Portret

Dzika jazda następcy tronu Arabii Saudyjskiej

  • autor
  • Mariusz Janik
Na Bliskim Wschodzie od dekad nie było przywódcy, który budziłby takie nadzieje. Saudyjski następca tronu, książę Muhammad Ibn Salman Ibn Suʼud, ma przygotować kraj na czasy bez ropy, zakończyć konflikt między Arabami a Izraelem
 i podciąć skrzydła terrorystom. O ile nie skończy z kulą w głowie.
rysunekMarek Skupiński

Przyjeżdżaj do hotelu Plaza, natychmiast – takie wezwanie usłyszeli spędzeni do Nowego Jorku reporterzy od saudyjskich dyplomatów pewnego dnia pod koniec marca. Była ósma wieczorem i choć telefonujący ani słowem nie ujawnili, o co może chodzić – monarsze się nie odmawia. Po dotarciu na miejsce tłum reporterów z najważniejszych za Atlantykiem redakcji przez trzy godziny wpatrywał się w sali konferencyjnej w dwa pozłacane stoliki, za którymi ustawiono flagę Królestwa Arabii Saudyjskiej. Wpatrywał się z podłogi, bo krzeseł dla publiczności nie przewidziano.

Wreszcie do sali wkroczył Muhammad Ibn Salman Ibn Suʼud – następca tronu Arabii Saudyjskiej – w towarzystwie Masayoshiego Sona, prezesa SoftBanku. Obaj mężczyźni bez słowa usiedli za stolikami i zaczęli podpisywać przyniesione im dokumenty. Po wszystkim wstali, wyszczerzyli do siebie zęby w szerokich uśmiechach i ogłosili, że właśnie „dokonali olbrzymiego kroku w historii ludzkości”. Po czym o głowę wyższy od Japończyka książę, nie czekając na pytania, wyszedł z sali.

Być może Son do ostatniej chwili nie dowierzał, że to się rzeczywiście stanie, bo potrzebował kilku dłuższych oddechów, żeby cokolwiek wyjaśnić zmęczonym i poirytowanym już dziennikarzom. A byli właśnie świadkami zawarcia transakcji na dwieście miliardów dolarów (niemal dwuletni budżet Polski). Za tę sumę na saudyjskiej pustyni ma powstać największa na świecie elektrownia solarna. Docelowo będzie ona produkować dwieście gigawatów energii, dla porównania – w całych Stanach Zjednoczonych, gdy zliczy się obiekty działające, w trakcie budowy lub w planach, wyjdzie w sumie siedemdziesiąt gigawatów.

Spotkanie było symptomatyczne dla całej wizyty Muhammada Ibn Salmana w USA. Dzika jazda – tak charakteryzowane było całe pierwsze tournée szykującego się do przejęcia władzy księcia. MBS, jak skrótowo opisują go rodacy i w ślad za nimi światowe media, ruszył w drogę na początku marca, zaliczając na początek Egipt, Francję i Wielką Brytanię, by na koniec – na całe trzy tygodnie – zjechać do Stanów Zjednoczonych. „Z punktu widzenia public relations doczekał się tu powitania w stylu między gwiazdorem rocka a Winstonem Churchillem” – kwitował komentator szacownej agencji Bloomberg, Albert R. Hunt. „Ofensywa uroku” lub „uśmiechów” – tak z kolei opisywali tournée dziennikarze.

Z zakulisowych informacji wynika, że wraz z księciem w drogę ruszyło około pięciuset sekretarzy, ochroniarzy, kierowców i lokajów. Na Wyspach i w Ameryce przyjazd przyszłego monarchy poprzedziła kampania wizerunkowa, którą niektórzy ironicznie uznali za absurdalną – choćby furgonetki z hasłami „Witaj, saudyjski książę”, „On przynosi zmianę Arabii Saudyjskiej” lub „On wzmacnia pozycję kobiet”. O ironio, baner z tymi hasłami pojawił się na witrynie dziennika „The Guardian”, tuż przy tekście deputowanej Partii Pracy, Emily Thornberry, będącym pełną oburzenia tyradą na temat zbrodni, jakich ma się dopuszczać saudyjska armia podczas interwencji w Jemenie. Organizatorzy wizyty potrząsnęli kiesą: ocenia się, że tylko towarzysząca trzydniowemu pobytowi księcia kampania PR kosztowała około miliona dolarów.

W przeciwieństwie do innych dynastii, gdzie najczęściej tron przechodzi na pierworodnego syna, a potem na jego pierworodnego syna, w Arabii Saudyjskiej mieli go obejmować kolejno najstarsi żyjący bracia z jednej generacji.

Wizycie za Atlantykiem towarzyszył rzadko spotykany chaos – lista gości zaproszonych na spotkania z MBS potrafiła się kilkakrotnie zmienić, zanim raut się odbył. Wyjątek stanowili ci, z którymi książę chciał mieć pięć minut na osobności lub przynajmniej fotkę. Na Wyspach były to królowa Elżbieta II i premier Theresa May. W Stanach lista była dłuższa – MBS, rzecz jasna, spotkał się z Donaldem Trumpem i jego otoczeniem, w szczególności zięciem prezydenta, Jaredem Kushnerem. Ale na liście gości obowiązkowych znaleźli się też były prezydent Bill Clinton, twórca Microsoftu Bill Gates, szefowie koncernów Google i Apple, prawdopodobnie wyselekcjonowane grono gwiazd kina i estrady oraz redaktorzy z „The New York Times” i „Wall Street Journal”. Podróżując przez Amerykę, MBS zawitał do Waszyngtonu, Nowego Jorku, San Francisco, Los Angeles, Bostonu i Houston. Żadna z powyższych informacji nie jest jednak oficjalna: olbrzymia większość szczegółów tournée została utajniona, bowiem transparentność transparentnością, ale nie wszystko opinia publiczna w Królestwie Arabii Saudyjskiej jest w stanie znieść. I tak musi przecież znosić niespodziewany marsz MBS do absolutnej władzy.

 


złośliwi powiedzieliby pewnie, że założyciel Domu Suʼudów Abd al-Aziz Ibn Suʼud lubił kobiety: koraniczny nakaz powściągnięcia się do czterech żon miał najwyraźniej za nic. Jego siedemnaście małżonek urodziło mu czterdziestu pięciu synów (z czego trzydziestu sześciu dożyło dorosłości). Niewiele miało to jednak wspólnego z pożądaniem, zapewne większość jego małżeństw przypieczętowywała sojusze z klanami i plemionami, które mogłyby zagrozić dynastii. A tak przynajmniej wszystko zostawało w rodzinie.

Ale też trzeba było określić jasne reguły sukcesji: trzydziestu sześciu pretendentów do tronu w pierwszym pokoleniu oraz jakieś dwie setki w drugim – bez klarownego systemu dziedziczenia – to fundowanie Królestwu kłębowiska żmij. Pojawiła się zatem prosta zasada: w przeciwieństwie do innych dynastii, gdzie najczęściej tron przechodzi na pierworodnego syna, a potem na jego pierworodnego syna, w Arabii Saudyjskiej mieli go obejmować kolejno najstarsi żyjący bracia z jednej generacji. – Od śmierci Abd al-Aziza w 1953 roku postępowano zgodnie z jego wolą, z niewielkimi odchyleniami, kiedy książę mniej lub bardziej dobrowolnie zrzekał się tronu lub trzeba było uspokoić jakiegoś zbyt niecierpliwego pretendenta – komentuje wieloletni korespondent dziennika „Le Figaro” na Półwyspie, Stèphane Marchand.

W 1992 roku za sprawą panującego wówczas króla Fahda tradycja przybrała postać ustawy, którą dziś uważa się za substytut konstytucji. Saudyjska ustawa zasadnicza kwitowała kwestię sukcesji dosyć lakonicznie, w artykule 5b: „prawo dynastyczne powinno być ograniczone do synów króla-założyciela Abd al-Aziza oraz synów ich synów. Najbardziej odpowiedni spośród nich powinni zostać wybrani i należy im złożyć przysięgę wierności (baja), by rządzili w zgodzie z Księgą Boga i sunną Proroka”. O ironio, tuż po wyborze obecnego następcy tronu w treści artykułu pojawił się dopisek. „Po synach króla-założyciela nie będzie już króla lub następcy tronu, którzy należeliby do tej samej gałęzi potomków króla-założyciela” – dopisał tajemniczy redaktor. Gdyby dopisek obowiązywał ciut wcześniej, Muhammad Ibn Salman nie miałby zapewne większych szans na panowanie. Teraz zmalały perspektywy jego braci i dzieci, co eliminuje przynajmniej część opozycji i konsoliduje klan wokół ambitnego księcia.

W systemie sukcesji wykoncypowanym przez sędziwego Abd al-Aziza czaiła się pułapka, która była do przewidzenia – od śmierci Fahda Królestwem rządzą nieprzerwanie osiemdziesięcioletni starcy.

Proste reguły nijak się mają do życia, zwłaszcza gdy w grę wchodzą urzędy, wpływy, rozdział pieniędzy z kasy przeznaczonej na życie dworu. Choć Dom Suʼudów trzyma karty przy orderach, to wiadomo, że niewiele go dzieli od wspomnianego kłębowiska żmij – a ktokolwiek chce na poważnie analizować sytuację na dworze, musi zabawić się w kremlinologa analizującego, kto z kim, na jakim zdjęciu i w jakiej kolejności – i nie jest to wyłącznie metafora, politolodzy nazywają te spekulacje „rijadologią”. Wywodzące się od każdej z żon klany trzymają się krzepko i blisko siebie – a najsilniejszy z nich jest Siedmiu Sudajrich. Chodzi o siedmiu synów, których Abd al-Aziz dorobił się z najukochańszą ze swoich żon, Hassą Bint Ahmad as-Sudajri. Sudajri to potężny ród arystokratyczny: z niego pochodziła matka założyciela Domu Suʼudów, to As-Sudajri byli najwierniejszymi towarzyszami broni Abd al-Aziza w czasie podboju Półwyspu. Władca przypieczętował sojusz z nimi aż trzema małżeństwami.

Ale z Siódemki As-Sudajrich tylko dwóch doczekało się tronu. Fahd rządził Arabią przez niemal ćwierć wieku (w latach 1982–2005), a szósty z siódemki – Salman – sprawuje władzę do dzisiaj. Pozostali wypadli z kolejki lub zmarli, zanim doczekali się tronu. Bowiem w systemie sukcesji wykoncypowanym przez sędziwego Abd al-Aziza czaiła się pułapka, która była do przewidzenia – od śmierci Fahda Królestwem rządzą nieprzerwanie osiemdziesięcioletni starcy. Ich dotychczasowi konkurenci i potencjalni następcy byli w podobnym wieku.

Najlepszym przykładem jest dzisiejszy monarcha. Salman Ibn Abd al-Aziz Ibn Suʼud objął tron trzy lata temu, jako siedemdziesięciodziewięciolatek. Już w momencie, gdy obejmował tron, spekulowano, że cierpi na demencję i postępującego parkinsona. Przypominano, że kilka lat wcześniej doznał udaru i dlatego niemal nie rusza lewą ręką. Co prawda Fahd potrafił pod koniec swoich rządów, pokazując na szefa …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Tekst ukazał się w październikowym wydaniu miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (10/2018) pod tytułem "Narwany".

FreshMail.pl