Reportaż

Zaid znaczy najdroższa. Senaid - powodzenia

  • autor
  • Konrad Piskała
fotografiaKonrad Piskała
Shabia, shabia! – głosy żołnierzy słychać coraz bliżej. Zaid zakrywa córce oczy, ale Senait zerka przez palce matki. Zapamięta krew na piasku.

Czy już zasnęli? Na zewnątrz brzęczą owady, przez szczeliny w dachu wdziera się światło księżyca. Z paleniska sączy się jeszcze ciepło i czuć kadzidlany zapach spalonej żywicy. W glinianej chacie jest cicho, tylko serce Zaid bije szybko i głośno. Dziewczyna patrzy na leżącego w półmroku ojca i niespokojnie wierci się na posłaniu. Kilka dni wcześniej przed wyjściem w pole powiedział, że znalazł dla niej męża.

– To starszy człowiek, mieszka w dolinie rzeki Mereb. Bogaty rolnik. Będzie dla ciebie dobry – zachwalał, ale z każdym jego słowem Zaid była coraz bardziej przerażona.

Jest styczeń 1960 roku. Zaid ma – chyba, bo nie zna dokładnej daty swojego urodzenia – szesnaście lat. Nie chce wychodzić za mąż, ale nie ma się komu poskarżyć. Matka zmarła, jedynym powiernikiem dziewczyny jest Haftu („dar od Boga”), jeden z jej starszych braci. Ale nawet on jej nie zrozumie. Na wsi życie od zawsze toczy się niezmiennym trybem, kobiety pracują, wychodzą za mąż, rodzą dzieci. Odkąd pamięta, Zaid codziennie o świcie chodzi po chrust; mają do przejścia dwanaście kilometrów. Potem dźwiga na zgarbionych plecach wodę w ciężkim glinianym naczyniu, wyprowadza krowy na pastwisko. Ojciec dogląda kukurydzy i teffu. Ma na utrzymaniu dziesięcioro dzieci. Gdy wyda jedną z córek za mąż, łatwiej będzie mu wyżywić resztę.

We wsi ludzie mówią, że w dolinie rzeki panuje malaria. Zaid niewiele wie o tej chorobie, ale niektóre kobiety straszą, że mąż na pewno ją zarazi. Zaid boi się śmierci, lecz jeszcze bardziej boi się obcego człowieka. Postanawia uciec do ciotki, do Asmary. Była raz u niej. Pamięta wszystkie te cuda, zbudowane jeszcze przez Włochów: rozświetlone neonami sklepy, szerokie aleje obsadzone palmami, operę, kina, bulwary z dziesiątkami kawiarni. I mieszkanie ciotki, z bieżącą wodą, i pocztówki od kuzynów, którzy wyjechali do Rzymu na studia. Od tamtej pory śni o mieście. Wyobraża sobie, że też kiedyś będzie tak mieszkała.

Ześlizguje się z posłania, zarzuca na głowę białą chustę, aby ochronić policzki przed szczypiącym zimnem, i wybiega w ciemność. Przez chwilę wydaje jej się jeszcze, że dźwięk otwieranych drzwi obudził któregoś z domowników. Może jedną z młodszych sióstr? Nie zatrzymuje się jednak. Nie należy już do nich.

Ze swojej ucieczki zapamięta każdy krok na piaszczystej drodze. Idzie szybko, czasem ze strachu kawałek podbiega. Z jej wioski Guhxia jest pół dnia drogi do Mendefery. Co jakiś czas poprawia chustę, zakrywającą wytatuowany na czole krzyż, który ma przynosić szczęście. W pamięci utkwią jej złowrogie cienie i chichot nawołujących się hien.

Boi się też ludzi. Samotna dziewczyna jest łatwym celem. W wiosce ochronę zapewniali jej bracia, którzy rozszarpaliby każdego, kto by ją tknął, ale teraz jest zdana na siebie. Obawia się nie tylko włóczęgów, ale również mających złą opinię etiopskich żołnierzy.

 


gdy europejskie mocarstwadzieliły się strefami wpływów w Afryce, Wielka Brytania odstąpiła położony nad Morzem Czerwonym port Massaua Włochom, które w zamian miały być sojusznikami Anglików w kolonialnej rywalizacji z Francją. Włosi stopniowo powiększali swoje terytorium i w 1890 roku ogłosili powstanie kolonii Erytrea. Granicę z Etiopią wytyczyli sześc lat później na rzece Mereb.

W Erytrei i Etiopii żyje wiele grup etnicznych różniących się religią, językiem, tradycją i obyczajami. Jedni są muzułmanami, inni chrześcijanami, jedni rolnikami, inni nomadami. Najliczniejsi są chrześcijańscy Tigrajczycy. Włosi rozdzielili mieszkańców tych ziem nie tylko sztucznie wytyczoną granicą. Podsycali niechęć między Tigrajczykami a rządzącymi w Etiopii Amharami i starali się poróżnić między sobą samych Tigrajczyków. W myśl faszystowskiej propagandy ci z Erytrei mieli być bardziej inteligentni, kreatywni i moralni od żyjących po drugiej stronie rzeki współbraci.

W myśl faszystowskiej propagandy ci z Erytrei mieli być bardziej inteligentni, kreatywni i moralni od żyjących po drugiej stronie rzeki współbraci.

Podobnie jak w Somalii Włosi utworzyli w Erytrei wojsko kolonialne, w którym służyli Erytrejczycy. Żołnierze całkiem nieźle zarabiali. Praca w zakładanych przez Włochów fabrykach czy przy budowie wytyczanych przez nich dróg i linii kolejowych także pozwalała żyć w miarę dostatnio.

Na przełomie XIX i XX wieku Włosi rozbudowali Asmarę i przenieśli do niej stolicę kolonii. Na spłowiałych zdjęciach z tamtych czasów włoscy inżynierowie w korkowych hełmach wytyczają Viale Mussolini, a półnadzy miejscowi robotnicy z kilofami wyrównują grunt. Szeroka, obsadzona palmami główna aleja stolicy będzie się świetnie nadawała do wojskowych defilad.

Europejczycy projektowali i zarządzali, ale cegły i zaprawę dźwigali Erytrejczycy. Dzięki temu poczuli się częścią tego projektu. To miasto, do dziś nazywane Małym Rzymem, i jego monumentalne kamienice, opery i kina były przecież dziełem ich rąk. Zaczęli przejmować elementy europejskiej kultury, chodzić w eleganckich marynarkach, jeść pizzę, grać w kręgle i bilard, przyswajać sobie włoskie słowa.

Po drugiej stronie rzeki bliska kulturowo, ale Etiopia została ze swoimi kłopotami – biedą, głodem i niesprawiedliwością.

Druga wojna światowa zmieniła układ sił w regionie. Włosi odeszli, nastały rządy brytyjskie, nazwa głównej alei w Asmarze zmieniła się na Queen Victoria Avenue. Wiadomo jednak było, że Europejczycy nie zostaną w Erytrei na zawsze. Erytrejczycy zaczęli się organizować. Stworzyli szereg partii niepodległościowych, lecz do ich ziemi rościły sobie prawa nie tylko Wielka Brytania i Włochy, ale również Etiopia i Egipt. W ONZ powstała komisja, która miała zdecydować o losach kłopotliwej kolonii. Propozycje były trzy – uznać niepodległość Erytrei, przyłączyć ją do Etiopii (za czym optowała część nowo powstałych erytrejskich partii) lub utworzyć federację etiopsko-erytrejską. Ostatecznie w grudniu 1950 roku ONZ przyjęło rezolucję, zgodnie z którą Erytrea miała zostać włączona do Etiopii jako niezależna prowincja z własnym rządem i parlamentem.

Cesarz Etiopii Hajle Syllasje od początku traktował jednak Erytreę jako część swojego państwa. Wkrótce językiem urzędowym stał się amharski, a błękitną flagę z gałązkami oliwnymi zastąpiła flaga cesarska z Lwem Judy. Stacjonujący w Erytrei etiopscy żołnierze, często pochodzący z odległych zakątków kraju, mówiący innym językiem i mający inne obyczaje niż Erytrejczycy, zachowywali się w zasadzie jak okupanci. Pacyfikowali wioski w poszukiwaniu partyzantów i terroryzowali ludzi. W 1962 roku zastraszony erytrejski parlament przegłosował likwidację federacji i kraj został wchłonięty przez Etiopię, a główna aleja stolicy została nazwana imieniem etiopskiego cesarza.

 


jeszcze tego samegodnia Zaid dociera przed zmierzchem do Asmary. Ciotka dziwi się, widząc ją w drzwiach, ale w głębi duszy jest szczęśliwa. Od śmierci siostry traktuje dziewczynę jak własną córkę. Nie uważa ślubu za dobry pomysł. Po kilku dniach wysyła do ojca siostrzenicy lakoniczny telegram: Zaid jest w Asmarze. Zostaje u mnie na jakiś czas. Ojciec rezygnuje z wydania dziewczyny za mąż, choć wkrótce okaże się, że nie na długo.

Zaid pomaga ciotce w prowadzeniu domu. Rano wychodzi kupić małe bułeczki i trochę warzyw. Przygotowuje śniadanie, otwiera drewniane okiennice i wpuszcza słońce do mieszkania. W południe sprząta, potem gotuje obiad. Lubi to miasto, lubi jego rytm. Późnym popołudniem, gdy upał słabnie i po sjeście na nowo otwierają się sklepy, ma czas dla siebie.

Obserwuje życie w stolicy. Kobiety ubierają się tutaj inaczej niż u niej na wsi. Asmarki noszą krótkie suknie, czasem tuż nad kolano. Nie zasłaniają włosów, upinają je do góry i nieprzystojnie odkrywają ramiona. Ona ma tylko jedną bluzkę i jedną kolorową spódnicę do kostek. Wciąż zaplata cienkie tradycyjne warkocze i chowa je pod chustą.

Tak upływają dwa lata. Ojciec coraz natarczywiej domaga się, by Zaid wróciła do domu. Wydał już za mąż jej siostry, została tylko ona. Znajduje jej nowego kandydata. Tym razem jest to erytrejski wojskowy z Mendefery. Mówią o nim Commando, Komandos, bo służył w oddziałach specjalnych. Jest lepszą partią niż rolnik, ale Mendefera, cóż to za miasto w porównaniu z Asmarą? Kilka budynków na krzyż, parę sklepów, bazar. Po pobycie u ciotki Zaid wie, że może pragnąć od życia więcej. Chciałaby zobaczyć Rzym, o którym opowiadali jej kuzyni.

Może gdyby Commando był dla niej dobry i czuły, toby go pokochała, jak tysiące innych kobiet wydanych za mąż siłą, ale jest porywczy i brutalny. Po kilku miesiącach Zaid od niego ucieka. Wsiada do autobusu jadącego w kierunku Sudanu. Chce przedostać się na północ Afryki i dalej, do Europy. Dociera do przygranicznego Tesenej, ale brakuje jej odwagi, aby przekroczyć granicę. Musiałaby to zrobić nielegalnie. Nie ma żadnych dokumentów. Nawet legitymacji szkolnej, bo nigdy do szkoły nie chodziła. Postanawia czekać na odpowiedni moment. Zatrudnia się jako służąca u jednej z miejscowych rodzin. Dostaje nocleg, wyżywienie i skromną pensję. „Jeśli Bóg zechce, wkrótce ruszę dalej” – mówi sobie co wieczór, wznosząc oczy ku niebu.

Kobiety ubierają się tutaj inaczej niż u niej na wsi. …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Konsultacja merytoryczna: dr Błażej Popławski, afrykanista

FreshMail.pl