Historia osobista

Przechytrzyć system. Co daje, a co zabiera edukacja domowa?

  • autor
  • Piotr Stasiak

O tym, że traktuję własne dzieci jak króliki doświadczalne, słyszałem w ostatnich latach wielokrotnie – od rodziny, znajomych, nauczycieli, urzędników. Spotkałem się też z wieloma pozytywnymi reakcjami: wyrażano podziw, gratulowano mi odwagi, zachęcano do wytrwania. Moi rozmówcy częściej zdradzali jednak zdziwienie, wątpliwości, nawet przyganę. – Ale nie można normalniej? – dopytywali. Czy my im czasem czegoś nie odbieramy? Nie przekreślamy życiowej szansy? 

Choć w takich sytuacjach zachowujemy pokerową twarz, to prawda jest taka – i przyznaję to po raz pierwszy od 2014 roku – że sami przeszliśmy (i przechodzimy na nowo) naprzemienne fazy ataków paniki, wątpliwości, euforii oraz upewnienia się w podjętej decyzji. Zwłaszcza gdy na kolejnej imprezie stanowimy atrakcję towarzyską: – Ach, to wy jesteście tą parą, której dzieci nie chodzą do szkoły? – Tak, to my.

A zaczęło się niewinnie. Realizując edukacyjny sen przedstawiciela wielkomiejskiej klasy średniej, córkę Klarę zapisaliśmy z wyprzedzeniem do tak zwanej „dobrej szkoły społecznej” (czytaj: prywatnej). Placówka ta, zapewniając opiekę od godziny wpół do dziewiątej rano do piątej po południu, wypluwała dziecko wszechstronnie rozwinięte, wielojęzyczne i opromienione świetlaną przyszłością. 

rysunek Małgorzata Łukasiewicz-Tyczyńska

Z dobrą szkołą społeczną jest jednak taki kłopot, że opłacający niemałe czesne rodzice są równocześnie jej inwestorami. Dyrekcja natomiast stanowi zarząd rozliczany z efektów, czyli miejsca szkoły w rankingach. A to jest z kolei wypadkowa testów, certyfikatów i konkursów, które są udziałem wychowanków placówki na różnych etapach edukacji. 

Nasza szkoła była ambitna. Lepsze wyniki to więcej chętnych, więcej czesnego, a zatem progres. Dlatego po dość cieplarnianych latach wczesnej edukacji w klasach I–III następuje dość brutalne przejście dziecka do czwartej klasy. Pracy przyrasta lawinowo, zaczynają się oceny i presja na wynik, czemu kibicują i sami inwestorzy,pardon, rodzice. Jako dziennikarz piszący o gospodarce z niemałym zdziwieniem przekonałem się, że szkolne zebranie może przypominać kwartalne ogłoszenie wyników spółki giełdowej, z wykresami słupkowymi i prezentacją w PowerPoincie. 

 


problem zaczyna sie,gdy pasją dziecka jest bieganie po podwórku (dość zrozumiałe w wieku lat ośmiu), próby teatralne albo kręcenie filmików z plastelinowymi ludzikami. Pojawiają się sugestie dyrekcji: „Bardzo szanujemy, że córka jest uzdolniona aktorsko/plastycznie/sportowo, jednak prosimy, aby skupiła się na przedmiotach, z których ma testy”. Albo: „To miło, że uwielbia język francuski, ale u nas stawia się na angielski”. Do i tak mocno wypełnionego zajęciami dnia dochodzą więc pierwsze korepetycje i zajęcia wyrównawcze, a do kina to może pójdziemy w przyszłym miesiącu. No i koszmar prac domowych oraz weekendowego rycia przed klasówkami, o czym przekonał się zapewne każdy rodzic w tym kraju.

Przekonałem się, że szkolne zebranie może przypominać kwartalne ogłoszenie wyników spółki giełdowej, z wykresami słupkowymi i prezentacją w PowerPoincie.

Gdzieś pomiędzy zarzutami o zaniżanie poziomu klasy, pierwszą jedynką za brak pracy domowej i zeszytu a poniedziałkowym bólem brzucha przed sprawdzianem zorientowaliśmy się, że szkoła nie rozumie i nie wspiera naszego dziecka. Zrozumieliśmy, że system szkolny, chory na testy i obarczony przeładowanym programem, nie wyszukuje talentów i ich nie wspiera. A większość talentów rozwija się poza szkołą i nie da się tego ubrać w standardowy program nauczania. Alternatywa to szkolnictwo publiczne, ale tam jest podobnie – koncentracja na testach (dla dzieci) i rankingach (dla szkół). 

W opowieściach o dystopiach i dyktaturach – szarych i smutnych – przewija się motyw bohatera, który wypada z oficjalnego obiegu i trafia do równoległej rzeczywistości, tętniącej życiem i kolorami. Jak Łucja, która przez szafę wchodzi do Narnii. Jak Harry Potter, który z komórki pod schodami trafia do Hogwartu. Albo Adaś zKingsajzu, który ucieka z Szuflandii. Tak właśnie czują się rodzice i uczniowie, którzy wchodzą do świata edukacji alternatywnej.

 


każdy rodziczainteresowany w Polsce taką edukacją musi doświadczyć konsekwencji ustawy o systemie oświaty oraz szeregu rozporządzeń Ministerstwa Edukacji Narodowej, z orzecznictwem Sądu Najwyższego włącznie. W naszym kraju każde dziecko podlega obowiązkowi szkolnemu, nie można zatem po prostu wypisać swojej latorośli ze szkoły. Można natomiast otrzymać zgodę na edukację domową. W takim przypadku rodzic oświadcza, że bierze na siebie pełną odpowiedzialność za edukację dziecka i realizację podstawy programowej, zaś państwo mu na to pozwala, oczekując, że wybrana przez rodziców placówka oświatowa (publiczna lub niepubliczna) będzie nadzorować postępy dziecka w nauce. 

Edukacja domowa (ang.homeschooling) została formalnie dopuszczona w Polsce po zmianie ustroju. W latach 90. była popularna szczególnie w środowiskach katolickich i konserwatywnych. Czasem decydowano się na nią z powodów praktycznych (proszę sobie wyobrazić samo dostarczenie piątki pociech w różnym wieku do rozsianych po mieście placówek, co było i jest codziennością rodzin wielodzietnych). MEN szacuje, że przez lata liczba edukowanych domowo uczniów nie przekraczała dwóch tysięcy, dopiero po …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl