Portret

John Oliver: Publiczność mnie nie lubi

  • autor
  • Emma Brockers
Jakim sposobem wulgarny Brytyjczyk, który „rozumie amerykańską politykę piąte przez dziesiąte”, stał się uwielbianym komikiem telewizyjnym po drugiej stronie Atlantyku? Sylwetka Johna Olivera.
rysunki Rafał Piekarski

Na środku Times Square wisi ogromny bilbord z Johnem Oliverem, który zapowiada piąty sezon jego programuPrzegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliveremi który sprawia, że komik podróżuje do pracy inną drogą [niedawno ruszył szósty sezon – przyp. red]. Od kiedy przed jedenastoma laty przyjechał do Stanów Zjednoczonych, jego styl komediowy opiera się na tym, że jest Brytyjczykiem zagubionym w innym kraju, a zarazem kimś, kto nie czuje się dobrze we własnej skórze. Ten styl idzie w parze z dogłębnym zażenowaniem, w jakie czterdziestoletniego Olivera wprawiają zewnętrzne znamiona sławy.

– Wszystko wydarzyło się tak szybko – mówi komik, nieszczęśliwy nie tylko z powodu plakatu reklamowego, lecz także, w iście brytyjskim stylu nurzania się w coraz większym zakłopotaniu, z uwagi na niewdzięczność wobec swych pracodawców, którą można by widzieć w jego niechęci do bilbordu. – Wiem, że po jedenastu latach dziwacznie to zabrzmi, ale mam poczucie, jakbym nie miał od tego ani chwili wytchnienia. – Uśmiecha się szeroko z chłopięcym niedowierzaniem, które w dużej mierze tłumaczy urok jego programu. – To absurdalne, że jestem na plakacie na Times Square.

 


obserwowanie przemianyOlivera z wyglądającego trochę jak Beatles młodego współpracownika Jona Stewarta w mężczyznę w średnim wieku, który ma tyle siły – zarówno w przenośni, jak i dosłownie – by poprowadzić z sukcesem własny program, było dziwnym doświadczeniem, zwłaszcza dla brytyjskich widzów.Przegląd tygodnia, w którym wraz z zespołem wykorzystuje komizm, przybliżając historie zbyt skomplikowane bądź zbyt nudne, by mogły wzbudzić zainteresowanie kanałów informacyjnych, to względnie skromny jak na standardy HBO produkt, ale bez wątpienia ważne źródło prestiżu stacji. Oglądanie, jak Oliver trafia w punkt żartami o niegodziwym planowaniu miasta albo dowcipkuje sobie z tego, kiedy Narodowa Agencja Bezpieczeństwa może – zgodnie z potwierdzeniem Edwarda Snowdena – przyjrzeć się zdjęciom jego penisa, nie tylko sprawia, że widz czuje się inteligentny. Jest w tym także lekko niezręczne poczucie, że śmiejemy się z tego, co nie powinno nas bawić. W swym najlepszym – i zwykle najbardziej wiralowym – wydaniuPrzegląd tygodniajest czymś niezwykle rzadkim: świetnym programem rozrywkowym o pewnej dawce społecznej użyteczności. W najgorszym – unosi się nad nim aura zbytniej nerwowości, charakterystyczna dla kogoś, kto próbuje tchnąć życie w coś niewymownie nużącego. – Zrobiliśmy kilka naprawdę nudnych rzeczy – mówi Oliver z zachwytem człowieka, który przeciwstawił się wszystkim komercyjnym zasadom w branży i mimo to wyszedł z tego zwycięsko.

Wiąże się to w dużym stopniu z samym Oliverem. Przy programie pracuje duży zespół, w tym ośmioro autorów, czworo researcherów, czworo producentów materiałów filmowych i tyle samo ich asystentów, którzy zajmują się researchem. Tylu właśnie ludzi potrzeba, by odcinek poświęcony przykładowo temu, jak niezamożni Amerykanie pochodzenia iberyjskiego padają ofiarą marketingu wielopoziomowego, przemienić z godnego uwagi wstępniaka w narzędzie komizmu, które i tak potrafi przyprawić prawników HBO o ból głowy. O ile Jon Stewart [amerykański komik – przyp. red.], mentor Olivera, jest pełnym ogłady i niewzruszonym człowiekiem, którego styl komediowy wiąże się z nieustannym opieraniem się o krzesło, o tyle Oliver to ten gość, który gorączkowo się pochyla i u którego szukamy reakcji w rodzaju „O w dupę!”. Trudno idealnie utrafić w taką tonację, zważywszy na to, że Oliver to – przynajmniej do pewnego stopnia – człowiek z brytyjskim akcentem, który stroi sobie żarty z innego kraju.

 Na pewno budzę wiele reakcji typu „wracaj, skąd przybyłeś” – stwierdza. – Choć jeśli ktoś uważa, że sam akcent narzuca człowiekowi, czy może o czymś mówić, czy nie, to bardzo upraszcza sytuację. Sądzę, że chodzi o to, co znajduje się pod tym akcentem – czyli o intencję, która może ludzi drażnić albo krzepić. Dość szybko stało się jasne, że jest we mnie zaangażowanie emocjonalne i że coraz częściej mówię „my”, a nie „wy”. Kiedy zaczynałem wThe Daily Show, często padało, że „wy” to, „wy” tamto, ponieważ opierało się to na prostym spojrzeniu kogoś z zewnątrz, kto z czegoś się nabija. Ale uległo to zmianie, ponieważ przestałem się czuć wyobcowany. Gdy mowa o Ameryce, teraz zawsze mówię „my”.

 


to poczucie wyobcowaniazostało po części złagodzone, gdy Oliver poznał swoją amerykańską żonę, Kate. To była lekarka wojskowa, na którą wpadł podczas krajowej konwencji republikanów w 2008 roku i która pochodzi z zupełnie innego świata niż on. Po części osłabło ono zaś po prostu dlatego, że długo mieszka w Stanach.

– Dość szybko wymazałem to z pamięci – mówi o odruchowej brytyjskiej protekcjonalności wobec Ameryki. – Bo dopóki się tu nie było, dopóty się nie rozumie, jak bardzo skomplikowany i do pewnego stopnia podzielony jest to kraj. Widzisz ich na igrzyskach olimpijskich, jak skandują pierwsze litery nazwy swojej ojczyzny, jakby wszyscy zgadzali się co do tych samych rzeczy, …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Artykuł ukazał się 24 lutego 2018 roku na theguardian.com. Copyright Guardian News & Media Ltd 2019. 

Czytaj także

FreshMail.pl