Esej

Stonewall. Miejsce, gdzie wszystko się zaczęło

  • autor
  • Mike Urbaniak
Bez Stonewall nie byłoby wykreślenia w 1973 roku homoseksualizmu z listy chorób ani zalegalizowania w 2015 roku przez Sąd Najwyższy USA małżeństw jednopłciowych. Bez Stonewall nie byłoby niczego.
rysunki Ewelina Karpowiak

Ależ to była dziura: ciemna, ciasna i duszna. Nie miała bieżącej wody, alkohol rozcieńczano w niej na potęgę i można tam było w sekundę stracić portfel. Prowadziła ją, jak wiele podobnych przybytków, nowojorska mafia. Tylko mafia mogła otworzyć knajpę dla homoseksualistów ze względu na ciągłe najazdy policji i niezliczone homofobiczne regulacje prawne, wprowadzane szczególnie chętnie w trakcie kolejnych kampanii wyborczych. Gejowski bar był zbyt ryzykownym interesem dla uczciwych obywateli i zbyt dochodowym, żeby nie zainteresowały się nim rozmaite grupy przestępcze. Szczególnie w Nowym Jorku, gejowskiej mekce, do której ciągnęły osoby LGBT z całej Ameryki, jeśli nie świata. Było komu serwować drinki.

Wiedzieli o tym doskonale Mario, Zucchi i Gruby Tony, którzy w 1966 roku przerobili upadły klub nocny dla heteryków przy Christopher Street na przybytek wybitnie homoseksualny. Panowie znali się z Little Italy, czyli Małych Włoch, skrawka Dolnego Manhattanu, w którym niepodzielnie rządziła włoska kuchnia i włoska mafia. Łącznikiem z gejowskim światem był Gruby Tony (prawie dwieście kilo żywej wagi), który kumplował się i mieszkał (bez dotykania) z niejakim Chuckiem, jawnym gejem, stojącym najpewniej za zaangażowaniem trzech kumpli z Little Italy w biznes dla – jak sami mówili – pederastów. Zaangażowanie w przypadku Tony’ego było po jakimś czasie tak silne, że zaczął nawet sypiać z mężczyznami (ale nie z Chuckiem), ściągając tym zachowaniem infamię na swojąfamiglia, za co go spotkała, tak głosi miejska legenda, jedna z kar znanych z serialuRodzina Soprano. W każdym razie wszelki ślad po Grubym Tonym zaginął, co z racji gabarytów nie było wcale takie łatwe. 

Ale zanim to nastąpiło, trzej koledzy sprzedawali w prowadzonej przez siebie knajpie hektolitry nielegalnego alkoholu. Nielegalnego, bo bez miejskiej koncesji. Kolejne butelki donoszono więc z bagażnika zaparkowanego niedaleko samochodu, by w razie policyjnego nalotu nie stracić zbyt dużo towaru. Mario, Zucchi i Gruby Tony zadbali też o automat z papierosami i przygotowali parkiet z didżejką. Czego chcieć więcej? Klientela dopisała natychmiast z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, była to znakomita miejscówka w sercu Greenwich Village, która od końca drugiej wojny światowej stanowiła siedlisko nowojorskiej bohemy. Głównie, ma się rozumieć, za sprawą bitników – artystów i intelektualistów tworzących awangardowy ruch literacko-kulturowy, biorący na sztandary indywidualizm, nonkonformizm i twórczą wolność. A po drugie, była to jedyna miejscówka, w której właściciele pozwalali, by facet tańczył z facetem, co było generalnie zakazane. Zakazane było zresztą nie tylko to, bo purytańskie amerykańskie społeczeństwo produkowało od początku swego istnienia niezliczone wręcz przepisy prawne utrudniające życie wszystkim niebędącym białymi heteroseksualnymi mężczyznami. Prawo zakazujące panom tańczenia w parach było więc tak samo oczywiste, jak prawo zakazujące tańczenia osobom o odmiennym kolorze skóry.   

 


dobre wieścirozeszły się lotem błyskawicy i kolorowe towarzystwo zleciało się do nowej knajpy, szczelnie wypełniając skromny biznes trzech kolegów rodem ze słonecznej Italii. Skromny, ale niezwykle dochodowy. Po odliczeniu dwóch tysięcy dolarów tygodniowej łapówki dla policji i jakichś trzystu dolarów miesięcznego czynszu w kieszeniach właścicieli po każdym weekendzie zostawała zawrotna kwota prawie dziesięciu tysięcy dolarów. Żyła złota.

W tej ciemnej, ciasnej i dusznej knajpie bawił się mimo tego cały Nowy Jork, to znaczy ten moralnie upadły. Bywali tam biali i czarni, forsiaści i biedni, ci w dobrze skrojonych garniturach i przyodziani w szmateksach, wyoutowani (czyli ci pocoming oucie– nieliczni) i siedzący w szafach (większość), homo, bi i trans – do wyboru, do koloru (choć był to lokal wybitnie męski, kobiety stanowiły zaledwie jeden procent bywalców). Doskonałą zabawę do białego rana zakłócały tylko policyjne naloty, na które jednakowoż wszyscy byli przygotowani już wczesnym wieczorem.   

W tej ciemnej, ciasnej i dusznej knajpie bawił się cały Nowy Jork, to znaczy ten moralnie upadły.

Naloty wyglądały zwykle tak: pod lokal podjeżdżają radiowozy, z których wysiada po kilku policjantów ze specjalnej jednostki zwalczającej przestępczość obyczajową, do której zaliczano prostytucję, hazard, nielegalną sprzedaż alkoholu i homoseksualizm. Funkcjonariusze konfiskują alkohol, wystawiają mandaty bądź aresztują menedżerów (ci jeszcze tej samej nocy wychodzą za kaucją), a następnie zabierają się za nękanie tęczowej klienteli. Kłopoty można mieć za wszystko: kara jest przewidziana i za wspólny taniec osób tej samej płci, i za noszenie nieodpowiedniego ubrania (nowojorskie prawo zakazywało noszenia mężczyznom kobiecych ubrań i odwrotnie). Osoby uznane zacrossdresserówbyły wówczas poddawane upokarzającemu sprawdzaniu ich płci biologicznej – musiały ściągnąć przed policjantem …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

8 czerwca po raz dziewiętnasty przez Warszawę przejdzie Parada Równości. 

FreshMail.pl