Portret

Piotr Rachwalski: Punk, który jeździł koleją

  • autor
  • Olga Gitkiewicz
Lejtmotyw w życiorysie Piotra Rachwalskiego? Kontestacja systemu. Nawet ze stołka prezesa Kolei Dolnośląskich.
rysunki Ewelina Dymek

Najpierw szli ludzie od samby iradical cheerleaders. I czarny blok. Z tyłu kilkaset osób z flagami i transparentami, według organizatorów mogło ich być prawie tysiąc. Był 1 maja 2001 roku, przez Warszawę przechodziła zgłoszona, legalna manifestacja pierwszomajowa zorganizowana przez anarchistów. Nazwali ją M1. – Władza precz! – krzyczeli, a władza reagowała: policja otoczyła demonstrantów, z kordonu nie można było wyjść ani do niego wejść. W pewnym momencie wysoki, krótko ostrzyżony chłopak w czarnych spodniach i czarnej koszulce wysunął się naprzód, powiedział, że jest organizatorem – podobno tłumaczył, że jest gorąco, że ludzie chcą pić, prosił, by wypuścili z kordonu dziewczyny. A potem przestał prosić i przepchnął się między policjantami. Zareagowali od razu, było ich chyba z dziesięciu. Ktoś mu strącił okulary – ten moment uwiecznił na fotografii Czarek Sokołowski, fotograf legenda współpracujący z Associated Press. Zdjęcie opublikował „The Guardian”. Chwilę później chłopak leżał na ziemi, a kilkunastu policjantów zadbało o to, by nie wstał zbyt szybko. Pomagali sobie butami i pałkami. W dokumentalnym filmieWładza preczAndrzeja Woyciechowskiego widać zbliżenie na asfalt, wykrzywioną bólem twarz i masywne cholewki policyjnych butów. 

Poturbowany stracił przytomność i trafił do szpitala na Solcu, czego już na filmie nie widać. Miał rany i krwiaki na głowie, lekarze podejrzewali wstrząs mózgu. 

Po Nowym Roku Rachwalski pożegna się ze stanowiskiem. „Koleje Dolnośląskie stracą prezesa? To prawdopodobny ruch nowej władzy” – analizuje „Gazeta Wyborcza”.

– No tak, to ja. Nawet nie pamiętam, jak się ta sprawa skończyła – mówi Piotr Rachwalski i poprawia mankiet marynarki. Może to po tamtym pałowaniu ma na czole wyraźną bliznę. A może po zupełnie innym. – Co tydzień mnie zwijali, co tydzień siedziałem. Nie wiem, może mnie rozpoznawali, byłem wyższy, to się rzucałem w oczy. I dziesięciu, strategia zawsze ta sama, „zagrywka ciałem” – z własnej woli nie szedłem, musieli mnie wlec. Wtedy byłem chudy, nie było im trudno, więc się śmialiśmy, że muszę przytyć przeciwko systemowi. 

Żartujemy, ale trochę nerwowo. Jest grudzień 2018 roku, od manifestacji M1 minęły prawie dwie dekady, Rachwalski od ponad czterech lat jest prezesem Kolei Dolnośląskich, jedynej spółki samorządowej, którą lokalni politycy chwalili się w październikowych wyborach. Do świąt zostały trzy dni, a media donoszą, że po Nowym Roku pożegna się ze stanowiskiem. „Koleje Dolnośląskie stracą prezesa? To prawdopodobny ruch nowej władzy” – analizuje wrocławska „Gazeta Wyborcza”. „Prezes Kolei Dolnośląskich do odstrzału po Nowym Roku?” – pyta portal Tulegnica.pl. 

Koleje Dolnośląskie podlegają marszałkowi województwa. Po wyborach samorządowych marszałek się nie zmienił, zmieniła się za to koalicja rządząca województwem dolnośląskim – Bezpartyjni Samorządowcy porozumieli się z Prawem i Sprawiedliwością, które zdobyło w wyborach najwięcej mandatów. Zaczęły się kadrowe roszady.

Ale o nich na razie nie rozmawiamy, rozmawiamy o czasach sprzeciwu wobec systemu i o innych wyborach samorządowych.

 


w latach 70. i 80.w oddalonym o niecałe sześćdziesiąt kilometrów od Poznania Wągrowcu rytm życia w domach stojących nieopodal torów regulowały przejeżdżające pociągi. Szyby w meblościance dźwięczały, a kiedy o dwudziestej drugiej dwadzieścia jechał ostatni skład do Czarnkowa, to był znak, że trzeba iść spać. 

W dzień Piotrek Rachwalski chodził z kumplami oglądać parowozy na stacji, potem wałęsali się po podwórkach starówki, a kiedy podrośli, zaczęli zbierać butelki. W czasach, gdy dwunastolatkom wszystko było wolno, z tych butelek kasy wystarczało na to, by jeździć do Poznania na automaty. Piotrek i jego koledzy mieli też marzenia: 

Rachwalski:To frustrujące, kiedy jesteś trzydziesty raz jako jedyny „za”. Albo jedyny „przeciw”. Polecam to tym, którzy lubią te papierki, te odwołania.

– Na przykład chcieliśmy organizować fajne koncerty. Było wiadomo, że dom kultury tego nie załatwi, wiesz, jak w kawałku Zielonych Żabek („a kultura tu podobno jest, świadczy o tym nasz wspaniały dom kultury”). I ściągaliśmy zespoły z całego świata, sami. Wtedy scenahardcorepunka była bardzo rozwinięta, ekipy przyjeżdżały, spały w domach, Amerykanie, Anglicy, grupy z Brazylii, cholera wie skąd, to też otwierało oczy na świat. 

Po maturze Rachwalski pracował, żeby zarobić na studia. Ze znajomymi wymyślili, że zaadaptują stare więzienie na ośrodek kultury niezależnej, a akurat zbliżały się wybory samorządowe 1994 roku. 

– Byłem wkręcony w ruchy alternatywne, mówiło się, że trzeba walczyć o swoje środowisko. I z ekipą zrobiliśmy kampanię totalnielowcostową, za to z mówieniem wprost, o co nam chodzi. Co my tam mieliśmy oprócz koncertów… transport miejski, drogi rowerowe… To było oczywiście za wcześnie, o wiele za wcześnie. Samorząd też się dopiero wykluwał – wspomina Rachwalski, który startował z własnej listy i dostał się do rady miejskiej. Był jednym z najmłodszych radnych w Polsce, po roku miał dość. 

– To frustrujące, kiedy jesteś trzydziesty raz jako jedyny „za”. Albo jedyny „przeciw”. Polecam to tym, którzy lubią te papierki, te odwołania, którzy się w tym dobrze czują. Nie oceniam, że to coś złego, to po prostu inna forma aktywności. Dla dwudziestolatka, który lubił zadymy i akcje uliczne, to zupełnie nie było to. 

Dwudziestolatek, który lubił akcje uliczne, czasem przychodził na sesję z limem, bo regularnie bił się ze skinheadami. Już wtedy zaczął studiować ochronę środowiska w Poznaniu i zastanawiał się, czy z działalności w radzie nie zrezygnować, ale zacisnął zęby i stwierdził, że wytrzyma, że może jednak coś mu się uda zrobić. 

Działał w radzie, ale to już był czas, kiedy coraz więcej czasu spędzał w Poznaniu. 

 


teoretycznie mógłcodziennie dojeżdżać na zajęcia, a wieczorem wracać, zwłaszcza że nie za bardzo mógł sobie pozwolić na opłacenie stancji czy akademika. Ale dojazdy okazały się niewygodne i męczące. 

I wtedy trafił się Rozbrat, legendarny skłot, istniejący zresztą do dziś na poznańskim osiedlu Sołacz, niecałe dwa kilometry od Rynku. Latem 1994 roku było to kilka zaniedbanych budynków i porośnięty krzakami plac, przestrzeń, którą nikt z wyjątkiem okolicznych żuli się nie interesował. Zajrzał tu kiedyś ze znajomymi wokalista zespołu Apatia, Matoł, i pomyślał, że w takim miejscu chciałby zamieszkać – na własnych zasadach, z ludźmi, którzy te zasady rozumieją. W połowie października noc spędziły tu pierwsze osoby, w ciągu kolejnych dni wprowadzały się następne, wśród nich Piotr Rachwalski. 

rysunki Ewelina Dymek

Mieszkańcy Rozbratu remontowali budynek po budynku. Ściany trzeba było osuszać, bo panoszył się grzyb. Ubrania pachniały przez niego specyficzną stęchlizną – po ich woni można się było zorientować, że ktoś mieszka w skłocie. 

Na Rozbracie materializowała się utopia. Żeby tam zamieszkać, trzeba było mieć osobę wprowadzającą, na zebraniu opowiedzieć o sobie, przekonać do siebie pozostałych, a później stosować się do antyregulaminu. Czyli: żadnej agresji, żadnych sponsorów i subsydiów, obowiązuje równość i wzajemna pomoc, a kiedy zwalniasz pokój, to w takim stanie, by ktoś inny od razu mógł się wprowadzić. 

Każdy mieszkaniec miał swój pokój, ale Rozbrat miał być nie tylko mieszkaniem – stopniowo odgruzowywano kolejne budynki, by urządzić bibliotekę anarchistyczną i koncertownię, bo od 1995 roku regularnie organizowano tu występy muzyków. Z czasem aktywiści związani z Rozbratem powołali poznańską sekcję Federacji Anarchistycznej i Jedzenia Zamiast Bomb, założyli też Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych Ulica, a później wiele innych organizacji. To działacze Rozbratu nagłośnili nadużycia poznańskich czyścicieli kamienic i jako pierwsi krytykowali budowę osiedli kontenerowych dla osób w trudnej sytuacji życiowej. 

Kiedy wiosną 1997 roku Rozbrat odwiedziła dziennikarka poznańskiej „Gazety Wyborczej”, nie było tam jeszcze bieżącej wody. O Piotrze Rachwalskim napisała: „Choć w squacie wszyscy są równi, jest jego nieformalnym przywódcą”. 

Wspominała fatalny poranek, kiedy na Rozbrat napadli zamaskowani neonaziści i brutalnie pobili mieszkańców. Po ataku kilka osób się ze skłotu wyprowadziło. 

Dziennikarka pytała skłotersów o plany na przyszłość, o to, co będą robić za dziesięć lat. 

– Może kupię gospodarstwo ekologiczne albo knajpę wegetariańską – powiedział jej Rachwalski. Nie miał pojęcia, że kilka miesięcy później trafi do Strasburga. A potem będzie dużo jeździł pociągiem.

 


do tego strasburgatrafił przez Wrocław, dokładnie z ulicy Reja. W 1997 roku to była spokojna uliczka, kamienice i kilka mniejszych budynków. W jednym z nich mieścił się skłot Rejon 69. 

14 czerwca o trzeciej nad ranem mieszkańców obudzili policjanci, którzy – tak przynajmniej mówili – …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl