Portret

Niemożliwy wybór Theresy May

Rafał Piekarski
Mając brexit na horyzoncie, premier Wielkiej Brytanii, Theresa May toczy walkę z Trumpem, Europą i własną partią.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May1często robi na ludziach wrażenie osoby ostrożnej, ale jej karierę polityczną charakteryzują śmiałe działania, podejmowane często w imię niepopularnych idei bądź w obliczu z pozoru nierealnych okoliczności. To błędne przekonanie bierze się po części z jej niezręczności. Sześćdziesięciojednoletnia May jest wysoka i przygarbiona, poważna i nieśmiała. Od czasu, gdy pod koniec lat 90. została wybrana do parlamentu, nosi eleganckie, przykuwające wzrok ubrania, jakby rekompensowała to, że sama nie jest energiczna, ale w ten sposób uwydatnia to, czego jej brak. May nie mówi wiele, i to nie tylko jak na polityka. Niedawno, pewnego słonecznego popołudnia w ogrodzie siedziby premiera przy Downing Street, miałem okazję obserwować, jak asystent pomaga jej podczas przyjęcia, które inicjowało londyńską paradę równości. Kiedy przedstawiano jej liderów brytyjskich społeczności LGBTQ, za każdym razem uśmiechała się i zaczynała kiwać głową. Kiwała szybciej, mnóstwo razy, zachęcając ich, by więcej mówili. Wyciągała szyję, jak pochylający się nad sadzawką ptak, kiwała po raz ostatni i szła dalej. Prawie się nie odzywała.

Podczas spotkań rządu May również milczy. – Mówisz, a ona siedzi. Siedzi, patrzy na ciebie, a potem wychodzisz – opowiadał mi ostatnio były członek jej gabinetu. May woli porozumiewać się z publicznością za pomocą długich przemówień, które wygłasza z pewną niewzruszonością. Potrafi rzucić żart, jeśli ma czas go przygotować. Zmuszona mówić bez namysłu – w parlamencie bądź dla prasy – sztywnieje i zaczyna głęboko oddychać. Z jej szerokich, pełnych wyrazu ust, które wykrzywiają się w grymasach i zdradzają wewnętrzny niepokój, wydobywają się często okrągłe i pozbawione jasnego sensu zdania.

Trudno jest w efekcie wyczuć, co May myśli, albo przewidzieć, co zamierza zrobić. – Nikt nigdy nie ma pojęcia, na czym stoi, gdy pracuje dla Theresy May – mówi jeden z jej byłych podwładnych. May nie godzi się na nieuniknione porównania do Margaret Thatcher, pierwszej kobiety na stanowisku premiera w Wielkiej Brytanii, ponieważ Thatcher prowadziła politykę z jawnie ideologicznych pozycji. May, inaczej niż Thatcher, nie przypadłoby do gustu zdjęcie w czołgu. Jej definicja polityki to „robić coś, a nie być kimś”. Mówi się, że byłaby świetną prawniczką bądź sędzią. Ale została przywódczynią Zjednoczonego Królestwa – podzielonego sześćdziesięciopięciomilionowego narodu, drugiej największej europejskiej gospodarki i najbliższego sojusznika Ameryki – w momencie, gdy wybiera ono swą przyszłą drogę w świecie. Wybór ów, prawdę powiedziawszy przytłaczający, spoczął tego lata na jej barkach. Wielka Brytania zamarła w oczekiwaniu. May podjęła decyzję, a jej rząd, z grubsza biorąc, runął. A było to, zanim pojawił się Donald Trump.

Podczas spotkań rządu May również milczy. – Mówisz, a ona siedzi. Siedzi, patrzy na ciebie, a potem wychodzisz – opowiadał mi ostatnio były członek jej gabinetu. Trudno jest w efekcie wyczuć, co May myśli, albo przewidzieć, co zamierza zrobić.

Dwa lata wcześniej, 13 lipca 2016 roku, dwadzieścia dni po tym, jak Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej, May, członkini Partii Konserwatywnej, została premierem. Jej poprzednik David Cameron, który zarządził referendum, zrezygnował w trybie natychmiastowym, zostawiwszy w spadku wchodzącej w skład jego gabinetu May kryzys. Brexit nie jest najbardziej fascynującą ani najłatwiej pojmowalną z niedawnych zapaści w demokracjach Zachodu. W innych krajach większość, by zmierzyć się z obawami dotyczącymi przemian gospodarczych i kulturowych, wybierała lewicowców, jak Andrés Manuel López Obrador w Meksyku, dynamicznych centrystów, jak Emmanuel Macron we Francji, bądź polityków twardej ręki w typie Trumpa. Wyborcy w Wielkiej Brytanii zawierzyli nie komuś, kto byłby wcześniej nie do pomyślenia, a polityce, którą trudno było sobie do tej pory wyobrazić.

W referendum brexitowym 17,4 miliona ludzi, czy też pięćdziesiąt dwa procent głosujących, opowiedziało się za opuszczeniem Unii Europejskiej, ogromnego ponadnarodowego przedsięwzięcia, które stało się metaforą nieprzystępnego i niesprawiedliwego systemu organizacji ludzkiego życia. Decyzja ta stanowiła jednak wielki problem dla demokracji. Pozostanie w Unii oznaczałoby tylko jedno, ale opuścić ją można na bardzo wiele sposobów. Żaden kraj nigdy dotąd tego nie zrobił, a te graniczące z państwami członkowskimi utrzymują różnego rodzaju relacje z całym blokiem: od będących niemal jej członkami Norwegii i Szwajcarii, które – aby być częścią wspólnego rynku – co roku płacą Unii setki milionów euro i uznają wiele jej praw oraz politykę migracyjną, przez Turcję, która należy do jej unii celnej, a zatem koordynuje wiele międzynarodowych umów handlowych Wspólnoty, po Rosję, czyli quasi-wroga.

Od czasu referendum głównym zadaniem brytyjskiej polityki była próba pogodzenia dwóch sprzecznych żądań: uszanowania demokratycznej chęci brexitu przy jednoczesnym ograniczeniu jego konsekwencji dla gospodarki.

Wielka Brytania jest czołową potęgą militarną i centrum finansowym Europy. W 1973 roku wstąpiła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – protoplasty Unii Europejskiej – i przez kolejne cztery dekady była wpływowym, choć czasami niesfornym, uczestnikiem rozwijającego się bloku. Historia kraju, jego znaczenie na arenie międzynarodowej i gospodarka sugerują, że powinien on starać się o to, by po wyjściu z Unii pozostać tak blisko niej, jak to możliwe. Z drugiej strony brytyjscy obywatele zażądali wolności. Syreni śpiew kampanii brexitowej, której przewodzili antyunijni populiści, tacy jak Nigel Farage, oraz grupka charyzmatycznych torysów i laburzystów, jak Boris Johnson, stał się dla Zjednoczonego Królestwa „odzyskaniem kontroli” i źródłem odrębnej tożsamości.

Od czasu referendum głównym zadaniem brytyjskiej polityki była próba pogodzenia dwóch sprzecznych żądań: uszanowania demokratycznej chęci brexitu przy jednoczesnym ograniczeniu jego konsekwencji dla gospodarki. Populistyczny gniew wszędzie stawia podobne wyzwania. Jak daleko powinny posunąć się rządy, rozsadzając systemy, których ludzie – wedle ich własnych słów – nie lubią (wyobcowujące struktury ogólnoświatowego kapitalizmu i multilateralnego rządu), gdy alternatywy grożą zubożeniem społeczeństwa, a zatem przypuszczalnie spotęgowaniem jego wściekłości?

rysunekRafał Piekarski

May mogła w najlepszym razie liczyć na ograniczenie szkód ze wszystkich stron. Od 2016 do 2018 roku Wielka Brytania z najszybciej rozkwitającej wielkiej gospodarki na świecie stała się najwolniej się rozwijającą, biznes wstrzymał bowiem plany inwestycyjne, spadł napływ emigrantów, a atmosferę wypełniły złe przeczucia. Szacunki samego rządu pokazują, że niezależnie od formy brexitu sytuacja mieszkańców się pogorszy: koszty będą relatywnie łagodne, jeśli skończy się tym, że kraj pozostanie w jakiś sposób związany z Unią (a zatem mniej samorządny), bądź osiągną około ośmiu procent PKB, jeśli Wyspy wyjdą ze Wspólnoty bez żadnego formalnego porozumienia z nią.

 


May sprzeciwiała się brexitowi

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się
  1. Od redakcji:Od momentu, kiedy dwa lata temu Brytyjczycy zadecydowali o opuszczeniu Unii, na Theresie May spoczywa odpowiedzialność nie tylko za sposób, w jaki to zrobią, ale i za dalsze losy Wspólnoty. W połowie listopada ogłosiła szczegółową umowę określającą warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jej Partia Konserwatywna, która nie ma większości w parlamencie, musi szukać poparcia u opozycji. Umowa May wzbudziła jednak kontrowersje nawet w jej własnym ugrupowaniu. Tuż po jej ogłoszeniu dwóch ministrów jej rządu podało się do dymisji. Pozycja May słabnie coraz bardziej i nie jest pewne, jak pisze niżej Sam Knight, czy przetrwa na stanowisku premiera. Kiedy zamykaliśmy ten numer nie było jeszcze wiadomo, czy udało jej się z sukcesem przeprowadzić umowę przez brytyjski parlament, ani czy została ona zatwierdzona na szczycie UE wyznaczonym przez Donalda Tuska na koniec listopada

Artykuł ukazał się w wydaniu „The New Yorker” z 30 lipca 2018 roku. Copyright © Sam Knight, 2018  

FreshMail.pl