Esej

Sedes typu Hades, czyli modernizacja peryferyjna

  • autor
  • Andrzej Mencwel
Polska modernizacja jest ciągle niezborna i kaleka. Tak jakby dekoracje brano tu za rzeczywistość.
rysunekDominik Nawrocki

Ucieszyłem się zrazu na ten pokój w starym, klasycystycznym pałacu, nie żebym przepadał za salonami i komnatami, ale dlatego, że okazały ten zabytek został wreszcie odnowiony. Bywając tam prawie corocznie, patrzyłem zasmucony, jak wspaniała budowla o harmonijnych liniach i rytmach niwelujących jej masę i unoszących ją ponad przyziemie popadała w ruinę. Grube jej i stare, siedemnastowieczne chyba mury mogły przetrzymać jeszcze stulecie, tynki jednak się osuwały, pilastry kruszały, gzymsy odpadały, a całą elewację pokrywał szarobrunatny liszaj straszący fioletowymi zajadami.

Znam go dobrze, gdyż w pobliskim, prawie moim rodzinnym mieście poraził on całą dzielnicę wystawnych kamienic, dawniej nazywaną mieszczańską i przed stuleciem będącą architektoniczną perłą regionu. Nie znaleziono dotąd na tę chorobę żadnego lekarstwa, bo nie ma komu tych kamienic ani oddać, ani sprzedać, a ze środków lokatorskich czy też komunalnych nie daje się ich odnowić. Ilekroć tamtędy przechodzę, a czynię to zawsze po przyjeździe, tylekroć te secesyjne i eklektyczne fasady, oznakowane jako zabytkowe, kłują mnie w oczy i serce swoimi ranami, ponieważ za moich chłopięcych lat miały się całkiem dobrze.

Podobnie było i z tym pałacem, którego wojna nie tknęła. Przez pewien czas mieściło się w nim lokalne muzeum, z wypchanymi ptakami i innymi zwierzakami, za czym nie przepadam, oraz starymi mapami, które uwielbiam. Zbiory potem przeniesiono gdzie indziej, pałac został opuszczony, przez dekady sypał się i upadał, aż wreszcie gruntownie go odrestaurowano, i to nie za pieniądze europejskie, przeto głównie niemieckie, lecz ze środków potężnego krajowego koncernu, zaliczanego zresztą do mocarzy światowych. I teraz ja, co prawda tylko na tydzień, lecz całkiem prawomocnie, z opłaconym pobytem, miałem się w nim rozgościć.

Przyznaję otwarcie, że to, co ujrzałem, mnie ujęło, obszedłem więc budynek dookoła, aby nie dać się zwieść reprezentacyjnej fasadzie, i po tym oglądzie uznanie pewnie miałem wypisane na twarzy, bo spostrzegła je recepcjonistka przy powitaniu.

– Spodobało się panu? – zagadnęła, sprawdzając moją rezerwację.

A ja chętnie potwierdziłem, bo naprawdę wszystko, co zobaczyłem, wydało mi się piękne, a kocham to miejsce miłością naiwną i łatwo popadam w cielęcy zachwyt. Barwy elewacji dobrano płynnie, od wyraźnego bordo powierzchni płaskich, poprzez ciemny róż wykuszów i gzymsów, po zgaszony oranż pilastrów, plastycznie wydobyto kamienne obramowanie portalu, schodów wejściowych i fontanny, pomyślnie też odtworzono cały ogród wewnętrzny, w którym alejki pokryto żwirem, a nie betonową kostką, jak się to po kraju rozwlekło. Słowem – nic dodać, nic ująć.

Podziękowałem pani za miłą uwagę i uprzejmą obsługę, po czym bezszmerową windą, która tylko ten miała szkopuł, że grzmiąco zapowiadała kolejne poziomy, wjechałem na swoje piętro. Nie sprawdziłem, z której strony dano mi pokój, ale widok z okien był tutaj zawsze pyszny: jak nie okazały park, a za nim ośnieżone pasmo górskie, to cały zabytkowy zespół kościelnoklasztorny, z owym otoczonym starymi murami ogrodem. W zmodernizowanych wnętrzach drzwi teraz otwiera się elektroniczną kartą, a nie żelaznym kluczem, poszło mi to gładko, bo już się naumiałem. Wewnątrz zaraz odetchnąłem, przerobione na hotelowe pokoje pałacowe sale zachowały pierwotne, wysokie stropy, a ja, wzrastający kiedyś w mieszczańskiej właśnie kamienicy, czuję się naprawdę dobrze tam, gdzie wysokość sufitu przekracza trzy i pół metra, z czego może wynikać, że wszędzie indziej czuję się gorzej. Na szczęście, dotyczy to tylko doświadczania przestrzeni, która przecież jest trójwymiarowa, czyli kubiczna, a nie płaska i kwadratowa, jak zwodzą nas projektanci i deweloperzy.

W łazience, owszem, glazury i armatury stylistycznie i kolorystycznie dobrano, lustro i półeczki na przybory rozmieszczono, papier toaletowy jednak zawieszono tak, że trzeba było po niego sięgać lewą ręką za prawy tyłek. Siedząc na „ekskluzywnym sedesie typu Hades”.

Z zadowoleniem spojrzałem na wysokie okno z ramą podzieloną zręcznymi szprosami i, zanim sprawdziłem przez nie stronę świata, zdjąłem plecak oraz kurtkę, aby je powiesić na wieszaku, przebrać się swobodnie i zadomowić. Tu jednak zostałem zaskoczony, bo przy wejściu, jak to zwykle bywa, ani na lewej, ani na prawej ścianie, nie znalazłem wieszaka. Odkryłem go natomiast wewnątrz pokoju, i to za szafą, a nie przed nią, nad stoliczkiem nocnym, co było najdziwniejszą lokalizacją tego przyrządu, jaką napotkałem. „…

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl