Opowiadanie

Podróż z Mojrami

  • autor
  • Bożena Keff

Czy ty uważasz – spytała swojego męża, starając się o swobodny ton głosu – że ja jestem jakoś mniej rzeczywista niż ty? 

Roman, wysoki, mocno zbudowany, stał boso w piżamie przy blacie kuchennym, jedna mięsista stopa oparta na drugiej. Zamieszał kefir w szklance i pił powoli. 

– Tak – powiedział po chwili zastanowienia. – Ja w zasadzie swobodniej radzę sobie ze światem.

Wytarł wąsy, które zrobiły mu się białe od kefiru, spłukał szklankę i odstawił na suszarkę. 

Marzanna chciała coś sprawdzić, ale sprawdziła tylko jego rozumienie słowa rzeczywisty. Było inne niż jej pojmowanie. Rzeczywisty lokuje się obok rzeczywistości, a ta nieopodal praktyczności i radzenia sobie. Ale w zasadzie odpowiedź brzmiała „tak”. Tak, jesteś mniej rzeczywista. Jakby to było możliwe. 

– Połóż się spać – powiedział Roman. – Jeśli macie jutro rano wyjechać, to trzeba być przytomnym. 

Poszli, każde do swojego pokoju. 

 


 jakiś czas temuumówiły się, że pojadą we dwie z dziećmi nad morze. Potrzebowały tylko syreny bosto Romana, bo do małego fiata Walerii nic by się nie zmieściło. Roman, co trochę zdziwiło Marzannę, prawie od razu zgodził się dać im samochód; to znaczy dał go w ręce Walerii, bo Marzanna nie prowadziła. Może Waleria za bardzo mu się podobała, żeby odmówić. I słusznie, bo była daleko lepszym kierowcą niż Marzanna. Waleria zazwyczaj dawała sobie radę, bo nie dać sobie rady byłoby dla niej za trudne. 

Waleria, tak jakoś się to z czasem utarło, była jakby na pozycji starszej siostry, a Marzanna z wyroku potrzeb i charakteru stała się tą młodszą. Realnie obie były jedynaczkami i obie urodziły się mniej więcej w połowie XX wieku. Ich matki uniknęły gett i komór gazowych, bo przeżyły wojnę w Rosji, to jest w Związku Radzieckim. Marzanna żywiła dla Walerii pełną wyrozumiałości sympatię albo sympatię bez wyrozumiałości, zależy o co chodziło. I wzajemnie. Trochę jak w rodzinie – trudne cechy charakteru są poza wyborem, ale bliskość, o ile już jest, to jest. Poza tym ich dzieci – Zuzia i Bronek – zaprzyjaźniły się, kiedy Bronek miał półtora roku, a Zuzia około siedmiu miesięcy. 

 


zanim waleria wróciłaze szpitala ze świeżo urodzoną Zuzią, Marzanna pojechała zawieźć do jej mieszkania wiklinowe łóżeczko po Bronku, który miał już większe. W niedużym mieszkaniu Walerii była jej mama, nazywana zawsze Lilką, która prasowała i składała stosy bawełnianych pieluszek. Szczupła kobieta o nieco sztywnych, gęstych, ciemnych, ale już siwiejących włosach, płytko osadzonych, wyrazistych, brązowych, mocno podkrążonych oczach. Marzanna uważała, że matka Walerii ma głębię, że jest kimś, z kim można dzielić coś więcej niż tylko geny. Waleria też tak sądziła. 

– Martwię się – powiedziała wtedy Lilka do Marzanny – że Waleria jest bardziej zaangażowana niż on, a strona bardziej zaangażowana jest narażona na cierpienie. 

Marzanna jeszcze wtedy nie wiedziała, że Lilka w ten sposób opisała to, co dostrzegła: jej córka nie uważała, że miłość i szacunek należą się jej niezależnie od tego, co robi i mówi. Jurek – przeciwnie. 

rysunekJagna Wróblewska

Waleria była jego trzecią żoną, trzecią inteligentną i atrakcyjną kobietą, która nie wiadomo czemu chciała żyć z facetem wiecznie wkurzonym i niemającym czułości dla świata. Lilka nie przepadała za Jurkiem i Marzanna jakoś to doliczała do swojego nieprzepadania za nim. Wtedy, kiedy się spotkały przy tych bawełnianych pieluszkach, Lilka pracowała jeszcze jako chemiczka w laboratorium badawczym. Po kilku latach musiała przejść na wcześniejszą emeryturę, bo od dłuższego czasu chorowała na serce. O ile dawniej chorobę dawało się jakoś utrzymać w ryzach, to ostatnio wyrywała się spod kontroli. Lilka dużo czasu spędzała w domu, z suczką zwaną Zawilec, bo lubiła zawijać się w kłębek: czarny nos w puchatym ogonie. Była w domu, robiła na drutach swetry, szalki, kamizelki, czasami z psiej sierści, co zdumiewało Marzannę, ale Zawilec była od czasu do czasu strzyżona i z tego właśnie powstawała wełna. Poza tym matka Walerii się odwadniała. 

– Co porabia Lilka? 

– Dzisiaj się odwadnia; była podpuchnięta, ale już jej schodzi. 

Lilka była coraz bardziej zależna od swojego męża, ojca Walerii. Z czasów studiów Marzanna pamiętała, że kiedy się zjawiał w domu, czuła, że trzeba się zbierać. Nie żeby pokazywał, że tego chce, ale cała jego aura, jego jakby wojskowa postawa, coś sztywnego i nieobiecującego w sposobie witania się, rodzaj suchego wygolonego męskiego podbródka i policzka, o który można by zapalić zapałkę, mówiły, że przyszedł inny rodzaj rzeczywistości, i lepiej dla własnego dobra zejść z jego terytorium.

 


 zimą tego roku umarłaZawilec, a choroba powaliła Lilkę. Kiedy stan kobiety był krytyczny, lekarze zaryzykowali operację, ale Lilka dwa dni po niej umarła. Waleria była nieszczęśliwa. 

Marzanna tej zimy też nie była szczęśliwa. Całą sobą, od czubka głowy do dużego palca stopy, czuła, że znalazła się w życiu w takim miejscu, w jakim nigdy nie chciała i nie planowała być. Wszystko stało się obce. Czasami zdawało się jej, że ma na sobie nie swoją skórę, tylko jakąś osmaloną skorupę, która zaraz zacznie się łuszczyć, a ona wyłoni się z niej w świeżej powłoce. 

Czy była żoną Sinobrodego? Żona Sinobrodego, jak pokazuje Angela Carter, jako niedoświadczone dziewczę szuka w nim i jego mocy wsparcia dla siebie, i dlatego Sinobrody ma ją za dziecko, kogoś bez zasobów. W zakazanej komnacie jego zamku leżą rozczarowanie, martwota i podłej jakości seks. Nie kochała Sinobrodego, choć na początku miała na jego punkcie obsesję, jednak nie Eros był jej duchem, a zupełnie inne bóstwa. 

Widocznie kiedyś za bardzo zapragnęła zamieszkać w jego solidnym zamku, tym bardziej że właściciel miał pewne poczucie humoru, nie zawsze przyjemne, oraz sporą skrzynię z brylantami i złotem, czyli, jak się jej wydawało, dorosłość. Jakże tego potrzebowała, żeby nareszcie jakiś dorosły człowiek się nią zaopiekował! Ceniła jakoś jego zaradno-poufałe stosunki z rzeczywistością. 

Tego w jej domu nie znano. Poufałe stosunki utrzymywano tam z ideami, rzeczywistość społeczna nie zasługiwała na nie.

 


musiały wziąć ze sobąwiele rzeczy, inaczej by ich nie dostały, niezależnie od kartek. Duży bagażnik syreny bosto został porządnie wypakowany. W końcu było ich pięcioro i pies. 

Dzieci z tyłu, na trzyosobowej ławeczce obciągniętej plastikową podróbką skóry o mdłoczerwonym kolorze. W lusterku widziała białe loki swojego syna Bronka koło ciemnej głowy Zuzi; głowy Stasia, który przeglądał książeczkę o dinozaurach, nie widziała, bo była niżej.

Marzanna, która dawniej była przekonana, że dzieci rodzą się jako tabula rasa, tabliczka niezapisana żadną treścią, teraz powoli zmieniała zdanie. Może i treści nie ma, ale jednak jedna tabliczka jest z kamienia, inna z gliny, trzecia z jakiejś tkanki, na jednej pismo się uwyraźnia, na innej jakby zamazuje. Bronek, choć był jej dzieckiem, jest pogodny i zrównoważony. No, ale w końcu nie tylko jej. I za nią, i za nim stały jakieś niewyobrażalnie długie szeregi przodków, rodziny bliższe i dalsze, tysiące ludzi, których nie można sobie było wyobrazić, lub można było wyobrażać sobie dowolnie. 

Swoją drogą, gdyby niektórzy z tych przodków mieli się dawniej spotkać, to niewykluczone, że spotkaliby się po dwóch stronach przy okazji takiej jak na przykład pogrom. Pogrom, a oprócz tego klient i sprzedawca, pogrom, a poza tym klient i krawiec, pogrom, możliwy też pacjent i lekarz, lub pogrom, koniec. 

rysunekJagna Wróblewska

Lubiła swojego syna Bronka i córkę Walerii, Zuzię. Trudniej szło jej ze Stasiem. Był misowaty, miał w sobie pewną niezwrotność i w kontakt z nią zawsze wchodził nie cały i nie całkiem, jakby zawsze miał coś w zamrażalniku. Odłożył książkę i teraz, klęcząc na ławeczce z tyłu, głaskał Nikolę, która usiłowała się dostać z bagażnika na ławkę dzieci. 

– Stanisławie, synu mój, kurka siwa, nie zachęcaj Nikoli, żeby przeskoczyła do was, bo zwariujemy – powiedziała Waleria, ale Staś wsłuchany w jej przemowę nie reagował, dopóki nie krzyknęła: – Pies ma zostać na swoim miejscu! 

Nikola miała tam zresztą całkiem przytulne posłanie z kocyka, między walizkami z ich ubraniami, torbami i dwoma zamkniętymi koszami, w których znajdowało się wszystko, co się udało dostać: dwa kilo cukru na kartki, bo ona i dzieci słodzili herbatę, kawa dla Walerii, herbata Lapsang dla niej, kilka cytryn, papier toaletowy, nawet nieduża butelka Napoleona, nie mówiąc o puszce parówek, niemieckich albo może holenderskich – malutkich i różowych, które można było jeść tylko oczami, bo nie miały smaku. 

 


strasznie długowyjeżdżały z miasta. 

– Bogowie – powiedziała Marzanna – ziemia jak szara płyta, domy jak szary kłąb, a niebo jak druga szara płyta; polski sandwich, posmakuj szarości! Tu potrzeba czerwieni, żółci, turkusu, życia tu potrzeba!…

– Jak ja rysuję domy, to dachy robię zielone albo czerwone, a jak są w środku ludzie, to mają kolorowe loki – oświadczyła Zuzia. 

– A jak ja rysuję ludzi – zaczął Bronek – to wtedy…

– Ale ty rzadko rysujesz ludzi – przerwała mu Marzanna. – Rysujesz Myszki Miki. Takie duże czarne uszy. – Marzanna narysowała uszy rękami nad swoją głową. – I czarne nosy. 

– Bo to właśnie są l u d z i e. – Bronek się zniecierpliwił. – To są ładniejsi ludzie.

W szarym, wilgotnym powietrzu i pod szarym niebem pojawiały się żółte światła samochodowe; najpierw samo światło rozświetlało przestrzeń, za nim zaczynał się wyłaniać samochód. 

– Będziemy czytać na dobranocPiotrusia Pana– powiedziała Waleria, jedząc czereśnie. – Właśnie zaczęliśmy. 

– Świetnie! – odpowiedziała zachwycona Marzanna. – Nie czytałam nigdyPiotrusia Pana. To znaczy nie czytaliśmy. Ostatnio czytaliśmyPodróże SindbadaLeśmiana. 

– Ja powiem, ty nie mów! – zaproponował Bronek: 

Morze – to nie rzeka, a ptak – to nie krowa

Szczęśliwy, kto kocha rymowane słowa! 

– Rymuj się, rymuj – podrzuciła Marzanna.

Rymuj mi się, rymuj,

drogi mój wierszyku!

Stój w miejscu cierpliwie,

składany stoliku! 

Stoi stolik, stoi, zachwiewa się nieco, 

Za stolikiem – morze, za morzem

– kto wie co!

– Brawo! – zawołały Marzanna i Waleria. 

– A ja lubiłamDzieci z BullerbyniRasmusa, rycerza Białej Róży– wtrąciła Zuzia. – A całkiem niedawno czytaliśmyPięcioro dzieci i „coś”.

Pięcioro dzieci i „coś”! Piękna książka, która dla dzieci takich jak ona sama była baśnią pod kilkoma względami: przygoda, rodzeństwo i dom, do którego jednak bezpiecznie się wraca po zachodzie słońca. 

– Bo my – powiedziała Zuzia – chcielibyśmy też znaleźć na plaży Piaskoludka, takiego jak zPięcioro dzieci i „coś”, i żeby on nas wysłał do innych, dawnych czasów. 

– Wysłał czym? 

– Pojazdem Transtempo… – coś – powiedział Bronek, ponieważ Zuzia się zastanawiała – który dolatuje do innych czasów. 

– Transtemporalnym – dorzuciła Waleria. 

– Do dawnych czasów? Czy do przyszłych? – spytała Marzanna. – Do najdawniejszych?

– Tak – odparła Zuzia – do najdawniejszych. 

– A, jak do takich – zastanowiła się Marzanna – to jednak pojazd nie może być od Piaskoludka, bo jego dary trwają …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl