Esej

Polski rytm mundialowy

  • autor
  • Stefan Szczepłek
Współczesną historię polski można opowiedzieć piłkarskimi mistrzostwami świata. Są w niej polityka, gospodarka i obyczaje, bo futbol zawsze dobrze się sprzedawał i każdy mógł na nim coś zyskać – zarówno w czasach PRL, jak i dzisiaj.

Mniej więcej do igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 roku polscy politycy rzadko przychodzili na stadiony. Można zaryzykować twierdzenie, że Władysław Gomułka nie odróżniał piłki nożnej od siatkowej. Nie rozumiał też potrzeb kibiców i roli sportu w propagandzie. Kiedy w 1970 roku odbywały się w Meksyku piłkarskie mistrzostwa świata, w Europie nie transmitowały ich telewizje tylko dwóch krajów: Polski i Albanii. Gomułka uznał, że koszt jest wysoki, a korzyści żadne.

Mylił się.

W tym samym czasie Górnik Zabrze awansował do finału rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów (żadnej innej polskiej drużynie to się nie udało), a Legia do półfinału turnieju o Puchar Mistrzów. To tak, jakby dziś znalazła się w czwórce najlepszych klubów Ligi Mistrzów. Ludzie w środy nie odchodzili od telewizorów. Wojciech Młynarski napisał słowa do piosenki o Górniku, którą wykonywali Skaldowie. Anna German śpiewała o Górniku we własnej kompozycji. Krzysztof Klenczon wielbił na estradzie warszawską drużynę w piosence Legia, Legia gola!, nagranej razem z zawodnikami.

W grudniu 1970 roku, gdy do władzy doszedł Edward Gierek, trenerem reprezentacji Polski został Kazimierz Górski.

Piłka nożna stała się spoiwem narodowym. Już dwa lata później w reprezentacji kraju wspólnie mistrzostwo olimpijskie zdobywali zawodnicy Legii Warszawa, Górnika Zabrze i Wisły Kraków – żołnierze, górnicy i milicjanci, przynajmniej na papierze, bo w klubach tych resortów grali na co dzień. Powtórzyło się coś, co jeszcze w latach 50. opisali Artur Międzyrzecki i Władysław Szpilman w piosence Trzej przyjaciele z boiska:

Jeden rodem jest z miasta Warszawy,
drugi rodem jest z miasta Chorzowa,
no a trzeci jest rodem z Krakowa.
Co ich łączy? I przyjaźń, i sport.

Gierek jako pierwszy przywódca PZPR zrozumiał tę siłę. Po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego piłkarzy przyjmowano na partyjnych salonach i wręczano im ordery, a Kazimierza Deynę, zawodnika wojskowej Legii, awansowano na stopień chorążego. Wprawdzie nasz sukces nie został zauważony w świecie profesjonalnego futbolu, ale w demoludach się liczył. Polscy piłkarze zdobyli coś w rodzaju mistrzostwa krajów Europy Wschodniej, skoro w eliminacjach do igrzysk pokonali Bułgarię, a na turnieju NRD, ZSRR i Węgry. To już był powód do dumy i władza szybko się zorientowała, że inwestycja w piłkę nożną może się zwrócić w postaci wzrostu popularności Polski na arenie międzynarodowej. Bo w ilu dziedzinach Polska mogła konkurować z Zachodem? Sport był jedną z niewielu.

 


1974, RFN – propaganda prawdziwego sukcesu. Na stadionie Wembley 17 października 1973 roku Polacy sprawili jedną z największych sensacji w historii piłki nożnej. Zremisowali z Anglią 1:1 i awansowali do finałów mistrzostw świata. Fachowcy nie dawali nam szans, znany trener Brian Clough drwił z bramkarza Jana Tomaszewskiego, nazywając go klaunem, angielscy kibice gwizdali podczas Mazurka Dąbrowskiego i skandowali pod adresem Polaków animals (ang. „zwierzęta”). Nasi to wytrzymali, Tomaszewski bronił jak natchniony, pozostali zawodnicy byli lepsi od gwiazd stanowiącej wzór dla całego świata angielskiej ligi, a Kazimierz Górski okazał się przebieglejszy niż Alf Ramsey, najlepszy trener w historii Anglii.

„Zwycięski remis” miał konsekwencje pozastadionowe. Kiedy prosto z Londynu nasza reprezentacja pojechała na towarzyski mecz z Irlandią, w Dublinie przyjął ją premier tego kraju. Polonia na Wyspach Brytyjskich pękała z dumy. Wynik na Wembley sprawił, że piłka nożna i reprezentacja Polski zyskały powszechne zainteresowanie. Tadeusz Konwicki, Stanisław Dygat i Gustaw Holoubek na trybunach Stadionu Dziesięciolecia lub Legii doczekali się następców wywodzących się z elit intelektualnych. Daniel Olbrychski przed kamerami telewizji wręczył Janowi Tomaszewskiemu szablę Kmicica, z którą zagrał w Potopie. Maryla Rodowicz przekazała bramkarzowi sznurek, którym wiązała włosy na koncertach – był jego talizmanem, kiedy bronił rzuty karne na mundialu. Wiktor Osiatyński w książce Przez Wembley do Monachium spojrzał na futbol oczami intelektualisty widzącego nie „możliwości manualne lewej nogi Deyny”, jak mawiali komentatorzy, ale wielowymiarowe zjawisko społeczne. Piłka przestała być obecna tylko pod strzechami, stała się atrakcyjna dla świata nauki, kultury i polityki.

Po meczach na Wembley i w Dublinie kadra została na Wyspach Brytyjskich dwa dni dłużej niż planowano. W Warszawie odbywała się I Krajowa Konferencja Partyjna, więc powrót bohaterów mógłby usunąć partię w cień. Aby jednak ktoś nie pomyślał, że władza nie jest z narodem i nie przeżywa tak samo jak on, natychmiast po meczu Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz wysłali do piłkarzy depeszę gratulacyjną, a po powrocie z honorami przyjął ich członek Biura Politycznego, sekretarz KC Edward Babiuch. Minister spraw zagranicznych Stefan Olszowski przyznał reprezentacji Polski nagrodę „za rozsławianie imienia Polski za granicami”.

Na drabiniastym wozie, który pojawiał się na scenie, zmieniano tylko wynik na drewnianej tabliczce: Polska – Haiti
1:0, 2:0.., 7:0.

Polska oszalała. Wyruszaliśmy na mundial w RFN w 1974 roku rozochoceni i pełni nadziei, czego władza nie omieszkała wykorzystać propagandowo: oto jedziemy do kraju wroga, w którym do niedawna kanclerz Konrad Adenauer chodził po ulicach w krzyżackim płaszczu. Pokażmy, że „Polak potrafi”. Piłkarzy polityka mniej interesowała, ale zaangażowanie władz próbowali wykorzystać. Wszyscy jeszcze grali w polskich klubach i marzyli o zagranicy. Pięć dni przed wyjazdem na mundial napastnik Legii Robert Gadocha, który kilka tygodni później zostanie uznany za najlepszego lewoskrzydłowego mistrzostw (Jan Tomaszewski był zdania, że Grzegorz Lato został królem strzelców, bo Gadocha, centrując z rzutów wolnych lub rożnych, celował w kolegę, od którego głowy piłka odbijała się i wpadała do bramki), napisał do władz klubu podanie o zgodę na przejście do MSV Duisburg, który był skłonny zapłacić za niego dwieście tysięcy dolarów. W styczniu 1974 roku skończył dwadzieścia osiem lat, a zgodnie z przepisami Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki (GKKFiT) ten wiek był podstawowym warunkiem do ubiegania się o zgodę na wyjazd.

Podbój futbolowego świata zaczęli, nim Argentyńczycy zdążyli się ustawić na boisku – po dziewięciu minutach wygrywali 2:0. Ostatecznie Polska zwyciężyła 3:2, a w drugim meczu rozbiła Haiti 7:0, dzięki czemu miała zapewniony awans do drugiej rundy. W kraju zanotowano wzrost sprzedaży telewizorów. Kiedy Andrzej Szarmach, Kazimierz Deyna i Grzegorz Lato wbijali Haitańczykom kolejne bramki, w Teatrze Narodowym w Warszawie trwało przedstawienie Balladyny, w którym Bożena Dykiel jeździła po scenie motocyklem marki Honda. Ale tego dnia to nie ona była bohaterką. Na drabiniastym wozie, który pojawiał się na scenie, zmieniano tylko wynik na drewnianej tabliczce: Polska – Haiti
1:0, 2:0.., 7:0. Adam Hanuszkiewicz włączył się do zbiorowego misterium i pewnie nawet Juliusz Słowacki nie miałby mu tego za złe.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl