Czytaj

Kebabistan. Rzecz o polskim daniu narodowym

Zdjęcia Jakub Szafrański
Kebab w Polsce to najpopularniejszy rodzaj fast foodu. W 2010 roku wartość kebabowego rynku przekroczyła 2,5 miliarda złotych.

Kulinarni celebryci wielokrotnie wyrażali swoje obrzydzenie wobec potrawy, która zyskiwała status nie tyle kultowej, co ludowej. O popularności opiekanego na ruszcie mięsa podawanego w cienkiej bądź grubej picie świadczy też to, że już co najmniej jedna trzecia wszystkich restauracji w Polsce serwuje potrawy kebabopodobne. 

Z badań OBOP przeprowadzonych w 2010 roku wynikało, że na jedzony głównie poza domem kebab decyduje się 33% badanych, co dawało mu czwarte miejsce pod względem popularności w swojej kategorii (na pierwszym miejscu niezmiennie od lat utrzymywała się wtedy pizza), badanie z 2016 roku wykazało, że już dla 45% osób jadających poza domem kebab jest pierwszym wyborem. Niekwestionowanym liderem do roku 2017 wciąż jednak pozostawała pizza. Odsetek konsumentów jedzących na mieście i przyznających się do wybierania kebabu spadł wprawdzie do 40%, ale to 40% dało kebabowi pierwsze miejsce pod względem popularności. Pizza spadła na miejsce trzecie (23%), za kuchnię polską (29%). 

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Znamiennym dla całego zjawiska przykładem jest największy park rozrywki w Polsce – Energylandia, mieszczący się niedaleko Krakowa kompleks zajmujący na razie jakieś trzydzieści hektarów, a zaplanowany pięciokrotnie ambitniej. W Energylandii mieści się Bajkolandia, „kraina dziecięcych pragnień, wkraczające do niej maluchy znajdują się nagle w świecie swoich marzeń, spotykają się z postaciami z ulubionych bajek”. I kebabów. W ofercie gastronomicznej Energylandii, którą w roku 2018 odwiedziło półtora miliona osób, znajduje się blisko pięćdziesiąt punktów gastronomicznych (ta liczba się co jakiś czas zmienia), w tym pięć z kebabami: Azteka Kebab, Boomerang Kebab, Viking Kebab, Piracki Kebab i Galaxy Kebab. Sądząc po długości kolejek do każdego z tych lokali i po bogactwie ich oferty, lokale z kebabem w Energylandii stanowią atrakcję samą w sobie. 

 


Od ponad roku na jednym z warszawskich blokowisk z wielkiej płyty w przylegającej do średniej wielkości supermarketu blaszanej budzie mieści się bar z kebabem. Nie jest to „tradycyjny turecki doner‐kebap”, ale nie jest to także pokrojona w plastry wieprzowina odgrzewana w mikrofali. To typowy dla tego rejonu świata kebab. Danie tak bardzo multi‐kulti jak Polska jest homogeniczna. 

Miejscowy pasaż handlowy, o ile można się tak wyrazić, składający się z trzech alejek okolonych kilkoma starszymi i kilkoma nowszymi blaszanymi budami, do których co jakiś czas dołączają kolejne, przeżywał kilka boomów. 

Był boom na rzeźników – w pewnym momencie było ich, nie licząc posiadającego wszak dział mięsny Carrefoura (wcześniej Globi, a jeszcze wcześniej Bellona), chyba pięciu. Sporo, nawet jak na ogromne osiedle, jakim jest Marymont‐Ruda. Mieszka tu około czterdziestu tysięcy ludzi. 

Ostatnio był boom na piekarnie. Właściwie to sklepy z pieczywem. Są już pierwsze znaki, że nie wszystkie budki z bułkami przetrwają. Ponownie nie licząc placówki francuskiego koncernu, która również podgrzewa produkty mączne na miejscu, sklepików, gdzie można kupić „świeże pieczywo”, znaleźć można na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych trzy. Trzy osobne budki – jedna należy do sieci piekarniczej Trimar. 

To część pawilonu podnajęta od działającego za ścianą zakładu fryzjerskiego. Druga – należąca do sieci Putka, mieści się w byłym osiedlowym warzywniaku. Wcześniej Putka działała za ścianą w dostawionej specjalnie dla niej nowej budce trzy na cztery metry. Ruch był jednak tak duży, że koncern zdecydował przeprowadzić się do większego lokalu. 

Ale to było jeszcze zanim swój nowy, lśniący niezużytą malowaną blachą pawilon postawił pan Lubaszka. Odkąd naprzeciwko Putki działalność rozpoczęła Galeria Wypieków, oczywiste było, że dla kogoś w bułczanym biznesie oznacza to kłopoty. Piekarnia postanowiła zdywersyfikować środki przychodu i swój nagle za duży pawilon podnajęła w połowie Zakładom Mięsnym Zielonka. Nie dzieli ich nawet ściana. Do byłego minipawilonu Putki wprowadziły się „Lody Tajskie”. Tematyczna fluktuacja pawilonów nasila się z każdym rokiem. Tak działa wolny rynek. Na razie bułczaną wojnę zdaje się przegrywać Trimar. 

 

 

Był na osiedlu i boom cukierniczy. Tu, gdzie siedzimy, wcześniej działała przez kilkanaście lat rodzinna cukiernia „Promyk”, stawiająca na wysoką jakość produktów, za którą szła jednak dość wysoka cena. Rodzina sprzedała interes innemu cukiernikowi, który, jak się wydawało, radził sobie lepiej, przynajmniej do momentu, kiedy z niezrozumiałych dla nikogo powodów do blaszaków w sąsiedztwie wprowadziły się trzy inne cukiernie. Dziś na osiedlu nie ma żadnej. 

Boomu na kebaby na razie nie ma. Od ponad roku działa tylko jedna kebabiarnia, w lokalu po dwóch cukierniach, przylegającym do Carrefoura, który służy zresztą za centrum zaopatrzeniowe. Być może kupienie hurtowych ilości papierowych ręczników, sztućców czy sałaty byłoby tańsze w Makro, ale najbliższe Makro znajduje się pięć kilometrów stąd, a jest to pięć kilometrów, które trzeba przejechać najpierw w jedną, potem w drugą stronę. To paliwo. I czas. A czas to pieniądz. A do karfa można pójść w klapkach, nie zmieniając roboczych ciuchów. I przy okazji pożartować z pracującymi tam ukraińskimi kasjerami, którzy są właściwie jak koledzy z pracy. 

Potem ci koledzy z pracy przychodzą po swojej pracy do twojej pracy zjeść jej owoce. Koło się zamyka. 

W rogu lokalu wisi telewizor. Ciemnoskóry chłopak zza lady decyduje się przerwać dudniący ciąg drażniących letnich hitów i przełącza kanał na TVP2. Akurat leci teleturniej „1 z 10” 

– Mój ulubiony! – rzuca z uśmiechem i wraca do wykrawania mięsa. W środku wszystkie stoliki zajęte. 

Koszt najmu pawilonu to pięć tysięcy złotych. Woda, prąd i gaz, którego zużywa się na non stop podgrzewane wały mięsa wyjątkowo dużo – drugie tyle. Razem dziesięć tysięcy złotych. To nie jest wielka matematyka, nawet dziecko przed gimnazjum to policzy, a co dopiero po. 

Asif gimnazjum akurat ukończył. To dość imponujący wyczyn, biorąc pod uwagę, że zrobił to, mając dwadzieścia lat. Trochę późno? Wcześniej nie było jak. Wcześniej gimnazjum zwyczajnie nie istniało. Podstawówka zresztą też nie. O liceum nie wspominając. Asif ukończył gimnazjum w Afganistanie. 

Poza Asifem w barze pracują jeszcze trzy osoby. Drugi Afgańczyk – współwłaściciel, ich kolega z Tadżykistanu oraz jeden Banglijczyk, teraz akurat mający wartę za ladą. Czasem pomaga też piąta osoba – Polka, żona drugiego Afgańczyka. Z rodakiem Asif zna się jeszcze z ojczyzny. Tadżyka poznali w ośrodku dla uchodźców. A skąd Banglijczyk? Przyszedł kiedyś, szukając jakiejś pracy, to go zatrudnili. Uchodźcy mieliby nie pomóc? W Bangladeszu się nie przelewa. To kraj na samym końcu rankingu czegokolwiek. Chociaż w dwóch konkurencjach zajmuje wysokie miejsca. Pierwszy to ranking zaludnienia. Kraj o zaledwie 144 tysiącach kilometrów kwadratowych (tyle co pół Polski) zamieszkuje 138,5 miliona ludzi, czyli Polsk ponad trzy i pół. To 961 osób na kilometr kwadratowy. Bangladesz w rankingu zaludnienia zajmuje wysokie trzynaste miejsce. Jeśli uważacie, że miejsce trzynaste to wcale nie tak strasznie, to wcale nie tak wysoko, widać są miejsca na świecie, które mają gorzej, to spieszę z informacją, że Bangladesz na tej liście wyprzedzają takie kraje znane z problemów z przeludnieniem jak Malta, Bahrajn albo trochę bliższy Bangladeszowi geograficznie Singapur czy też słynne na cały świat, nieradzące sobie z liczbą mieszkańców enklawy biedy jak Monako i Watykan. 

Drugi z rankingów, w którym Bangladesz przoduje, to ten określający, który kraj przyjął najwięcej uchodźców z sąsiedniej Birmy, gdzie buddyjska większość postanowiła, z braku zdaje się innych problemów, przeprowadzić czystki etniczne na muzułmańskiej mniejszości, stanowiącej, jak podają różne źródła, od 4 do 20% populacji Birmy. Jest to liczba pomiędzy 2 a 10 milionami ludzi. Może mniej, może więcej. Skoro nie wie tego rząd Birmy, to pewnie nie wie tego nikt. Bangladesz przyjął ich, póki co, trzysta tysięcy. 

Ale Asif tego wszystkiego nie wie. Nie musi. Człowiek potrzebował pomocy, pracy, to go zatrudnił. Koniec historii. 

Problemów jednak ze zrozumieniem swojego kolegi z pracy by raczej nie miał. 

W jego rodzinnym Afganistanie mówi się po pasztuńsku albo w dari, on jednak – tak jak jego rodacy z baru – zna tylko dari. W Bangladeszu językiem urzędowym jest bengalski. Tu starają się rozmawiać po polsku, ale Banglijczyk jest u nas od niedawna, częściej w użyciu jest więc angielski. 

Ale nie o język tu przecież chodzi. Chociaż nauczył się go w większości sam. Zajęło mu to, jak sam twierdzi, trzy lata. Profesjonalne lekcje zaczął pobierać dopiero miesiąc temu. Lekcje ma trzy razy w tygodniu. Bardzo chciałby podreperować gramatykę, ale już wie, że to nie będzie łatwe. 

W rodzinnym mieście Asifa przed pojawieniem się amerykańskich wojsk nie było szkoły. Byli talibowie i obowiązek służenia im. Gdy Amerykanie i kraje sojusznicze ogłosiły wygranie wojny, zaczęła się budowa od podstaw. Powstały więc szkoły. W jednej z nich w wieku czternastu lat naukę rozpoczął Asif. Jak większość jego rówieśników, nie miał żadnych planów dotyczących swojej przyszłości. Nie wiedział wcześniej, że istnieje świat poza afgańskimi górami i pustyniami. Że jest to świat, do którego może się udać. 

– Zawsze macie tu taki ruch? 

Asif w Polsce jest od pięciu lat. Najpierw w ośrodku dla uchodźców. Krótko. Ludzie tam siedzą i po trzy lata, przyzwyczajają się, zaczynają tam żyć, kochać się, zakładać rodziny niekiedy. Ale jego wpuścili oficjalnie do kraju już po pół roku. 

– Zawsze.

– Weekendy? – dopytuję.

– Też. Ruch jest codziennie. Mam co robić. Nie mam się czym martwić.

Ale to nie jest stan permanentny. Po czterech latach pobytu w kraju straż graniczna nakazała mu powrót do ośrodka. Na trzy miesiące. Coś im się nie zgadzało albo po prostu chcieli wziąć go na przetrzymanie, sam nie wie, nikt mu nie powiedział. Może myśleli, że się złamie i będzie chciał stąd wyjechać. Ale Asif przeżył rządy religijnych fanatyków w kraju, w którym nikt nie pamięta już nawet, jak to było, kiedy nie było jakiejś wojny, bo te trwają właściwie nieprzerwanie od czasu ogłoszenia niepodległości od Wielkiej Brytanii w 1919 roku. I teraz przesiedzenie kilku miesięcy w gołych czterech ścianach, które nawet nie są pod ostrzałem, miałoby go złamać albo chociaż zrazić? Zmusić do powrotu do kraju, w którym dwie trzecie kobiet jest wdowami, o ile przeżyje ciążę, bo wskaźnik umieralności podczas porodów jest najwyższy na świecie? Do kraju, w którym pierwsza linia kolejowa powstała w 2010 roku? Gdzie szacuje się, że jedenaście z trzydziestu czterech milionów mieszkańców wciąż jest analfabetami? Bądźmy poważni. 

– Kto najczęściej do was przychodzi? 

– Wszyscy. Naprawdę. Młodzież, dorośli, uczniowie, rodziny z dziećmi. Starsi ludzie… 

To nieczęsty widok w kebabowniach. 

Takie miejsca jak ten bar z kebabem, jeśli nie są przy ruchliwych drogach czy w centrum miasta, zwykle nie sprawiają wrażenia obleganych. Tu jednak niezależnie od pory i dnia tygodnia pracownicy nie mogą narzekać na brak zajęcia. W dni powszednie, popołudniami, można zobaczyć ludzi, jak kupują jedzenie do domu na wynos, aby nie marnować resztek sił na przygotowanie obiadu. W ciągu dnia kręci się tu sporo uczniów okolicznych szkół. Mają okienko albo są wagarach. 

– To duże osiedle, a nie ma tu ani jednej restauracji w okolicy. No poza Chińczykiem zaraz obok. 

Z baru azjatyckiego częściej zdają się korzystać pracownicy okolicznych budów, ale nie jest tak, że tu nie zaglądają. 

– U nich takiego tłumu nie ma. – To nie moja sprawa.

– Ale u Chińczyka też jest kebab. – Daj spokój! 

 

 

Oni też pewnie przed czymś uciekli, są tu jako obcy, ale kontaktów między tymi wyspami inności, oddalonymi od siebie o dosłownie dwadzieścia metrów, nie ma żadnych. Asif więc nie wie, co ich tu sprowadziło. Dla niego momentem, w którym podjął decyzję o wyjeździe, była śmierć ojca i reszty jego rodziny w zamachu minowym. Ojciec był policjantem w nowo utworzonych służbach mundurowych. Dla talibów wstąpienie do wojsk okupacyjnych to podpisanie na siebie wyroku śmierci. Nikt w Afganistanie nie uważa, że wojna się skończyła. Nikt w Afganistanie nie wierzy, że kiedykolwiek się skończy. 

Późne piątkowe wieczory to na osiedlu czas ludzi zmierzających na okoliczne domówki. Są też tacy, którzy wyskakują z imprezy na moment, by przekąsić coś innego niż chipsy. 

– Na kebabie jesteśmy – krzyczy do telefonu komórkowego trochę nazbyt pobudzony chłopaczyna z wielką grdyką, krążąc pomiędzy stolikami w wyściełanym trawą z rolki ogródku. – Siedzę tu z dużym Olem, dużym Mariem, małym Żabem i pedałem Arkiem – wszyscy się śmieją. Poza pedałem Arkiem. 

Wpływ na rosnącą popularność przyprawionego mięsa w picie mogą również mieć względy, jakimi bliskowschodnie danie potrafi cieszyć się wśród wysoko postawionych osobistości. W listopadzie 2016 roku biskupi z Episkopatu Polski wydali dyspensę zezwalającą wyjątkowo na pogwałcenie tradycyjnego piątkowego postu, tak aby uczestnicy narodowościowego Marszu Niepodległości byli w stanie odzyskać siły nadwerężone dzielną walką o Polskę dla Polaków. 

Asif wieprzowinę jadł, ale nie jada. Nie za często przynajmniej. Chciał spróbować polskiej kuchni, a ta bez świniny się nie obejdzie. Smakowało mu. Nawet bardzo. Ale przecież nawet lekarze, nie tylko w Afganistanie, mówią, że świnia może i smaczna, ale to najgorsze pod względem zdrowotnym mięso, jakie można wybrać. 

– Kurwiu, jebnę ci! Wiedziałem, że to powie – usprawiediwia się przed resztą towarzystwa pedał Arek. – Kończ już, bo nie ma czasu. Autobus zaraz przyjedzie. 

Czemu Polska? Czemu nie na przykład Niemcy? Albo Francja? Czemu nie gdziekolwiek indziej? Pierwotnym planem był Luksemburg, gdzie zakotwiczył znajomy ze szkoły Asifa. Kolega powiedział: przyjeżdżaj. To Asif gdy tylko skończył szkołę, ruszył w drogę. W międzyczasie jednak kolega się rozmyślił, powiedział: nie przyjeżdżaj. Więc Asif, będąc już w drodze, spojrzał na mapę i stwierdził, że tu można mieć dobre życie. Nie, zanim tu przyjechał, nie wiedział, że kuchnia bliskowschodnia cieszy się tak ogromną popularnością nad Wisłą. 

– Dobra. Mam osiem złotych, ktoś się zrzuca na szlugsy? – Mam trzy zyble.

– Dawaj.

– Czekaj, ale co ja z tego będę mieć? 

Wszędzie można mieć dobre życie, gdzie nie ma bomb, min, strzałów, obcych wojsk nie do końca rozróżniających przyjaciół od wrogów ani religijnych fanatyków mordujących ludzi w imię jakiegoś boga. 

Asif pracuje w kebabie siedem dni w tygodniu od ośmiu do dziesięciu godzin dziennie. Trzy razy w tygodniu ma szkołę języka polskiego. Lubi posiedzieć z jakąś książką. W końcu nie po to nauczył się w wieku czternastu lat czytać, żeby nie korzystać z tej możliwości. Tylko przeważnie czasu nie starcza. Chciałby zacząć trenować na siłowni, ale jakoś od roku, kiedy podjął tę decyzję, na żadną siłownię wybrać się nie udało. Może uda się w przyszłym tygodniu. 

Najlepszy utarg w barze notują w czwartek, piątek i poniedziałek. W piątek ruch wzrasta, bo ludzie wstępują do nich, wychodząc z domu i chcąc się posilić przed uderzeniem w miasto, ale tego dnia przychodzi też mnóstwo ludzi, którzy udają się na imprezy na samym osiedlu. Czemu w czwartek? Nikt tego nie wie. Jakoś tak, tak wychodzi. Poniedziałek to z kolei początek tygodnia szkolnego i dzieciaki z trzech okolicznych szkół czują swędzenie tygodniowego kieszonkowego w portfelach. 

darowizna na rzecz fundacji pismo

Interes by jednak nie szedł, nie mówiąc już o przetrwaniu, gdyby ludzie mieszkający wokół regularnie nie wracali. To już nie te czasy, że regularnie korzysta się z punktu gastronomicznego tylko dlatego, że jest najbliżej. Albo że jedyny. Nie w czasach, kiedy od zamówienia ulubionego posiłku do domu dzieli nas kilka kliknięć myszką czy tapnięć kciukiem na telefonie. Ludzie nie zachodziliby tu nawet kilka razy w tygodniu, gdyby nie mieli pewności, że to, co zjedzą w Kebab House, jest smaczne. I że jest tego dużo. 

Chłopaki przy stoliku obok nadal odliczają drobne. 

– Razem mamy trzynaście, więc starczy na paczkę. Dostaniesz pół. 

– Pół paczki szlugów za trzy zeta?!

– Tak.

– Wchodzę w to!

W Afganistanie nic się nie planuje, bo nie ma po co. Bez sensu jest planować cokolwiek, jeśli wiesz, że możesz zginąć w każdej chwili. Bo jakiś nalot będzie źle wymierzony. Bo trafi akurat ciebie czyjaś zbłąkana kula. Bo miny ktoś nie znalazł i nie rozbroił. Bo talibowie akurat postanowili tego dnia najechać twoją wioskę i nie brać jeńców. Asif nie planował, co będzie robić w Polsce. Nie planował pracować w barze z kebabem. W Afganistanie kebab się owszem jada, ale nie przypomina on tego, co serwuje się w Polsce. Bardziej przypomina szaszłyki i jest zawsze z baraniny i wołowiny. Nigdy z kurczaka. Absolutnie nie ze świni. Lekarze w Afganistanie mówią, że świnia nie jest zdrowa. Ale w Polsce świnia już podobno zdrowsza, więc przekąsić się zdarza. Bo i czemu nie. 

W barze najlepiej sprzedaje się kebab w każdej formie, ale nieźle schodzi też ulubione danie Asifa – kabuli palaw, narodowa potrawa Afganistanu. To ugotowany w bulionie ryż, pieczony później z marchewką, orzechami, rodzynkami i mięsem, zwykle jagnięcym, bądź w wersji wege – z soczewicą. Sekretem dobrze przyrządzonego kabuli jest zachowanie odpowiedniej konsystencji ryżu. 

Chłopaki ze stolika obok zaczynają się w końcu zbierać. Realizować założony przez siebie plan. 

– Dobra, to teraz trzeba jeszcze znaleźć kogoś, kto nam je kupi. 

– Ja kupię.

– Arek, kurwa, tobie to nawet ja bym nie sprzedał.

– Zamknij ryj.

– Jeden chłopak wstaje od stolika. Może być dużym Olem, ale równie dobrze może być też dużym Mariem.

– Dobra, panowie, koniec pierdolenia, bo nam autobus serio ucieknie.

– To może ciapaty nam kupi? 

 

 

Asif mówi, że nigdy w ciągu tych pięciu lat spędzonych tutaj nie dotknął go rasizm. Że jak ktoś sobie coś tam gada, to na ogół jest pijany i nie ma sensu zwracać na to uwagi. On do siebie takich zdarzeń nie bierze. Miał kilku kolegów, którzy nie mieli tyle szczęścia. Oni już wyjechali. Asif siedzi, choć co jakiś czas wzywany jest na różnego rodzaju przesłuchania w związku z przedłużeniem jego prawa pobytu tymczasowego bądź bez żadnego powodu. Bo czemu by nie. Prawa stałego pobytu jeszcze nie ma, jego wnioski są regularnie odrzucane. Niechętnie, ale przyznaje, że boi się, że mogą go znowu zamknąć w ośrodku na nie wiadomo ile. Nie wie, co będzie wtedy z barem. Koledzy bez niego sobie poradzą, ale czy on poradzi sobie bez nich? 

Z kolegami czasami wywieszają na zewnątrz polską flagę. Zawsze w święta, ale czasami i tak bez okazji, po prostu. To z szacunku dla tych wszystkich ludzi, którzy ginęli, by Polska była wolnym i spokojnym krajem. Było warto, bo przecież dla niego takim jest, chciałby więc, jak tylko może, okazać tym ludziom wdzięczność i szacunek. Bo przecież wywalczyli wolność i spokój i dla niego. Chciałby od czasu do czasu pójść na siłownię, w końcu zacząć ćwiczyć. Nie był jeszcze ani razu, ciągle brakuje czasu. Afgańskiej flagi nie mają. 

– Ja ciapatego prosić nie będę. 

Chłopaki zabierają leżące wokół stolika plecaki. Głośno dziękują, że dobranoc, że pyszne było. Idą prosić żula spod pobliskiego monopolowego, żeby kupił im fajki. 

 


Kilka miesięcy po rozmowie z Asifem dzwoni do mnie nieznany numer telefonu. Zwyczajowo nie odbieram. Wtedy dostaję esemesa: 

Potszebuje pomocy. Pilne. Proszę pomuż. Asif 

Jestem zdziwiony, bo numer do Asifa mam zapisany. To nie jest numer, który mi podał. Ale ludzie przecież zmieniają numery. 

Zapewniałem go podczas naszego wywiadu, że gdyby kiedykolwiek potrzebował pomocy, a ja mógłbym mu jakkolwiek pomóc, to niech śmiało do mnie dzwoni. Nie sądziłem jednak, że faktycznie zechce z mojej oferty skorzystać. Sam nie wiedziałem, co tak naprawdę ta oferta oznaczała. 

W końcu oddzwaniam do Asifa. Jest w Poznaniu. Ukrywa się u znajomych. Bardzo się boi. Czego? Z początku nie mogę zrozumieć, proszę, by się uspokoił. Słyszę, jak zaciąga się papierosem. Mówi, że dzwoni od znajomych, jego telefon jest wyłączony. Dlaczego? Boi się, że straż graniczna go namierzy i znajdzie. Czemu straż graniczna miałaby go szukać? Bo dostał wezwanie. Jakie wezwanie? W sumie nie wie; wezwanie do stawienia się na komendzie straży granicznej. Proszę, aby przeczytał mi treść wezwania. Mówi, że musi poszukać, oddzwoni. Po kwadransie rozumiem już jego strach, choć wciąż nie jestem w stanie zrozumieć jego skali. Nigdy nie musiałem się bać o takie rzeczy. Straż graniczna wzywa go do stawienia się na komendzie w związku z kończącym się pozwoleniem na pobyt tymczasowy oraz odrzuceniem wniosku o jego przedłużenie. Przyczyna nie jest podana, ale w piśmie pada słowo „deportacja”. Dla przebywającego od ośmiu lat w Polsce Afgańczyka, który dotarł tu na piechotę, przerażające słowo. 

Proszę go, żeby się uspokoił i powiedział mi, jak mogę mu pomóc. Pytam, czy ma prawnika. Pomaga mu ktoś ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. Nie pamięta nazwiska. Jakaś pani. Polskie nazwiska nie są łatwe do zapamiętania. Pani -ski. Nie ma numeru telefonu do niej, żeby mi podać. Jest zapisany w telefonie, którego boi się włączyć, żeby nie zostać namierzonym. Moje tłumaczenie, że nic takiego nie może się stać, że nawet gdyby ktoś ze służb chciał namierzyć jego telefon, to nie jest mu do tego potrzebne, by był włączony, nie pomaga. Chyba nawet przynosi odwrotny skutek. 

Zapewniam go, że wszystko będzie dobrze. Co innego mogę powiedzieć. Mówię, że skontaktuję się ze Stowarzyszeniem i oddzwonię na ten numer. 

Po kilku godzinach prób kontaktu, którego nie ułatwia ani milczący czat na Facebooku, ani wyłączony telefon w biurze, udaje mi się porozmawiać z kimś ze Stowarzyszenia i dowiedzieć się, że owszem, jest pani, która zajmuje się sprawą Asifa, ale nie mogą mi niestety podać do niej numeru. Podaję swój i proszę o kontakt. Mówię, kim jestem, i przedstawiam, jak wygląda sytuacja. Po kwadransie dzwoni telefon. Kobieta jest bardzo miła i wyrozumiała, ale wydaje się też trochę załamana. Asifa nikt nie śledzi – zapewnia. W Stowarzyszeniu próbują się z nim skontaktować od kilku dni, bo wiedzą o sprawie. Z Asifem jednak nie ma kontaktu. Nie przychodzi do pracy, telefon ma wyłączony. To niedobrze. Jeśli zgarnie go przypadkiem jakiś patrol, to będzie to bardzo źle wyglądać. 

Stowarzyszenie Interwencji Prawnej działa już czternaście lat. Z początku zajmowało się wyłącznie pomocą uchodźcom. Jakiś czas temu jednak rozszerzyło zakres osób, do których wyciąga pomocną dłoń. Tak trzeba było, aby ich działalność miała jakikolwiek sens. Uchodźców bowiem w Polsce prawie nie ma. Ten status prawny otrzymuje tu nie więcej niż 5% starających się. Ale przyznanie statusu uchodźcy to niejedyna pomoc, o jaką można się ubiegać. Są bowiem trzy stopnie ochrony, jaką przybysza może otoczyć państwo: pierwszy, najwyższy, to status uchodźcy, dotyczący osób, które są w stanie udowodnić, że są prześladowane w swoim kraju, a ich deportacja byłaby równoznaczna ze śmiercią, co nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać; drugi to ochrona uzupełniająca, dla tych, którym nie grozi śmierć, ale na przykład tortury; trzeci stopień to tak zwany pobyt humanitarny, który otrzymują ci, którzy poza czyhającym na nich w kraju pochodzenia zagrożeniem, zadomowili się w Polsce. Mają tu rodziny, pracę, mówią dobrze po polsku. Stowarzyszenie Interwencji Prawnej ma nadzieję, że ten status właśnie uda się uzyskać dla Asifa. 

 

 

Jakąkolwiek pomoc, to jest któryś z powyższych statusów, dostaje łącznie 10% starających się. 

Te niezbyt imponujące statystyki nie są tajne. Wystarczy znajomość angielskiego i dostęp do internetu, aby je znaleźć. Nie zachęca to raczej kolejnych osób szukających schronienia do podjęcia próby zbudowania normalnego życia właśnie tutaj. Jeśli ten niewielki odsetek osób, którym państwo polskie decyduje się pomóc i zapewnić bezpieczeństwo, nie jest przypadkowy, tylko utrzymywany w konkretnym celu, to z pewnością cel ten został osiągnięty. Stąd też zapotrzebowanie na usługi Stowarzyszenia Interwencji Prawnej było coraz mniejsze i trzeba było się lekko przebranżowić. 

Gdy zaczynali, nikt w Polsce nie wiedział, kim właściwie jest uchodźca. Zaczęło się o tym na dobre mówić jakieś pięć lat temu. Kilku prawników spotykało się po McDonaldach, by pomagać, głównie Czeczenom.

 


Kim właściwie jest uchodźca? Konwencja genewska z 1951 roku definiuje to dość jasno. 

To osoba, która po pierwsze przebywa poza swoim krajem pochodzenia, którego obywatelstwo posiada lub w którym zamieszkiwała na stałe, a do którego nie może wrócić ze względu na uzasadnione obawy, że może być prześladowana ze względu na rasę, religię, narodowość, przynależność do określonej grupy społecznej lub poglądy polityczne i z powodu tej obawy nie może lub nie chce korzystać z ochrony kraju swojego pochodzenia. 

Ludzie, którzy opuszczają swoją ojczyznę ze względu na problemy takie jak brak pracy, ubóstwo, bezdomność, chęć poznania świata czy nawet klęski żywiołowe, nie są uznawani w świetle prawa międzynarodowego za uchodźców. 

Poza tym prześladowania, czyli główny element czyniący z osoby zbiegłej ze swego kraju uchodźcę, muszą ze względu na swoją istotę lub powtarzalność stanowić poważne naruszenie praw człowieka lub być kumulacją różnych działań lub zaniechań stanowiących naruszenie praw człowieka. 

Innymi słowy: nie wystarczy dostać w twarz, być regularnie opluwanym czy nawet zebrać dwa razy srogi łomot, by prawnie uznano to za prześladowanie. 

Prześladowanie może też polegać na regularnym używaniu przemocy fizycznej lub psychicznej wobec prześladowanego, braku prawa odwołania do sądu od kary o charakterze nieproporcjonalnym lub dyskryminującym, zastosowaniu środków prawnych, administracyjnych lub sądowych w sposób dyskryminujący lub o charakterze dyskryminującym, wszczęciu lub prowadzeniu postępowania karnego albo ukaraniu w sposób nieproporcjonalny lub dyskryminujący, czynach skierowanych przeciwko osobom ze względu na ich płeć lub małoletniość. 

Przyczyna nie jest podana, ale w piśmie pada słowo „deportacja”. Dla przebywającego od ośmiu lat w Polsce Afgańczyka, który dotarł tu na piechotę, przerażające słowo.

Reasumując: obawa przed prześladowaniem musi być uzasadniona i z powodu tej obawy osoba nie może lub nie chce skorzystać z ochrony oferowanej przez swój kraj pochodzenia, by mogła uzyskać status uchodźcy. Owa niemożność może być spowodowana wojną domową, zamieszkami bądź odmową udzielenia ochrony takiej osobie. 

Dopiero gdy powyższe warunki są spełnione, uchodźca ma prawo ubiegać się o status uchodźcy. 

Co oczywiście absolutnie nie gwarantuje, że kiedykolwiek status uchodźcy otrzyma. Zwłaszcza w Polsce. Mimo że zawarta w konwencji genewskiej definicja uchodźcy została powtórzona w ustawie z 13 czerwca 2003 roku o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. 

 


Oczywiście Stowarzyszenie nadal stara się pomagać uchodźcom, czego najlepszym dowodem jest sprawa Asifa. 

Pomoc uchodźcom w procedurach legislacyjnych to dziś około 50% działalności Stowarzyszenia. Pozostałe pięćdziesiąt to sprawy innych migrantów. Każdego roku Stowarzyszenie przyjmuje na dyżurach około trzech tysięcy osób. Dyżury nie są pełnione codziennie, ale kilka razy w tygodniu. W Stowarzyszeniu dziś pracuje kilkanaście osób, z czego cztery to prawniczki. 

Pani ze Stowarzyszenia rozumie, że Asif się boi, ale zapewnia, że nie ma czego. Asif jest przerażony perspektywą choćby powrotu do ośrodka dla uchodźców, w którym spędził łącznie dwa lata. To jak cofnięcie się do punktu może nie zero, ale niewiele ponad ten poziom. Kobieta zapewnia mnie, że wszystko będzie dobrze, tak jak ja zapewniałem Asifa. Ale ona, w przeciwieństwie do mnie, ma ku temu podstawy. Już złożyli odwołanie od decyzji. Jest kilka miesięcy na rozpatrzenie, w trakcie których Asif może spać spokojnie. Przynajmniej na tyle, na ile pozwolą mu nerwy. A z tym nie jest najlepiej. W ośrodku dla uchodźców przez stan trwającej wiele miesięcy niepewności co do swojego dalszego losu nabawił się zaburzeń snu. 

Niedawno kilka krajów – w tym Finlandia – zawiesiło deportacje do Afganistanu jako miejsca skrajnie niebezpiecznego, uznając, że wysłanie tam kogokolwiek równe jest skazaniu go na śmierć. 

Jak przyznają prawnicy, sytuacja Asifa jest nietypowa czy też specyficzna, bo jest w Polsce już bardzo długo, a nadal nie ma uregulowanego statusu prawnego. Większość osób pracujących w podobnych miejscach jak Asif załatwia wszystko po bożemu i bez większych problemów, bo pozwala im na to praca. 

Co jest więc nie tak z przypadkiem Asifa? 

Do Polski możesz przyjechać tudzież uciec, bo się boisz, i wtedy wpada się w procedurę uchodźczą, której zakończenie sukcesem jest mało prawdopodobne, albo do pracy – i wtedy można się ubiegać o wizę w konsulacie i otrzymać na przykład pozwolenie na pobyt czasowy. 

Asif do naszego kraju dotarł jako uchodźca. Ale później się przekwalifikował. Bo tak było łatwiej. Bo to dawało mu większe szanse. Ale gdy zezwolenie na pobyt tymczasowy wygasło, Asif go nie przedłużył. – Nie do końca z jego winy – jak tłumaczy mi pani ze Stowarzyszenia, ale nie mogę niestety dowiedzieć się, co to dokładnie oznacza, poza tym, że w tym wypadku jego pobyt w naszym kraju stał się nielegalny. Co sprawia, że nie może tu legalnie pracować. Odnowić zezwolenie na pobyt tymczasowy mógłby w konsulacie polskim w kraju swojego pochodzenia, znaczy w Afganistanie. Tak działa bowiem polskie prawo. 

Asif wskoczył więc na powrót w procedurę uchodźczą, by nie zostać wydalonym z Polski, bo procedowanie wniosku o status uchodźcy go przed tym chroni. 

Co musi zrobić Asif, by państwo polskie rozważyło jego wniosek pozytywnie? Przede wszystkim przekonać urzędników, że boi się wrócić do ojczyzny i że jego strach ma podstawy. Brzmi mało konkretnie? Jak coś podlegającego czysto subiektywnej opinii osoby, która wysłuchuje historii danego człowieka? No cóż, to dobrze, ponieważ dokładnie tak jest. 

Z ludźmi, którzy chcą zostać zakwalifikowani jako uchodźcy, jest też ten problem, że dopiero po pół roku bycia w procedurze mogą wystąpić o możliwość pracy. To oznacza, że po dostaniu się do Polski przez pierwsze pół roku trzeba wysiedzieć swoje w ośrodku, na ogół gdzieś w lesie, i legalnej pracy podjąć nie można, nawet jeśliby była i jeśliby się chciało. 

Ci, którzy chcieliby odciążyć państwo, wyprowadzić się do bardziej cywilizowanego miejsca, gdzie łatwiej o pracę, mogą liczyć na zapomogę państwa w wysokości siedmiuset złotych miesięcznie. Łącznie. Na wszystko. Mieszkanie, jedzenie, ogólnie przeżycie. Ale trzeba przy tym pamiętać, że dopiero po pół roku ubiegania się o status uchodźcy można wystąpić o pozwolenie na pracę. Ten, komu się uda, wyczeka pół roku, dostanie pozwolenie na pracę i samą pracę, nadal nie może być pewny swego. Jeśli bowiem sąd nie rozpatrzy pozytywnie jego wniosku o uchodźstwo, a to, jak wiemy, zdarza się częściej niż rzadziej, wszystko na nic. Pozwolenie na pracę zostanie anulowane. Człowiek musi wrócić do ośrodka, gdzie będzie mógł się odwoływać, skarżyć, składać ponownie wniosek, jeśli zostanie deportowany i będzie chciał tu jeszcze wrócić.

Asif mówi, że nigdy w ciągu tych pięciu lat spędzonych tutaj nie dotknął go rasizm. Że jak ktoś sobie coś tam gada, to na ogół jest pijany. On do siebie takich zdarzeń nie bierze. Miał kilku kolegów, którzy nie mieli tyle szczęścia. 

Mało kto ucieka z dokumentami z kraju ogarniętego wojną lub jeśli jego życiu grozi niebezpieczeństwo z jakiegoś innego powodu. Ludzie więc szukają w internecie informacji i artykułów na temat swój i swojej rodziny. Pokazują, że na przykład czyjś mąż czy ojciec został zabity przez konkretne osoby z konkretnych przyczyn. Opowiadają o tym na tak zwanych przesłuchaniach uchodźczych. Ale tego typu dowody to tylko połowa sukcesu. Druga połowa to to, na ile wiarygodnie potencjalny uchodźca jest w stanie opowiedzieć o swojej sprawie urzędnikowi. Choć może powinienem napisać: na ile urzędnik jest skłonny mu uwierzyć. Polscy urzędnicy nie dają się łatwo przekonać. Urzędnik może mieć swoją opinię na temat tego, jak wygląda sytuacja w danym kraju. Według urzędnika może ona nie być aż tak fatalna, jak opisuje przesłuchiwany. To słowo przeciw słowu. Jaka jest prawda i kto ma rację, możemy się przecież nigdy nie dowiedzieć. 

To samo dotyczy osób, które uciekają na przykład z powodu prześladowań na tle orientacji seksualnej. Oni również zobowiązani są do udowodnienia nie tylko, że w kraju są rzeczywiście prześladowani, ale też że naprawdę są homoseksualistami. 

Bywa, że procedura uchodźcza trwa latami, a przesłuchań są dziesiątki. 

Ludzi, którzy bardzo długo żyją w ten sposób – jak Asif – w zawieszeniu i niepewności, którym coś tam kiedyś przyznano, a potem tę decyzję cofnięto bądź nie przedłużono, są setki, jeśli nie tysiące. Dokładnie nie wiadomo, bo to swego rodzaju szara strefa. 

Urząd może wziąć pod uwagę poziom asymilacji wnioskujących, ale robi to niechętnie. A może problem jest w tym, jak przez strony rozumiana jest asymilacja? 

Sprawdźmy. Dokument „Polityka migracyjna Polski” departamentu analiz i polityki migracyjnej MSWiA określa to następująco: 

Przez asymilację cudzoziemca rozumie się tutaj osiągnięcie stanu, w którym zintegrowany cudzoziemiec rozumie i uznaje wartości obowiązujące w Polsce, w tym światopoglądowe i religijne, akceptuje je i przyjmuje jako swoje własne (…). 

To oczywiście wyklucza uznawanie za Polaków nie tylko większości cudzoziemców, ale i całych rzesz samych Polaków. Zwłaszcza że dodatkowo, żeby zostać uznanym za zasymilowanego, należy z całą pewnością stwierdzić, że się „odrzuca wartości, które stanowiłyby zagrożenie dla spójności społecznej i powszechnego bezpieczeństwa w Polsce”. 

W innym wypadku wpierw o statusie uchodźcy, potem o obywatelstwie nie może być mowy. 

Co wtedy? Co, kiedy państwo powie: nie chcemy cię tu. Można się oczywiście odwołać, jak przy każdej procedurze prawnej. A jeśli odwołanie nic nie da? Pozostaje możliwość złożenia skargi. Tylko że złożenie skargi nie daje na czas jej rozpatrzenia możliwości legalnego pobytu – to pierwszy problem. Drugi jest taki, że pozytywnie rozpatrzone skargi w ciągu roku można by zapewne policzyć na palcach. 

Skarga jest więc niepotrzebnym zaostrzaniem sporu, którego i tak nie ma się szansy wygrać. Lepiej po prostu wstąpić ponownie w procedurę uchodźczą. Nie istnieje bowiem żaden limit, ile razy można się ubiegać o status. Wiele osób z tego skrzętnie korzysta. Wszystkie te procedury są dość skomplikowane. Skomplikowane i długotrwałe. I choć prawnicy ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej wierzą, że w przypadku Asifa jest duża szansa, by jego sprawa zakończyła się powodzeniem, fakty są takie, że w 90% przypadków jedynym efektem jest fiasko. Mogłoby się wydawać, że to błąd w prawie. Pozwala jednak żyć w tym swoistym zawieszeniu przez lata. Podobno przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić. Zwłaszcza kiedy ma się nadzieję. Co jakiś czas także rządy w Polsce wprowadzają abolicję dla ludzi żyjących jak cienie. Ostatnia miała miejsce w roku 2012. A do tego czasu życie w nieustannej niepewności. Albo ślub z kimś z Polski. Ale życie w strachu przed trafieniem do ośrodka dla uchodźców czy nawet deportacją wydaje się i tak znacznie znośniejsze niż ciągły strach o własne życie, bo nawet ściany domu nie chronią przed bombami. 

Na Asifa być może kojąco zadziała informacja, że jego sprawą zdecydowało się zająć biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Adam Bodnar złożył wniosek o wszczęcie postępowania w sprawie udzielenia Afgańczykowi zgody na pobyt humanitarny. 

xyz

Asif zgadza się, że to dobrze, nawet bardzo. Obiecuje, że wróci jak najszybciej do Warszawy i pojedzie do biura Stowarzyszenia, a później zgłosi się do straży granicznej. 

Kilka dni później, gdy spotykam go w kebabie, jest uśmiechnięty. „Straż graniczna wstrzymała czynności powrotowe”– pokazuje mi w telefonie skan pisma. Na razie jest spokój. Teraz odpowiednie organa mają kilka miesięcy na rozpatrzenie wniosków. 

W barze nikt nie wiedział dokładnie, dlaczego Asif nagle zniknął, ale wszyscy się domyślali. Biznes musi jednak działać, więc zatrudniono nową osobę. Powrót Asifa do pracy nic nie zmieni. Teraz będą pracować razem. 

Asif podchodzi z herbatą, której nie zamawiałem, do mojego stolika i prosi, żebym na coś spojrzał, jak skończę jeść. Nowy pracownik kebabu pokazuje mi skan listu w telefonie. Nie rozumie, co tam jest napisane, bardzo słabo mówi jeszcze po polsku. Czytam na głos, a Asif tłumaczy. To potwierdzenie, że jego wniosek o pozwolenie na pobyt stały został przyjęty i urząd ma trzy miesiące na jego rozpatrzenie. O decyzji zostanie poinformowany drogą listowną, ale może też śledzić status swojej sprawy w internecie. Mężczyzna za ladą szeroko się uśmiecha. Wygląda na bardzo szczęśliwego, że istnieje szansa, że tu zostanie. Ściska mi rękę i serdecznie dziękuje. Nie ma za co, ja tylko przeczytałem mu list. Proponuje mi kebaba na koszt firmy. Dziękuję bardzo, ale drugiego nie zmieszczę. 

 


Naprzeciwko Kebab House otworzył się bar. Trochę konkurencja, bo to w końcu też gastronomia, a trochę nie, bo nie ma w ofercie kebabu. Są za to hamburgery, pad thai, frytki belgijskie, zupa pho i sporo innych specjałów kuchni tajskiej i wietnamskiej. 

Nie wiem, czy jest smacznie, choć mijam to miejsce właściwie codziennie, nigdy nie podkusiło mnie, aby tam jeść. Lokal wygląda schludnie, a dania smacznie, ale gdy przychodzi głód, wygrywa przyzwyczajenie i skręcam do Afgańczyków. 

Podobnie ma chyba większość mieszkańców okolicy (wielu przyjezdnych tu nie ma), bo w nowej knajpie pustawo. 

Za nic nie mogę zapamiętać, jak się ten bar nazywa. Gdy kończę pisać książkę, od kilku miesięcy jest już nieczynny. 

Doskonale pamiętam za to, jak nazywa się lokal otwarty zaledwie parę metrów dalej. Choć serwuje on również dania kuchni bliskowschodniej, dokładnie mówiąc egipskiej, to w nim również ciężko spotkać kogoś poza właścicielem. Siedzącym zazwyczaj przy jednym ze stolików i coś liczącym. 

Właściciel, Egipcjanin, pracujący na kuchni i obsługujący klientów z żoną i córkami, jest ujmujący. Prosi, by mówić do niego John. Falafel i humus, które robi na miejscu zamiast zamawiać mrożone z hurtowni, jak niemal wszystkie kebabiarnie, są obłędne. Nie wiem, czy kiedykolwiek jadłem w Polsce lepsze. Dlaczego więc mało kto tu zagląda? Odpowiedź na to pytanie wydaje się banalnie prosta: nie ma kebabu.

 

*  Tekst jest fragmentem książki Krystiana Nowaka Kebabistan. Rzecz o polskim daniu narodowym, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

 

FreshMail.pl