosa, szczupła dziewczyna zrywa się z krzesła, drze talerz na strzępy, z impetem depcze skrawki. Z jej gardła wydobywa się wysoki krzyk, z oczu lecą łzy. W jej ślady idą kolejne osoby, jakby dopiero teraz zrozumiały, co mają robić. 

– Poczujcie, że jesteście ofiarami – instruuje Irena z głębi fotela. – Kiedy te uczucia pojawią się gdzieś w waszym ciele, wskażcie to miejsce. Nie osądzajcie ich. One są doskonałe. Pozwólcie, żeby zupełnie wyszły na wierzch.

Na sali panuje cisza. Wszyscy mają zamknięte oczy. Oddychają ciężko.

– A teraz powtarzajcie za mną – kontynuuje Irena lekko zachrypniętym głosem. – W tej chwili podejmuję decyzję, aby wybaczyć tej osobie, że tak bardzo mnie skrzywdziła i zraniła. Robię to, bo chcę uwolnić się od poczucia, że jestem ofiarą, i chcę uzdrowić moje życie. 

Salę wypełniają zduszone szepty.

To pierwsze dwa z siedmiu kroków, które przejdą dzisiaj uczestnicy. 

Siedem kobiet i jeden mężczyzna. Wiek od trzydziestu czterech do osiemdziesięciu dwóch lat. Polacy z kraju i z zagranicy. Dowiedzieli się o jej warsztatach od znajomych lub z internetu. Albo w jednym z kolorowych pism o tematyce psychologicznej przeczytali ogłoszenie pod tytułemPokochaj życie. Pokochaj siebie. Zrozum swój lęk: „Irena Polkowska-Rutenberg podzieli się wiedzą i doświadczeniem ze swojego fascynującego życia. Pasjonuje ją mózg, więc nawiążesz kontakt ze wszystkimi częściami swojego mózgu. Jest rzeźbiarką, dlatego wyzwolisz Wewnętrznego Artystę. Jest trenerem Radykalnego Wybaczania, dlatego zamienisz Lęk na Miłość”.

Amerykanin Colin Tipping, który w 1997 roku wymyślił metodę radykalnego wybaczania, reklamuje ją jako „proste rozwiązanie na twoje wszystkie problemy”. Irena od 2003 roku promuje ją w Polsce. Robi to, bo jest przekonana, że dopiero ona pomogła jej wybaczyć ludziom, którzy ją skrzywdzili podczas niemal dziewięćdziesięciu lat życia.

A zwłaszcza jednej. 

Bo u każdego jest zwłaszcza jedna. 

 


właściwie nie miałasię nazywać ani Irena, ani Polkowska. Imię dostała po ciotce. Ciotka Rena podobno była niezwykłą pięknością. Kiedy postanowiła wyjść za katolika, jej matka Lea Segal przez tydzień siedziała na niskim stołku, jak to się robi podczas sziwy, surowej żałoby. Wybranek Reny był nie byle kim. Wojciech Fyda pełnił funkcję zastępcy szefa Gabinetu Wojskowego Prezydenta Ignacego Mościckiego. Rena z miłości musiała zmienić imię i wiarę. Z imieniem nie było problemu – wystarczyło dodać niepozorną literkę „i”. Z wiarą było więcej zachodu. Podobno spędziła w klasztorze całe sześć miesięcy, podobno naprawdę się nawróciła. 

Młoda para często gościła w rezydencji Mościckiego w Spale. Kiedy urodził się ich syn Zbigniew, prezydent został jego ojcem chrzestnym. Ten moment w 1928 roku uwieczniono na zdjęciu: wąsaty prezydent trzyma w objęciach malutkiego chłopca, z tyłu dumny ojciec wypina pierś upstrzoną orderami. Obok siedzi Irena. Smutna, z rękoma złożonymi na podołku. Po roku umrze na tyfus.

Kiedy Alina dowie się o śmierci siostry, będzie już w ciąży. Będzie miała nawet wybrane imię – jeżeli urodzi się córeczka, chce ją nazwać Fryderyka. Po śmierci siostry zmieni zdanie. Będzie Irena.

Historia zapomni o przechrzczonej żonie Wojciecha Fydy. Daniel Koreś, autor obszernej pracy na jego temat, wspomina tylko drugą żonę, Marcjannę, wdowę po ukochanym synu Mościckiego, Franciszku, który również zmarł na tyfus. Po Irenie Fydzie zostanie imię, które od maja 1929 roku będzie nosić córeczka Aliny. 

Nazwiska Irenka bynajmniej nie dostała po swoim ojcu. 

Alina żyła w cieniu pięknej i przebojowej siostry. Pracowała jako sekretarka, ale zawsze chciała projektować suknie, więc cały wolny czas spędzała z modystką z Odessy, której matka wynajęła część ich rodzinnego mieszkania. I tak poznała jej brata, Izaaka Kuśnira. Kiedy ten usłyszał, że nie lubi firmy, w której pracuje, zatrudnił ją u siebie. Zajmował się produkcją materiałów. Miał żonę i trzy córki, jego mały synek niedawno zmarł. Młodziutka Alina zaszła z nim w ciążę. Izaak bardzo chciał tego dziecka. Może dlatego, że dopiero co stracił syna? Dostał rozwód, ale rabin przykazał mu, żeby opiekował się zarówno obecną, jak i byłą żoną, spędzał z nimi tyle samo czasu, dawał tyle samo pieniędzy. Kiedy urodziła się Irena, a nie upragniony syn, poczuł się rozczarowany. Alina nie mogła znieść tego, że tak często przebywa u byłej żony i córek. Wyrzuciła go z domu. 

Wtedy w jej życiu pojawił się Roman Polkowski. Za sprawą sławnego szwagra dostała prestiżową pracę buchalterki w PKO. Tam poznała przystojnego inżyniera, który zajmował się produkcją papierów wartościowych. Zakochał się w Alinie, zachwycił dwuletnią Irenką. Wzięli ślub cywilny, matka Ireny nie zmieniła religii. Nie było to dla nich istotne, byli socjalistami. Roman oficjalnie adoptował małą. W ten sposób Irena zyskała najlepszego ojca na świecie i nazwisko Polkowska. 

Swojego prawdziwego ojca nawet nie pamięta.

 


na sali w gąskachpanuje cisza. Tylko za oknem słychać piski dzieci i strzępki rozmów gości pensjonatu Makarena, tych niewtajemniczonych, którzy chodzą na plażę, jedzą rybę w smażalni i nie wiedzą, że w sali z lustrami właśnie trwa wielkie wybaczanie. Pary uczestników wciąż siedzą naprzeciwko siebie bez ruchu. Irena, szczuplutka i zgarbiona, bardziej leży, niż siedzi w przepastnym fotelu. Ma podkręcone siwe włosy, okulary w ciemnych oprawkach, luźne, miękkie spodnie i koszulę w kolorowe wzory. Uroczystym głosem pyta: 

– Kiedy wyobrażacie sobie krąg dusz, czy jesteście w stanie dostrzec – nawet jeżeli nie wiecie dlaczego ani jak – że wasze dusze stworzyły tamtą bolesną sytuację dla waszego rozwoju razem z duszami osób, którym wybaczacie?

– Tak – odpowiada chór głosów.

Potem zadaje trzy podobne pytania.

To krok trzeci. 

 


irena nie czuje,aby musiała wybaczać coś historii, nawet tak strasznej jak ta, która przypadła w udziale Polsce w latach 1939–1945. Uważa, że wszystko, co nam się przydarza, dzieje się po to, żeby nas czegoś nauczyć. Nas, a właściwie nasze dusze, bo ciała tak naprawdę się nie liczą. Często powtarza, że to właśnie świadomość tego podziału pomogła jej przetrwać wojnę. Opowiada wtedy historię, która stwardniała niczym kamień od wielokrotnych powtórzeń.

Amerykanin Colin Tipping, który w 1997 roku wymyślił metodę radykalnego wybaczania, reklamuje ją jako „proste rozwiązanie na twoje wszystkie problemy.

Polkowscy zamieszkali przy ulicy Rybaki na Starym Mieście, tuż nad Wisłą. Pięcioletnia Irenka podczas spaceru zobaczyła nad rzeką zbiegowisko. A po chwili jego powód – na brzegu leżało ciało małego chłopca, sine i bezwładne jak lalka. 

– Jego dusza już odeszła – powiedział ktoś w tłumie. I wtedy Irenka wyobraziła sobie żelazko, które miała jej mama – kawał zimnego metalu, który ożywał, kiedy umieszczała w środku rozgrzaną do czerwoności duszę. I pomyślała, że to ciało to już nie człowiek, tylko zimna, pusta powłoka.

Podczas okupacji rodzina nie miała się najgorzej. Kiedy zaczęto tworzyć getto, Polkowscy przeprowadzili się kilka ulic dalej, na Podwale, bo w poprzedniej kamienicy zbyt wiele osób wiedziało o pochodzeniu Aliny. Mieli pieniądze, mieszkała z nimi służąca. Irenka uczęszczała na tajne komplety. W grupie pięciu, sześciu dziewczynek spotykały się z nauczycielami w różnych mieszkaniach. Ojciec pilnował, żeby to u nich odbywały się lekcje religii. Dobrze, żeby sąsiedzi widzieli wchodzącego do mieszkania księdza. 

Ale mimo to Irenka bardzo często musiała przypominać sobie o zimnym żelazku i gorącej duszy.

Na przykład w lutym 1942 roku, kiedy poszła z matką odwiedzić babcię Leę w getcie. Alina dwa razy w tygodniu przedostawała się do getta przez budynek sądu i zanosiła matce jedzenie. Lea musiała się wyprowadzić z pięknego mieszkania przy Franciszkańskiej i gnieździła się z wieloma innymi osobami w trzypokojowym mieszkaniu. Irenka pamięta, że zawsze pachniała lawendą, a jej koronkowy kołnierzyk był świeżo odprasowany. Pół roku później odjechała transportem do Treblinki. 

Wszystko, co nam się przydarza, dzieje się po to, żeby nas czegoś nauczyć. Nas, a właściwie nasze dusze, bo ciała tak naprawdę się nie liczą.

Niedługo potem w drzwiach ich …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl