Opowiadanie

Sprzedam zwierzęta

  • autor
  • Zośka Papużanka

Wydawało ci się. Żona ze stoickim spokojem postawiła przede mną kubek z herbatą i podsunęła cukiernicę. Zawsze podziwiałem jej opanowanie, ale tym razem, doprawdy, było niezbyt stosowne do sytuacji. I co to za komentarz, wydawało ci się. Niby dlaczego miało mi się wydawać? Nic mi się nigdy nie wydawało. Nie wypowiadam się o rzeczach, które mi się wydają, bo ich w ogóle nie dostrzegam. Zauważam to, co jest, nic mi się nie wydaje, nie umie mi się wydawać. Dlatego mieszałem herbatę ze złością, jakbym chciał potłuc łyżeczką brzegi kubka, pracowałem jak serce dzwonu bijącego na alarm. 

– Dlaczego miałoby mi się wydawać? Czy coś mi się kiedyś wydaje? Czy przypominasz sobie, żebym bez potrzeby drążył temat, co do którego nie mam pewności? Czy jestem dla ciebie niewiarygodny? Uważasz mnie za cholernego realistę, tak? Wszystko jest prawem fizyki?

– Jasne – Moja żona zaczęła się rozglądać, jakby chciała uciec. – Ale mogło ci się przecież wydawać. Każdemu się mogło wydawać.

– Ale nie mnie! Nie takiemu cholernemu realiście! Dlaczego nie chcesz mi wierzyć?

Naskoczyłem na nią niepotrzebnie, to prawda. Zazwyczaj w takich sytuacjach ona mówi, żebym nie podnosił głosu, a ja zwykle krzyczę, że przecież na nią nie krzyczę, tylko po prostu się racjonalnie zdenerwowałem na rzeczywistość, potem ona wychodzi do sypialni, później przepraszam ją dla świętego spokoju i zapominam, o co mi chodziło, a tym razem postanowiłem, że nie odpuszczę. Ale żona nie wyszła, nie wstała nawet z obrażoną miną, tylko piła spokojnie herbatę i patrzyła na mnie, jakbym nie robił tego, co właśnie robiłem. 

– A dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? – spytała. – Dlaczego chcesz, żebym ci uwierzyła?

– Jak to, dlaczego?! – Oburzyła mnie tym pytaniem. Tyle lat człowiek z człowiekiem żyje, a tu nagle pytanie dziwaczne, jak do obcego. – Nie zależy mi, niby dlaczego ma mi zależeć? Zawsze mi wierzyłaś we wszystko, w mój cholerny realizm, nie było takich pytań dziwacznych. Zresztą mówię prawdę!

– A może ci się przywidziało? – Szła w zaparte, zupełnie jakby miała jakiś interes w przekonaniu mnie, że się mylę, w ugruntowaniu mojej niepewności, bo teraz już niczego nie byłem pewien. – Pada. Teraz mży, ale wcześniej mocno padało, mogłeś źle widzieć. Zatarty obraz, rozmyty, czy coś takiego.

– Co ty gadasz?! Jaki obraz rozmyty, zatarty?

– No to nie wiem, może zbyt szybko odwróciłeś głowę i wydawało ci się, że się ruszał. 

– Bzdury. Ruszał się i tyle. Nie mogło mi się wydawać.

– To wiesz co? – powiedziała żona. Podniosła się i oparła dłońmi o stół. Broda jej drżała. – Idź tam jeszcze raz. Co ci zależy. Teraz już prawie nie pada. Idź i sprawdź, cholerny realisto.

Miała rację. Powinienem pójść tam jeszcze raz i sprawdzić, nawet nie dla niej, ale dla mnie samego, dla mojego własnego cholernego świętego spokoju i mojego realistycznego spełnienia. Gdyż byłem przekonany, że pójdę tam i zobaczę to samo, co widziałem wcześniej.

Włożyłem kurtkę z kapturem, ale darowałem sobie parasol, bo deszcz rzeczywiście ustąpił. Zresztą było blisko, minąć dwie klatki schodowe i skręcić za róg bloku. Stanąłem na chodniku i spojrzałem do ogródka sąsiada, mieszkającego w pierwszej klatce na parterze. Oczywiście, tak jak przypuszczałem, utwierdziłem się tylko w nieomylności moich wcześniejszych spostrzeżeń, w boskim zaufaniu do realizmu; dla większej pewności wspiąłem się na niewysoką skarpę, rozchyliłem wilgotne, ciężkie gałęzie jakiegoś krzewu o czerwonych liściach i przyjrzałem się z bliska. Z ultrabliska, że tak powiem, z najbliższego bliska. I to narażając się na śmieszność, gdyby sąsiad przypadkiem odkrył za czerwonym krzakiem mnie, obserwującego jego mały, przyblokowy ogródek. Na szczęście chyba nikogo nie było w mieszkaniu, światła pogaszone. Ale miałem rację, rzecz jasna. Ruszał się. I to chyba nawet intensywniej niż wcześniej, gdy wracałem z pracy i zobaczyłem go pierwszy raz. 

rysunek Karol Banach

Mieszkamy na drugim piętrze. Chciałbym mieć ogródek, owszem, chociaż kawałek trawnika, żeby latem wystawić krzesło pod jednym choćby drzewem, może nawet posadzić jakieś pomidory, zioła do sałatki, bazylię, miętę, żona lubi pnące róże i dzikie wino, można by spróbować zasadzić jakieś pnącze, żeby się miło zwieszało nad kuchennym oknem. Albo czytać sobie po obiedzie w ogrodzie, cóż przyjemniejszego nad czytanie latem w cieniu drzewa, z butelką chłodnego piwa. Ja oczywiście świetnie bym wiedział, co zrobić z ogródkiem, gdybym miał ogródek, jak ten imbecyl z parteru z pierwszej klatki. Na pewno nie zrobiłbym ze swoim ogródkiem tego, co ten imbecyl, który obsadził cały teren dookoła rachitycznymi krzewami o czerwonych liściach, a w środku stworzył gipsowe zoo. 

Zaczęło się od żółwia. Takiego zielonego żółwia z komiksowym uśmiechem, żółwia przycupniętego na trawniku, figurki ogrodowej. Nikt takiego żółwia na oczy nie widział; poza niemieckimi krasnalami, strzegącymi gołębich gówien, nikt nie miał w ogródku niczego intrygującego, sztuka plastikowego ogrodnictwa była dopiero w powijakach, wszyscy więc spoglądali ze szczerymi emocjami na zielonego żółwia. W kapeluszu. Tak, w kapeluszu, dziś już go nie widać, bo krzewy się rozrosły, ale miał kapelusz, pamiętam. Pomarańczowy. 

Żółw nie zaspokoił jednak ambicji imbecyla z pierwszej klatki, bo w ogrodzie pojawił się lew. Nie od razu, sąsiad zbierał na tego lwa chyba z rok, bo gdy w końcu postawił go w ogródku, zza odrośniętych krzewów wystawał tylko czubek lwiej głowy, otoczonej złotym słoneczkiem grzywy. Ogrodnik-zoolog musiał zainwestować w sekator i przystrzyc czerwone krzewy, byśmy wszyscy, jak blok długi i szeroki, mogli ujrzeć lwa z komiksowym uśmiechem, niebieskimi oczami syrenki i tułowiem w kształcie niczym niezachwianego walca, od głowy do ogona. Żółwia jeszcze przeżyliśmy, ale wraz z pojawieniem się lwa mieszkańcy bloku podzielili się na dwie frakcje – postępowych zwolenników Muzeum Historii Naturalnej i Złego Gustu w przybalkonowym ogródku oraz konserwatywną grupę Prześmiewców Gipsowej Dżungli. Prześmiewcy się śmiali i wytykali palcami, zwolennicy mówili, że cóż to w końcu szkodzi, przecież dzieci mogą dzięki temu zobaczyć, jak wygląda lew. Prześmiewcy mówili, że raczej jak nie wygląda, a jedni i drudzy się uspokoili i zapomnieli o sporach, gdy obok lwa pojawiły się zebra i żyrafa. 

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl