Studium

Jemen nad przepaścią

  • autor
  • Ghaith Abdul-Ahad
Strategia Zjednoczonych Emiratów Arabskich w Jemenie pokazuje, w jaki sposób mały i bardzo ambitny kraj wykracza swoją potęgą poza własne granice.
zdjęcie Mohammed Mohammed/Xinhua News/East News

Przed pięcioma laty Ajman Askar przebywał w więzieniu w południowym Jemenie, odsiadując wyrok dożywocia za morderstwo. Obecnie jest bogatym i ważnym człowiekiem ze znajomościami po każdej stronie frontu skomplikowanej wojny domowej, która zniszczyła jego ojczyznę. Niedawno został mianowany szefem służby bezpieczeństwa dużego okręgu w południowym mieście portowym Aden – na to stanowisko wyznaczył go jemeński rząd, w imieniu którego Arabia Saudyjska od trzech i pół roku bombarduje kraj. Jednak Askar jest również przyjacielem i sprzymierzeńcem Zjednoczonych Emiratów Arabskich – najbardziej wojowniczo nastawionego partnera w koalicji, która pod wodzą Saudyjczyków walczy, aby przywrócić do władzy rząd prezydenta Abd Rabbuha Mansura Hadiego, zmuszonego do ustąpienia z urzędu w wyniku powstania Hutich w 2015 roku.

Niezadowolenie światowej opinii publicznej z powodu krwawej interwencji w Jemenie spadło przede wszystkim na Saudyjczyków, ale to Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) odgrywają większą rolę w terenie – a także znani z walki przeciwko wspieranym przez Arabię Saudyjską siłom sojusznicy ZEA na południu, w tym miejscowe bojówki, wojujący salafici i jemeńscy separatyści z południa, którzy chcą się oderwać od rządu Hadiego.

Dziś Askar współpracuje z rządami Jemenu i Zjednoczonych Emiratów, ale nie tak dawno należał do wrogiej obu krajom Al-Kaidy. Przysadzisty i brutalny, z głową jak u byka nad mocnymi, szerokimi barkami, wspiął się, rozpychając się łokciami, po szczeblach więziennej hierarchii: prowadził sklepik z artykułami spożywczymi na spacerniaku i gralnię PlayStation w jednej z cel, a także zaprzyjaźnił z najpotężniejszym gangiem w zakładzie – grupą więźniów z Al-Kaidy. Askar modlił się z nimi, chodził na ich lekcje, zapuścił brodę i zaczął się tak samo ubierać, choć jego znajomi twierdzą, że nigdy nie wstąpił w szeregi organizacji, ponieważ jest zbyt wielkim oportunistą, by ślubować wierność jednej sprawie.

Kiedy wspierani przez Iran bojownicy Huti z północnego Jemenu wtargnęli na południe i obalili rząd w stolicy kraju Sanie, zmuszając Hadiego do ucieczki na południe do Adenu, a następnie za granicę do Arabii Saudyjskiej, Askar nadal odbywał karę. Ale w chaosie, który się potem rozpętał, bojownicy Al-Kaidy wtargnęli do więzienia i uwolnili osadzonych. Askar przyłączył się do ruchu oporu i u boku przyjaciół dżihadystów walczył przeciwko okupantom Huti, odznaczając się w walce jako bezwzględny dowódca i dzieląc swój czas w równej mierze między walkę i grabież.

Kilka miesięcy później miejscowe bojówki, południowi separatyści, siły rządowe oraz wojska ZEA i Saudyjczyków wspólnie wypędziły Hutich z Adenu. Askar już nie zajmował się w tamtym czasie tylko dżihadem – nałożył haracz na port i wymuszał prowizję od każdego transportu. Rząd wystosował szereg nakazów aresztowania, ale nic to nie dało. Niebawem Askar zaprzyjaźnił się z oficerami z Emiratów, którzy przybyli tu wraz z siłami rządowymi, i zaczął na dłużej odwiedzać Dubaj i Abu Zabi, nawiązując znajomości. Jego przyjaźń wynagrodzono lukratywną umową transportową i od tamtej pory zajął się dochodowym interesem: grabieżą dużych połaci ziemi uprawnej pod Adenem.

Poznałem Askara latem, gdy przyjmował znajomych w swym gospodarstwie na północ od miasta. Było tu spokojnie i zielono, wszystko bujnie rozkwitało, różniąc się skrajnie od tłocznych, dławiących się ulic Adenu. Askar z jowialnością bandyty żartował i opowiadał historie z ostatniego zagranicznego wypadu. Wraz z przyjacielem wynajął trzy furgonetki Mercedesa z kierowcami, by odwiedzić z żonami i dziećmi kurorty w egipskim Szarm el-Szejk. Zabrali rodziny do parków wodnych, na plaże i do restauracji serwujących owoce morza.

– Tydzień jak w raju – powiedział Askar zgromadzonym. – Dzieci były bardzo szczęśliwe i można było zapomnieć o wojennych zmartwieniach.

 


ajman askarto tylko jeden z wielu, którzy odnieśli korzyści z wojny w Jemenie – konfliktu, który Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) nazwała największym kryzysem humanitarnym na świecie, szacuje się bowiem, że co najmniej czternastu milionom ludzi grozi śmierć głodowa. Zainicjowane przez ONZ rozmowy pokojowe w Szwecji doprowadziły w połowie grudnia 2018 roku do przejściowego zawieszenia broni pomiędzy Huti a prorządowymi siłami w porcie Al-Hudajda nad Morzem Czerwonym, który jest podstawową bramą dla zagranicznej pomocy humanitarnej. Huti kontrolowali miasto od 2015 roku, ale od miesięcy szturmowały je siły koalicji saudyjsko-emirackiej, co doprowadziło do groźby jeszcze większej katastrofy humanitarnej.

Jeśli kruche zawieszenie broni się utrzyma – co nie jest pewne – obie strony będą musiały wycofać swoje wojska z portu. Pomyślny rozejm może utorować drogę postępom w kolejnej rundzie rozmów, którą zaplanowano na koniec stycznia [delegaci Hutich odmówili rozmów w Al-Hudajdzie ze względów bezpieczeństwa; 3 lutego podjęli je na pokładzie statku wyczarterowanego w tym celu przez ONZ – przyp. red.]. Ale wojna jeszcze się nie skończyła.

Nie jest to już zresztą jedna wojna. Zaczęła się wprawdzie jako konflikt między dwoma wyraźnymi antagonistami – sprzymierzoną z rządem koalicją, na czele której stanęli Saudyjczycy, i wspieranymi przez Iran siłami Hutich. Ale oddziały i wsparcie finansowe z zewnątrz (przede wszystkim ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich) przeobraziły ją w szereg konfliktów i lokalnych potyczek, którym porozumienie pokojowe niekoniecznie położy kres. Jemen przypomina teraz szachownicę pełnych broni lenn i bezrządnych terenów, po której świetnie poruszają się dowódcy, wojenni spekulanci i cała masa różnej maści królów bandytów w typie Ajmana Askara.

Toczy się regionalna wojna między północą a południem, które przed 1990 rokiem były odrębnymi, często zwaśnionymi państwami. Istnieje także konflikt religijny pomiędzy szyickimi zajdytami, takimi jak Huti, i sunnickimi salafitami. Poza tymi głównymi liniami podziału rozgrywa się wiele pomniejszych waśni. Podsycają je i wzmagają siły zewnętrzne, dostarczające pieniądze i broń wszystkim, których postrzegają jako pożytecznych dla własnych celów.

Rząd Jemenu jest skorumpowany i bezwładny, a od 2015 roku dziesiątki ministrów i wiceministrów przebywają na wygnaniu w saudyjskim kompleksie hotelowym. Dysponuje wprawdzie armią liczącą ponad dwieście tysięcy ludzi, ale wielu z nich nie otrzymuje wynagrodzenia albo są żołnierzami widmami – nazwiskami na liście, których żołd przywłaszczają sobie oficerowie.

Samą koalicję nękają zresztą większe i mniejsze konflikty, każdy z jej głównych członków prowadzi bowiem własną politykę i knuje przeciwko pozostałym. W Taizzie, mieście położonym w środkowym Jemenie, które Huti oblegali i ostrzeliwali przez ponad trzy lata, bojownicy koalicji są podzieleni na ponad dwadzieścia odrębnych odłamów wojskowych, w tym miejscowe siły zbrojne wspierane i sponsorowane przez ZEA, a także Al-Kaidę i innych dżihadystów. Część bojowników zmienia strony zależnie od tego, kto chce ich finansować.

Gdy przed dwoma laty plemienny szejk sunnicki z Al-Bajdy – położonej na granicy tradycyjnego podziału między zajdycką północą a sunnickim południem – zwrócił się do ZEA o pomoc w walce z rebeliantami Huti, emiracki generał powiedział mu, że Huti „nie są już naszym priorytetem ani największym wrogiem”. Szejk usłyszał, że jeśli chce broni od Emiratów, musi walczyć także z Państwem Islamskim (ISIS), Al-Kaidą i Al-Islah, islamistyczną partią polityczną odgrywającą główną rolę w tym samym rządzie, któremu ZEA rzekomo wysyłały do Jemenu wojska w celach obronnych.

Obecnie na terytorium szejka walczą trzy różne siły, każda z nich wspierana przez jedną lub nawet dwie główne frakcje koalicji: ZEA, Saudyjczyków i rząd Jemenu. Każda z armii w tym regionie postrzępionych wzgórz i czarnych kamieni wulkanicznych otrzymała sprzęt wojskowy, ciężarówki i żołd o wartości milionów dolarów. Tymczasem tutejszych rolników nie stać na zakup paliwa do traktorów – wloką się za wychudłymi osłami ciągnącymi drewniane pługi, podczas gdy ich dzieci dołączają do którejś ze stron konfliktu.

Rząd Jemenu jest skorumpowany i bezwładny, a od 2015 roku dziesiątki ministrów i wiceministrów przebywają na wygnaniu w saudyjskim kompleksie hotelowym.

Emiratczycy wydają się jedynymi członkami sojuszu z przejrzystą strategią. Wykorzystują najemne wojska, które stworzyli, wyszkolili i sfinansowali, aby zdławić zarówno wojowniczych dżihadystów, jak i islamistyczne partie polityczne w rodzaju Al-Islah. Na południowym wybrzeżu – gdzie ZEA są sprzymierzone z separatystycznym Ruchem Południowym, który walczy zarówno z …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Artykuł ukazał się 21 grudnia 2018 roku w „The Guardian Weekly”. Copyright © Guardian News & Media Ltd 2019. 

FreshMail.pl