Opowiadanie

Moja lewa stopa

  • autor
  • Wojciech Kuczok

Wieje z południowego zachodu, a jak na złość wszystkie sensowne obejścia grani właśnie z tej strony. Żeby jeszcze rozwiewało chmury, toby i wątpliwości rozwiało, ale im bardziej duje, tym więcej się kłębi, tu już nie ma co liczyć na słońce, zaćmiło się, zsiniało, grań długa i widokowa w takich warunkach to już nie jest przyjemność. Już bym schodził, z przełączki żlebik jakiś jedynkowy, parskający żywym piargiem, ale w dół to się jakoś zniesie, spiargdoli się w podskokach, do doliny, do stawów, na czaj. Na swoje już wlazłem, i wczoraj, i dzisiaj, mogę już zleźć, wcześniej niż było w planie, do niższego schroniska, może będzie w karcie coś poza czosnkową i gulaszem, żebym nie musiał zapijać wódką na żołądek, sieć się pojawi, sprawdzi się prognozy, jeśli powietrze przestanie się szarpać, to sobie tę grań dokończymy jutro, a jak nie, to za rok, gór do tej pory nie zburzą. Gdzież on, czemu samym ostrzem lezie, a raczej pełznie po głazach, bo jak tak na samej grani zawieje, to i zwiać może, setka w porywach, równowaga chwiejna, pod kurtkę się wwieje taka wichrzyca i porwie jak na glajcie do Dzikiej Doliny. No, ja tamtędy nie mam zamiaru, pójdę obejściem, może go złapię przed następną przełączką i nakłonię do wycofu. Co tu napisał Paryski, „skośnym zachodzikiem do półeczki i wprost w górę po pewnych, zadzierżystych stopniach”, te zdrobnienia brzmią niepokojąco, więc czujnie się zachodzikiem do półeczki przesuwam, teraz ma być pewnie i zadzierżyście, czyli jak mniemam lito – no coś tam wystaje prosto w górę, wygląda drabiniasto, wołam do tego tam, w grań wczepionego: „E!”, tak na próbę, czy wiatr doniesie, ale tak szybko wieje, że przeleciało nad nim, zanim zdążył usłyszeć, widzę, że chowa się po drugiej stronie krawędzi przed podmuchami, czasem łeb wystawia, żeby dalszą drogę wypatrzeć, macham mu i pokazuję na chwyty nad sobą, na migi zapytuję, czy z góry wyglądają pewnie, on coś mi odmachuje, jakby potwierdzał, ale może to wiatr mu ręką poruszył, bo znowu się wczepia w skałę, żeby nie odlecieć.

rysunki Iza Dudzik

rysunki Iza Dudzik

Niby mam lepiej, bo mi wieje w plecy, czyli jakby do ściany przykleja, ach, żeby tak wiało równo, to jeszcze, ale raz do skały przytula, a raz przestaje i wtedy oparcia brak, ten chce, złośnik, żeby się człowiek nawet w pionie zataczał. Wyje i całkiem cichnie, jak w starym radyjku, co to się w nim pokrętło od głośności zepsuło, raz łeb urywało, by za chwilę milknąć, to jeszcze w czasach, kiedy mnie ojciec w te góry przywoził i wymieniał szczyt po szczycie z taką pasją, z jaką ja odnotowywałem kolejne miejsca na liście przebojów. „A Durny – mówił – właśnie dlatego tak się nazywa, że ta jego grań zębata taka durnowata w wyglądzie, znaczy z naszej północnej strony, jakby dziecko góry rysowało”. No może i miał rację, bo z południa wygląda inaczej, może nawet pyszni się wyglądem, przez co Słowacy go nazwali Pysznym; zawsze mnie kusiło, żeby po tej grani przeleźć, a ze szczytu tradycyjnie do ojca zadzwonić i zaskoczyć „Zgadnij, gdzie jestem?”, a potem podać mu nazwę wierzchołka. Jeszcze przed kilku laty, kiedy ojciec kumał bazę lub choćby był w pół drogi do bazy, nazwy kojarzył z oglądaną w młodości przez okno panoramą i za każdym razem wzdychał z podziwem i grozą „Lodowy?! Wysoka?! Mięgusz?! Gdzieżeś tam wlazł?! Złaź natychmiast, bo się połamiesz!”, a mnie ten rytuał rozrzewniał, bo choć stary coraz bledsze miał pojęcie o topografii nawet w skali mikro, do własnej łazienki nierzadko w nocy już drogi nie odnajdywał, nazwy szczytów tatrzańskich trafiały do jakichś nienaruszonych fundamentów jego świadomości i bez pudła kojarzył, w której części mapy mnie szukać, a nawet na jakiej wysokości. Dziś już do niego nie zadzwonię, bo do szczytu nie doczłapiemy w tym wietrze, no dobra, teraz trzeba trochę do góry, po tym, co pewnie i zadzierżyście wystaje. 

Drapię się, znaczy wdrapuję, metr, trzy, pięć, i teraz tak: łapię za wantę ładnie wklinowaną, staję pewnie, reszta w górę jak drabina, teren łatwy, chcę wyżej i czuję nagle, że obie moje ręce wyjmują wielki a chwytny głaz jak bochen z pieca, a grunt spod nóg moich też wyjeżdża, litość znienacka …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl