Opowiadanie

Toń

  • autor
  • Łukasz Orbitowski

Gdy po raz pierwszy wujka porwali kosmici, nie było mnie jeszcze na świecie. No a wujek młody był, dopiero zawodówkę skończył, czyli statek kosmiczny zobaczył gdzieś koło siedemdziesiątego piątego, może szóstego roku.

Wujek mieszkał wtedy jeszcze z rodzicami, to znaczy mam tutaj na myśli jego rodziców, a moich dziadków. Dzielił pokój z bratem, czyli moim tatą, a wszyscy siedzieli na pierwszym piętrze sypiącej się kamienicy, przy Moniuszki, niedaleko dworca kolejowego. Wujek skończył zawodówkę, został kamieniarzem i znalazł sobie robotę przy piaskowcu, w Złotoryi. 

Pracę w takiej Złotoryi trudno uznać za coś szczególnego, ale też wujek niczego takiego nie oczekiwał. Chciał, żeby starczyło mu na papierosy i tańce co sobotę. Dokładał się mamie do czynszu i jedzenia, czasem rozpił z kolegami flaszeczkę i tyle miał z życia. Zapytany o przyszłość, odpowiadał, że nie będzie zawracał sobie nią głowy. Chciałby uniknąć cierpienia, lecz i wielkich wzruszeń, tak rzekł.

I życie mojego wujka właśnie tak wyglądało. Od poniedziałku do soboty jeździł do Złotoryi, przy czym zdarzało mu się tam zostawać na zabawie. Wracał nad ranem, w niedzielę leżał w łóżku do południa, potem, poganiany przez matkę, ubierał się do kościoła, zaś popołudnia spędzał z radiem i książką o drugiej wojnie światowej, dopytując, kiedy wreszcie w domu pojawi się telewizor.

Cała przygoda zaczęła się właśnie od Złotoryi. Wujek wybawił się na dansingu, wypił przynajmniej pięć piw i władował się do wartburga. Wtedy wszyscy tak jeździli. Zresztą co miał zrobić ten mój wujek? Nocą nie kursowały autobusy ani pociągi, żadnych taksówek nie było. Wsiadł, wrzucił dwójkę i pojechał z brodą przyklejoną do kierownicy, pomalutku. Wiadomo, pijani jeżdżą najbezpieczniej.

To, co wydarzyło się potem, opowiem tak, jak wujek mi opowiadał, żeby niczego nie przeinaczyć. Między Złotoryją a naszym miastem ciągną się lasy i wujek właśnie w takim lesie, już niedaleko domu, zobaczył dwójkę dzieci na poboczu. Machały do niego szarymi łapkami. Były to bardzo dziwne dzieci, niskie, o wąskich barkach i wielkich łbach. Wujek uznał, że trafiły mu się bliźniaki z wodogłowiem.

Wpuścił te dzieci na tylne siedzenie. Każdy by tak postąpił. Przecież był środek nocy, już mgła wypełzała z zarośli. Tym, powiedzmy, chłopcom, groziło mnóstwo niebezpieczeństw, na przykład pijany kierowca, który – inaczej niż mój wujek – wbija pedał gazu w opór. Albo przeziębienie. Więc wujek ruszył z osobliwymi pasażerami na tylnym siedzeniu. Wspominał, że ledwo ich widział, bo ciemno było. Ale wydali mu się dziwni: każdy miał małe usta i czarne ślepia na pół płaskiej twarzy. Usiłował od nich wyciągnąć, skąd są i dokąd jadą. Milczeli. Wymyślił sobie, że podrzuci ich na komendę. Niech milicjanty się biedzą. 

Ujechał kawałek, gdy pasażerowie dali mu znak, żeby skręcił. Ciągle milczeli, wskazując na drogę gruntową. Próbował im tłumaczyć, że tam znajdą zalany kamieniołom, nic więcej. Nie chcieli słuchać i tylko walili w szybę szarymi piąstkami. Co tam, pomyślał mój wujek, odstawi się ich i będzie spokój. Może to jacyś dalekowschodni inżynierowie i badają wodę u nas? Właściwie dlaczego Chińczyk miałby nie zainteresować się kamieniołomem?

Kamieniołom był wielki i bardzo niebezpieczny. Strome, wapienne skały wznosiły się wysoko ponad lustrem wody. Powiadano, że na dnie, czterdzieści metrów niżej, leżą potopione wiertnice, łuparki, kruszarki, samochody i trupy w bagażnikach. Nawet sam wujek ostrzegał mnie przed tym miejscem, oczywiście lata po tym, jak wydarzyła się historia, którą tu opowiadam. Ostrzegał przed niezbadaną głębią wody i wirami, tworzącymi się nagle, bez wyraźnego powodu. „Są jak łapa ściągająca na dno” -– tak mi rzekł. Kamieniołom żywi się mięsem.

Tej nocy nad tą głębiną unosił się spodek wielkości stadionu. Przynajmniej wujek tak twierdził. Utrzymywał, że nigdy wcześniej nie widział czegoś tak ogromnego, nawet gdy pojechał z wycieczką szkolną do Chorzowa i tam pokazali mu karuzelę. Spodek wirował powoli i zupełnie bezgłośnie, a na jego brzegach mrugały wielobarwne światła. Wujek wypuścił pasażerów z wartburga i wysiadł za nimi. Powiedział potem jeszcze, że z dolnej części kadłuba uwolnił się snop delikatnego światła. Było ciepłe, przyjazne. Aż chciało się wejść. 

Tutaj urywa się zarówno opowieść wujka, jak i kawałek nici jego losu. Owszem, zdał mi relację z wydarzeń na pokładzie pojazdu. Mówił o grubej igle wbitej w czoło i dziwacznej maszynie odliczającej do tyłu, w nieznanym mu, lecz jednocześnie zrozumiałym języku, a także o wielu innych niepokojących rzeczach. Ich jednak doświadczył później, podczas kolejnych uprowadzeń. Z pierwszego zapamiętał tylko żółtawy blask pochłaniający jego samego.

Zniknął na tydzień. Wartburg, znaleziony przy kamieniołomie, wpędził rodziców wujka w rozpacz. Nabrali przekonania, że syn im się utopił, ku czemu, skądinąd, miał całkiem przyzwoity powód. Ekipa nurków, ściągnięta na tę okoliczność z Wrocławia, przeczesywała dno, milicjanci obsadzili drogi i dworce w województwie i maglowali całą naszą rodzinę na komisariacie. Nikomu żadni kosmici nawet nie przyszli do głowy. Wujek zignorował powołanie do wojska. W poniedziałek miał się …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl