Esej

Sezon polowań. O rasizmie w Ameryce

Sezon polowań na czarnych trwa i nic nie wskazuje na to, by miał się wkrótce skończyć. Ameryka ani myśli zrezygnować ze swojego rasistowskiego dziedzictwa, mimo ogromnego wysiłku jej postępowych mieszkańców.
Karol Banach

Ulica Roosevelta, nieopodal której mieszkam w Chicago, oddziela Little Italy od dzielnicy zamieszkanej przez społeczność afroamerykańską. Prostopadłą do niej ulicą Racine moi czarni sąsiedzi chodzą do najbliższego przystanku kolejki.

Od czasu do czasu widzę, jak jeden z drugim rzuca śmieci na chodnik: a to opakowanie po chipsach, a to pusty styropianowy pojemnik na jedzenie, a to puszkę lub plastikową butelkę po napoju. Nie do kosza na śmieci, który stoi kilkadziesiąt metrów dalej, ale na chodnik albo na trawnik.

Chodzę ulicą Racine kilka razy dziennie. Przewija się tu kilka setek Hindusów (głównie studentów szkoły medycznej) i Meksykanów (którzy idą do swojej dzielnicyPilsen), ale nigdy nie widziałem, żeby któryś z nich rzucał odpadki na chodnik. Rzucają tylko czarni i jest to fakt, na którego potwierdzenie znajduję dowody kilka razy dziennie. Nic prostszego, niż wysnuć z tego oczywisty wniosek, że czarni to brudasy i niechluje, których nie obchodzi czystość miejsca, w którym mieszkają. Nic prostszego, niż stać się rasistą, którego przekonuje to, co widzi. Jak to? Przecież skurczybyki śmiecą mi pod domem. Oni wszyscy tacy. Fleje i brudasy.

A jednak, choć prawdą jest, że śmiecący pod moim domem to czarni, nieprawdą jest, że wszyscy czarni śmiecą. Nie istnieje logiczne przejście między jednym zdaniem i drugim. Pierwsze odnosi się do jednostek, które zachowują się tak, jak się zachowują, i którym mogę zwrócić uwagę, by nie śmieciły (czy to zrobią, to już inna sprawa). Drugie odnosi się do grupy, której nigdy jako całości nie spotkam, nie mogę więc na jej temat wyciągać żadnych wniosków. Z tego, że widzę śmiecących Afroamerykanów, nie wynika, że śmieci cała grupa. Kiedy mam pewność, że taka zależność istnieje, staję się rasistą. W logice jest to błąd kategorialny. W życiu – niebezpieczny stereotyp.

 


w 1935 roku w „partisan review”ukazał się wiersz Richarda Wrighta Między światem a mną, w którym poetę nagle nawiedza w lesie wizja linczu z przeszłości:

I pewnego ranka, w lesie, nagle potknąłem się o coś,

Potknąłem się o to na trawiastej polance, otoczonej przez
 złuszczone dęby i wiązy,

I zwęglone szczegóły tej sceny powstały, wyrastając między światem a mną…

Tym czymś są „białe kości śpiące w zapomnieniu na poduszce z popiołów”, świadectwo zbrodni, którą poeta kreuje w swojej wyobraźni w drastycznych szczegółach, jakby sam był o arą podpalenia i same kości wołały o pomstę.

W oczach czarnych mieszkańców USA rasizm w Ameryce ma się świetnie, gdyż wpisany jest w samą tkankę społeczną tego kraju.

Osiemdziesiąt lat później tych sześć pierwszych wersów poematu posłużyło za motto książki Between the World and Me Ta-Nehisi Coatesa. Niewielka, stupięćdziesięciostronicowa publikacja szybko stała się w Ameryce jednym z bestsellerów ostatnich lat (od momentu wydania w 2015 roku sprzedano ponad dwa i pół miliona egzemplarzy). Nagrodzona została National Book Award, dostała się do …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl