Opowiadanie

Toń

Gdy po raz pierwszy wujka porwali kosmici, nie było mnie jeszcze na świecie. No a wujek młody był, dopiero zawodówkę skończył, czyli statek kosmiczny zobaczył gdzieś koło siedemdziesiątego piątego, może szóstego roku.

Wujek mieszkał wtedy jeszcze z rodzicami, to znaczy mam tutaj na myśli jego rodziców, a moich dziadków. Dzielił pokój z bratem, czyli moim tatą, a wszyscy siedzieli na pierwszym piętrze sypiącej się kamienicy, przy Moniuszki, niedaleko dworca kolejowego. Wujek skończył zawodówkę, został kamieniarzem i znalazł sobie robotę przy piaskowcu, w Złotoryi. 

Pracę w takiej Złotoryi trudno uznać za coś szczególnego, ale też wujek niczego takiego nie oczekiwał. Chciał, żeby starczyło mu na papierosy i tańce co sobotę. Dokładał się mamie do czynszu i jedzenia, czasem rozpił z kolegami flaszeczkę i tyle miał z życia. Zapytany o przyszłość, odpowiadał, że nie będzie zawracał sobie nią głowy. Chciałby uniknąć cierpienia, lecz i wielkich wzruszeń, tak rzekł.

I życie mojego wujka właśnie tak wyglądało. Od poniedziałku do soboty jeździł do Złotoryi, przy czym zdarzało mu się tam zostawać na zabawie. Wracał nad ranem, w niedzielę leżał w łóżku do południa, potem, poganiany przez matkę, ubierał się do kościoła, zaś popołudnia spędzał z radiem i książką o drugiej wojnie światowej, dopytując, kiedy wreszcie w domu pojawi się telewizor.

Cała przygoda zaczęła się właśnie od Złotoryi. Wujek wybawił się na dansingu, wypił przynajmniej pięć piw i władował się do wartburga. Wtedy wszyscy tak jeździli. Zresztą co miał zrobić ten mój wujek? Nocą nie kursowały autobusy ani pociągi, żadnych taksówek nie było. Wsiadł, wrzucił dwójkę i pojechał z brodą przyklejoną do kierownicy, pomalutku. Wiadomo, pijani jeżdżą najbezpieczniej.

To, co wydarzyło się potem, opowiem tak, jak wujek mi opowiadał, żeby niczego nie przeinaczyć. Między Złotoryją a naszym miastem ciągną się lasy i wujek właśnie w takim lesie, już niedaleko domu, zobaczył dwójkę dzieci na poboczu. Machały do niego szarymi łapkami. Były to bardzo dziwne dzieci, niskie, o wąskich barkach i wielkich łbach. Wujek uznał, że trafiły mu się bliźniaki z wodogłowiem.

Wpuścił te dzieci na tylne siedzenie. Każdy by tak postąpił. Przecież był środek nocy, już mgła wypełzała z zarośli. Tym, powiedzmy, chłopcom, groziło mnóstwo niebezpieczeństw, na przykład pijany kierowca, który – inaczej niż mój wujek – wbija pedał gazu w opór. Albo przeziębienie. Więc wujek ruszył z osobliwymi pasażerami na tylnym siedzeniu. Wspominał, że ledwo ich widział, bo ciemno było. Ale wydali …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl