Esej

Niepodległość w prezencie i symboliczna pustka 1918 roku

  • autor
  • Andrzej Leder
Rozstrzygnięcie pierwszej wojny światowej przyniosło Polsce niepodległość, lecz jej przebieg oddalił nasz kraj od Zachodu.
rysunki Rafał Piekarski

Z polskiej perspektywy rok 1918 oznaczał przede wszystkim rozpad mocarstw zaborczych. To zaś pozwalało na realizację pieszczonego przez polską kulturę od ponad stu lat marzenia o odzyskaniu politycznej suwerenności. Marzenie to zostało jednak wypowiedziane przede wszystkim w języku nostalgicznym, przez zwolenników romantycznej wizji historii, w której ideałem była Pierwsza Rzeczpospolita o przednowoczesnym charakterze. Sama zaś wojna, poza pewnymi wyjątkami – jak zniszczenie Kalisza – polskie ziemie właściwie ominęła.

To wszystko wpłynęło na charakter Drugiej Rzeczypospolitej. I wpływa do dzisiaj na sposób pamiętania 1918 roku. Święto niepodległości, odzyskanej – poza Wielkopolską – w sposób zupełnie nieheroiczny, jest zawieszone w symbolicznej pustce. Nieopowiedziane, a jednocześnie rozrastające się do rozmiarów wielkiej wydmuszki, którą mogą wypełnić zupełnie dowolne treści: od czekoladowych orłów po ryki demonstrujących kiboli. Pierwsza wojna światowa jest naszą „wielką nieobecną”.

Zupełnie inaczej było w krajach Europy Zachodniej. Tu Wielka Wojna objawiła się w całej swojej hipernowoczesności: przemysłowym zabijaniem, masowością, bezsensem instrumentalnego działania, w którym skuteczność i sprawność staje się ważniejsza niż sam cel. Verdun było prekursorskie dla fabryk śmierci. Odpowiedzią była wielka rewolta przetaczająca się przez armie i społeczeństwa Niemiec, Francji i Rosji. Ta rewolucyjna kontestacja porządku, który doprowadził do wojny, a następnie reakcja na samą rewolucję, nadała charakter kulturowemu i politycznemu klimatowi krajów Zachodu, z jego trwającą przez cały XX wiek ucieczką do przodu. Charakter zupełnie niezrozumiały z polskiej perspektywy.

 


jeśli przyjąć taksformułowaną hipotezę, to głęboka różnica we wrażliwości historycznej oddzielająca Polskę od Zachodu staje się lepiej zrozumiała. Aby jednak dostrzec głębię tego pęknięcia, trzeba dokładniej przyjrzeć się jego genealogii.

Święto niepodległości, odzyskanej – poza Wielkopolską – w sposób zupełnie nieheroiczny, jest zawieszone w symbolicznej pustce. Pierwsza wojna światowa jest naszą „wielką nieobecną”.

Wielka Wojna, jak do dzisiaj nazywa się pierwszą wojnę światową na Zachodzie, była też pierwszą prowadzoną za pomocą środków cywilizacji przemysłowej. Ogrom działań wojennych był nieporównywalny do czegokolwiek, czego ludzkość doświadczyła w ciągu swojej – skądinąd długiej i morderczej – historii. Wystarczy zauważyć, że o ile armie epoki napoleońskiej liczyły dziesiątki, wyjątkowo setki tysięcy żołnierzy, na frontach lat 1914–1918 tkwiły miliony. W samej bitwie pod Verdun, toczonej przez rok, zginęło mniej więcej osiemset tysięcy ludzi. Bez szczególnego efektu.

Prowadzenie tej wojny było możliwe dzięki pokonaniu przeszkód, które od wieków uniemożliwiały rzezie o tak wielkiej skali. Podstawowe z nich były zawsze związane z niezdolnością do mobilizacji i utrzymania wielkich ludzkich mas, kłopotami z transportem i zaopatrzeniem. Przed epoką przemysłową nawet kilkudziesięciotysięczna armia nie mogła długo prowadzić działań, bo zaczynała umierać z głodu. Bardzo szybko nie miała też z czego strzelać. Samochody i kolej rozwiązały te problemy. Jednocześnie skuteczność maszynowych sposobów zabijania – w tym dalekosiężnej artylerii, karabinów automatycznych i gazów bojowych – spowodowała, że armie topniały jak kostki lodu na gorącej blasze. A to oznaczało, że konieczne było zmobilizowanie takiej liczby ludzi, jakiej wcześniej nigdy nikt sobie nie wyobrażał. Masy ludu stały się podstawowym zasobem, po który sięgało prowadzące wojnę państwo, jego administracyjne macki musiały więc penetrować społeczeństwo w sposób niemający historycznych precedensów. Co kluczowe, to państwo musiało mieć strukturę, zwartość i sprawność organizacyjną pozwalające na przeprowadzenie tych działań, musiał też być obecny w tych społeczeństwach wspólny etos, który uzasadniałby to, że ludzie o całkowicie różnych genealogiach razem tkwili latami w sytuacji nie do wytrzymania.

W czasie wspomnianej bitwy pod Verdun generał Philippe Pétain zorganizował „drogę świętą”, czyli szlak dla setek samochodów, które stale dowoziły zaopatrzenie dla walczących, oraz „kierat” – system bardzo szybkiego uzupełniania na tyłach wybitych oddziałów „świeżymi” ludźmi, by prawie natychmiast posłać ich pod ogień. Oczywiście, ci „świezi” ludzie musieli zostać ściągnięci z najodleglejszych miasteczek i wiosek, to zaś wymuszało na całym aparacie administracyjnym trwający latami, permanentny wysiłek organizacyjny. Nie mówiąc już o przestawieniu całej gospodarki na produkcję wojenną, przystosowaniu systemu finansowego do obsługiwania tej machiny i o wielu innych działaniach na masową skalę. Jak choćby wyciągnięciu kobiet z ognisk domowych i wpuszczeniu do fabryk, a także otwarciu dla tych lepiej sytuowanych możliwości kształcenia.

Rafał Piekarski

Do takiego długotrwałego, maksymalnego wysiłku organizacyjnego zdolne były tylko państwa naprawdę wtopione w nowoczesność. Mające zmodernizowaną strukturę organizacyjną i społeczną. A właściwie: nie już zmodernizowane, ale dzięki swej strukturze zdolne do gwałtownej modernizacji, do ciągłego zwiększania skuteczności działań, do zastępowania tradycyjnych praktyk społecznych nowymi, sprawdzającymi się w sytuacji śmiertelnego, egzystencjalnego zagrożenia. To właśnie był rewolucyjny impuls, który płynął z wojny przemysłowej i który, jak fala uderzeniowa, zmiótł tradycyjną kulturę dziewiętnastowiecznej Europy. We wszystkich jej wymiarach.

Z tej akurat …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl