Opowiadanie

T.

Był wysokim mężczyzną, ręce miał jak konary mocnego, upartego drzewa. Jeden z tych ludzi, którzy są od zawsze i o których sądzisz, że zawsze już będą – gdzieś daleko, rzadko, ale jednak. Miał szeroką szczękę, znamię na policzku i coś zabawnego w oczach, nawet jak już życie przestało być zabawne. Hodował pszczoły, w młodości wypalał na deskach rysunki i obrazy. 

Mieszkał w domu połączonym ze szkołą, gdzie pracował. Przechodziło się do niej z jednego z pokoi i T. mógł stanąć w progu tak, by być jedną nogą w domu, a drugą już w pracy. Wiele razy zastanawiałem się, czy kiedykolwiek próbował tak zrobić, nie zapytałem nigdy. Nie sądzę, by ta konstrukcja wydawała mu się dziwna; dorastał na wsi w czasach, kiedy praca nie była jeszcze czymś osobnym względem życia.

Kościół miał tuż za oknem. Gdyby się postarał, mógłby dorzucić do niego jabłkiem. Po drugiej stronie domu – pola, wśród nich mały cmentarz ze szczątkami przodków. Cały niezbędny świat w promieniu trzystu metrów.

W młodości był przystojny w ten specyficzny …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl