Portret

Mikołaj Spodaryk. Czarny kitel śmieszy najbardziej

  • autor
  • Katarzyna Kojzar
Na oddziale profesora Mikołaja Spodaryka nie ma „przypadków”. Jest Asia, Zosia, Kubuś, Jaś. Nie ma „bardzo trudnej sprawy”, tylko „bardzo chore dziecko”.
rysunkiEwelina Karpowiak

Na obiad było curry. Z kurczakiem, imbirem, warzywami. Przyszła prawie cała rodzina – mama, syn, żona, kilkoro znajomych. Jedliśmy przy dużym drewnianym stole, tuż przy otwartej kuchni.

W przytulnej restauracji w Krakowie, na końcu jednej z małych, słabo oświetlonych uliczek. Były rozmowy – o zwierzętach, o gatunkach piwa, o sporcie, o tym, co u kogo słychać. Było wino, a dla niepijących – kompot. Na deser ciasto.

Z kuchni co jakiś czas wyłaniał się autor popisowego dania, sprawdzić, czy wszyscy zjedli i czy smakowało. Dość wysoki, krągły, w czarnej koszulce i kolorowym czepku na głowie. Pod nosem długi, zakręcony wąs, na przedramieniu wytatuowana świnka Peppa. Profesor Mikołaj Spodaryk.

Na obiedzie znalazłam się przypadkowo. Zadzwoniłam do profesora, żeby zapytać, czy zgodzi się na wywiad.

– A o szesnastej co pani robi? – usłyszałam w odpowiedzi. – Zapraszam najpierw na curry, będę gotował w restauracji.

– O co chodzi z tym gotowaniem? – kilka dni później zapytałam profesora, pediatrę, autora ponad 120 prac naukowych i poradnika dla rodziców Wiem, co je moje dziecko, kierownika Oddziału Leczenia Żywieniowego w szpitalu dziecięcym w KrakowieProkocimiu.

– Miałem dwa największe marzenia. Pierwszym była kolejka Piko, taka składana, co ją w całym pokoju można rozstawić i jeździ. Jest ciuchcia, rozdzielnia, wagony towarowe, wszystko! Ojciec nigdy mi jej nie kupił, bo też był lekarzem i nie miał czasu na takie rzeczy. Obiecałem sobie, że kiedy ja będę miał dzieci, to im taką kupię i wspólnie będziemy się bawić. Synowie już dorośli, a ja dalej nie mam Piko. Zresztą już nie miałbym na to czasu.

To było pierwsze marzenie, niespełnione. Skoro tak, to drugie trzeba już było zrealizować. A marzyłem o gotowaniu z profesjonalistami. Mamy na Woli Justowskiej, gdzie mieszkam, zaprzyjaźnioną restaurację 27 Porcji. Kuchnia otwarta, pachnie pięknie. To dlaczego nie spełnić marzenia tam? Zapytałem właścicieli, Martę i Adriana, zgodzili się i gotujemy. Bałbym się tak lecieć daniami z karty, ale curry robię dobre. I byłem przez jeden wieczór szefem kuchni, kucharze mówili do mnie: „Szefie, a tę cebulę to w krążki, kosteczki czy piórka kroić?”. Mogłem ordynować: to w plasterki, a to w słupki. Dobre wyszło! Co więcej, nikt po nim nie umarł, więc jestem podwójnie dumny!

Profesor miał też inne, trochę mniejsze, marzenia. Na przykład to, żeby zostać lekarzem. Najlepiej pediatrą. To się udało, tak jak i habilitacja (temat: Matematyczny model odżywiania pozajelitowego u dzieci). Marzy też, żeby zorganizować kiedyś jakąś akcję charytatywną z Jurkiem Owsiakiem.

– Nie chciałbym dorosnąć. Pracuję z dziećmi i chcę patrzeć na świat tak jak one. Wielu już mi mówiło: „Jesteś profesorem, wykładasz na uczelni, kierujesz oddziałem, mógłbyś wreszcie dojrzeć”. A ja nie chcę się leczyć z dzieciństwa. Już zawsze będę takim Piotrusiem Panem.

 


na wywiad w radiu kraków przyjechał samochodem w stroju pokemona Pikachu. Dziennikarz zapytał, czy kierowcy na światłach przecierali oczy ze zdziwienia.

– Staram się na to nie patrzeć, choć rzeczywiście wzbudza to sensację – odpowiedział Spodaryk. – Stary i głupi? No stary, ale nieszablonowy. Jeżeli lekarz osiągnął już swój status zawodowy, to co, mam krawat zakładać do piżamy? Nikt nie przyjdzie do takiego krawata czy białego kitla. Lepiej więc przebrać się za świnkę Peppę albo za Pikachu.

 


rok 1958. adam spodaryk jest szanowanym krakowskim pediatrą. Pracuje w szpitalu MSWiA. Razem z żoną Jadwigą mieszkają przy ulicy Dzierżyńskiego (dzisiejszej Lea) niedaleko centrum Krakowa. W czerwcu na świat przychodzi Mikołaj.

– Miałem dobre dzieciństwo, chociaż nasza rodzina była trochę dziwna. Ojciec na piedestale. Bardzo go z moją młodszą siostrą Jagodą kochaliśmy, ale zawsze go było za mało. Wychodził do pracy, gdy jeszcze spaliśmy, wracał, kiedy już byliśmy w łóżkach. Ale wiedzieliśmy, że go nie ma, bo robi coś ważnego. Małemu dziecku nie mówi się, że tatuś leczy odrę, ospę czy zapalenie płuc. Mówi się: „Tatuś pomaga choremu dziecku albo nawet je ratuje”. Tak powstał mit, w którym dorastaliśmy – wspomina Spodaryk.

Jadwiga musiała być dla dwójki małych Spodaryków nie tylko mamą, ale i po trosze tatą. Mikołaja nauczyła gwizdania na palcach, plucia (bo wszyscy chłopcy przy trzepaku potrafili) i strzelania z procy. Mówiła synowi: „Lepiej wybij komuś okno, niżbyś miał celować w człowieka albo zwierzę”.

rysunek Ewelina Karpowiak

– Do dziś nie akceptuję polowań – mówi profesor. – Najchętniej to bym myśliwym zaproponował, żeby urządzili sobie zawody: część strzela, część ucieka. Ciekawe, jak by się czuli na miejscu zwierzyny. Tata, jako lekarz, a więc biolog, zawsze powtarzał: „Zwierzę to żywa istota, którą boli, jak człowieka, która tęskni jak człowiek i kocha jak człowiek”. Zawsze traktowaliśmy zwierzęta jak członków rodziny.

Był jamnik Czokuś. Sprytny, czasami zakradał się do domowego gabinetu Spodaryka seniora i kradł pluszaki dla pacjentów. Świetnie dogadywał się z kotami, Maćkiem i Kubą, które przyjmowały pacjentów w gabinecie.

 


nie pamięta momentu, w którym postanowił, że pójdzie w ślady ojca. Od dziecka nie wyobrażał sobie, że można wykonywać inny zawód niż ratowanie życia innym. Rodzice nie zachęcali ani nie odradzali.

Studentem był pilnym, piątkowym. Żeby nikt nie mógł zarzucić, że ojciec mu coś ułatwiał czy pomagał. Zresztą żadnej pomocy nie chciał. – Miałem wrażenie, że koledzy nie lubili ze mną chodzić na egzaminy, bo przedmioty kliniczne miałem wyuczone i trochę robiło im się wstyd, gdy umiałem więcej – mówi.

Ojciec nawet nie zapytał o specjalizację. Kiedy Spodaryk zdał pierwszy stopień, wydawało się, że nikt w domu się nie przejął. Po drugim stopniu ojciec pogratulował, była kolacja i święto. Wtedy zaproponował wspólne prowadzenie gabinetu domowego. Jednocześnie Spodaryk junior starał się o etat w Polsko-Amerykańskim Instytucie Pediatrii (czyli w dzisiejszym szpitalu w Prokocimiu).

Jeżeli lekarz osiągnął już swój status zawodowy, to co, mam krawat zakładać do piżamy? Nikt nie przyjdzie do takiego krawata czy białego kitla. Lepiej więc przebrać się za świnkę Peppę albo za Pikachu.

– Wtedy nie było skierowań i etatów rezydenckich, dostawałeś etat w wyniku konkursu albo nie. Ja za pierwszym razem się nie dostałem. Przez dwa lata pracowałem jako wolontariusz, a dodatkowo, w ramach nakazu pracy, byłem zatrudniony w Zakładzie Opieki Zdrowotnej Podgórze. To była gehenna! Najpierw siedem godzin w ramach oddelegowania, a potem żniwa w przychodni rejonowej – wspomina profesor.

Trafił pod skrzydła lekarek z Oddziału II niemowlęcego, Janiny Stopyrowej i Małgorzaty Kruszewskiej. Docent Stopyrowa walczyła o to, żeby młody lekarz został zatrudniony na stałe. Udało się. Był styczeń 1983.

Relacja: uczeń – mistrz z doktor Kruszewską przerodziła się później w wielką przyjaźń.

– Wiele nauczyłem się też od doktor Danuty Fedeczko, która dla mnie już na zawsze zostanie po prostu Danusią. Drobniutka, zawsze z papierosem, chodząca dobroć i wyrozumiałość. Na przełomie lat 60. i 70. stażowała u prof. Stanleya Dudricka w Filadelfii. Ze Stanów przywiozła jego nowatorską metodę terapii: dożylne leczenie żywieniowe, wtedy nazywane hiperalimentacją – wspomina profesor. – Dzięki niemu pacjenci cierpiący na niewydolność jelit, na przykład z zespołem krótkiego jelita albo z poważną postacią anoreksji, nie umierają z głodu. Polega na podawaniu przez żyły wszystkich składników odżywczych: węglowodanów, tłuszczów, białek, elektrolitów i wody.

Po latach, kiedy Spodaryk już sam kierował oddziałem, Dudrick odwiedził Kraków. Powiedział: jeśli ty jesteś uczniem Danuty, to jesteś też moim uczniem.

 


w 2003 roku profesorowie Mikołaj Spodaryk i Jacek Puchała (wybitny chirurg dziecięcy) chcieli połączyć swoje siły i stworzyć coś, czego brakowało na południu Polski – Dziecięce Centrum Oparzeniowe. W Prokocimiu problem był jeden: pieniądze. W wielkim szpitalnym budynku znalazłaby się przestrzeń, ale nie było za co jej wyremontować, odmalować i wyposażyć. Z pomocą przyszła Fundacja Polsat. Zorganizowała zbiórkę, dzięki której powstała oparzeniówka.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl