Portret

Macron. Mag w pałacu Elizejskim

  • autor
  • Jędrzej Bielecki
Zaraz po objęciu władzy Emmanuel Macron udał się do Niemiec, gdzie kanclerz Merkel przyjęła go cytatem z Hessego: „Każdy początek niesie za sobą pewną magię”. Prezydent Francji nie ustaje w wysiłkach, by ta magia trwała.
rysunekBartek Arobal Kociemba

Emmanuel Macron na samym początku odciął się od swoich poprzedników. W noc wyborczą socjalistyczni prezydenci, jak François Mitterrand i François Hollande, szli na spotkanie z „ludem Francji” na placu Bastylii – miejscu, które najlepiej symbolizuje bunt uciśnionych przeciwko panującym. Przywódcy z prawicy, jak Nicolas Sarkozy, woleli plac Zgody u progu Pól Elizejskich, miejsce chwały republiki.

7 maja ubiegłego roku zwycięski Macron pojawił się niemal dokładnie między tymi dwoma placami, przed słynną piramidą na dziedzińcu Luwru. Miarowym krokiem, z utkwionym w dal spojrzeniem, szedł w kierunku swoich zwolenników przy dźwiękach Ody do radości, a nie Marsylianki. Przesłanie było jasne: zrodzony w wielkiej rewolucji podział sceny politycznej na prawicę i lewicę należy do przeszłości. Wąsko pojęta, narodowa tożsamość musi teraz zostać zastąpiona, a przynajmniej poszerzona, o nowy punkt odniesienia: Europę. Do zdumionych Francuzów zaczynało docierać, że oto wybrali przywódcę, który ma najambitniejszy program przebudowy ich kraju od czasów generała De Gaulle’a. – Wy, którzy zebraliście się dziś przy Luwrze, symbolizujecie zapał, entuzjazm, energię ludu Francji. Wybraliście odwagę i tą odwagą będę się teraz kierować – oświadczył Macron.

 


rok później francuski prezydent wciąż pozostaje dla wielu zagadką. Jedni uważają, że to tylko gracz, kolejny z długiej serii francuskich prezydentów, którzy, choć wygłaszają wspaniałe przemówienia, nie potrafią zmienić kraju i dopuszczają do zdystansowania go przez Niemcy. Inni twierdzą, że Macron nie tylko w słowach, ale przede wszystkim w czynach wyrasta na największego od lat prezydenta Francji. A w Europie może wkrótce zająć miejsce Angeli Merkel.

Jaka jest prawda? 

– Prezydent sam określił kryteria, według których chce, aby w przyszłości oceniła go historia – mówił mi w grudniu w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Laurent Bigorgne, wieloletni przyjaciel Emmanuela Macrona, dyrektor prestiżowego paryskiego Instytutu Montaigne, który opracował znaczną część programu wyborczego francuskiego przywódcy. – Ma wizję nie na jedną kadencję, tylko na dwie, na dziesięć lat – dodał. W tym czasie nowy prezydent chce postawić kraj na nogi, sprawić, że Francuzi znów odzyskają optymizm i uwierzą, że lata chwały ich ojczyzny niekoniecznie należą tylko do przeszłości. Temu ma służyć przede wszystkim „uwolnienie energii” gospodarki przez zrzucenie części ciężaru podatków i regulacji, które tak bardzo krępują rozwój przedsiębiorstw. Ale ta odnowa ma także objąć życie polityczne dzięki budowie na gruzach tradycyjnych, umiarkowanych partii politycznych, które, jak mówi Bigorgne, „zdechły”, całkiem nowych organizacji. O ile miarą sukcesu gospodarczego będzie to, czy Francja zdołała istotnie zasypać różnice w poziomie rozwoju z Niemcami, o tyle kryterium oceny skuteczności zmian politycznych sprowadza się do tego, czy w następnych wyborach prezydenckich w 2022 roku Marine Le Pen lub inny kandydat Frontu Narodowego nadal będzie miał szansę zdobyć Pałac Elizejski. Ale ambicje Macrona sięgają dalej, poza granice kraju. Chce być wielkim reformatorem Unii, w szczególności poprzez poszerzenie strefy euro i choć częściowy powrót do „małej Europy” sprzed rozszerzenia w 2004 roku, którą Francja o wiele lepiej kontrolowała, niż to się dzieje dziś. O tym Macron mówił mi już w kwietniu 2016 roku, wówczas jako minister gospodarki i finansów, gdy spotkałem go na śniadaniu w Ambasadzie Francji w Warszawie: – Państwa, które nie chcą iść dalej z integracją, nie mogą blokować tych, które mają takie ambicje. Ci, którzy chcą więcej Europy, którzy marzą o Europie, muszą mieć swobodę działania – przekonywał. Gdyby choć część tego planu weszła w życie, po raz pierwszy od czasów François Mitterranda i Helmuta Kohla Berlin straciłby, choć część swojej przemożnej siły wyznaczania kierunku rozwoju Unii. Tym bardziej że korzystając ze słabości Londynu spowodowanej Brexitem, Macron chce przekształcić swój kraj w najważniejszego partnera wielkich tego świata: Stanów Zjednoczonych, Rosji i Chin. Ale Macron myśli na jeszcze dłuższą metę, w kategorii głębokich zmian cywilizacyjnych, jakie dotykają nasz świat. 

Nowy prezydent chce postawić kraj na nogi, sprawić, że Francuzi znów odzyskają optymizm i uwierzą, że lata chwały ich ojczyzny niekoniecznie należą tylko do przeszłości.

Punktem wyjścia jest dla niego analiza wyzwań, przed jakimi staje świat: rewolucji cyfrowej, ekologicznej, drugiej fali globalizacji, która prowadzi do nowego rozdania kart na arenie międzynarodowej i daje zupełnie nowe znaczenie Chinom, Indiom. Aby Francja odnalazła się w tym nowym układzie, odzyskała dawną rolę w Unii, potrzebuje głębokich reform. – Macron mówi Francuzom: jeśli tym razem nie przeprowadzimy zmian, będzie z nami bardzo źle – tłumaczy Bigorgne.

 


już nie jest najlepiej. Francja ma kłopoty od pierwszej połowy lat 70., gdy kraje OPEC gwałtownie podwyższyły ceny ropy. Kraj od tej pory nigdy nie odzyskał szybkiego tempa wzrostu gospodarczego. Armia bezrobotnych, tych, którzy nie mają pracy w ogóle lub z konieczności pracują tylko na część etatu, urosła do przeszło sześciu milionów osób. Aby utrzymać hojny system socjalny, na który Francuzów nie było już stać, państwo zadłużyło się po uszy. Nigdzie w zjednoczonej Europie poza Finlandią udział wydatków publicznych w gospodarce nie jest tak duży, jak nad Sekwaną, nigdzie przedsiębiorcy nie są tak bardzo przytłoczeni podatkami. Co doprowadziło do powstania dwóch klas społecznych: tych wystarczająco starych, aby załapać się na dawne przywileje i trzymać się ich kurczowo, i młodych, którzy nigdy nie będą mieli na to szans. 

Niemcy miały podobny problem kilkanaście lat temu, ale dzięki radykalnym reformom przeprowadzonym przez Gerharda Schrödera nie tylko sfinansowały dokończenie procesu zjednoczenia, ale także uzdrowiły finanse publiczne i stały się lokomotywą gospodarczą całej Unii. Francji jest o wiele trudniej, bo – przynajmniej od czasów kardynała Richelieu – silne, scentralizowane państwo, które stara się chronić swoich obywateli przed zewnętrznymi zagrożeniami i zapewnia im bezpieczeństwo socjalne, jest fundamentem francuskiej tożsamości. Na tym polega też sedno ustroju Piątej Republiki – instytucja prezydenta jest obdarzona największymi uprawnieniami ze wszystkich przywódców w Europie Zachodniej, ale jeśli, (jak to się często zdarzało) zostanie obsadzona przez osobę małego formatu, prowadzi do paraliżu kraju na lata. Historia utrudnia reformowanie Francji także w inny sposób. Wielka rewolucja, a szczególnie rządy jakobinów, zapoczątkowała tradycję radykalnej walki ideologicznej, niechęci do kompromisu. Właśnie dlatego, gdy w połowie lat 90. Jacques Chirac, a dziesięć lat później Nicolas Sarkozy próbowali wprowadzić relatywnie skromne reformy rynkowe, miliony Francuzów wyszły na ulice na apel radykalnego związku zawodowego CGT. Obaj prezydenci się cofnęli. Nic więc dziwnego, że zapowiedzi Macrona zostały przyjęte przez francuską elitę z niedowierzaniem. Nie doceniły go nawet najtęższe umysły kraju.

W marcu 2017 roku, tuż przed wyborami, spotkałem się z Dominique Reynié, prezesem paryskiego Instytutu Fondapol i czołowym francuskim politologiem. Do wyborów pozostało wtedy kilka tygodni, ale było już jasne, że trzydziestodziewięcioletni były minister gospodarki i finansów ma duże szanse na sukces. – To będzie zwycięstwo skradzione! Zwycięstwo z przypadku! Przecież po pięciu latach rządów Hollande’a jest jasne, że Francuzi chcą powrotu prawicy – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” znany z konserwatywnych poglądów ekspert. – Ale program Macrona, to, co dziś mówi, nie ma żadnego znaczenia, bo i tak nie będzie miał większości w Zgromadzeniu Narodowym, nie będzie miał żadnych realnych uprawnień – tłumaczył Reynie. Jak referendum z czerwca 2016 roku, które doprowadziło do Brexitu, czy wybory prezydenckie w USA pięć miesięcy później, które zakończyły się zwycięstwem Donalda Trumpa, także kampania w wyborach prezydenckich 2017 roku we Francji przybrała niezwykły zwrot. Jeszcze w styczniu, na cztery miesiące przed głosowaniem, faworytem był kandydat gaullistowskiej partii Republikanie, François Fillon. Protestant o nieskazitelnych manierach, zawsze opanowany i uprzejmy, miał uchodzić za wzór uczciwości i integralności. Właśnie dlatego Francuzi byli gotowi zaakceptować proponowaną od lat przez Fillona francuską wersję „terapii szokowej”: radykalne odchudzenie państwa, aby gospodarka wróciła do życia. – Wszystkie duże kraje europejskie przechodziły przez takie kryzysy, z jakimi my dziś mamy do czynienia, i potrafiły zareagować z wystarczającą siłą, aby przełamać trudności. Była pani Thatcher w Wielkiej Brytanii, był pan Schröder w Niemczech. Tego samego dokonały Szwecja i Kanada. Francja też musi się teraz odważyć na przełom – mówił mi w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Fillon jeszcze na dwa lata przed wyborami.

Macron mógł śmiało wystąpić w roli zbawcy narodu przed przejęciem władzy przez skrajną prawicę: 7 maja głosowało na niego niemal dwie trzecie Francuzów.

Dramatycznie niskie poparcie dla Hollande’a i jego niemoc w rozwiązaniu fundamentalnego problemu bezrobocia zdawały się szeroko otwierać bramy Pałacu Elizejskiego dla kandydata republikanów. Wszystko zmienił 25 stycznia „Le Canard Enchaîné”. W opublikowanym tego dnia artykule satyryczny tygodnik ujawnił, że żona Fillona, angielka Penelope, przez dziesięciolecia pobierała sowitą pensję asystentki parlamentarnej najpierw u swojego męża, a później u jego przyjaciół. W pogrążającym się w marazmie gospodarczym kraju suma wyłudzonych od podatników pieniędzy – blisko milion euro – musiała szokować. Z dnia na dzień Fillon stał się zupełnie niewiarygodny. Macron miał więc w tych wyborach niezwykłe szczęście. Tym bardziej że na porażce Fillona się ono nie skończyło. W walce o najwyższy urząd w państwie w maju 2017 roku poważnych kandydatów było jeszcze dwóch: Marine Le Pen i Jean-Luc Mélenchon. Liderka skrajnej prawicy i lider skrajnej lewicy. Politycy, którzy, choć razem zebrali w pierwszej turze blisko połowę głosów, mimo ogromnej frustracji Francuzów wciąż jeszcze nie mogli liczyć na ostateczne zwycięstwo. 

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl