Opowiadanie

Jak tu wysoko, jak nisko

  • autor
  • Grzegorz Bogdał
Zacząłeś pod drzwiami, skończyłeś na drzewie. Na ziemi wciąż ruch, cicho na niebie. Ostatni samolot przeleciał godzinę temu. Nisko, cały w światłach, przypominał choinkę w pustym mieszkaniu.
rysunek Tomek Majewski

Godzinę temu, może więcej, nie nosisz zegarka, a telefon ci zabrali albo zgubiłeś po drodze. Teraz jest zupełnie ciemno. Nie widzisz niczego przed sobą, nie widzisz też siebie. Dziki się uspokoiły, ale nie odeszły, wciąż ryją w ziemi. Spodnie kleją ci się do nóg, bo zsikałeś się jeszcze na dole, więc je rozpinasz i zsuwasz majtki, dokąd się da. Wycierasz się koszulą i rzucasz ją na dół. Siedzisz odkryty, żeby bielizna przeschła, a smród moczu wcale ci nie przeszkadza. Jesteś obolały i kręci ci się w głowie. Nagle wypowiadasz na głos swoje imię, kilka razy, dla pewności, jakby zostało w tyle podczas ucieczki i teraz cię dogoniło.

Noc jest duszna, gałąź wygodna, a ty trzymasz się mocno i gadasz o sobie do nikogo, gadasz do siebie, bo się boisz zasnąć, boisz się spaść.

A dopiero co było tak. Stoisz w pełnym słońcu i raz za razem, bez opamiętania, rżniesz Sto lat na swoim weltmeistrze, aż pot leje ci się po czole, plecach i chudym tyłku. Mokro masz nawet w butach. Dawno nie trzymałeś akordeonu, boisz się, że nie dasz rady, ale idzie nieźle. Jedynie na początku trochę sztywno, póki nie rozruszasz ramion i palców. Głośnym śpiewem maskujesz pomyłki. Miejsce takie sobie. Przy dworcu, z boku galerii handlowej, tam gdzie są rampy dla dostawców, kontenery na śmieci i wypełnione petami słoiki po oliwkach. Każdy, kto idzie z peronu czy na peron, może cię zobaczyć i usłyszeć, chociaż Sto lat jest dedykowane Norbertowi. No i dobrze, muzyka to nie wódka, wystarczy dla wszystkich.

Nie wygłupiałbyś się tak sam z siebie, ale chcesz odzyskać pracę. A właściwie nie pracę, tylko sen. Po długiej chorobie, o której postanawiasz jak najszybciej zapomnieć, znajdujesz sobie zajęcie odpowiednie dla kogoś w twoim stanie. Kilka razy w tygodniu snujesz się po galerii i nie masz nic do roboty oprócz pokazywania klientom drogi do miasta albo na perony. Nikt przecież nie uwierzy, że potrafisz tu zapewnić bezpieczeństwo. Chodząc osiem lub dwanaście godzin w źle skrojonym mundurze i rozczłapanych półbutach, bo w takich najwygodniej, a firma nie daje służbowych, wyglądasz raczej jak ktoś, kto szuka wolnego miejsca na ławce, niż jak ochroniarz. Zerkasz czasami na swoje odbicie w szybach. Koszula nadyma ci się na plecach, jakby w drodze między drogerią a zoologicznym wyrósł ci garb. I tak jesteś szczęściarzem. Inni regularnie awanturują się z dzieciakami, pijanymi i bezdomnymi, a nawet gonią po śliskiej posadzce złodziei, którzy rwą przed siebie jak spanikowane zwierzęta, byle się stąd wydostać, prosto w mróz albo skwar. Zawsze gdy koledzy opowiadają o czymś takim, zamartwiasz się, że i ciebie to wreszcie spotka. Wyobrażasz sobie, że zamiast zareagować, sterczysz jak manekin wyniesiony ze sklepu i udajesz, że nie masz oczu ani uszu, aż wreszcie stawiają cię za witryną, żebyś reklamował wyprzedaż kolekcji dzieło-zlecenie.

Pierwszą umowę na okres próbny podpisujesz przed marketem budowlanym. Firma ochroniarska ma siedzibę w innym mieście, a tutaj ruchome biuro i nadzór nad regionem prowadzi Norbert, krótko ostrzyżony dryblas w średnim wieku, który nie potrafi zapanować nad atakami ziewania. Umawiacie się wcześnie rano, na parkingu stoi kilka samochodów. Pada deszcz ze śniegiem. Zima doczołgała się do kwietnia. Brudny citroën berlingo jest zawalony skrzynkami z narzędziami i sprzętem do remontu. Pukasz w szybę, Norbert otwiera drzwi, wsiadasz, a on od razu po przywitaniu spisuje twoje dane z dowodu. Jednocześnie powtarza warunki zatrudnienia, które tydzień temu omówiliście przez telefon, i zerka na ciebie. Co chwilę wkłada dłoń pod czapkę i drapie się po głowie. Nagle przerywa wypełnianie dokumentów, włącza ogrzewanie, uruchamia wycieraczki. Uśmiecha się i patrzy na ciebie.

– My się chyba skądś znamy – mówi.

– Tak? Skąd?

– No właśnie nie mogę sobie przypomnieć.

– Ja też nie kojarzę.

– Szkoda.

– Pewnie bym zapamiętał, gdybyśmy się już spotkali.

– Czemu?

– Raczej nie zapominam, jak kogoś poznam. Imię pamiętam.

– To się pomyliłem.

Norbert zdejmuje czapkę i pochyla się nad papierami, a wtedy zauważasz, że czaszkę z prawej strony ma zdeformowaną. Wygląda to jak rozległe, głębokie wgniecenie w plastikowym globusie. Odwracasz wzrok i przecierasz rękawem kurtki zaparowaną szybę. Norbert obraca się w fotelu i grzebie w betach rozrzuconych na tylnym siedzeniu. Wyciąga stamtąd pieczątkę, przybija ją, robi parafki i pokazuje ci, gdzie masz się podpisać.

– Ze mną można dobrze żyć, jak się nie robi problemów – mówi.

– To znaczy?

– Zero picia, punktualność, nieobecności zgłaszane wcześniej, brak skarg od klientów.

– Wiadomo – odpowiadasz.

– Podwiózłbym cię, ale czekam, aż otworzą sklep.

– Nie szkodzi, muszę jeszcze coś załatwić.

– Tak jak się umawialiśmy, jutro o dziewiątej. Chłopaki już wiedzą, wytłumaczą ci, co i jak.

Ściskacie sobie dłonie, Norbert zatrzymuje wycieraczki, wyłącza ogrzewanie i zakłada czapkę, a ty wysiadasz i idziesz prosto do domu.

Miesiąc w galerii dłuży się, dlatego jesteś zadowolony, kiedy cię przenoszą do masywnego, powojennego biurowca w kształcie litery „L”. Pilnie potrzebują tu zastępstwa, bo twój poprzednik zaczął co noc wszczynać fałszywe alarmy i wzywać patrole. Nigdy się nie przyznał, czemu tak naprawdę to robił, zapierał się, że był tylko czujny. Może wcale nie kłamał.

Dawniej na dłuższym boku budynku faceci ze sprzętem do wspinaczki montowali co kilka tygodni nową panoramiczną reklamę. Ostatnia wisi jednak już prawie pół roku, nieaktualna jak stary nekrolog, którego nikt nie ma odwagi zerwać. Obiekt należy do państwowej spółki niegdyś wynajmującej w nim pomieszczenia każdemu, kto regularnie płacił czynsz. Teraz na pięciu piętrach są same niedobitki. Fundacja charytatywna, serwis elektroniczny, dwa gabinety dentystyczne prowadzone przez rozwiedzione małżeństwo, biuro podróży, architekci, psychoterapeuta z zaawansowaną żółtaczką, komornik, geodeci bliźniacy i tym podobne. Wszyscy z wypowiedzeniami najmu. Na początku przyszłego roku biurowiec ma przejść w ręce prywatnego inwestora, który zamierza go wyburzyć i postawić na jego miejscu nowy.

Jeszcze nie wiesz, co cię spotka, ale myślisz, że inaczej niż w galerii, nic ci się tutaj nie może przytrafić. Mylisz się. Na razie jednak mówisz „dzień dobry” i „do widzenia”, wydajesz i odbierasz klucze. Zapamiętujesz numery pokoi, nazwy firm, imiona ich właścicieli i pracowników, ale to nie ma sensu, ponieważ ciągle ktoś się wyprowadza, a tobie przybywa niepotrzebnych słów w głowie. Ze swoimi zmiennikami widujesz się niecałą godzinę, po przyjściu do pracy i na koniec służby. Najczęściej są to Marek, który kieszenie ma wypchane mandatami, bo jezdnię przebiega wyłącznie w niedozwolonych miejscach, odkąd na pasach potrącił go samochód, i Telegrafista, któremu ręce trzęsą się tak jakby wystukiwał spóźnioną depeszę o końcu świata. Na nocnych zmianach, kiedy ostatni pracownicy wychodzą, zostajesz sam. Po zaryglowaniu głównego wejścia idziesz na obowiązkowy obchód sprawdzić, czy okna na korytarzach są zamknięte, a światła w ubikacjach zgaszone. Od ciszy dzwoni ci w uszach. Niekiedy kusi cię, by zawołać: „Jest tu ktoś?”, ale nie robisz tego, bo się obawiasz, że usłyszysz odpowiedź.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl