Podróż

Szkocja. Tylko kozy zostały

  • autor
  • Patrycja Bukalska
Owce na Skye ze spokojem pasą się wzdłuż drogi, nie przejmując się przejeżdżającymi samochodami i turystami.Wicek Sosna
Szkockie Highlands należą do najmniej zaludnionych obszarów w Europie. Nie zawsze jednak tak było. Brutalna historia wysiedleń wciąż budzi emocje.

W lutym śnieg tak szczelnie pokrywał trasę A9, że nie było już widać, gdzie jest droga, a gdzie pobocze. Samochody wolno sunęły w konwoju prowadzonym przez policyjne auto. Na bocznej drodze wiodącej przez Dalwhinnie, na którą trzeba było odbić, kierując się na zachód, było jeszcze gorzej. Biel absolutna, bez kresu i bez początku, na drodze przed nami i na poboczu. Jedynie delikatne cienie na zboczach wzgórz pozwalały ocenić, gdzie kończą się góry, a zaczyna równie białe niebo. Dopiero koło Invergarry rozpadał się deszcz, odsłaniając czarną nawierzchnię szosy. W górach nadal jednak leżał śnieg, zmuszając jelenie do schodzenia niżej. Można je było dostrzec na zboczach wzgórz, czasem nad nitkami strumieni. Drogowe znaki ostrzegały: uwaga, spadające kamienie; uwaga, jelenie. A potem w rejonie górskiego pasma Kintail, bliżej Shiel Bridge, znak: uwaga, dzikie kozy. 

I rzeczywiście, po chwili wzdłuż drogi, na stromych skalistych zboczach, pojawiły się stadka kóz – kudłatych, rogatych, majestatycznych. Z długą sierścią, czasem pstrokatą, ale zawsze w odcieniach ciemnego brązu, czerni i szarości. Piękne. Patrząc ze spokojem na przejeżdżające samochody, w skupieniu przeżuwały tę odrobinę porostów albo kory, którą znalazły na zboczach. Okazały się jednak zwykłymi kozami, tyle że o dość zaskakującym rodowodzie. Hodowane przez mieszkańców Highlands, górzystego regionu na północy Szkocji, zostały same, gdy na przełomie XVIII i XIX wieku ich właścicieli zmuszono do opuszczenia domów. I oto są, melancholijne, spokojne, idealnie wtapiające się w brązowe tło wzgórz i wrzosowisk. 

Co to znaczy: „dzikie kozy”? Może to raczej kozice? 

 Jest coś głęboko przejmującego w tym, że gdy po dawnych domach w najlepszym wypadku pozostał tylko kamienny obrys budynku, to kozy trwają. Chodzą po dawnych ścieżkach, choć już nikt nie zapewnia im schronienia na noc i nie nadaje imienia, gdy się rodzą. 

Ostatni ślad dawnych Highlands to kozy. 

 


w XVIII wieku życie ludzizamieszkujących tę część Wysp Brytyjskich nadal toczyło się według prawie feudalnego modelu stosunków społecznych. Władzę sprawowali przywódcy klanów (chiefs), którzy byli jednocześnie właścicielami ziemi. Jednak to nie ziemia stanowiła o ich sile, ale ludzie, którzy stawiali się na ich wojenne wezwania. Ci w czasach pokoju żyli w małych osadach, tzw.townshipach, uprawiając skromne poletka niezbyt żyznej ziemi. Między nimi a wodzem klanu stałtacksman, często spokrewniony zchiefem.Tacksmanotrzymywał od przywódcy – zwykle w uznaniu dla zasług wojennych – kawałek ziemi, tzw.tack, i sam z kolei wydzierżawiał jego mniejsze części mieszkańcom osady. W czasie wojny totacksmantworzył z nich zbrojne oddziały. 

Ziemia miała im zapewnić jedzenie, być źródłem przetrwania, a nie dochodu. Za dzierżawę płacili plonami oraz własną pracą.

Układ ten oparty był na zwyczaju i umowie słownej, co w niedalekiej przyszłości okazało się mieć zasadnicze znaczenie, rolnicy nie dysponowali bowiem żadną umową pisemną, a więc brakowało im pewności co do tego, że rzeczywiście posiadają swoje domy. Nawet kawałek ziemi, którą dostawali pod uprawę, zmieniał się cyklicznie w ramach jednej osady – przydział był losowy lub oparty na liczbie domowników. 

Ziemia miała im zapewnić jedzenie, być źródłem przetrwania, a nie dochodu. Za dzierżawę płacili plonami oraz własną pracą. Utrzymywanie ich w pełnej zależności odtacksmanaichiefagwarantowało, że stawią się do walki, gdy przyjdzie pora. Jednocześnie udział w walkach pod wodząchiefastanowił dla mieszkańców osady źródło dumy i chwały; przynależność do klanu była najważniejsza, a cały system funkcjonował w oparciu o zaufanie i lojalność wobec klanu. 

Sytuacja zaczęła się zmieniać od bitwy pod Culloden w 1746 roku, gdy jakobici, szkoccy powstańcy wspierani przez Francję, ponieśli klęskę w starciu z brytyjską armią królewską. Przyniosła ona pacyfikację Highlands: najbardziej niepokornymchiefomodebrano majątek, podjęto szereg kroków mających złamać militarną kulturę klanów i „ucywilizować” region: przywódcy klanów utracili władzę sądowniczą, zakazano noszenia kiltów oraz grania na dudach, uznając, że mogą one zagrzewać górali do walki. Jednocześnie postępowała integracja północy Szkocji z jej południem (Lowlands) i z Anglią, która uświadomiła przywódcom klanów, że liczy się już nie tyle siła miecza, ale pieniądza. Aby nie odstawać od zamożnych arystokratów z południa i żeby móc sobie pozwolić na meble i luksusowe dobra, zmodernizować swoje siedziby, budować mosty i drogi, lordowie z północy potrzebowali pieniędzy. Dużo pieniędzy. 

Z uprawy kiepskiej ziemi w Highlands nie dało się więcej wycisnąć, pojawiła się jednak szansa w postaci owcy. Nie byle jakiej, tylko – jak pisze w swojej książceThe Highland ClearancesJohn Prebble – wielkiej owcy.

 


do drugiej połowy XVIII wiekuw Highlands owce znajdowały się w każdej osadzie, podobnie jak kozy. Były jednak nieduże i chudziutkie, trzymane dla wełny i mleka na własny użytek. Wypasano je na skromnych wspólnych pastwiskach, a na noc zabierano do domów. Każda z nich miała imię. Stanowiły część życia górali, a nie źródło dochodu.

Owce potrzebowały tylko jednego – pastwisk. A skoro ziemię zajmowały osady, wniosek dla chiefów był jeden: żeby zrobić miejsce dla owiec, trzeba pozbyć się ludzi.

Choć surowe zimy i nieprzewidywalna pogoda w Highlands przerażały hodowców owiec z południa, powoli podejmowali oni jednak eksperymenty i sprowadzali na północ bardziej „mięsne”, większe owce. Początkowo rasy linton, która niespodziewanie dobrze poradziła sobie w trudnych zimowych warunkach. Potem przyszła owca jeszcze bardziej odporna, z której można było uzyskać i mięso, i wełnę: szewiot. W 1790 roku pierwsze takie zwierzęta trafiły do Ross, a dwa lata później jeszcze dalej na północ, do Caithness. Ryzyko podjął sir John Sinclair, szkocki ekonomista, agronom i posiadacz ziemski. Według Johna Prebble’a, był on chyba jedynym Szkotem, któremu wówczas rzeczywiście chodziło przede wszystkim o poprawę warunków życia na jego ziemiach. Sprowadził „wielką owcę” na swoje ziemie, ale jednocześnie w swoich publikacjach podkreślał, jak zadbać o rolników, dając im pracę przy hodowli, apelował, by zmiany wprowadzać stopniowo, sugerował też wspólne tworzenie hodowli owiec przez dotychczasowych rolników na kształt spółek. Prebble zauważa, że gdyby wskazówki Sinclaira wzięto pod uwagę, być może wysiedleń, podpaleń i przemocy w nadchodzących latach udałoby się uniknąć. Jednak i inni posiadacze zauważyli w jego wywodach tylko jedno – na szewiotach można zarobić dużo i szybko. 

Tysiące „wielkich owiec” zaczęły wypełniać pastwiska północy, nawet na wysokości tysiąca metrów nad poziomem morza. Nie potrzebowały ludzi, nikt nie nadawał im imion, miały mnożyć się, rosnąć duże i silne oraz przynosić zyski. Potrzebowały tylko jednego – pastwisk. A skoro ziemię zajmowały osady, wniosek dlachiefów, którzy z wodzów klanów zmienili się we właścicieli ziemskich, był jeden: żeby zrobić miejsce dla owiec, trzeba pozbyć się ludzi. Fala wysiedleń i likwidacjitownshipów, która rozpoczęła się w drugiej połowie XVIII wieku, a trwała około stu lat, została zapamiętana jakoHighland Clearances(„czystki”) i całkowicie zmieniła północną Szkocję: jej demografię, kulturę i architekturę. Region opustoszał, domy górali zostały spalone lub same się rozsypały, tożsamość klanów została złamana, a miejscowy język gaelicki został wyparty przez angielski. Rok 1792, gdy szewiot zadomowił się na północy, został zapamiętany przez Highlanderów jakoBliadhnanan Caorach Rok Owcy. 

 


pod koniec kwietnia ponowniejedziemy na północ, gdzie żyją dzikie kozy. Chcę spojrzeć na Highlands inaczej, zobaczyć, czy nadal widać ślady tego, co utracono. Wraz z Wickiem, architektem i fotografem, a prywatnie – moim mężem, ruszamy ze środkowej Szkocji, z hrabstwa Fife. Mijamy Perth. Robi się coraz bardziej górzyście, ale nadal jest zielono. Ta sama co zimą trasa A9, te same potężne wzgórza. Teraz mają ciepłą, brązową barwę wrzosowisk – z resztką śniegu na szczycie wyglądają jak wielkanocne baby oprószone cukrem pudrem. Górskie pasmo Cairngorm błękitnieje w oddali. 

Na rozjeździe nie skręcamy na zachód przez Dalwhinnie jak poprzednio, ale jedziemy trochę dalej na północ do Newtonmore. W tamtejszym Muzeum Ludowym (Highland Folk Museum) zrekonstruowanotownship, opierając się na osadzie Raitts, istniejącej kiedyś koło …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Więcej na ten temat możesz posłuchać we wtorek 18 września o godz. 14:00 na antenie www.chillizet.pl.

Czytaj także

FreshMail.pl