Opowiadanie

Portret kobiety w balii

  • autor
  • Andrzej Muszyński

Siedzieliśmy na skraju łąki. Dzień powoli ucichał, ale przed zmierzchem powietrze rozcinały jeszcze ostatnie pióropusze dźwięków. Potem jakiś ostatni gwizdek, gwizd i pozorna cisza, bo był to raczej trwały szum, jak koła bezsilnikowego pojazdu po twardym gruncie. Prawdziwej ciszy na wsi nie było. Skostniali od zimna siedzieliśmy na skraju tego odłogu, który opadał diablo stromym zboczem w kierunku „Chłopskiego lasu”, świerczyny tworzącej nam u stóp czarne jezioro, nasze wiejskie Loch Ness, z którego latem, w południe, faktycznie widać było jakieś miraże, nieistniejące słupy, dwuszyjne bestie. Listopad był moim ulubionym miesiącem. Nie ze względu na uwielbiany przez wielu klimat zaduszny. Na zachodzie o zmierzchu występowało na niebie jedyne takie pęknięcie, tuż nad linią nigdy nieprzycinanych, nagich o tej porze drzew owocowych.

Pomiędzy ich sterczącymi w niebo gałęziami ściekał świetlisty, pozaziemski szkarłat w kierunku pobielonych wapnem pni. Mój pokój na krótką chwilę przepełniała wtedy blada rubinowa poświata, przed którą wszyscy uciekali do swoich kątów. Narzekałem matce, że nie zrobiła mi w pokoju wykuszu, bo nacięcie na niebie widać było, gdy przyklejałem nos do szyby. A ono bladło, mrok szybko goił co wieczór tę ranę. Natychmiast musiałem to namalować. Bałem się, że ten cud już się nie powtórzy. Myłem ręce. Zamykałem drzwi na klucz. Cieszyłem się, że już jest ten listopad i we wsi robi się ciszej, niedługo adwent, czas, kiedy ziemia śpi i ludzie śpią, pochrapują i z trudem dźwigają się spod pierzyn. Rozkładałem na stole duży szkicownik. Wtedy gdy siedzieliśmy w listopadzie na skraju łąki, w spłowiałych trawach, zmierzwionych jak tłuste i oszronione włosy chłopaków z tartaku, Wiola, patrząc na ten zachód słońca, poprosiła po raz pierwszy:

– Namaluj mi to.

Wiola mieszkała cztery domy dalej, po tej samej stronie ulicy. A więc dzieliły mnie od niej trzy sady, sześć rzędów drzew, też nieprzycinanych, a zatem z wysokimi koronami, i gdyby nie parę krzaków agrestu, porzeczek i gęstych leszczyn, mógłbym podglądać ją zza pni bezkarnie i bez zakłóceń, zwykle ubraną jasno, na biało, albo półnagą, nagą, też jasną, bo jej ciemna karnacja zaczynała latem blednąć, jakby słońce powodowało na jej skórze cykl tajemniczych reakcji. Ale pewnie było to jakieś złudzenie. Była jedyną osobą, która była od zawsze. Pierwszy w miarę skrystalizowany obraz w pamięci – Wiolka w wózku, ja już chyba na nogach gdzieś obok. Ludziom wychowanym w mieście często wydaje się, że wsiowi żyją w skupiskach, jak grona winorośli. A przecież poznanie kogoś nowego zawsze było tam wstrząsem. Mieszkali 200 metrów dalej, a pojawiali się jak najeźdźcy, urządzali zwiady – przejeżdżali kilka razy na rowerze, sondowali teren, nastroje, przyglądali się chwacko i jedynym pierwiastkiem prawdy w tym stereotypie jest to, że ich pierwszy widok miał coś z objawienia, natychmiastowej pewności, że pozostaną w pejzażu na zawsze i choćby przez to wymagają uważności.

Nie dotyczyło to Wiolki, którą przezywałem czasem Wioliną. Bez powodu. Wiolka spędzała czas w ogrodzie. Trochę przez to nierzeczywista, bo zbyt ładna, nieskazitelna i motyla wśród rozwiązłej zieleni runa. Chciała się ze mną kolegować czy przyjaźnić. W ogóle mnie to nie interesowało. W ogóle nie interesowało mnie dzieciństwo. Dorośli puszczali do siebie zbyt wiele oczek, które odbijały się między lustrami, by nie sądzić, że jest to rodzaj blagi i im szybciej się z tego wyzwolę, tym lepiej. Próbowałem ją do tego przekonać, ale na darmo. Zrywałem jej nawet kwiaty, na których się kompletnie nie znałem. Zbierałem pod agrestami kiepy i pojawiałem się na naszych schadzkach za kępą malin z filtrem w ustach. Nie działało. W końcu zacząłem zabierać ją na skraj łąki, po drugiej stronie drogi, skąd roztaczał się widok na tę morskozieloną głębię, pełną wyimaginowanych kaszalotów, woniejącą ich fikcyjnymi ambrami. By dostać się tam, trzeba było przekroczyć główną drogę we wsi, co było nam zabronione. Światło w pełni lata spływało w korytarz jednoulicówki z domem przy domu, rozgrzewając asfalt do białości, a uśpieni upałem ludzie przypominali z oddali żuczki, które w lęku przed okrutnymi dziećmi próbują przeprawić się na drugą stronę, gdzie już bezpieczna trawa. Tak też i my wyglądaliśmy, gdy, trzymając się za ręce, po raz pierwszy czmychnęliśmy na południe. Podjedliśmy trochę wczesnych malin.

Wtedy, to był czerwiec, po raz pierwszy objąłem ją i przewróciłem na miedzę, o którą oparła się plecami na wysokości lędźwi. Pukle ciemnych włosów utonęły w …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl