Reportaż

Teraz już cię nie wypuszczę

  • autor
  • Sylwia Witkowska
„Nie bój się, nic się nie stało” – tak zaczynamy rozmowę, gdy dzwonimy do kolegów z pracy. Bo gdy jeden kurator telefonuje do drugiego, to zwykle w momencie, gdy dzieje się coś złego.
rysunki Justyna Frąckiewicz

Parne, sierpniowe popołudnie. Mieszkanie Szymańskich znajduje się w Łodzi, przy ruchliwej ulicy. Niska, czerwona kamienica wyłania się spomiędzy gąszczu bloków z wielkiej płyty. Na pierwsze piętro wchodzimy po drewnianych schodach. Drogę oświetla nam zwisająca z kabla żarówka. Ze ścian klatki schodowej łuszczy się akrylowa farba. Drzwi do Szymańskich otwarte. Wejście do mieszkania zasłania tylko ciężka kotara. Beata odgarnia ją ręką. – Dzień dobry! – woła przez próg, czekając na odpowiedź. Z kuchni wychodzi tęga kobieta z krótkimi, nieułożonymi blond włosami. Ma zaawansowaną próchnicę, lat – na oko pięćdziesiąt. Później dowiem się od kuratorki, że trzydzieści parę. 

– Dzień dobry, pani kurator. Proszę, proszę – mówi. 

Beata robi kilka kroków naprzód. 

– Jest dzisiaj ze mną dziennikarka. Pisze o kuratorach sądowych. Może wejść? 

– No dobrze. Niech wejdzie.

Siedmioosobowa rodzina mieszka na niecałych dwudziestu metrach. Z prawej strony przez przebitą na wylot dziurę w ścianie widzę kuchnię, na wprost korytarza z małej łazienki wystaje miska z ubraniami do prania i butami. Wchodzimy do jedynego, niewielkiego pokoju. Na piętrowym łóżku leżą w nieładzie plastikowe zabawki i wymięta pościel. Obok tapczan, kojec dla dziecka, biurko z porozrzucanymi zeszytami i stolik kawowy. Nad nieodkurzanym od dawna dywanem unoszą się mole. Przy ścianie błyszczy jarzeniowym światłem dwustupięćdziesięciolitrowe akwarium, pod spodem stoi jeszcze terrarium z dwiema jaszczurkami. To zwierzaki rodziców. Dzieci opiekują się dwoma psami. Za kilka tygodni cała rodzina przeniesie się do trzypokojowego mieszkania w bloku kilka ulic dalej. To była sugestia Beaty Kowalewskiej, kuratorki rodzinnej, aby poprawić warunki życiowe dzieci. 

Puka tam, gdzie są problemy. Z przemocą, alkoholem, nieopłaconymi rachunkami, nieobecnością dzieci w szkole.

Do łódzkiego mieszkania przychodzi od trzech lat. Przejęła sprawę po starszym kuratorze. Sąd dostaje sprawozdania o rodzinie Szymańskich od dwunastu lat. Łukasz (osiem lat) i Dominik (dziewięć) przeciskają się obok mnie do ojca i najmłodszej siostry – ośmiomiesięcznej Magdy. Brakuje Rafała (dwanaście lat) i Samanty (piętnaście). Ojciec siedzi w samych spodenkach. Jest bardzo chudy, to pamiątka po niedawno wyleczonej gruźlicy.

– Jak się pan czuje? – pyta Beata.

– Dobrze, ale upał męczy – odpowiada z uśmiechem.

– Gotowi do wyprowadzki? 

– Ciężko będzie się stąd wynieść – odpowiada żona, patrząc w podłogę. – I to jeszcze tak blisko. Ciągle będę zerkać w tę stronę, wychodząc z domu – wzdycha. 

– Teraz tak pani mówi, ale w grudniu nie będzie pani chciała nawet w tym kierunku spojrzeć. Zobaczy pani. Jak przyjdzie zima, to przekręci pani gałkę kaloryfera, zamiast biec do piwnicy po węgiel.

Ojciec kiwa twierdząco głową. 

– A gdzie Samanta? – podpytuje kuratorka. Matka chwyta za komórkę. Dziewczyna wyszła z dwoma yorkami na spacer.

– Uczy się do poprawki? 

– Uczy, uczy. 

– A ma plany iść gdzieś dalej? 

– Jeszcze nie wiemy. Zobaczymy, może technikum. 

– Proszę tego nie zaniedbać. Nie wystarczy, że skończy gimnazjum. Do osiemnastego roku życia musi się uczyć. To nie jest jak kiedyś, że można skończyć tylko podstawówkę. Żeby nie mieli państwo kolejnych problemów – ostrzega Beata. Matka patrzy na ojca. Oboje zdziwieni.

– Boże, nie mieliśmy o tym pojęcia – mówi kobieta.

Z mieszkania wychodzimy po ponadpółgodzinnej rozmowie. Po drodze Beata pokazuje mi blok, w którym niebawem zamieszka rodzina. – Na wizyty kuratorzy przychodzą niezapowiedziani. Nigdy nie widziałam ich pijanych. Ich problemem jest niewydolność wychowawcza. Oboje nie pracują. Sama pani widziała, jak mieszkają. Ledwo się mieszczą. A dzieci są coraz starsze. Potrzebują intymności, miejsca do odrabiania lekcji. Nie zaproszą kolegów ze szkoły, bo gdzie?

 


kiedy spacerujemy,do Beaty macha dziewczynka na rowerze. Kuratorka odwzajemnia gest z uśmiechem. 

Czterdziestoletnia, w przetartych dżinsach i białych tenisówkach, nie wygląda jak pracownica sądu. Nie chce tworzyć dystansu wobec podopiecznych. Mniej chętnie będą się dzielić swoimi problemami z urzędniczką w garsonce i szpilkach. Beata nigdy zresztą nie zakłada ich do pracy, bo w teren jeździ komunikacją miejską. 

Puka tam, gdzie są problemy. Z przemocą, alkoholem, nieopłaconymi rachunkami, nieobecnością dzieci w szkole.

Zaczynała w 2009 roku jako kuratorka społeczna, której zadaniem jest wspierać pracę kuratora zawodowego – karnego lub rodzinnego. To on zleca kuratorowi społecznemu czynności do wykonania: wywiady środowiskowe, dozory (karny) i nadzory (rodzinny).

Zarobki kuratora społecznego są oparte na ryczałcie za każde wykonane zadanie, którego wysokość określa ustawa. Miesięcznie to około tysiąca złotych, dlatego kuratorzy społeczni zwykle mają drugą pracę. Część z nich później decyduje się na aplikację na kuratora zawodowego. W opublikowanym w 2018 roku raporcie Najwyższa Izba Kontroli podkreśla, że liczba kuratorów zawodowych pozostaje od ponad trzech lat na poziomie około pięciu tysięcy dwustu osób. Maleje natomiast liczba kuratorów społecznych. Jeszcze w 2014 roku było ich blisko dwadzieścia osiem tysięcy. W 2017 roku – już cztery tysiące mniej, co wpływa na większe obciążenie pracą kuratorów zawodowych. 

Gdy przydzielono jej pierwsze sprawy, nie wiedziała, co robić. „Bądź matką tych matek” – poradziła jej jedna z koleżanek.

– Lubię pracować z ludźmi. Nie zniosłabym pracy, w której siedziałabym osiem godzin przy biurku. Oczywiście mam dyżury w sądzie. Piszę wnioski, spisuję wywiady środowiskowe, sprawozdania. Ale większość czasu spędzam w terenie – przyznaje Beata. Jako kuratorka rodzinna na rękę dostaje około trzech tysięcy. 

Gdy przydzielono jej pierwsze sprawy, nie wiedziała, co robić. „Bądź matką tych matek” – poradziła jej jedna z koleżanek. – Rozmawiam z rodzinami. Radzę im tak, jakbym sobie samej doradziła w takiej sytuacji – mówi.

 


tylko jaką radędać komuś, kogo właśnie odseparowuje się od córki czy syna?

To najtrudniejszy moment w pracy kuratora rodzinnego – podjęcie decyzji o odebraniu dziecka rodzinie. Kuratorzy przyznają, że to ostateczność. Lepiej gdy dzieci zostają w rodzinie biologicznej. Ale czasami nie ma innego wyjścia. Decyzję o odebraniu praw rodzicielskich podejmuje sąd. Ministerstwo Sprawiedliwości informuje, że w 2017 roku sądy orzekły pozbawienie władzy rodzicielskiej wobec jedenastu tysięcy dziewięciuset dwudziestu pięciu małoletnich. Według raportu WiseEuropa, Fundacji Przyjaciółka i Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej 75 tysięcy dzieci wychowywało się w 2017 roku w pieczy zastępczej. Najczęstszymi powodami odebrania dzieci rodzicom i umieszczenia ich w pieczy zastępczej są: uzależnienie rodziców (41,7 procent przypadków), bezradność w sprawach opiekuńczo-wychowawczych (28,1 procent) oraz przemoc w rodzinie (3,8 procent). Sytuacje, gdy dzieci są odbierane rodzicom wyłącznie z powodu biedy, …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl