Esej

Spieszmy się kochać dziennikarzy

  • autor
  • Paweł Pieniążek
Media stały się chłopcem do bicia. Ich wiarygodność podważają możni tego świata, próbują je uciszyć i pozbyć się niewygodnych krytyków. Atmosfera pogardy dla demokracji tylko temu sprzyja.
rysunki Marek Skupiński

Jak wynikało z nagrania opublikowanego w tureckich mediach, ostatnie słowa Dżamala Chaszukdżiego – dziennikarza saudyjskiego pochodzenia pracującego dla „The Washington Post” – brzmiały: „Nie mogę oddychać”. Poza tym było słychać dźwięk piły, którą po uduszeniu Chaszukdżiego najprawdopodobniej poćwiartowano jego ciało.

Wydawało się, że gdy osiadł w Stanach Zjednoczonych i zatrudnił się w jednym z najważniejszych dzienników na świecie, stał się bezpieczny. Może dlatego jego zabójstwo było tak wstrząsające (pomijając sposób, w jaki je dokonano). Odbiło się szerokim echem na świecie i stało się przedmiotem poważnej dysputy międzynarodowej, w którą są zaangażowani przedstawiciele Stanów Zjednoczonych i Europy, Arabii Saudyjskiej i Turcji, najważniejszych organizacji chroniących prawa człowieka i wolność prasy. Śledztwo w sprawie morderstwa Chaszukdżiego prowadzi ONZ. 

Zabójstw dziennikarzy i śmierci w trakcie wykonywania pracy było jednak znacznie więcej. 2018 rok nie zapisał się chlubnie w historii – w porównaniu z poprzednim wzrosła liczba zabitych, więzionych, a także przetrzymywanych jako zakładnicy.

 


chaszukdżi był komentatorempolityki wewnętrznej Arabii Saudyjskiej. Zajmował się rodziną królewską, polityką i religią. Dawno temu był związany z panislamskim ruchem Bracia Muzułmanie, gdzie poznał Osamę bin Ladena, z którym kilkakrotnie przeprowadzał wywiady. Z biegiem czasu ich drogi się rozeszły. Na sześć lat przed zamachem na World Trade Center na prośbę rodziny bin Ladena Chaszukdżi próbował go przekonać, by publicznie ogłosił rezygnację ze stosowania przemocy. Ten oczywiście odmówił. Gdy dla jednych bin Laden stał się guru globalnego dżihadu, a dla drugich – terrorystą numer jeden, Chaszukdżi został nieprzejednanym krytykiem działań Arabii Saudyjskiej. Twierdził, że była temu winna jej kultura, w szczególności oficjalna religia państwowa, wahhabizm, czyli najbardziej rygorystyczna wersja islamu. Chaszukdżi twierdził, że nieprzypadkowo to właśnie piętnastu Saudyjczyków porwało samoloty, które wbiły się w Pentagon i wieże World Trade Center. Poparł amerykańską inwazję na Irak, czym przysporzył sobie wielu przeciwników na Bliskim Wschodzie. Jak pisał dziennikarz „The New Yorkera” Lawrence Wright, Chaszukdżi wierzył – dosyć naiwnie – że Amerykanie będą w stanie zaprowadzić demokrację w tym kraju i szerzyć swoje wartości. Dostawał i tracił kolejne posady w mediach w krajach regionu, często dlatego, że pozwalał sobie na zbyt wiele. Przez jakiś czas był doradcą ambasadora Arabii Saudyjskiej w Wielkiej Brytanii, następnie przeniósł się z nim do Stanów Zjednoczonych. Potem wrócił do mediów.

Chaszukdżi jako jeden z niewielu nie bał się mówić głośno tego, co myślał. Przełom nastąpił w 2017 roku, gdy saudyjskie władze zabroniły mu publikować, występować w telewizji i na konferencjach, a nawet tweetować. Powodem miała być jego krytyka bliskowschodniej polityki prezydenta USA Donalda Trumpa. Stany Zjednoczone są od dawna sojusznikiem Arabii Saudyjskiej, zaś Trump przyjaźni się z księciem koronnymMuhammadem Ibn Salmanem Ibn Su’udem, zwanym w skrócie MBS. Książę doszedł do władzy w 2017 roku i przeprowadził masowe aresztowania. Początkowo objęły one biznesmenów i członków rodziny królewskiej, ale wkrótce fala rozlała się na aktywistów, blogerów i intelektualistów. Chaszukdżi obawiał się, że będzie następny. Postanowił wyjechać. Udał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie otrzymał prawo tymczasowego pobytu. Wkrótce został komentatorem „The Washington Post”. 

Wizyta dziennikarza w konsulacie w Turcji nie miała charakteru zawodowego. Na jedenaście dni przed swoimi sześćdziesiątymi urodzinami udał się tam, by załatwić formalności związane ze ślubem z Turczynką. Reporterzy amerykańskiej telewizji NBC rozmawiali z bliskimi Chaszukdżiego. Z ich relacji wynikało, że ambasada Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie nie chciała rozwiązać sprawy, twierdziła, że miała się tym zająć placówka w Stambule. 2 października 2018 roku Chaszukdżi udał się do konsulatu i już go więcej nie zobaczono. Jak podała blisko związana z tureckim rządem gazeta „Sabah”, miała na niego czekać piętnastoosobowa grupa przysłana z Arabii Saudyjskiej, która go zamordowała. Ciała nie znaleziono do tej pory. Chociaż przez pierwsze dwa tygodnie władze Arabii Saudyjskiej upierały się, że dziennikarz spokojnie opuścił konsulat, potem twierdziły, że ktoś go zabił w trakcie bójki na terenie konsulatu. Wreszcie przyznały, że został zamordowany, a jego ciało – poćwiartowane. Ostatecznie zatrzymano osiemnaście osób, a jedenaście oskarżono, z czego dla pięciu saudyjska prokuratura domaga się kary śmierci. Chociaż poszlaki wskazują, że zabójstwo zlecił MBS, to oczywiście nie …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl