Esej

Pieniądze w służbie chińskiej dyplomacji

„Zwyciężają ci, którzy wiedzą, kiedy walczyć, a kiedy nie”, głosi stara zasada Sun Tzu. Chińczycy nie chcą podbić świata, lecz go zdominować. Nie tyle przewagą militarną, co gospodarczą.
rysunekKasia Mochi

Mimo że rosnąca ekonomizacja życia dosięga nas na każdym kroku, na stosunki międzynarodowe często patrzymy przez pryzmat wiedzy sprzed kilkudziesięciu lat. Zagrożenie naszego bezpieczeństwa wyobrażamy sobie jako czołgi nieprzyjaciela pod Warszawą, choć poważniejsze ryzyko jest związane z aktywnością terrorystów i armii internetowych hakerów. Obserwujemy prawie trzy miliony Chińczyków pod bronią, budowane przez nich lotniskowce oraz zamorskie bazy wojskowe i już wyobrażamy sobie amerykańsko-chiński konflikt zbrojny. A przecież Chiny wcale nie opierają swojej potęgi i możliwości oddziaływania na świat na zdolnościach militarnych. Chcą zmienić zbudowany i zdominowany przez Amerykanów globalny porządek, stosując instrumenty ekonomiczne. Rząd w Pekinie w polityce zagranicznej sprawnie wykorzystuje kontrolowane przez siebie firmy i fundusze majątkowe, gra państwowymi inwestycjami i pomocą gospodarczą.

Przez znaczną część swojej historii Chiny były najpotężniejszym państwem na świecie, ale w XIX wieku straciły ten status po klęsce w wojnach opiumowych. Upokorzone przez mocarstwa zachodnie, zmuszone do przyjęcia narzuconych im zasad handlowych, pogrążyły się w politycznym chaosie. Kraj słabł, państwa europejskie odkrajały sobie co bardziej atrakcyjne kąski, w portach powstały eksterytorialne enklawy. Osłabione Chiny padły w końcu łupem imperialnej Japonii, a potem pogrążyły się w krwawej wojnie domowej. Dziś, choć z wieloma trudnościami, wracają do dawnej świetności. Jak celnie zauważył politolog Edward Haliżak, od momentu powstania w 1949 roku Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) władze tego państwa nieprzerwanie dążyły do przezwyciężenia sprzeczności pomiędzy pełną chwały przeszłością a powojennym zacofaniem, wysokim mniemaniem o sobie a niskim statusem na arenie międzynarodowej oraz wielkomocarstwowymi aspiracjami a materialnymi możliwościami.

Przywódcy chińscy zdają sobie sprawę, że w wymiarze wojskowym zakwestionowanie amerykańskiej dominacji będzie trudne. Chociaż wydatki zbrojeniowe przekraczają już dwieście miliardów dolarów rocznie, a tylko w tym roku wzrosły aż o siedem procent, Chiny wciąż dysponują ułamkiem amerykańskich zdolności militarnych. Nic więc dziwnego, że aktywnie wykorzystują szansę, jaką stwarza im trwający od niemal czterdziestu lat wzrost gospodarczy. Jeszcze w 1980 roku gospodarka chińska odpowiadała jedynie dziesięciu procentom PKB Stanów Zjednoczonych (według parytetu siły nabywczej) i była mniejsza od holenderskiej. Jak podaje Jacek Bartosiak, ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych i autor książkiPacyfik i Eurazja. O wojnie, w 2014 roku sam przyrost realny produktu krajowego Chin był już większy niż cała gospodarka holenderska, a jego wartość w parytecie siły nabywczej przewyższała wartość amerykańskiego. Wielkość eksportu, w 1980 roku na poziomie zaledwie sześciu procent amerykańskiego, w 2014 roku go przewyższyła. Jak szacuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w ciągu następnej dekady ChRL może być w stanie dogonić USA również w wartościach bezwzględnych (licząc według kursu dolara, w 2014 roku PKB Chin stanowił sześćdziesiąt procent PKB Stanów Zjednoczonych). Jest to wzrost imponujący i, co niezwykłe, dokonujący się w ciągu jednego pokolenia.

Siła gospodarki, w tym największe na świecie rezerwy walutowe, skłaniają Chiny do korzystania z szerokiego wachlarza instrumentów dyplomacji ekonomicznej.

Według …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl