Historia osobista

Przechytrzyć system. Co daje, a co zabiera edukacja domowa?

O tym, że traktuję własne dzieci jak króliki doświadczalne, słyszałem w ostatnich latach wielokrotnie – od rodziny, znajomych, nauczycieli, urzędników. Spotkałem się też z wieloma pozytywnymi reakcjami: wyrażano podziw, gratulowano mi odwagi, zachęcano do wytrwania. Moi rozmówcy częściej zdradzali jednak zdziwienie, wątpliwości, nawet przyganę. – Ale nie można normalniej? – dopytywali. Czy my im czasem czegoś nie odbieramy? Nie przekreślamy życiowej szansy? 

Choć w takich sytuacjach zachowujemy pokerową twarz, to prawda jest taka – i przyznaję to po raz pierwszy od 2014 roku – że sami przeszliśmy (i przechodzimy na nowo) naprzemienne fazy ataków paniki, wątpliwości, euforii oraz upewnienia się w podjętej decyzji. Zwłaszcza gdy na kolejnej imprezie stanowimy atrakcję towarzyską: – Ach, to wy jesteście tą parą, której dzieci nie chodzą do szkoły? – Tak, to my.

A zaczęło się niewinnie. Realizując edukacyjny sen przedstawiciela wielkomiejskiej klasy średniej, córkę Klarę zapisaliśmy z wyprzedzeniem do tak zwanej „dobrej szkoły społecznej” (czytaj: prywatnej). Placówka ta, zapewniając opiekę od godziny wpół do dziewiątej rano do piątej po południu, wypluwała dziecko wszechstronnie rozwinięte, wielojęzyczne i opromienione świetlaną przyszłością. 

rysunek Małgorzata Łukasiewicz-Tyczyńska

Z dobrą szkołą społeczną jest jednak taki kłopot, że opłacający niemałe czesne rodzice są równocześnie jej inwestorami. Dyrekcja natomiast stanowi zarząd rozliczany z efektów, czyli miejsca szkoły w rankingach. A to jest z kolei wypadkowa testów, certyfikatów i konkursów, które są udziałem wychowanków placówki na różnych etapach edukacji. 

Nasza szkoła była ambitna. Lepsze wyniki to więcej chętnych, więcej czesnego, a zatem progres. Dlatego po dość cieplarnianych latach wczesnej edukacji w klasach I–III następuje dość brutalne przejście dziecka do czwartej klasy. Pracy przyrasta lawinowo, zaczynają się oceny i presja na wynik, czemu kibicują i sami inwestorzy,pardon, rodzice. Jako dziennikarz piszący o gospodarce z niemałym zdziwieniem przekonałem się, że szkolne zebranie może przypominać kwartalne ogłoszenie wyników spółki giełdowej, z wykresami słupkowymi i prezentacją w PowerPoincie. 

 


problem zaczyna sie,gdy pasją dziecka jest bieganie po podwórku (dość zrozumiałe w wieku lat ośmiu), próby teatralne albo kręcenie filmików z plastelinowymi ludzikami. Pojawiają się sugestie dyrekcji: „Bardzo szanujemy, że córka jest uzdolniona aktorsko/plastycznie/sportowo, jednak prosimy, aby skupiła się na przedmiotach, z których ma testy”. Albo: „To miło, że uwielbia język francuski, ale u nas stawia się na angielski”. Do …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl