Esej

Pieniądze w służbie chińskiej dyplomacji

  • autor
  • Tomasz Kamiński
„Zwyciężają ci, którzy wiedzą, kiedy walczyć, a kiedy nie”, głosi stara zasada Sun Tzu. Chińczycy nie chcą podbić świata, lecz go zdominować. Nie tyle przewagą militarną, co gospodarczą.
rysunekKasia Mochi

Mimo że rosnąca ekonomizacja życia dosięga nas na każdym kroku, na stosunki międzynarodowe często patrzymy przez pryzmat wiedzy sprzed kilkudziesięciu lat. Zagrożenie naszego bezpieczeństwa wyobrażamy sobie jako czołgi nieprzyjaciela pod Warszawą, choć poważniejsze ryzyko jest związane z aktywnością terrorystów i armii internetowych hakerów. Obserwujemy prawie trzy miliony Chińczyków pod bronią, budowane przez nich lotniskowce oraz zamorskie bazy wojskowe i już wyobrażamy sobie amerykańsko-chiński konflikt zbrojny. A przecież Chiny wcale nie opierają swojej potęgi i możliwości oddziaływania na świat na zdolnościach militarnych. Chcą zmienić zbudowany i zdominowany przez Amerykanów globalny porządek, stosując instrumenty ekonomiczne. Rząd w Pekinie w polityce zagranicznej sprawnie wykorzystuje kontrolowane przez siebie firmy i fundusze majątkowe, gra państwowymi inwestycjami i pomocą gospodarczą.

Przez znaczną część swojej historii Chiny były najpotężniejszym państwem na świecie, ale w XIX wieku straciły ten status po klęsce w wojnach opiumowych. Upokorzone przez mocarstwa zachodnie, zmuszone do przyjęcia narzuconych im zasad handlowych, pogrążyły się w politycznym chaosie. Kraj słabł, państwa europejskie odkrajały sobie co bardziej atrakcyjne kąski, w portach powstały eksterytorialne enklawy. Osłabione Chiny padły w końcu łupem imperialnej Japonii, a potem pogrążyły się w krwawej wojnie domowej. Dziś, choć z wieloma trudnościami, wracają do dawnej świetności. Jak celnie zauważył politolog Edward Haliżak, od momentu powstania w 1949 roku Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) władze tego państwa nieprzerwanie dążyły do przezwyciężenia sprzeczności pomiędzy pełną chwały przeszłością a powojennym zacofaniem, wysokim mniemaniem o sobie a niskim statusem na arenie międzynarodowej oraz wielkomocarstwowymi aspiracjami a materialnymi możliwościami.

Przywódcy chińscy zdają sobie sprawę, że w wymiarze wojskowym zakwestionowanie amerykańskiej dominacji będzie trudne. Chociaż wydatki zbrojeniowe przekraczają już dwieście miliardów dolarów rocznie, a tylko w tym roku wzrosły aż o siedem procent, Chiny wciąż dysponują ułamkiem amerykańskich zdolności militarnych. Nic więc dziwnego, że aktywnie wykorzystują szansę, jaką stwarza im trwający od niemal czterdziestu lat wzrost gospodarczy. Jeszcze w 1980 roku gospodarka chińska odpowiadała jedynie dziesięciu procentom PKB Stanów Zjednoczonych (według parytetu siły nabywczej) i była mniejsza od holenderskiej. Jak podaje Jacek Bartosiak, ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych i autor książkiPacyfik i Eurazja. O wojnie, w 2014 roku sam przyrost realny produktu krajowego Chin był już większy niż cała gospodarka holenderska, a jego wartość w parytecie siły nabywczej przewyższała wartość amerykańskiego. Wielkość eksportu, w 1980 roku na poziomie zaledwie sześciu procent amerykańskiego, w 2014 roku go przewyższyła. Jak szacuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w ciągu następnej dekady ChRL może być w stanie dogonić USA również w wartościach bezwzględnych (licząc według kursu dolara, w 2014 roku PKB Chin stanowił sześćdziesiąt procent PKB Stanów Zjednoczonych). Jest to wzrost imponujący i, co niezwykłe, dokonujący się w ciągu jednego pokolenia.

Siła gospodarki, w tym największe na świecie rezerwy walutowe, skłaniają Chiny do korzystania z szerokiego wachlarza instrumentów dyplomacji ekonomicznej.

Według opracowywanego przez National Power Project wskaźnika potęgi narodowej (Index of National Power), który bierze pod uwagę wielkość populacji oraz stopień rozwoju kraju, w 2012 roku Chiny zajmowały czwartą pozycję, ustępując jedynie USA, Japonii i Niemcom. W przygotowywanym przez tę samą instytucję na bazie danych statystycznych z 2007 roku indeksie potencjału narodowego (Composite Index of National Capabilities), uwzględniającym takie czynniki, jak populację, budżet wojskowy, produkcję stali i konsumpcję energii elektrycznej, objęły prowadzenie. Chińczykom udało się więc zniwelować rozwojem gospodarczym strategiczne znaczenie bezwzględnej przewagi wojskowej USA. To była mistrzowska zagrywka, przenosząca rywalizację z supermocarstwem na obszar dla Chin znacznie dogodniejszy.

 


Na naszych oczach spełnia się przepowiednia Napoleona, który przestrzegał przed budzeniem „śpiącego olbrzyma”, bo gdy wstanie, „wstrząśnie światem”. Rosnące możliwości oddziaływania stały się w chińskiej polityce zagranicznej paliwem dla prób przekształcenia współczesnego systemu międzynarodowego w wielobiegunowy, z zapewnieniem w nim dominującej pozycji Chin. Jak obrazowo określił to znawca Azji Bogdan Góralczyk, „chiński smok” stara się spełnić swoje marzenie o byciu bogatym i potężnym „centrum wszechświata”.

Przykładem zmieniającego porządek światowy przedsięwzięcia jest niezwykle głośna w ostatnich latach koncepcja Nowego Jedwabnego Szlaku. Z tego chińskiego planu budowy połączeń lądowych z Europą niemal całkowicie wykluczeni są Amerykanie. Szlak ma być odpowiedzią na amerykańską dominację w Azji. Podczas spotkania na szczycie polityków z państw zainteresowanych Szlakiem, zorganizowanego w Pekinie w maju 2017 roku, wśród dziesiątków szefów rządów i ministrów, USA reprezentował symbolicznie dyrektor w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa Matt Pottinger.

Ameryki nie ma też wśród członków powołanego w 2016 roku przez Chiny Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), instytucji skupionej na finansowaniu projektów inwestycyjnych w Azji, której członkami jest kilkadziesiąt krajów, w tym Polska. Waszyngton uważa AIIB za potencjalną konkurencję dla zdominowanego przez Zachód Banku Światowego i niechętnie patrzy na wsparcie tej inicjatywy przez swoich najbliższych sojuszników, na przykład przez Wielką Brytanię.

Inicjatywa Nowego Jedwabnego Szlaku i stworzenie AIIB pokazują, że Chińczycy po długim okresie akceptacji pozimnowojennego porządku postanowili narzucić swoje warunki gry. Wprost zapowiedział to w 2014 roku prezydent Xi Jinping, który na spotkaniu z generalicją przedstawił wizję świata odchodzącego od jednobiegunowej dominacji Amerykanów. Xi Jinping podkreślił, że będzie się to dokonywało przez „długi i niełatwy okres walki o nową naturę porządku międzynarodowego, ale trend się nie zmieni”.

Kwestionowanie przewagi Stanów Zjednoczonych jest szczególnie widoczne na Morzu Południowochińskim oraz tam, gdzie dystans do Amerykanów najłatwiej jest odrobić, czyli w cyberprzestrzeni. Choć wielu analityków, jak wspomniany już Jacek Bartosiak, nie wyklucza wojny między USA jako mocarstwem schodzącym i Chinami jako wschodzącym, to w warunkach olbrzymich współzależności gospodarczych wydaje się ona mało prawdopodobna. Oczywiście nie sposób wykluczyć, szczególnie w erze Donalda Trumpa, że dojdzie do tak …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl