Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Soczewka Pisma

Mur nadziei

tekst/zdjęcia Bartek Sabela 
7.09.2022

Wielki zielony mur to panafrykański projekt powstrzymania pustynnienia Sahelu i migracji jego mieszkańców na północ. Ma im dać nadzieję, że wciąż będzie się tutaj dało żyć. Czy tę obietnicę, mimo piętrzących się przeszkód, uda się spełnić?

Ciemne wnętrze murowanego domu daje chłód. Jest listopadowy poranek, a na zewnątrz już niemiłosierny upał. Wczoraj w ciągu dnia temperatura sięgała 38 stopni Celsjusza. Dom jest całkiem pusty, można by pomyśleć, że opuszczony. Choć zupełna cisza mogłaby na to wskazywać, moskitiera, dziurawy dywan, czajnik do parzenia herbaty świadczą o tym, że te zielonkawe, odrapane mury nadal – mimo wszystko – są zamieszkane. Pod sufitem dynda nawet żarówka rzucająca blade, sine światło. Wynurzając się ze śpiwora, spoglądam w kierunku otwartych na oścież drzwi. Tuż przed nimi stoi milczący, potężny przybysz. Ogromnym cielskiem przysłania światło, sięga niemal do nadproża. Swymi rozłożystymi ramionami już dziś okala cały dom. Jeszcze miesiąc, może dwa i jego śmiertelny, duszący uścisk się zamknie. Przybysz z północy, nieproszony, powoli wejdzie do domu, rozgości się w zielonkawych murach, zajmie sypialnię, potem kuchnię. Wolno przejdzie przez cały budynek, wyjdzie spokojnie tylnymi drzwiami i, bezlitosny w swej naturze, skieruje się ku następnemu domowi, zostawiając za sobą ruiny.
– Wydma jest jak powolna fala tsunami. Trudno z nią walczyć – mówi Mohamed Amar, pracownik mauretańskiej Narodowej Agencji do spraw Wielkiego Zielonego Muru (Agence Nationale de la Grande Muraille Verte). Agencja, stanowiąca część ministerstwa środowiska, zajmuje się implementacją panafrykańskiego projektu Wielkiego Zielonego Muru. Amar przedstawia się jako inżynier środowiska, chwali się dyplomem Wydziału Nauk o Ziemi Uniwersytetu Naukowo-Technicznego Houari Boumédiène w Algierze.

Wieś N’Welki na południu Mauretanii jest już po części zasypana przez wydmy.

Patrzę na grzbiet leżącej przed domem ogromnej hałdy piasku. Jej pręgowana powierzchnia przypomina szlachetny sztruks. Lekki wiatr nieustanie przewiewa drobinki piasku w stronę domu. Z każdą minutą wydma nieuchronnie zbliża się do drzwi. A przecież kiedyś nie było jej tutaj. Mówią o tym ludzie, mówi o tym Mohamed, wyraźnie widać to także w krajobrazie osady, do której przyjechaliśmy wczoraj wieczorem. Domy we wsi N’Welki stoją na twardym, żwirowym podłożu, które dziś znajduje się miejscami kilka metrów pod piaskiem. Wydma wlała się tu, rozgościła między domami, zasypała podwórka i budynki. Część domów została już opuszczona przez dawnych właścicieli, a ruiny, kikuty murów, strzępy dachów wystają z piasku. Inni mieszkańcy jeszcze walczą.

Ruiny domów we wsi N’Welki.

Wychodzę na zewnątrz, idę na spacer po wsi. Widzę dzieci idące do przysypanej piaskiem szkoły, mężczyzn zmierzających do zasypanego meczetu, kobiety ciągnące przez połacie piasku baniaki z wodą. „Te żółte, dwudziestolitrowe pojemniki – myślę sobie – mogłyby być symbolem Afryki. Od Mauretanii po Kenię, wszędzie tam, gdzie dzień zaczyna się od wyczerpującej podróży po wodę”.

– To jest katastrofa klimatyczna w praktyce – wyjaśnia Mohamed Amar, siadając do parzenia herbaty. – W Europie jeszcze macie czas. Ale ci ludzie będą musieli opuścić swoje wioski. Pojadą do Nawakszutu, niektórzy będą szukać drogi do Europy.

Osada N’Welki leży jakieś trzy godziny drogi na południe od Nawakszutu, stolicy Mauretanii, przy głównej trasie prowadzącej w stronę Rusu, przejścia granicznego z Senegalem. Do granicy jest stąd może 40 kilometrów. Wydmowy teren mógłby sugerować, że N’Welki leży pośrodku Sahary. Nie, wieś znajduje się w pasie Sahelu, czyli w rejonie przejściowym między pustynią na północy a sawannami na południu.

Siatka chroniąca plantację drzew na wydmach.

„Sahel” to słowo o wielu znaczeniach. W sensie geograficznym pas Sahelu rozciąga się od Mauretanii, przez Mali, Niger, Czad, Sudan, aż po Erytreę. Mniejsze połacie Sahelu leżą też w północnych częściach Senegalu, Burkina Faso, Nigerii i Etiopii. Politycznie Sahel to pięć państw: Mauretania, Mali, Burkina Faso, Niger i Czad. Jeszcze inna jest definicja klimatyczna: to rejon położony między izohietami (liniami łączącymi punkty na mapie klimatycznej o takich samych wartościach opadów) 200 i 500 milimetrów. To też miejsce, w którym zachodzi proces głębokiego pustynnienia.

Progresja wydm we wsi N’Welki.

O to, czym jest to zjawisko, pytam Louise Baker, dyrektorkę zarządzającą Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zwalcza­nia Pustynnienia (United Nations Con­ven­tion to Combat Desertification, UNCCD).

Dostęp online

Czytaj i słuchaj bez ograniczeń.

Kup

UNCCD powstała w 1996 roku jako organizacja mająca na celu koordynację wysiłków w walce ze skutkami długotrwałych susz i dezertyfikacji (czyli pustynnienia). Siedziba organizacji znajduje się w niemieckim Bonn, a na jej czele stoi Ibrahim Thiaw, Mauretańczyk. UNCCD zajmuje się procesami pustynnienia na całym globie, nie tylko w Afryce. – Chodzi o proces degradacji ziemi – wyjaśnia Baker i dodaje, że to zjawisko naturalne, zachodziło zawsze, odkąd istnieje rolnictwo.

Pierwszym etapem dezertyfikacji jest wycinka drzew pod pola uprawne. Takie procesy zachodzą wszędzie, również w Europie, ale rejony z niewielką ilością opadów, jak Sahel, są szczególnie narażone.
~ Louise Baker

Baker tłumaczy, że tam dezertyfikacja ma znacznie bardziej dynamiczny przebieg i ogromne konsekwencje. To dlatego, że mamy na tych obszarach do czynienia z wielkoskalowym prymitywnym rolnictwem ekstensywnym, wymagającym dużych powierzchni ziemi. W Sahelu dezertyfikacja nie jest czymś abstrakcyjnym. Ludzie widzą ją i odczuwają na własnej skórze każdego dnia. Rolnik, który w zeszłym roku zebrał dwie tony prosa z hektara, w tym roku zbierze już tylko półtorej tony. Za pięć lat gleba będzie tak wyjałowiona, że ziemia nie da żadnych plonów, a on będzie się musiał przenieść na inne pole, migrować do miasta albo do Europy.

Według danych UNCCD od 1900 roku z powodu długotrwałych susz życie straciło ponad 10 milionów ludzi na całym świecie, większość z krajów Globalnego Południa. Susze nawiedzają Afrykę znacznie częściej niż inne kontynenty. Zanotowano tam ponad 300 takich zjawisk od 1900 roku. To 44 procent w skali całego świata. Od lat 70. susze w Afryce zdarzają się coraz częściej. Wielka susza trwająca od końca lat 60. do połowy 80. w całym pasie Sahelu pochłonęła życie blisko 100 tysięcy ludzi. Jej skutkiem, oprócz głodu, konfliktów zbrojnych, niepokojów społecznych, była migracja milionów ludzi do miast lub do innych krajów. W latach 2000–2019 skutki suszy dotknęły 1,4 miliarda ludzi na całym świecie. W tym czasie w Afryce zanotowano 134 susze, w tym bardzo poważne w latach 2010 i 2012. UNCCD szacuje, że 46 procent ziem w Afryce jest dotkniętych procesem degradacji, co zagraża dwóm trzecim populacji osób na tym kontynencie. Na pustynnienie najbardziej narażony jest Sahel.

– Jakie jest tempo dezertyfikacji? – pytam.

– To jedno z miejsc na świecie, gdzie bioróżnorodność zanika najszybciej. To z powodu braku metodycznego zarządzania ekosystemami, edukacji, wykształconych ludzi, którzy mogliby zarządzać zasobami środowiska w odpowiedzialny sposób. Proces dezertyfikacji jest sprzężony z innymi czynnikami, takimi jak zmiany klimatu, przyrost temperatury, zanik opadów i wzrost demograficzny. Możemy oszacować przyrost każdego z tych czynników, ale trudno oszacować tempo dezertyfikacji jako całościowego procesu. Poza tym to zjawisko stopniowe, postępujące. Sprzężenie wszystkich czynników tworzy błędne koło – przyrost populacji zwiększa presję na ziemię poprzez zwiększanie areału rolnictwa lub intensywności produkcji. To powoduje wycinanie kolejnych połaci drzew i jeszcze szybsze jałowienie gleby – więcej z niej wyciągamy, niż wkładamy. Tempo degradacji przyśpiesza rosnąca temperatura.

– Wyjałowiona gleba może się zregenerować? – dopytuję, próbując szukać nadziei.

– Tak, to proces naturalny. Ale można go także wspomóc – wyjaśnia Louise Baker. – Mamy opisanych i skatalogowanych około dwóch tysięcy rozwiązań, które można zastosować w walce z dezertyfikacją. Zatem technicznie dobrze wiemy, co należy robić. Wyzwaniem jest, by stosować odpowiednie rozwiązanie w odpowiednim miejscu i czasie. To kwestia wiedzy i doświadczenia oraz planowania i zarządzania. Tak czy inaczej, potrzeba na to czasu, którego nie ma, jeśli musisz nakarmić coraz więcej ludzi, a do dyspozycji masz coraz mniej pól.

Degradacja ziem w Sahelu powoduje spadek produkcji rolnej o blisko 3 procent każdego roku. Według UNCCD 65 procent ziemi nadającej się do upraw lub wypasania zwierząt już uległo degradacji. Tymczasem 79 procent ludności Sahelu żyje z prymitywnego rolnictwa bezpośrednio uzależnionego od regularnych opadów i żyznej ziemi.

Od lat 70. Sahel regularnie nawiedzają kolejne fale głodu dotykające dziesiątków milionów ludzi. Wzrost średniej temperatury jest 1,5 razy szybszy niż w skali całego świata, a przyrost ludności jest jednym z największych na świecie. Blisko 80 procent populacji żyje tu za mniej niż dwa dolary dziennie, co oznacza, że jest to jeden z najbiedniejszych rejonów Afryki i świata.

Exodus rolniczy

Targ w Nawakszucie.

Nawakszut, stolica Mauretanii, to nowe miasto. Jeszcze w latach 50. istniał tu jedynie niewielki garnizon francuskich wojsk kolonialnych. Miasto zaczęto projektować pod koniec tej dekady, a budować w 1960 roku, gdy Mauretania stała się niepodległym państwem. W zamierzeniu urbanistów miało liczyć 15 tysięcy mieszkańców. Plany szybko zweryfikowała natura Sahelu – tę liczbę Nawakszut osiągnął już w 1965 roku. Pięć lat później żyło tu 25 tysięcy osób. 

Targ w Nawakszucie.

Pierwsza fala masowej migracji dotarła do Nawakszutu pod koniec lat 70., gdy rejon ogarnęła wieloletnia susza. Zwierzęta padały, uprawy usychały, żyjący z pasterstwa i pierwotnego rolnictwa koczownicy ruszyli masowo do miasta. W 1977 roku Nawakszut liczyło już prawie 135 tysięcy mieszkańców. W ciągu następnych dziesięciu lat jego populacja się potroiła. Na początku XXI wieku w Nawakszucie żyło już 558 tysięcy osób, a około 2015 roku liczba ludności przekroczyła milion. W Mauretanii jest nawet termin opisujący to zjawisko: exodus rolniczy. Dziś Nawakszut liczy ponad 1,2 miliona mieszkańców, co stanowi jedną czwartą równie szybko rosnącej populacji całego kraju.
Na przedmieściach stolicy, wzdłuż ulic wjazdowych, powstały ogromne połacie dzielnic skrajnej nędzy. Mieszkańcy wielu z nich mają problem z dostępem do wody pitnej, Nawakszut leży bowiem pośrodku pustyni. Wodę do miasta dostarcza się wodociągiem z odległej o 200 kilometrów rzeki Senegal. Część biednych dzielnic leży poniżej poziomu pobliskiego oceanu. Gdy przychodzą ulewne deszcze, które zdarzają się tu coraz częściej, osiedla te toną w błocie.

 

Nawakszut zlokalizowany jest jakby przypadkowo. Blisko wybrzeża atlantyckiego, ale jednak odwrócony do niego plecami i zerkający w stronę pustyni. Centrum miasta leży 5 kilometrów od linii brzegowej. Ogromne, rozlane po płaskiej pustyni, wypełnione parterową lub dwupiętrową zabudową, nieprawdopodobną ilością śmieci i duszącym zapachem spalin starych, wysłużonych aut. Tylko kilka głównych ulic ma asfalt, nawet w centrum można spotkać drewniane czy kartonowe szałasy. Na przełomie wieków mniej więcej połowa ludności stolicy żyła w namiotach i szałasach. Z tego morza niskiej, chaotycznej zabudowy wyrastają w centrum dwa kolosy: ambasady amerykańska i francuska. Każda z nich zajmuje kwartał miasta i jest pilnie strzeżoną fortecą otoczoną wysokim murem, zwojami drutu kolczastego, betonowymi zaporami i wojskiem. To państwa w mieście ze swoimi parkami, boiskami, basenami, klubami, szkołami i pozostałą infrastrukturą.

Francja, USA i Chiny to najważniejsi odbiorcy bogactw tego kraju. Głównym towarem eksportowym jest ruda żelaza, oprócz niej miedź i złoto, a od 2006 roku także ropa naftowa. Mauretania nie ma jednak infrastruktury pozwalającej na przetwarzanie tych surowców i musi je eksportować w formie surowej. Bogactwem kraju jest również wybrzeże. Blisko 40 procent eksportu stanowią ryby, skorupiaki i mięczaki. O licencje na połowy na wodach terytorialnych Mauretanii biją się kraje Unii Europejskiej, Chiny i Turcja.

Mimo dużych zasobów naturalnych i niewielkiej populacji (około 4,6 miliona) kraj uzależniony jest od pomocy międzynarodowej. Produkt krajowy brutto na mieszkańca to jedynie 1309 dolarów, a większość ludności utrzymuje się z rolnictwa. Ponad 22 procent ludzi żyje poniżej poziomu ubóstwa, a 9,8 procent dzieci cierpi na niedożywienie (dane za watykańską organizacją Migrants & Refugees Section).

Djibi Sow w swoim mieszkaniu w Nawakszucie.

– Opuściłem moją miejscowość, Ouo­loum Néré, już wiele lat temu. Pochodzę z dużej rodziny, jak zapytasz w tamtych okolicach, każdy ją zna. Jestem stuprocentowym Mauretańczykiem – mówi dumnie Djibi Sow, lat trzydzieści osiem, parząc mocną saharyjską herbatę.
Poznaliśmy się przypadkiem poprzedniego dnia na plaży. Teraz siedzimy na podłodze w jego mieszkaniu w południowo-zachodniej dzielnicy biedy. Dziesięć, może dwanaście metrów kwadratowych, małe okno zasłonięte kolorową tkaniną, żółte ściany, łazienka na korytarzu, wspólna dla wszystkich lokatorów. Mały wiatrak mozolnie mieli duszne, popołudniowe powietrze. Ouoloum Néré leży około 400 kilometrów stąd na południowy wschód, w pobliżu granicy z Senegalem.

Jedna z dzielnic Nawakszutu, która leży poniżej poziomu Oceanu.

– Na wsi można się zajmować tylko rolnictwem – tłumaczy Djibi Sow. – Ale to często nie wystarcza, by przeżyć. Wszystko zależy od deszczu. Jak spadnie dużo, to jest co jeść. Jak nie spadnie, głodujesz. Jeśli nasze państwo posiada jakieś bogactwa – a posiada – to my, zwykli ludzie, nie mamy z tego żadnych korzyści.
– Jak wyglądała wasza wieś, gdy byłeś nastolatkiem? – pytam.
– Okolica się bardzo zmieniła przez lata. Gdy byłem dzieckiem, widok samochodu był rzadkością. Teraz jest ich pełno. Nie było prądu – teraz jest. Ale kiedyś były tam drzewa. A teraz ich nie ma. Kiedyś było dużo zwierząt i ptaków, były słonie, lwy. Teraz ich nie ma. Kiedyś pójść w nocy z Ouoloum Néré do Kajhajdi było niebezpiecznie, bo było pełno dzikich zwierząt. Dzisiaj możesz spokojnie przejść całą tę drogę, 20 kilometrów, i nie spotkać żadnego. Jedyne zwierzęta to kozy i wielbłądy. Wszędzie tylko kamienie i piasek. Jak jedziesz z Nawakszutu na południe, to wszędzie pustynia. Alak, Bughi, Bababi, Kajhajdi – wszędzie pustynia.
Djibi puszcza muzykę z magnetofonu, wyjaśnia, że to z jego rejonu, pieśń o wielkim marabucie (przywódcy duchowym, uzdrowicielu). Zza kotary wyjmuje pękaty stary plecak. Wyciąga z niego wszelkiego rodzaju drobną elektronikę: ładowarki, kabelki, baterie słoneczne, powerbanki, mnóstwo tanich chińskich plastikowych produktów, do tego szczoteczki do zębów, rolki papieru toaletowego, chusteczki.
– Kupuję to na rynku w centrum w dużych ilościach. Zawieszam sobie na szyi i na ramionach, i sprzedaję na plaży – śmieje się Djibi. – Zazwyczaj sprzedam dwa razy drożej, ale zależy, czasami trochę mniej, niekiedy więcej. Wychodzę na plażę codziennie, spędzam tam cały dzień.
Djibi Sow mówi, że miesięcznie udaje mu się zarobić około 5 tysięcy MRO, czyli mauretańskiej waluty ugija (około 130 euro). Jego niewielki pokój kosztuje 1200 MRO (32 euro) na miesiąc. Z zarobionych pieniędzy Djibi utrzymuje oprócz siebie żonę i dwójkę dzieci w Ouoloum Néré. Mówi, że czasami wyśle im 2 tysiące MRO (około 52 euro), czasami o połowę mniej. Rodzinę widuje raz na kilka miesięcy.
– Chciałbym mieszkać z nimi. Jakbym mógł godnie zarobić w mojej wsi, to bym się stamtąd nie ruszał.
Główna droga wjazdowa do Nawakszutu nazywa się Rue de l’Espoir – Droga Nadziei.

Pustynia u bram

Pustynna burza w Nigrze

Nie da się przeprowadzić fundamentalnej zmiany bez pewnego szaleństwa. Wtedy pochodzi ona z nonkonformizmu, z odwagi, by odejść od starych formuł, odwagi, by wymyślić przyszłość – to słowa byłego prezydenta Burkina Faso Thomasa Sankary wypowiedziane w 1985 roku. Sankara, wówczas trzydziestosześciolatek, był rewolucjonistą, wizjonerem, panafrykanistą i jednym z najwybitniejszych przywódców afrykańskich. Jako pierwszy dostrzegł zagrożenie, jakim jest postępująca degradacja ziem i dezertyfikacja. Już wtedy ostrzegał, że będzie to jedno z głównych wyzwań dla subsaharyjskiej Afryki. „Pustynia stoi u naszych bram” – zwykł mawiać.

W 1985 roku Sankara ogłosił wielki narodowy projekt – marzenie: mur dziesięciu milionów drzew, który miał odtworzyć utracone lasy, powstrzymać pustynnienie i degradację północnej części kraju oraz dać ludziom nadzieję. Walka z pustynią i konsekwentna reforestacja, czyli zadrzewianie kraju, stała się najważniejszym projektem administracji Sankary. Prezydent ogłosił też drastyczne ograniczenie wyrębu drzew i wypasu zwierząt gospodarskich, które powodują wylesianie. Ambitne plany lewicowego przywódcy przerwał jednak zamach wojskowy. 15 października 1987 roku Sankara został zamordowany, a władzę przejął jego zaufany kompan z czasów rewolucji, Blaise Compaore. Nowe władze wstrzymały wszystkie reformy i projekty Sankary. Choć nie ma na to bezpośrednich dowodów, mówi się, że Compaore zorganizował zamach we współpracy z Francją. Paryż do tej pory odmawia odtajnienia stosownych akt.

Dwadzieścia lat później do pomysłu Thomasa Sankary wrócili prezydenci Ni­gerii Olusẹgun Ọbasanjọ oraz Senegalu Abdoulaye Wade. Tym razem jednak projekt miał objąć cały pas Sahelu od Mauretanii po Dżibuti. W 2005 roku pomysł został zaprezentowany w Wagadugu, stolicy Burkina Faso, na posiedzeniu Wspólnoty Państw Sahelu i Sahary (Community of Sahel-Saharan States, CEN-SAD), a dwa lata później uzyskał akceptację na forum Unii Afrykańskiej. Jedenaście państw – Senegal, Mauretania, Mali, Burkina Faso, Niger, Nigeria, Czad, Sudan, Etiopia, Erytrea i Dżibuti – w czerwcu 2010 roku pod przewodnictwem Komisji Unii Afrykańskiej utworzyło Panafrykańską Agencję do spraw Wielkiego Zielonego Muru (Panafrican Agency of the Great Green Wall, PAGGW), której siedzibą jest dziś Nawakszut. Później dołączyło do niej dziesięć kolejnych państw spoza Sahelu. Partnerami gigantycznego przedsięwzięcia, oprócz Unii Afrykańskiej, są: Unia Europejska, Bank Światowy, odpowiednie agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych (w tym UNCCD i FAO, czyli Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), Fundusz na rzecz Globalnego Środowiska (GEF), Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) oraz niezliczona liczba mniejszych organizacji społecznych i firm prywatnych z różnych krajów. W 2012 roku uchwalono strategię regionalną, a w następnych latach w poszczególnych krajach powstały agencje krajowe odpowiedzialne za bezpośrednią implementację projektu.

Wstępna koncepcja była prosta i zakładała utworzenie do 2030 roku pasa zieleni szerokości 15 i długości niemal 8 tysięcy kilometrów, biegnącego od Dakaru po Dżibuti, oraz regenerację 100 milionów hektarów zdegradowanych ziem. Docelowo projekt miał stworzyć 10 milionów miejsc pracy i wchłonąć 250 milionów ton dwutlenku węgla z atmosfery [o dekarbonizacji atmosfery pisał w drugiej części Soczewki Pisma Ziemia Tomasz Ulanowski, „Pismo” nr 4/2022 – przyp. red.].
Na jakim etapie, po dziesięciu latach, jest ten projekt?

Wydmy schwytane w siatki

Stabilizacja wydm w jednej z wsi na południu Mauretanii.

Patrzę na starą francuską mapę Mauretanii. Sahel według niej zaczyna się na wysokości Nawakszutu i ciągnie prawie do rzeki Senegal, która wyznacza granicę kraju. Ale to nieaktualna mapa, drukowana na początku lat 90. Dziś rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Saharyjskie piaski uparcie prą na południe, zasypując to, co niegdyś było Sahelem. Ten wąski pas, zamieszkały przez blisko ćwierć miliarda ludzi, od lat 70. kurczy się, ulega postępującemu i przyspieszającemu pustynnieniu.
Wydma, która rozgościła się w opisanej wcześniej osadzie N’Welki, to ledwie forpoczta znacznie większej wydmy stojącej nieco dalej, za osadą. Gdy do wioski wleje się wydma matka, po N’Welki nie zostanie nawet ślad.

– Wydmy można jednak zatrzymać, spowolnić ich ruch nawet o 90 procent – zapewnia Mohamed Amar z Narodowej Agencji do spraw Zielonego Muru.
To tu Wielki Zielony Mur ma początek. Dalej biegnie nieco na północ, by po chwili znów skręcić na południe, kolejno poprzez wilajety (czyli regiony): At-Tarariza, Al-Barakina, Al-Asaba, Haud al-Gharbi i wzdłuż granicy z Senegalem w Haud asz-Szarki.
– W każdym kraju na trasie Wielkiego Zielonego Muru dezertyfikacja ma swoją specyfikę i do niej dopasowane są działania w ramach projektu – wyjaśnia Mohamed Amar. – W Mauretanii największym problemem są szybko przesuwające się wydmy. Wiatry wieją tu głównie z północnego wschodu i pchają masy piasku z Sahary w stronę terenów rolniczych położonych wzdłuż rzeki Senegal. Dezertyfikacja bezpośrednio zagraża rozwojowi państwa.
Widać to doskonale nawet na Google Maps. Ruch piasku jest tak silny, że w niektórych miejscach przesuwa linię brzegową. W kraju o powierzchni ponad jednego miliona kilometrów kwadratowych znakomita większość ludności żyje na ułamku jego powierzchni – w Nawakszucie, Nawazibu i w wąskim pasie wzdłuż rzeki Senegal. Ogromne połacie na północy i wschodzie kraju są zupełnie niezamieszkałe.

Mohamed Amar z mauretańskiej Narodowej Agencji do spraw Wielkiego Zielonego Muru.

Amar prowadzi mnie na dużą wydmę znajdującą się kawałek za wioską N’Welki. Jest zachód słońca, piasek przyjmuje obłędną czerwonordzawą barwę.
– To mieszkańcy zgłaszają się do agencji. Przyjeżdżamy do danej wioski i sprawdzamy, które wydmy stanowią zagrożenie. Wszystkie prace wykonują mieszkańcy pod nadzorem naszych ludzi.
Amar wyjaśnia proces stabilizacji wydmy. W teorii jest banalnie prosty. Najpierw powierzchnię wydmy dzieli się na kwadraty o boku 50 na 50 metrów i wzdłuż powstałych linii wykopuje płytkie rowy. W rowach tych osadza się sadzonki gęstych, suchych krzewów, tworząc coś w rodzaju żywopłotu o wysokości metra. To stabilizacja mechaniczna. Siatka gęstego żywopłotu zatrzymuje ruch piasku. Następny etap to stabilizacja biologiczna. Wewnątrz kwadratów siatki sadzi się drzewa.

– Sprowadzamy sadzonki, w wiosce zakładamy szkółkę drzew, którą zajmują się lokalne kobiety – tłumaczy Amar, oprowadzając mnie po wydmie. – Jest kilka gatunków, które można zastosować. To społeczność decyduje, które posadzimy, bo to oni będą potem czerpać z tego zyski. Zawsze jednak to gatunki rodzime, najbardziej popularna jest akacja senegalska. Sadzimy w lutym, a po trzech miesiącach, wraz z pierwszymi deszczami, przesadzamy sadzonki na wydmy. Czasami, jeśli deszcze nie nadchodzą lub są zbyt małe, musimy je podlewać. Te rośliny są odporne na suszę i mają głębokie korzenie. Gdy podrosną, skutecznie stabilizują wydmę. To one stworzą w Mauretanii Wielki Zielony Mur.

Wydmy otacza się ogrodzeniem, by roślin nie niszczyły zwierzęta pasterskie. W N’Welki Agencja zatrudnia trzydzieści osób, choć dla większości to praca tymczasowa. Niemniej każdy z pracowników zarabia 300 MRO (około 8 euro) dziennie, co daje przyzwoitą miesięczną pensję.
– By zatrzymać wydmę, potrzeba dwóch lat – mówi Amar. – Gdy wieś jest już bezpieczna, można rozwijać rolnictwo. By zatrzymać całe pasmo wydm na południu Mauretanii, potrzebujemy około dwudziestu, trzydziestu lat. Ze szczytu wydmy w oddali widać N’Welki. Jeśli wydmę uda się ustabilizować, mieszkańcy uratują swoje domy. To jednak zbyt mało, by zatrzymać exodus ludności wiejskiej. Dlatego w ramach Wielkiego Zielonego Muru realizowane są także projekty tworzące stałe miejsca pracy i generujące zysk dla lokalnych społeczności. Gros z nich to inicjatywy dla kobiet. Gdy mężczyźni wyjeżdżają do Nawakszutu w poszukiwaniu pracy, to one zostają z dziećmi na wsi. One muszą zadbać o wyżywienie rodziny, one chodzą długie kilometry po wodę i pracują w polu. Często jedynym źródłem utrzymania są pieniądze przysłane przez męża lub syna. Kiedyś, gdy zbiory były większe, kobiety mogły sprzedawać część plonów na lokalnych bazarach. Dziś, wskutek wyjałowienia gleb i degradacji ziemi, zbiorów ledwo wystarcza, by nakarmić rodzinę.

Wydmy pokryte siatką roślinności stabilizującej.

Z N’Welki ruszamy na wschód, mniej więcej wzdłuż Muru. W kilku miejscach, przy osadach i drogach, widzę tablice informacyjne z logotypem Wielkiego Zielonego Muru, ogrodzone i poszatkowane żywopłotami krzewów i drzew wydmy, plantacje. Akacja rośnie szybko. Po trzech latach jest już dorodnym drzewem. Ale i tak podróżujemy przez otchłań terenów półpustynnych i pustynnych. Spotykanym ludziom i pracownikom agencji, którzy ze mną jadą, zadaję to samo pytanie: Jak wyglądały te ziemie kilkadziesiąt lat temu? Wszyscy wspominają drzewa, dzikie zwierzęta i regularne deszcze, które pozwalały uprawiać ziemię. Pokonując bezdroża Mauretanii, jedziemy w kierunku jeziora Ar-Rakiz. Choć można je jeszcze zobaczyć na Google Maps, w rzeczywistości już nie istnieje, wyschło. Mimo że wody nie ma, zostały duże drzewa – widok niespotykany w tej okolicy. Gdzieniegdzie pojawia się jasnozielona trawa, z okien auta widzę nawet biegające małpy i guźce. Ale to jedynie niewielka oaza życia pośród pustynnego pejzażu. Już kilka kilometrów dalej krajobraz znów wypełniają monotonne otwarte przestrzenie spalone niemiłosiernym słońcem.

Restauracja w Alak na południu Mauretanii.

Dalej mijamy niewielkie miasto Alak. Pustynia. Tylko w rozległych zagłębieniach terenu, gdzie woda łatwiej się gromadzi, widać połacie niewysokich drzew. Czasami mijamy wraki aut i spuchnięte truchła zwierząt, które nie dotarły na czas do wodopoju. Miejscami droga znika pod falami piasku. Jakieś 400 kilometrów na wschód od N’Welki, niedaleko miasta Sankrafa, dojeżdżamy do wsi El Karama. Auto zatrzymuje się przed małym sklepikiem, na ścianie którego dostrzegam logo Wielkiego Zielonego Muru. Przed wejściem gromada kobiet w różnym wieku odpoczywa w cieniu prowizorycznej wiaty. Siadamy wraz z nimi, po chwili pojawia się herbata, a wraz z nią przestrzeń na rozmowę. We wsiach mało kto mówi po francusku. W Mauretanii języki narodowe to hassanija, ful, wolof.

– Prowadzimy ten sklep od roku – opowiada Tislime, jedna z kobiet. Polegam na tłumaczeniu Mohameda Amara. – Jest nas trzydzieści. Dobieramy się w pary i każda para prowadzi sklep przez trzy miesiące. Połowa zysków wraca jako kapitał sklepu. Kupujemy za nie towar, czasami też zwierzęta: kozy, kurczaki. Albo węgiel – kupujemy go w dużych paczkach, przesypujemy i sprzedajemy po pięć kilo. Drugą połową zysku dzielimy się po równo. Same decydujemy o tym, co sprzedajemy, co jest potrzebne. Wcześniej jedyne pieniądze, jakie były w rodzinie, to te przysyłane przez mężczyzn pracujących w Nawakszucie. Dziś jesteśmy bardziej niezależne, mamy swoje.

Mieszkanka wsi El Karama przy pracy w ogrodzie spółdzielczym.
Sadzonki drzew, które utworzą Wielki Zielony Mur.
Wieś El Karama.
Uprawą roślin w ogrodach spółdzielczych zajmują się głównie kobiety.

We wsi są też inne sklepy. Ale w tych spółdzielczych jest zawsze najtaniej. Budowę budynku oraz pierwsze zaopatrzenie opłaca agencja. Potem biznes przejmują kobiety, a cały dochód zostaje w rękach lokalnej społeczności. Sklepiki tego typu widuję w kilku wioskach. Zazwyczaj obok nich funkcjonują też kurniki oraz spółdzielcze farmy FACI (Ferme Agricole Communautaire Intégrée). Tam kobiety hodują warzywa, owoce, ale również sadzonki drzew, które zostaną później posadzone na wydmach lub w plantacjach. To gatunki, które oprócz tego, że stabilizują ruch wydm, zapewniają też źródło przychodu. Z akacji senegalskiej otrzymuje się gumę arabską, która ma szerokie zastosowanie w produkcji żywności, przemyśle farmaceutycznym, kosmetycznym i medycynie tradycyjnej. Jujuba mauretańska daje wysokoenergetyczne owoce, które mają działanie odświeżająco-pobudzające. Można je jeść na surowo, suszyć lub robić z nich konfitury. Stosuje się je również w medycynie tradycyjnej jako środek krwiotwórczy i regulujący ciśnienie.

Sprzedawczyni w jednym ze sklepików spółdzielczych na południu Mauretanii.

Kolibło egipskie, duże drzewo o drobnych listkach, daje soczyste i jadalne owoce o słodko-gorzkim smaku. Wytwarza się z nich przyprawy, olej, olejki eteryczne i barwniki do tkanin. Z łodyg drzewa robi się włókna, a wysokokaloryczne drewno jest świetnym materiałem opałowym. Widlica tebańska, wysoka palma, daje daktyle, z których wyrabia się ciasta, syropy, słodycze, a także pożywienie dla zwierząt hodowlanych. To tylko niektóre ze stosowanych gatunków. Koszty narzędzi, materiałów, nasion, budowy sklepu i pierwszego zaopatrzenia pokrywa agencja, pracę wkładają mieszkańcy.

– Nie podejmujemy żadnych działań bez uprzedniej konsultacji z lokalnymi społecznościami – zaznacza Amar. – Przyjeżdżamy, rozmawiamy, pytamy, co jest potrzebne. Jeśli ich potrzeby są zbieżne z celami agencji – działamy. To oni decydują, jakie gatunki drzew chcą sadzić, co uprawiać. By Wielki Zielony Mur miał sens, ludzie muszą czuć, że to jest ich, że należy do nich.

– Czy są ludzie, którzy wracają z Nawak­szutu do swoich wsi? – pytam.

– Raczej nie. Migrację da się powstrzymać, ale raczej trudno ją odwrócić. Ważne jest to, że z wiosek, które są bezpieczne, w których działają farmy spółdzielcze i plantacje, ludzie już nie wyjeżdżają.

Siedziba mauretańskiej Narodowej Agencji do spraw Wielkiego Zielonego Muru.

Mohamed Legraa objął stanowisko szefa Narodowej Agencji do spraw Zielonego Muru w styczniu 2021 roku. Z wykształcenia jest biologiem. Zawsze ubrany w elegancki błękitny garnitur, sprawia wrażenie nieustannie zabieganego, dynamicznego i nieśmiałego. Dziwi się, dlaczego akurat z nim chcę rozmawiać. Zaprasza do swojego biura, gdzie na ścianach wiszą szczegółowe mapy przebiegu Wielkiego Zielonego Muru w poszczególnych wilajetach.

– Mauretania ma swoją specyfikę. Trasa Muru liczy tu ponad 1100 kilometrów i biegnie przez bardzo suche rejony. To wymiernie utrudnia nam zadanie i zwiększa koszty realizacji. Wodę potrzebną do restauracji terenów zdegradowanych i sadzenia drzew często musimy dowozić cysternami. W Mauretanii projekt jest finansowany prawie w całości z budżetu państwa.

– Jaką część projektu udało się zrealizować w Mauretanii?

– Agencja krajowa została utworzona w 2015 roku, ale działania tak naprawdę zaczęły się dopiero pod koniec 2016 roku. Niestety, przez kilka lat projekt w zasadzie stał w miejscu. Od ostatnich wyborów prezydenckich w sierpniu 2019 roku nabrał tempa i jest priorytetem obecnej administracji. W ostatnim roku zrewitalizowaliśmy 1600 hektarów ziem, utworzyliśmy szesnaście farm spółdzielczych, w których pracuje łącznie 1891 kobiet. Istotne jest to, że obecnie działamy w każdym z sześciu wilajetów. Od przyszłego roku ruszamy z nowymi działaniami: będziemy zakładać ogrody wielofunkcyjne, wdrażamy nowe metody produkcji i generowania zysków w oparciu o to, co dają drzewa. Rusza też projekt edukacyjny dla dzieci. Mur to inicjatywa nieograniczona czasowo, ale mam takie marzenie, że gdy weźmiemy za dziesięć lat obraz satelitarny Mauretanii, to będzie już na nim widać coś, co ma ciągłość.

Mohamed Legraa, szef Narodowej Agencji do spraw Wielkiego Zielonego Muru.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że pan Legraa nie za bardzo chce ze mną rozmawiać. Na dwa poprzednie spotkania nie przyszedł, tłumacząc się obowiązkami. Teraz zerka nerwowo na zegarek, czasami odbiera telefon. Pytam o tempo dezertyfikacji w Mauretanii – odpowiada, że to trudno określić. Pytam, czy inwestycje generują już jakieś wymierne zyski – odpiera, że nie ma takich informacji. Pytam o koszty restauracji jednego hektara i roczny budżet projektu – Legraa nie potrafi odpowiedzieć, mówi tylko, że jest niewystarczający. Znów zerka na zegarek i daje do zrozumienia, że musi wychodzić.

Więcej dowiaduję się z danych UNCCD z początku 2020 roku. Do tego czasu ustabilizowano 2860 hektarów wydm, obsiano 350 hektarów ziem i ogrodzono kolejnych 550 hektarów plantacji drzew. Razem to nawet nie 0,05 procent terenu objętego projektem, o powierzchni 1,65 miliona hektarów.

Rozmawiając z pracownikami UNCCD i mauretańskiej agencji, pytam, który kraj na trasie Wielkiego Muru polecają zobaczyć. Wszyscy sugerują ten sam: Niger.

Nic już nie jest regularne

Podróż przez Niger wymaga eskorty wojskowej.

Sześciu ludzi z karabinami to już dobra obstawa – zapewnia mnie człowiek pracujący blisko prezydenta. – Leśnicy są nawet lepsi od żołnierzy, znają dobrze teren, a strzelać umieją tak samo.

Z Niamey, stolicy Nigru, wyjeżdżamy wcześnie rano. W centrum miasta dołącza do nas toyota hilux z uzbrojoną ochroną. Prawie całe terytorium kraju to na mapach bezpieczeństwa strefa czerwona – odradza się wszelkie podróże. Obcokrajowiec nie może wyjechać z Niamey bez zapewnienia odpowiednich środków bezpieczeństwa. Na posterunku wojskowym przy trasie wyjazdowej kontrola papierów, pozwoleń, potem salut i uśmiech. Auta z ministerialnym logo na drzwiach i ludzie w mundurach Eaux et Forêts robią wrażenie. Eaux et Forêts to straż ochrony przyrody ministerstwa środowiska. Coś w rodzaju naszych Lasów Państwowych czy straży parków narodowych. Z tym, że w Nigrze to formacja quasi-wojskowa i uzbrojona w karabiny automatyczne. Tu to właśnie pracownicy Eaux et Forêts zajmują się tworzeniem Wielkiego Zielonego Muru. (Biuro krajowej agencji znajduje się w niewielkim, zniszczonym, parterowym budynku przypominającym szopę. Dookoła chodzą kury, rosną bananowce. Tylko tablica informacyjna zdradza, że mieści się tu instytucja zarządzająca potężnym projektem).

W podróży towarzyszyło mi siedmiu uzbrojonych pracowników Eaux et Forêts.

Siedzący w moim aucie pułkownik Abubacar Gadagé jest dowódcą i przewodnikiem. Nie mam do niego ani zaufania, ani sympatii. Nie mam też wyjścia. Wyjeżdżając z miasta, Gadagé wyjaśnia najważniejsze zasady: auto opuszczasz tylko za moją zgodą, nikomu nie mówisz, w jakim kierunku jedziemy. RN1 to główna droga w Nigrze, łącząca Niamey z Dosso, a dalej z Maradi, Zinderem i Diffą na wschodzie kraju. RN1 to również miejsce częstych napadów i porwań.

Niamey kończy się rozległymi dzielnicami nędzy, pogrążonymi w kłębach dymu palonego plastiku. Zresztą centrum miasta nie wygląda dużo lepiej. Jest pełne niskich, parterowych lub dwukondygnacyjnych budynków, szop, wiat, szałasów z kartonu, blachy falistej i błotnej cegły, z których wystają tylko nieliczne hotele, ministerstwa, ambasady i rządowe rezydencje otoczone wysokimi murami i zwojami drutu żyletkowego. Największe wrażenie w Niamey robi jednak nieprawdopodobna ilość śmieci. Na ulicach, w rynsztokach, na plaży, w rzece i okolicznych zaroślach, wszędzie leżą ich hałdy. W niektórych miejscach plastikowe odpady stanowią wręcz zbitą warstwę geologiczną, spod której nie wystaje już ziemia.
Niamey jest miastem starszym niż Nawakszut. W 1960 roku, gdy Niger otrzymał z rąk Francji niepodległość, miasto liczyło już ponad 57 tysięcy mieszkańców. W latach 70. i 80. przeżyło dynamiczny rozwój za sprawą wysokich cen uranu. Złoża w Arlit na północy kraju sprawiają, że Niger jest szóstym na świecie producentem tego surowca. Dziś Niamey liczy blisko półtora miliona mieszkańców.

Ulice Niamey.
Most Kennedy’ego na rzece Niger w centrum Niamey.
Widok na Niger z tarasu Grand Hotelu w Niamey.
Brzeg rzeki Niger w centrum miasta.

Kilka kilometrów za Niamey nagle krajobraz staje się czysty, niemal dziewiczy. O ludzkiej obecności przypomina tylko asfaltowa droga i absurdalne tory kolejowe łączące stolicę z Dosso. Linię kolejową zbudowano w styczniu 2016 roku, ale od marca 2017 nie jeździ po niej żaden pociąg, a tory pokrywają wydmy. Za oknem bezkresne połacie płaskiego terenu porośnięte gdzieniegdzie karłowatymi krzakami i małymi drzewami.
– Pięćdziesiąt lat temu tu wszędzie były drzewa – mówi pułkownik Gadagé, przekrzykując ryk silnika starego auta. – Wycięto je pod pola i pastwiska. Drewno to też jedyny budulec i materiał opałowy dla 80 procent ludności wiejskiej. Widzisz, jak zniszczona jest ta ziemia?
– Istnieje w Nigrze kawałek Sahelu niezniszczony przez ludzi?
– W zasadzie nie. Może parki narodowe i rezerwaty – mówi pułkownik.

Ostatnie wolno żyjące żyrafy w pasie Sahelu.

Taki jak ten, który mijamy w Kouré, 60 kilometrów za Niamey. Gdy teren się obniża i wody gruntowe są łatwiej dostępne, pojawiają się niewielkie fragmenty lasu. Kouré to rezerwat, w którym żyje jedno z ostatnich stad żyraf w Afryce Zachodniej. Przetrwało dzięki temu, że nie wycięto drzew. W sierpniu 2020 roku o rezerwacie było głośno w mediach europejskich: sprawcy, jak się mniema, związani z Państwem Islamskim, zastrzelili tam sześciu pracowników organizacji humanitarnych z Francji i dwóch pracowników parku.

Najsłynniejszy park narodowy w Nigrze o tajemniczej nazwie „W”, położony na granicy z Beninem i Burkina Faso, od kilku miesięcy jest opanowany przez terrorystów. W lutym 2022 roku zamordowano tam dziewięciu strażników parkowych, miesiąc później pięciu żołnierzy.

– Zniszczyli całą naszą pracę, pozwolili wypasać zwierzęta na chronionych terenach – ubolewa pułkownik Gadagé. – Teraz nie możemy tam nawet wjeżdżać.

Z jedenastu państw, przez które biegnie Wielki Zielony Mur, większość ogarnięta jest konfliktami. Na północy Etiopii od listopada 2020 roku trwa wojna między siłami rządowymi a władzami regionu Tigraj. W Sudanie po zamachu stanu w październiku 2021 roku sytuacja jest wyjątkowo niestabilna, trwa stan wyjątkowy, a protesty przeciwników rządu są krwawo tłumione. Czad zmaga się z rebelią ugrupowania Front dla Zmiany i Zgody oraz terrorystami z Boko Haram. Skrajnie ekstremistyczne ugrupowanie od dwudziestu lat zajmuje tereny na pograniczu Czadu, Nigru, Nigerii i Kamerunu. Zasłynęło brutalnymi zamachami oraz porwaniami. W kwietniu 2021 roku w Czadzie w walkach zginął prezydent Idriss Déby, do tej pory nie odbyły się nowe wybory. Nigeria, najbogatszy kraj grupy, jest jednocześnie najbardziej niebezpieczna. Północ od lat opanowana jest przez Boko Haram, w dwunastu stanach obowiązuje prawo szariatu, a do krwawych zamachów dochodzi regularnie w całym kraju. Mali ogarnięte jest wojną od 2012 roku, która trzy lata później rozlała się także na Burkina Faso. W tym ostatnim kraju dochodzi do częstych zamachów terrorystycznych (w jednym z nich w zeszłym roku zginęło ponad osiemdziesiąt osób), a w styczniu 2022 roku doszło tam do zamachu stanu. Na tym tle stosunkowo stabilne pozostają tylko Dżibuti, Erytrea, Senegal i Mauretania.

Oprócz Boko Haram w rejonie Sahelu działają także dżihadyści z Al-Kaidy Islamskiego Maghrebu, ISIS, Ansar ad-Din, Ruchu na rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej. Dodatkowo w poprzek Sahelu biegną szlaki przerzutowe kokainy z portów w Gwinei, Beninie i Nigerii, przez Saharę do Maroka, Algierii, Tunezji oraz Libii i dalej do Europy. Są też inne, naturalne źródła tutejszych konfliktów: postępująca degradacja ziem, susze, zmniejszające się zasoby, wysychające rzeki i jeziora.

Niger od dawna zmaga się z rebelią Boko Haram na wschodzie kraju, a w ostatnich latach jest też coraz częściej infiltrowany przez grupy terrorystyczne z Mali, Nigerii i Burkina Faso. Od 2013 roku w Nigrze obecny jest kontyngent wojsk USA, na początku 2022 roku przeniesiono tu z Mali część wojsk francuskich. W ten sposób Niger stał się najważniejszym sojusznikiem Zachodu w Sahelu. Niemniej tylko w 2021 roku w atakach terrorystycznych w tym państwie zginęło 611 osób, a 114 zostało rannych.

Pustynna burza w Nigrze.

Przy każdej osadzie, wsi, mieścinie mijamy tablice informacyjne, niczym reklamy hoteli wzdłuż zakopianki. Na nich logotypy przeróżnych organizacji pomocowych, budżety, nazwy programów i beneficjentów. Wsparcie rolnictwa, pasterstwa, edukacja, sadzenie drzew, aktywizacja ludności, generowanie zysków i wiele innych. Wszędzie, gdzie pojawiają się osady ludzkie, nawet małe, teren w promieniu setek metrów pokryty jest warstwą śmieci. Foliówki powiewają na drzewach i krzakach, sterty odpadów gonione wiatrem gromadzą się pod każdym murem i ogrodzeniem. Krajobraz z plastiku, krajobraz z koszmaru.

W każdej wiosce wokół nas od razu zbierają się ludzie. Niektórzy tylko patrzą, inni próbują coś sprzedać, jeszcze inni wyciągają ręce. Gdy zatrzymujemy się na posiłek (ze względów bezpieczeństwa zazwyczaj za miastem), prawie zawsze skądś pojawiają się dzieci. Gdy odjeżdżamy, przeczesują miejsce w poszukiwaniu resztek jedzenia i puszek po napojach.

Program Narodów Zjednoczonych do spraw Rozwoju (UNDP) prowadzi statystykę o nazwie Human Development Index (HDI). To sumaryczna miara średnich osiągnięć kraju w najważniejszych dla rozwoju człowieka obszarach: długość życia, dostęp do edukacji i produkt krajowy brutto. Mali i Czad znajdują się w końcówce światowego rankingu. Na ostatnim miejscu jest Niger.

Inaczej niż w Mauretanii, aż 83,5 procent populacji Nigru mieszka na wsi i zajmuje się rolnictwem (dane na podstawie watykańskiej Migrants & Refugees Section). Od Niamey wszędzie wzdłuż drogi towarzyszą nam pola uprawne. W Nigrze, jak i w całym Sahelu, podstawowym zbożem jest proso i sorgo. Jest czerwiec, ziemia została już obsiana, teraz rolnicy czekają na deszcz. Widząc te niekończące się pola, można by pomyśleć, że Niger jest rolniczą potęgą. Ale to pierwotne rolnictwo ekstensywne o bardzo niewielkiej wydajności.

Przypomina mi się fragment książki Głód Martína Caparrósa [przeł. Marta Szafrańska-Brandt]:

W cesarstwie rzymskim z hektara ziemi pozyskiwano 300 kilogramów zboża, a jeden rolnik mógł obrobić średnio 3 hektary. Każdy rolnik produkował blisko tonę ziarna. W średniowiecznej Europie pozyskiwano z hektara 600 kilogramów zboża, a każdy rolnik mógł obrobić przeciętnie 4 hektary; produkował 2,5 tony zboża. W osiemnastowiecznej Anglii z każdego hektara uzyskiwano tonę zboża, a każdy rolnik mógł obrobić średnio 5 hektarów; produkował 5 ton. W Stanach Zjednoczonych w połowie XX wieku z każdego hektara uzyskiwano 2 tony zboża, a każdy rolnik mógł obrobić średnio 25 hektarów; produkował 50 ton. W Stanach Zjednoczonych na początku XXI wieku hektar ziemi nawożonej i nawadnianej daje 10 ton zboża, a każdy rolnik może obrobić średnio 200 hektarów; produkuje zatem 2 tysiące ton. W Sahelu na początku XXI wieku z hektara pozyskuje się 700 kilogramów zboża, a każdy rolnik obrabia przeciętnie hektar ziemi, produkując 700 kilogramów. Nieco mniej niż chłop w cesarstwie rzymskim przed dwoma tysiącami lat, dwa tysiące razy mniej niż współczesny farmer amerykański. W niewielu dziedzinach nierówność jest tak widoczna, tak krzycząca, jak w rolnictwie – podstawowym zajęciu ludzi, zapewniającym im pożywienie.

W okolicy Dogondoutchi, w miejscu, gdzie Niger jest najwęższy, wjeżdżamy w rejon, który jest szlakiem przerzutowym dla grup terrorystycznych operujących między Mali a Nigerią. Zjeżdżamy z głównej drogi, jedziemy przez bezdroża porośnięte młodymi drzewami. Progresja wydm to główny problem w Mauretanii i Sudanie. W Nigrze dotyczy on jedynie wschodniej części kraju. W pozostałych rejonach wyzwaniem jest degradacja ziemi spowodowana wycinką drzew, rolnictwem i wypasem zwierząt. Znaleziono na to bardzo prosty i tani sposób. Zamiast sadzić nowe drzewa, chroni się te istniejące. Natura regeneruje się sama, wystarczy jej nie przeszkadzać.

Kilkadziesiąt lat temu rejon Sahelu porastały drzewa, dziś w większości je wycięto.

Nie od razu było to takie oczywiste. Po suszach i głodzie lat 70. i 80. stało się jasne, że reforestacja jest najwyższym priorytetem. Przez lata prowadzono ją w konwencjonalny sposób: hodowano sadzonki egzotycznych i rodzimych drzew, a następnie przesadzano je w docelowe miejsce. Ta metoda okazała się jednak bardzo kosztowna i nieskuteczna. Burze piaskowe, szarańcza, zwierzęta hodowlane i brak opieki ludzi sprawiały, że większość zasadzonych młodych drzew o płytkich korzeniach umierała. Błąd odkryto w połowie lat 80. w rejonie Maradi. Drzewa sadzono na ziemi, która choć nie była już porośnięta drzewami, to zawierała bogaty i żywy system korzenny oraz pnie rodzimej roślinności. Z reguły jednak traktowano je jako chwasty, wycinano i wypalano, by zrobić miejsce nowym drzewom i uprawom. Tymczasem każdy pień może wypuścić od dziesięciu do trzydziestu łodyg. Wystarczy o nie dbać, by szybko zalesić ogromne połacie terenu. Do 2004 roku technikę RNA (régénération naturelle assistée) stosowano już na pięciu milionach hektarów nigerskiej ziemi. Jest banalna: spośród łodyg wybiera się te najsilniejsze, resztę się ścina, by zmaksymalizować wzrost. Te, które zostaną, chroni się przed zwierzętami hodowlanymi, a ścięte zużywa na opał. RNA ma same zalety. Drzewa użyźniają glebę, chronią ją przed erozją, wiatrem, nadmiernym upałem i parowaniem. Są odporne, bo mają potężny system korzeni. Obecność naturalnej roślinności zwiększa różnorodność biologiczną, retencję wody opadowej. Pola, na których rosną drzewa, produkują więcej zboża.

Tablica informująca o projekcie RNA w gminie Kiéché.

Gmina Kiéché wita nas tablicą z logo Banku Światowego. Stajemy pośrodku pola, żołnierze z obstawy zajmują pozycje w odległości kilkudziesięciu metrów od aut i obserwują teren, trzymając w rękach kałasznikowy.

– Przekonujemy rolników, że drzewa im się po prostu opłacają – mówi pułkownik Gadagé. – Organizujemy spotkania, najpierw z szefami wiosek, potem z mieszkańcami. Dzieci dostają drzewa, którymi opiekują się przez wszystkie lata szkoły. Świadomość rośnie. RNA przekonuje ludzi, bo to jest coś, co robią sami i szybko widzą efekty. W tej gminie już 60 procent pól jest objętych RNA. Państwo nagradza najlepsze gminy, gminy nagradzają najlepsze wioski. Zysk jest podwójny: zbiory rolne wzrastają kilkakrotnie, a drzewa dają owoce, które również są źródłem dochodu. Z tych na przykład produkuje się karmę dla zwierząt, a z łodyg robi się włókna. Ludzie tutaj już wiedzą, że jeśli nie będzie drzew, to nie będą mieli co jeść.

W Kiéché program RNA wprowadzono w 2019 roku. Niektóre drzewa mają już dwa, trzy metry wysokości. Drzewa sadzone tradycyjną metodą w tym samym czasie, jeśli w ogóle przetrwały, dorastają do około metra. Władze nigeryjskie zdecydowały, że Mur zostanie w ich kraju rozszerzony i obejmie pas o szerokości ponad 400 kilometrów. Razem to niemal 40 procent powierzchni kraju i aż 228 z 263 gmin. Mimo fatalnej sytuacji ekonomicznej Niger jest krajem, w którym Wielki Zielony Mur rośnie najszybciej – właśnie dzięki RNA. Od 1975 roku święto niepodległości Nigru – 3 sierpnia – jest również narodowym dniem drzew.

Coraz więcej rolników zaczyna rozumieć znaczenie drzew dla całego ekosystemu.

Nie oznacza to, że w Nigrze nie ma zwykłych plantacji drzew. Jest ich dużo. Odpowiednio nadzorowane sadzenie drzew również może przynieść dobre rezultaty. Drzewa, które mijamy od kilkuset kilometrów, to efekt metody RNA lub właśnie plantacje. Czasami dwie metody reforestacji stosuje się w tym samym rejonie, bo dobrze się uzupełniają. W wielu miejscach pasy zieleni są gęste i ciągną się przez wiele hektarów, tworząc coś, co w warunkach Sahelu można faktycznie nazwać lasem.

Plantacja drzew koło miasta Birni N’Konni.

Następnego dnia zatrzymujemy się na niewysokim wzniesieniu niedaleko miejscowości Illéla. W promieniach wschodzącego słońca ziemia ma tutaj kolor czerwonawy i cała pokryta jest ciemnymi kamieniami. Poniżej jednak po horyzont rozciąga się las. Pułkownik oprowadza mnie po zaroślach, które w rzeczywistości są plantacjami. Cieszy się z zielonych liści, zapachu kwitnących drzew, odgłosu owadów i ptaków.

– 1785 hektarów – mówi dumnie pułkownik Gadagé. – Dwadzieścia lat temu była tu taka sama pustynia jak tam, gdzie zatrzymaliśmy auta. Las należy do sześciu wsi. Mieszkańcy wypasają tu zwierzęta, czerpią stąd też część żywności dla siebie, a z drewna produkują towary, które sprzedają w miastach. W tym roku posadzimy kolejne 150 hektarów. Ludzie, zarówno ci za granicą, jak i w kraju, myślą, że trwonimy pieniądze. Trzeba przyjechać w teren i zobaczyć na własne oczy.

Krajobraz zmienia się z każdym kilometrem, niewiele dalej robi się znów suchy, pozbawiony życia. Charakterystyczne karłowate krzaki z grubymi liśćmi zwiastują pustynię. Pojawiają się pierwsze wydmy, a na nich siatki krzewów stabilizujące piasek, jakie widziałem w Mauretanii.

– W Sahelu nic już nie jest regularne jak kiedyś – mówi pułkownik. – Niektóre rejony otrzymują stosunkowo dużą ilość opadów, ale tu, gdzie jesteśmy, nie pada prawie wcale.

Pracownik Agencji ds. Wielkiego Zielonego Muru pokazuje plantację drzew.

Sahel dostaje coraz mniej deszczu. Według map, które znajduję na stronie Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, miasto Agadez w latach 60. otrzymywało blisko 200 milimetrów opadów rocznie. Podobnie Nawakszut. Niamey i pas wzdłuż granicy z Nigerią nawet 600 milimetrów rocznie. W ciągu sześćdziesięciu lat linie opadów przesunęły się o 200 kilometrów na południe. Będąc w Niamey, rozmawiam z Katiellou Gaptią Lawanem, dyrektorem instytutu meteorologii.

– Do lat 70. roczna suma opadów była stała i nigdy nie niższa niż średnia z poprzednich lat – wyjaśnia Lawan, pokazując na ekranie laptopa wykresy opadów. – Wszystko zmieniło się po wielkiej suszy z 1984 roku, a od lat 90. obserwujemy już bardzo duże wahania średnich opadów. Ale roczna suma opadów nie jest największym kłopotem. Jest nim rozłożenie opadów w ciągu pory deszczowej. To regularność opadów jest istotna dla rolnictwa. Liczba dni z opadami maleje, co oznacza, że gdy deszcze przychodzą, są bardzo gwałtowne. Pora deszczowa jest też coraz krótsza, deszcze następują coraz później. Tradycyjne rodzaje upraw nie są w stanie wyrosnąć w skracającej się porze deszczowej.

Susze to także, paradoksalnie, powodzie. Wysuszona i pozbawiona roślinności gleba nie może absorbować wody z coraz bardziej nagłych i ulewnych opadów. Od kilku lat każdego roku w Nigrze powodzie niszczą tysiące domów, szkół i połacie pól uprawnych. Skutkami powodzi dotkniętych jest corocznie od stu do dwustu tysięcy ludzi, a kilkadziesiąt osób traci życie.

– Rzeka Niger jest zasypywana przez piaski, jej koryto staje się płytsze – tłumaczy Lawan. – Nie jest w stanie pomieścić ilości wody, którą przynoszą ulewne deszcze. W 2019 roku stan wody w Nigrze osiągnął rekordowy poziom 636 centymetrów. Rok później rekordowy poziom wyniósł aż 700 centymetrów.

Katiellou Gaptia Lawan, dyrektor instytutu meteorologii w Niamey.

Wielki Zielony Mur to także retencja wody. Nawet niewielką ilość opadów można skutecznie wykorzystać pod warunkiem, że uda się ją zatrzymać w miejscu, w którym spadła. W krajobrazie można to uzyskać, stosując bardzo proste metody, które spowalniają jej bieg. Wokół sadzonych drzew kopie się rowy w kształcie półksiężyców. Gromadzą one wodę dookoła sadzonki, a także przypadkowe nasiona innych gatunków, wzbogacając różnorodność biologiczną. 

W rejonie południowym, na granicy z Nigerią, między Birni N’Konni a Maradi, retencja wody to sprawa wręcz niezbędna. Teren jest nachylony w stronę południa, wody opadowe nie wsiąkają w glebę, tylko spływają do Nigerii. Do tego gleba to białe piaski, znacznie gorsze dla rolnictwa niż te czerwone. W rejonach, gdzie teren jest pofalowany, zbocza wzgórz pokryte są tarasami zatrzymującymi wodę. Pola poprzecinane są niskimi kamiennymi murkami, które hamują spływ wody, a jednocześnie chronią glebę przed wiatrem. Na dnie łagodnej doliny Ader wzdłuż samej granicy z Nigerią widzę tamę łapiącą wodę z sezonowej rzeki. Niger to jedyna stała rzeka w kraju o tej samej nazwie, na dodatek płynie tylko przez niewielką, południowo-zachodnią jego część. Półksiężyce, murki, tarasy obserwuję prawie wszędzie na naszej trasie.

– Średnie temperatury roczne zaczęły rosnąć w latach 90. – mówi Lawan. – Już w 2011 roku obserwowaliśmy wzrost średniej temperatury o 1 stopień. Obecnie osiemdziesiąt siedem dni w roku ma temperaturę wyższą niż średnia

Temperatura wzrasta w pasie Sahelu półtora razy szybciej niż średnia dla całego świata. Według analiz Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu (Potsdam Institute for Climate Impact Research), którego dane są podstawą raportów ONZ, do 2080 roku średnia temperatura w Sahelu wzrośnie o 2,5 stopnia. To jednak przy założeniu, że dojdzie do globalnego ograniczenia emisji dwutlenku węgla zgodnie z porozumieniem paryskim z 2015 roku (tak zwanego scenariusza RCP2.6). Po siedmiu latach wiadomo już, że założenia z Paryża są nierealne. W mniej optymistycznym, a niestety bardziej prawdopodobnym scenariuszu RCP6.0 średnia temperatura w Sahelu wzrośnie nawet o 4,3 stopnia. W Nigrze liczba dni z temperaturą przekraczającą 35 stopni wzrośnie do 339 w roku.

Dramatyczne zmiany pogody w Afryce mają źródło najprawdopodobniej w rejonie Oceanu Spokojnego, gdzie coraz częściej występują spowodowane ocieplaniem się klimatu ekstremalne przypadki anomalii pogodowych. El Niño, czyli ponadprzeciętnie wysoka temperatura powierzchni wody w strefie równikowej oceanu, oraz La Niña, czyli odwrotność, temperatura ponadprzeciętnie niska. Obydwie anomalie wpływają na zmiany klimatyczne w rejonach odległych o tysiące kilometrów. Ich konsekwencją są coraz bardziej skrajne zjawiska pogodowe: susze w rejonach, w których dotychczas nie występowały, obfite deszcze i powodzie w obszarach suchych. W społecznościach opartych na pierwotnym rolnictwie oznacza to zniszczone zbiory i widmo głodu.


– Kraje Sahelu w niewielkim stopniu przyczyniły się do globalnego ocieplenia, a jako pierwsze muszą radzić sobie z jego skutkami.
~ Katiellou Gaptia Lawan

W głosie Lawana słychać wzburzenie. – Mam poczucie ogromnej niesprawiedliwości, że tak trudno zmusić kraje rozwinięte, by ograniczyły emisje. Ludzie nie są wystarczająco ludzcy, by osiągnąć porozumienie w najważniejszej obecnie kwestii. Nie mam złudzeń, że średnie temperatury w Sahelu wzrosną o 2–3 stopnie do 2050 roku, a o 4–5 stopni do końca wieku. Wtedy Sahel może stać się niemożliwy do zamieszkania.

To jest największe zagrożenie dla Wielkiego Zielonego Muru. Reforestacja i regeneracja ziemi może być niewystarczająca, by wygrać z tempem zmian klimatu. I demografią.

Ludzie na targu w Agie.

Populacja Nigru wynosi obecnie 24,5 miliona ludzi, ale tempo jej wzrostu jest ponad trzykrotnie wyższe niż średnia światowa. Do 2050 roku liczba ludności osiągnie 70 milionów. Blisko połowa Nigerczyków ma poniżej piętnastu lat, a kolejne 20 procent między piętnaście a dwadzieścia pięć lat. Niger jest krajem o najwyższym współczynniku dzietności na świecie: przeciętna nigerska kobieta rodzi w ciągu swojego życia siedmioro dzieci. Ponad jedna czwarta nie dożyje czwartych urodzin. Według danych Biura Narodów Zjednoczonych do spraw Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) prawie połowa Nigerczyków cierpi na chroniczne niedożywienie, a aż 13 procent – na ostre niedożywienie i potrzebuje bezpośredniej pomocy humanitarnej. Niger jest też największym punktem tranzytowym dla migrantów z całej Afryki. To stąd prowadzą szlaki migracyjne do Libii i Algierii. Tylko między 2016 a 2019 rokiem przez Niger przewinęło się ponad milion migrantów.


Najgęściej zaludnionym terytorium kraju jest Maradi. Bliskość granicy z Nigerią sprawia, że Maradi to ekonomiczne centrum. Sytuację demograficzną państwa pogarsza konflikt w Nigerii. Tylko w ostatnich miesiącach do Nigru uciekło 23 tysiące Nigeryjczyków. Co więcej, kryzys w Nigerii i na granicy z Beninem zaburzył sezonową migrację hodowców i ich stad, która funkcjonowała na pograniczu tych dwóch krajów i jest typowa dla całego Sahelu. Podczas pory deszczowej hodowcy wędrowali na północ w rejon Agadezu, w porze suchej wracali na południe, do Nigerii. Teraz hodowcy zostają po północnej stronie granicy, co doprowadziło do zaostrzenia się sporów o ziemię między nimi a lokalnymi rolnikami.

Zmiany klimatyczne prowadzą do zaostrzenia konfliktów między hodowcami bydła a rolnikami.

Spory potęguje zmniejszająca się ilość opadów na północy. Zwyczajowo hodowcy sprowadzali swoje stada na południe pod koniec grudnia, gdy już kończyły się żniwa. Ale w ostatnich latach źródła wody dla zwierząt i pastwiska wysychają wcześniej, zmuszając stada do wędrówki na południe, gdy tam jeszcze trwają zbiory zbóż. Cierpią na tym również fauna i flora, bo zwierzęta hodowlane często szukają schronienia i pożywienia w rezerwatach i parkach narodowych, wypierając te dzikie.

Między 1960 a 2020 rokiem populacja sześciu krajów zachodniego Sahelu (Mauretania, Senegal, Mali, Burkina Faso, Niger, Czad i północna część Nigerii) wzrosła pięciokrotnie, osiągając poziom blisko 103 milionów osób. Do 2045 roku ta liczba ma się podwoić (dane za Atlantic Council).

Wieś Dan Saga na północ od miasta Aguié. Od Niamey przejechaliśmy już prawie 800 kilometrów. Na powitanie wychodzi nam cała starszyzna wioski. Po chwili kurtuazyjnej wymiany pytań i pozdrowień grupa mężczyzn prowadzi nas do lokalnego banku nasion. W niewielkim budynku na półkach stoją dziesiątki słoików.

– Tu na przykład mamy nasiona wszystkich gatunków leśnych – oprowadza mnie pułkownik Gadagé. – Niektóre są na skraju wyginięcia, inne już zniknęły w pewnych rejonach. Te półki to nasiona rolnicze: proso, sorgo, sezam, orzeszki arachidowe, groszek. Każdego po kilka gatunków o różnych cyklach rozwoju. Niektóre są odporne na nieregularne opady, inne dają maksymalne zbiory. W banku możesz również zasięgnąć rady, co posadzić na swoim polu, a potem zamawiasz nasiona z magazynu. W Sahelu zasada jest prosta: nie zasiejesz, nie zjesz, umrzesz.

Pułkownik Abubacar Gadagé w banku nasion we wsi Dan Saga.

Podobnie jak w Mauretanii, w Nigrze duża część projektów w ramach Wielkiego Zielonego Muru skierowana jest dla kobiet. Maradi to miejsce, gdzie metoda odnawiania lasu RNA przyniosła ogromne sukcesy. Na polach rosną drzewa, które zapewniają dodatkowe źródło zysku. Wróciły pszczoły, więc można produkować miód. Popularnym drzewem jest moringa olejodajna. Jej korzeni używa się w medycynie tradycyjnej jako leku przeciwzapalnego i bakteriobójczego. Owoce, pędy i liście wykorzystywane są w kuchni, a z nasion wyrabia się wysokiej jakości olej stosowany w celach spożywczych, a także do wyrobu mydła. Z kolei liście baobabu są bogatym źródłem wapnia i przygotowuje się z nich posiłki. Suszone zaś wykorzystuje się w medycynie. Młode sadzonki i korzenie młodych baobabów je się podobnie jak szparagi. Owoce tamaryndowca można jeść surowe lub suszone, liści zaś używa się jak sałaty. W Nigrze sadzi się kilkadziesiąt różnych gatunków drzew, wśród nich także te same co w Mauretanii, z których można otrzymywać tak zwane niedrzewne produkty leśne, czyli orzechy, owoce, liście, kwiaty, korę, gumę, olej czy żywicę.

Guma arabska i orzechy kolibła egipskiego.

W Dan Saga działa kooperatywa kobiet wytwarzających olej z orzechów kolibła egipskiego. Członkinie kooperatywy witają mnie, siedząc na ziemi, ubrane w bajecznie kolorowe chusty.

– Same orzechy są jadalne, ale bardzo gorzkie – wyjaśnia w imieniu kobiet pułkownik Gadagé, gdy próbuję zjeść jeden z nich. – Dlatego najpierw się je praży jak kawę, a potem wyciska olej. Z miazgi, która zostaje, robi się mydło i karmę dla zwierząt hodowlanych. Litr tego oleju w Niamey kosztuje 5 tysięcy franków zachodnioafrykańskich (7,6 euro), czyli dwukrotnie więcej niż olej z orzechów arachidowych

Członkini kooperatywy we wsi Dan Saga.

Od trzech lat jednak zbiory zboża i produktów lasu są na bardzo niskim poziomie. Wieś Dan Saga jest na granicy głodu, mimo że z sukcesem wprowadzono tu RNA. Problem jest prozaiczny, ale niezwykle trudny do rozwiązania: szarańcza. Stada szarańczy pustynnej wylęgają się w południowej Algierii i Libii, a potem wraz z wiatrem migrują na południe. W Nigrze pojawiają się wraz z pierwszymi opadami. Rój może pokonać ponad 100 kilometrów dziennie, mieć kilka kilometrów długości i składać się z miliardów owadów, z których każdy zjada dziennie mniej więcej tyle, ile sam waży, niszcząc uprawy na powierzchni milionów hektarów.

Tymczasem oglądamy maszyny do wyciskania oleju, stojące pod prowizoryczną szopą. Mam nieodparte wrażenie, że długo nie były używane, że aktywizacja ekonomiczna kobiet, o której tak wiele słyszę zarówno tu, jak i w Mauretanii, to w dużej mierze fikcja. Pytam, czy kobiety faktycznie mogą się utrzymać z tej produkcji.

– W rzeczywistości nie bardzo – odpowiada szczerze pułkownik. – Owszem, produkują od czasu do czasu. Ale często brakuje im środków choćby na zakup benzyny do generatora, a prądu we wsi nie ma. Prasa do oleju się zepsuła, nie ma pieniędzy, by ją naprawić. Jeśli drzewa zje szarańcza, kupno orzechów na targu już się nie opłaca.

– W zeszłym miesiącu – włącza się nagle do rozmowy jeden z lokalnych mężczyzn – sprzedały wszystko, co było wyprodukowane.

– I gdzie są pieniądze? – pytam.

– Ja je mam – odpowiada, zupełnie nieświadomy tego, jakiej informacji mi właśnie udzielił.

Polowanie na szarańczę.

Obszerny raport Environmental rehabilitation and the vulnerability of the poor: The case of the Great Green Wall (Regeneracja środowiska naturalnego a zagrożenia dla osób ubogich – studium przypadku Wielkiego Zielonego Muru) z 2021 roku zwracał uwagę na to, że najbardziej narażona grupa społeczna, czyli kobiety i młodzież, nie zawsze jest tą, która czerpie korzyści z projektów. W Niamey umawiam się na spotkanie z Zabeirou Balkissą, czterdziestotrzyletnią kobietą, która wraz z mężem założyła Instytut Rolnictwa, Hodowli i Środowiska. Balkissa z wykształcenia jest agronomką. Instytut jest jej prywatną inicjatywą, finansowaną w głównej mierze z jej własnych środków. Jednym z jego celów jest edukacja i pomoc kobietom na wsiach.

Zabeirou Balkissa założyła wraz z mężem Instytut Rolnictwa, Hodowli i Środowiska.

– W miastach kobiety mają dostęp do edukacji, mogą pójść na studia, zdobyć pracę i być niezależne, tak jak ja – opowiada Balkissa. – Ale we wsiach już dwunastoletnie dziewczynki wydawane są za mąż. Nie mają szans na żadną edukację, wiele z nich nie pójdzie nawet do szkoły podstawowej, tym bardziej do koledżu. Kobiety we wsiach całe życie poświęcają dzieciom i mężowi. Dzień zaczyna się od wędrówki po wodę i drewno na opał. Teraz jest i tak lepiej, bo w wielu wsiach są studnie. Potem praca w polu, domu, zagrodzie, przygotowanie posiłków, czasami jakiś drobny handel. Kobiety pracują nawet przez osiemnaście godzin dziennie. Ich życie definiuje tradycja i religia, są zależne od mężczyzn w każdej sferze życia.

– Co zatem robią mężczyźni?

– W czasie pory deszczowej pracują w polu, owszem – odpowiada Balkissa. – Ale gdy kończą się zbiory, nie mają już żadnego zajęcia. Wielu wyjeżdża do miasta. W ostatnich latach do miast migrują sezonowo także kobiety z dziećmi. Zajmują się sprzątaniem lub żebractwem.

Niewielka część dziewczynek ze wsi ma szansę zdobyć wykształcenie.

W niektórych rejonach Sahelu, w tym w południowym Nigrze i Mauretanii, nadal istnieje stary zwyczaj nazywany leblouh. Cechą pożądaną u kobiety jest otyłość. Uważa się, że otyłość ułatwia wyjście za mąż, sprzyja płodności, a otyła żona świadczy o zamożności męża. Leblouh polega na tym, że już w wieku sześciu, siedmiu lat dziewczynki są przymusowo karmione litrami mleka, kuskusem, olejem z orzeszków ziemnych, a często czystym tłuszczem zwierzęcym, by przybierały na wadze. We wszystkich krajach Sahelu praktykuje się również okaleczanie żeńskich narządów płciowych, mimo prawnych zakazów i penalizacji. W Mali (tu okaleczanie jest nadal legalne), Sudanie czy Erytrei proceder ten przechodzi ponad 80 procent kobiet. Niewiele mniej – 69 procent – w Mauretanii. Tylko w Nigrze i Senegalu jest to zwyczaj marginalny.

Kobiety w porcie w Nawakszucie.

– Kobiety mogą posiadać ziemię? – kontynuuję rozmowę.

– To zależy od rejonu i grupy etnicznej – mówi Balkissa. – W większości przypadków kobieta nie ma możliwości posiadania ziemi, nawet nie może jej dziedziczyć. Ziemia należy do mężczyzn, choć to kobiety na niej pracują. Kobieta nie może też być szefem wioski. Zdarzają się kobiety, które są wójtami gmin, ale to bardzo rzadkie sytuacje. W miastach jest inaczej. Mamy kilka kobiet w randze ministra, a w parlamencie jest zawsze minimum 25 procent kobiet [w wyborach obowiązuje mechanizm kwotowy – przyp. red.]. Formują się też pierwsze organizacje kobiece, które mówią o swoich oczekiwaniach i prawach. To już bardzo duża zmiana.

Na koniec pytam Balkissę, co sądzi o projekcie Wielkiego Zielonego Muru.

– Często rozmawiam z kobietami we wsiach. – Słyszę to samo: potrze­­bujemy źródeł utrzymania, które dadzą nam choć trochę niezależności. Abyśmy nie musiały zawsze prosić mężczyzn. Wielki Zielony Mur to genialny projekt, pod warunkiem że kobiety zostaną do niego naprawdę włączone – odpowiada aktywistka.

Kobiety na wsiach mają być głównymi beneficjentkami projektu Wielkiego Zielonego Muru.
Nadciągająca burza w okolicy Doutchi.

Sahel najpiękniej wygląda podczas burzy. Gdy wracamy do Niamey, od strony Nigerii nadciąga wał ciemnych chmur. Na chwilę przed burzą wyostrzają się wszystkie barwy, ziemia przyjmuje pomarańczowoczerwony odcień. Ciszę nagle przerywa huk porywistego wiatru. Najpierw horyzont robi się niewyraźny, pogrążony w kłębach pyłu. Znikają kształty, linie krajobrazu, kontury drzew, giną szczegóły, a pejzaż zmienia się w rozmazane, dynamiczne plamy. Drobny piasek wchodzi we wszelkie szczeliny, sypie się do oczu, czuję go między zębami. Wiatr podrywa śmieci, przygniata do ziemi drzewa i kobiety niosące na głowie chrust na opał. Smugi piasku zasypują drogę. Słońce przygasa, w końcu zupełnie znika pochłonięte przez pustynne mroki. Po chwili wszystko tonie w rdzawym błocie, leje tak, że musimy zatrzymać auto, bo nic nie widać. Ulewny deszcz trwa przez następnych kilka godzin. Pola wypełniają się wodą, wiatr łamie drzewa. Właśnie takich burz tutaj wcześniej nie było.

Jeszcze w 1970 roku lasy stanowiły 14 milionów hektarów powierzchni Nigru. Dziś tylko 5 milionów. W rejonie Maïné-Soroa i Goudoumaria na dalekim wschodzie powierzchnie zasypane przez piaski w 1975 roku stanowiły jedynie 70 hektarów. W 2005 roku były to już 342 tysiące hektarów. Według danych, jakie otrzymałem z Dyrekcji Zrównoważonej Gospodarki Lasami i Gruntami (Direction de Gestion Durable des Terres et des Forets) ministerstwa środowiska w Niamey, każdego roku w Nigrze odrestaurowuje się 130 tysięcy hektarów zdegradowanych ziem. Dużo? To nieco mniej niż trzykrotność powierzchni całej Warszawy. Czterokrotność powierzchni Krakowa lub Łodzi. W tym samym czasie degradacji ulega 200 tysięcy hektarów. Nawet najbardziej zaawansowany kraj Wielkiego Zielonego Muru nadal przegrywa walkę z pustynnieniem.

Sahel-Bonn

Według opublikowanego w 2020 roku raportu UNCCD The Great Green Wall Implementation Status and Way Ahead to 2030 (Stan realizacji projektu Wielkiego Zielonego Muru i plany do 2030 roku) w latach 2007–2019 w skali całego pasa Sahelu w ramach Wielkiego Zielonego Muru ze 100 milionów hektarów, które są celem do 2030 roku, odrestaurowano jedynie jakieś 4 miliony. W krajach Sahelu działają też inne projekty o podobnych celach, z których największe to AAD (Action Against Desertification), BRIDGES (Boosting Restoration, Income, Development, Gene­rating Ecosystem Services), SAWAP (Sahel and West Africa Program), FLEUVE (Front Local Environnemental pour une Union Verte). Rejon i charakter interwencji często pokrywa się lub styka z trasą Wielkiego Zielonego Muru.

Dzięki tym inicjatywom łączna odrestaurowana powierzchnia wzrasta do 17,8 miliona hektarów. Niemniej realizacja projektu przebiega znacznie wolniej, niż zakładano. Najlepiej prace idą w Etiopii i Nigrze, najwolniej w Mauretanii. W niektórych krajach, jak w Sudanie, realizacja projektu jest notorycznie przerywana. Według raportu UNCCD od 2007 roku działania w ramach Muru wygenerowały ponad 335 tysięcy miejsc pracy i zyski rzędu 89,9 miliona dolarów. Co ciekawe, aż 90 procent tej kwoty w samym Nigrze. Pozytywny ekonomiczny wpływ projektu potwierdzają badania opublikowane w listopadzie 2021 roku w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Nature”. Według nich każdy dolar zainwestowany w Wielki Zielony Mur przynosi średnio 1,2 dolara zysku (A. Mirzabaev, M. Sacande, F. Motlagh i inni, Economic efficiency and targeting of the African Great Green Wall).

 Abakar Zougoulou, dyrektor do spraw technicznych i naukowych w biurze Panafrykańskiej Agencji do spraw Wielkiego Zielonego Muru (PAGGW).

Biuro Panafrykańskiej Agencji do spraw Wielkiego Zielonego Muru (PAGGW) mieści się w niepozornym budynku w centrum Nawakszutu. W holu wisi wielki baner z mapą Afryki i zaznaczonym przebiegiem Muru. Spotykam się tam z Abakarem Zougoulou, dyrektorem do spraw technicznych i naukowych. Dręczy mnie jedno podstawowe pytanie: Czy taki projekt można w ogóle zrealizować w rejonie nieustannie targanym wojnami, regionalnymi konfliktami, zamachami stanu i nieprzeciętną korupcją?

– Absolutnie tak – odpowiada bez wahania pochodzący z Czadu Abakar Zougoulou. – Dlaczego? Bo to konieczność. Większość krajów regionu jest pogrążona w różnych konfliktach, których wspólnym źródłem jest niski poziom rozwoju. To rozwój zapewnia bezpieczeństwo, a bezpieczeństwo – dalszy rozwój. Ludzie żyjący w nędzy łatwo dają się werbować do grup zbrojnych, bo nie mają innej wizji przyszłości. W Czadzie mamy takie powiedzenie: martwa koza już nie boi się noża.

 Ludzie Sahelu dziś są gotowi na wszystko, bo są zdesperowani i pozbawieni nadziei.

Wyjściem z tej sytuacji jest zapewnienie pewnego minimum, podstawy godnej egzystencji, tak by ludzie mogli być dumni z tego, że są u siebie, dumni, że mają pracę, że sami wytwarzają swój przychód. Niezależnie zatem od warunków Wielki Zielony Mur po prostu musi powstać i, wbrew pozorom, nawet w krajach ogarniętych konfliktami jest realizowany, choć oczywiście wolniej.

Przez dekadę od inicjacji projektu koncepcja Wielkiego Zielonego Muru ewoluowała. Twórcy wyciągnęli wnioski z podobnych projektów reforestacji realizowanych w mniejszej skali w Algierii i Chinach.

– Od Dakaru po Dżibuti mamy te same wyzwania: dezertyfikacja, degradacja ziem, adaptacja do zmian klimatu, niski rozwój społeczno-ekonomiczny – wyjaśnia Zougoulou. – Dlatego Mur dzisiaj to projekt wielosektorowy, ekosystemiczny i inkluzywny. W całym Sahelu mamy do zregenerowania 232 miliony hektarów ziemi. Najwięcej w Czadzie, Sudanie, Nigrze, Mali.

– Co jest największym wyzwaniem?

– Chaos w systemie finansowania – wskazuje Zougoulou. – Logika wskazywałaby, że PAGGW jest ciałem koordynującym projekt, nadzorującym realizację i – w porozumieniu z krajami – mobilizującym środki. W rzeczywistości tak nie jest. Finansowanie Muru odbywa się na wielu poziomach. Jedno źródło to środki z budżetu danego państwa. Tak projekt finansowany jest na przykład w Mauretanii, Senegalu, Nigerii i Czadzie. Drugi sposób to umowy bilateralne donatorów z poszczególnymi krajami.

Tak finansują projekt Burkina Faso, Mali, Niger, Sudan, Etiopia. W przypadku Nigru środki zewnętrzne dziesięciokrotnie przewyższają krajowe, w Burkina Faso – dwudziestokrotnie, w Sudanie zaś stanowią całe finansowanie. Umowy dwustronne omijają w zupełności PAGGW. W ten sposób dotują projekt nawet jego najwięksi partnerzy – Unia Europejska i Bank Światowy. Z ich punktu widzenia taki system jest bardziej przejrzysty i daje im większą kontrolę nad tym, co dokładnie finansują ich środki. Z punktu widzenia PAGGW jest odwrotnie.

– PAGGW nie ma możliwości monitorowania takiego finansowania – ubolewa Zougoulou. – De facto nie wiemy, ile pieniędzy wydano na poszczególne działania, nie wiemy też, ile z zadeklarowanych przez partnerów pieniędzy faktycznie zostało przekazane i wydane.

Wielki Zielony Mur ma zapewnić podstawy godnej egzystencji mieszkańcom Sahelu.

By osiągnąć cel założony na 2030 rok, co dziś wydaje się zupełnie niewykonalne, każdego roku należałoby odrestaurować 8,2 miliona hektarów, na co potrzeba od 36 do 43 miliardów dolarów. Choć w raporcie UNCCD nadal mówi się o 100 milionach do 2030 roku, PAGGW zrewidowała te założenia i obecnie mówi jedynie o 25 milionach hektarów, co wydaje się zamierzeniem realnym, ale nadal niełatwym. Na zorganizowanym w styczniu 2021 roku w Paryżu szczycie One Planet Summit, konferencji poświęconej ochronie klimatu, zadeklarowane międzynarodowe wsparcie na najbliższe pięć lat wyniosło 19 miliardów dolarów.

– Z tej kwoty trzy czwarte to pożyczki – wyjaśnia Zougoulou. – Nie wszystkie kraje chcą brać na siebie zobowiązania, stąd powolny przepływ pieniędzy. Dwa lata temu pojawił się pomysł stworzenia jednego funduszu powierniczego, ale do dziś nie został zrealizowany.

Louise Baker z UNCCD:

– Nie możemy przecież po prostu przelać 19 miliardów dolarów na konto PAGGW. Agencja to mała instytucja, zatrudnia raptem kilka osób. Nie mają zasobów, by koordynować projekty z różnych dziedzin: rolnictwa, środowiska, dostępu do energii, infrastruktury i tym podobnych. System współpracy bezpośredniej z ministerstwami w poszczególnych krajach jest jedynym wyjściem. W ten sposób, znając lokalne uwarunkowania, można zainicjować projekty, które będą miały znaczenie dla miejscowej ludności. Ale to zajmuje oczywiście dużo czasu.

Mieszkaniec wsi Nadara w rejonie Illela.

Wspomniany raport UNCCD z 2020 roku zwraca uwagę również na inne problemy, z których na pierwszym miejscu wyszczególniony jest brak realnego wsparcia dla polityki środowiskowej w najwyższych kręgach władzy państw regionu. To przekłada się na brak odpowiedniego prawodawstwa i sprawnych instytucji, które wspierałyby projekt. Brakuje środków z krajowych budżetów oraz wykształconych specjalistów. W działaniach poszczególnych sektorów gospodarki krajów Sahelu nie są uwzględniane praktyki zarządzania środowiskowego, co prowadzi do konfliktu interesów wewnątrz państw. Brakuje też koordynacji, wymiany i przepływu informacji na poziomie regionalnym, krajowym oraz pomiędzy strukturami krajowymi a PAGGW. Fatalnie oceniane są również monitoring i dokumentacja projektu. Raport zwraca uwagę na potrzebę większego zaangażowania lokalnych społeczności oraz konieczność wytworzenia poczucia wspólnotowej wartości projektu.

– Problemy pojawiają się po obu stronach – dodaje Louise Baker. – Często partnerzy międzynarodowi deklarują wsparcie, ale nigdy nie dostarczają środków. Z zadeklarowanych kwot w rzeczywistości niewiele wydano na realizację. Partnerzy nie zawsze są w stanie znaleźć projekty, które spełniają kryteria Wielkiego Muru. Z drugiej strony w wielu krajach projekty nie są skoordynowane z krajowymi planami i strategiami rozwoju, wtedy finansowanie nie jest możliwe. Koordynacji brakuje na wszystkich poziomach. Nie jest to jednak wynikiem braku woli. Tej jest dużo ze wszystkich stron. Wyobraźmy sobie, że w Europie chcemy zrealizować tak skomplikowany, wielowymiarowy projekt – sięgałby od Lizbony po Astanę [stolicę Kazachstanu, obecnie Nur-Sułtan – przyp. red]. Też nie byłoby to łatwe. A wymagamy tego od najbiedniejszych krajów świata, które dysponują znacznie mniejszymi zasobami finansowymi i ludzkimi.

Na szczycie One Planet Summit, oprócz podjęcia decyzji o wsparciu finansowym, powołano także do życia nową organizację mającą usprawnić implementację projektu – Great Green Wall Accelerator. To instytucja UNCCD, która w zamierzeniu ma usprawnić koordynację działań zaangażowanych w projekt.

– Naszym zadaniem jest wsparcie PAGGW – wyjaśnia Sarah Toumi z UNCCD. – Identyfikujemy potrzeby i zapewniamy asystę techniczną, komunikacyjną, czasami finansową. Pracujemy też z organizacjami społecznymi i sektorem prywatnym, pomagamy im działać z PAGGW. W praktyce jednak Accelerator to niewielki sekretariat w Bonn, w którym pracuje kilka osób.

W raportach UNCCD i kilku innych organizacji znajdziemy mnóstwo szczegółowych informacji. Niestety, często dane są sprzeczne, nieprecyzyjne, stare lub nie wiadomo dokładnie, czego dotyczą. Różne relacje słyszę też od pracowników agencji. Stąd bardzo trudno ocenić realny stan zaawansowania projektu. Niewiele informacji znajdziemy na oficjalnej stronie greatgreenwall.org, a jeszcze mniej na jej wersji francuskiej: grandemurailleverte.org. Wciąż odnoszę wrażenie, że jednym z głównych kłopotów projektu jest niewystarczająca komunikacja i marketing. O przedsięwzięciu, w które zaangażowany jest cały świat i które potencjalnie może pomóc setkom milionów ludzi, a Europę uratować od gigantycznej fali migracji, przeczytać można jedynie w serwisach francuskich i w specjalistycznych tytułach takich jak „Nature”. Co gorsza, mało kto słyszał o nim w Mauretanii i Nigrze.

Na ulicach Nawakszutu i Niamey pytałem ludzi, czy znają projekt Wielkiego Zielonego Muru. Rozmawiałem z taksówkarzami, ludźmi w sklepach, barach, także z osobami z wyższym wykształceniem, młodymi i starszymi. O projekcie słyszały pojedyncze osoby, ale nie spotkałem nikogo, kto wiedziałby cokolwiek więcej. W Nawakszucie poszedłem do jednej ze szkół średnich. Nastolatki pytały mnie, czy Wielki Zielony Mur to program w telewizji, czy coś do jedzenia. Spytałem, czy w szkole są jakiekolwiek zajęcia poruszające temat ekologii. Nie ma. Z pobliskiej budowy wybiegł wtedy nieco starszy chłopak i powiedział, że owszem, słyszał. Że to o drzewach, co mają zatrzymać Saharę.

Rybacy z portu w Nawakszucie.

Dlaczego o gigantycznym i potencjalnie niezwykle istotnym społecznie projekcie za miliardy dolarów nikt nie wie? W Nawakszucie umawiam się na kawę z lokalnym dziennikarzem Mohamedem Eką.

– Co media piszą o Wielkim Zielonym Murze? – pytam.

– Nic – odpowiada. – Media nie są zainteresowane sprawami środowiska. Poza tym brakuje dziennikarzy zajmujących się tym tematem, którzy mieliby odpowiednią wiedzę i mogli napisać dogłębne raporty. Jeśli kwestia w ogóle się pojawia, to często jest mylona z Ceinture Vert wokół Nawakszutu.

Ceinture Vert to pas drzew szerokości kilometra okalający miasto od północy i od wschodu, tworzony od 1975 roku. Miał powstrzymać burze piaskowe. Podobne pasy istnieją wokół wielu miast Sahelu. Niestety, wraz z kolejnymi falami migracji Ceinture Vert został w większości zabudowany slumsami, a zdesperowani ludzie ścinają drzewa na opał i konstrukcję szałasów.

– Ty przyjechałeś z Polski, by pisać o Wielkim Zielonym Murze – kontynuuje Eka. – Zapewniam cię, że tutaj nie powstał o tym jeszcze żaden materiał. Jesteśmy w Trzecim Świecie. Biurokracja jest ogromna. Dziennikarzy nadal uważa się za zło konieczne, za tych, co krytykują, węszą i sprawiają problemy. Co więcej, władze nie traktują dziennikarzy poważnie.

– Jaki jest główny dziennik w Mauretanii? – dopytuję.

– Drukowanych już nie ma – mówi z żalem Eka. – Tylko internetowe. W ogóle dziennikarstwo jest bardzo mało rozwinięte. Co gorsza, w zasadzie nie ma mediów działających w językach narodowych. A na prowincji mało kto mówi po francusku. Działań komunikacyjnych nie podejmuje również sama agencja.

Zarówno w siedzibie agencji narodowej, jak i tej panafrykańskiej nie byłem w stanie dostać żadnych materiałów informacyjnych. Żadnego folderu, mapy, nawet broszury czy ulotki.

– Myślisz, że ludzie mają świadomość zmian klimatycznych? W końcu tutaj dotykają was bezpośrednio.

– Nie sądzę – odpowiada Eka. – Poziom świadomości społecznej, zwłaszcza w sprawach środowiska, jest bardzo niski. I to zarówno w społeczeństwie, jak i u władz. Mauretania jest jednym z państw fundatorów projektu, do tego to u nas ma siedzibę agencja panafrykańska. Można by się spodziewać, że nasz kraj powinien być najbardziej zaangażowany i czerpać z tego największe korzyści. Ale tak się nie dzieje. Wśród uczestniczących w projekcie instytucji i ludzi brakuje chyba dogłębnej świadomości, jak istotny jest to projekt. Między rządowymi agendami a społeczeństwem, zwłaszcza w rejonach wiejskich, istnieje przepaść.

Na koniec pytam o skalę problemu korupcji w Mauretanii. Mohamed Eka podnosi do ust szklankę herbaty, uśmiecha się i posyła w moją stronę wiele mówiące spojrzenie. Rozumiem. W Mauretanii i w Nigrze z korupcją stykam się na każdym kroku. Jest ona czymś codziennym, normalnym, zwyczajowym. I oczywiście nie dotyczy tylko tych dwóch państw regionu. Transparency International każdego roku publikuje raport na temat korupcji na świecie. Jej poziom określa wskaźnik CPI (Corruption Perceptions Index, indeks percepcji korupcji) w skali od 0 (highly corrupt) do 100 (very clean). Większość państw Sahelu należy do bardzo skorumpowanych (CPI w okolicach 20–30). Pozytywnymi wyjątkami są jedynie Senegal i Burkina Faso.

W Nawakszucie żyje jedna czwarta ludności kraju.

Zarówno w Mauretanii, jak i w Nigrze wyrobienie niezbędnego pozwolenia dziennikarskiego z odpowiedniego ministerstwa zajmuje mi blisko cztery miesiące. By je uzyskać, muszę opisać projekt, wysłać swoje CV oraz informacje o redakcji. Na miejscu mimo to chodzę od gabinetu do gabinetu, przemierzam ciemne korytarze departamentów i ministerstw, w dusznych gabinetach zawalonych stertami papierów spotykam kolejnych pułkowników i dyrektorów. Kolekcjonuję pozwolenia, uściski dłoni, deklaracje aprobaty. Wszędzie jestem miło witany, ale mam poczucie, że sprawiam kłopot.

W podróży przez Niger.

Pieniądze za trzydniową podróż na południe Mauretanii (wynajem auta rządowego z logo ministerstwa środowiska, kierowca, dwóch pracowników agencji) nie trafiły do budżetu agencji. Znalazły się w kieszeni jej dwóch pracowników. Podobnie w Nigrze. Budżet pięciodniowej podróży był wręcz absurdalnie zawyżony. Kwoty za „utrzymanie auta” i „paliwo” czy „wynajem aut” były prawie dwukrotnie wyższe od rzeczywistych. W excelowej tabelce pojawiła się nawet suma za „opłaty drogowe”, choć tych w Nigrze nie ma. Mimo wynegocjowanego z trudem i spisanego na rządowym papierze budżetu podróży „opiekujący” się mną pułkownik codziennie wysuwał nowe roszczenia i żądania. „Prezenty” i „dowody wdzięczności” chętnie przyjmowali pracownicy agencji zarówno w Niamey, jak i w terenie. Wiem również, że pułkownik część budżetu wyjazdu (w tym ćwierć wynagrodzenia dla żołnierzy ochrony) zgarnął do własnej kieszeni. W obydwu krajach agencje zajmujące się Wielkim Zielonym Murem są częścią ministerstwa środowiska, a ja byłem w oficjalnej, potwierdzonej przez to ministerstwo podróży. Jak w takich warunkach można zrealizować projekt za miliardy dolarów?

Ziemia obiecana nie wszystkim

Dzieci z nigerskiej wioski Nadara.

Jak widzisz przyszłość projektu i Sahelu? – pytam Louise Baker z UNCCD.
– O Sahelu zawsze mówi się jak o końcu świata – odpowiada. – Głód, wojna, upał, kurz, terroryzm, migracja. Ta negatywna percepcja odnosi się także do ludzi tam żyjących. Tak o nich myślimy i oni tak myślą o sobie. A jeśli tak myślisz o sobie i o miejscu, w którym żyjesz, nie masz ochoty o nie walczyć. Sahel nie musi być końcem świata, Sahel ma potencjał. Dlaczego myśląc o Sahelu, nie mówimy: wspaniała kultura, muzyka, piękna przyroda? Timbuktu i Dżenne [starożytne miasta w Mali, słynące z budowli z suszonej cegły, oba wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO – przyp. red.]. Malijski kolektyw Tinariwen [występował między innymi na słynnym festiwalu w Roskilde, a w 2010 roku na Open’erze – przyp. red.] i wielu innych świetnych muzyków pochodzi z Sahelu. Sahel ma wspaniałe parki narodowe z unikalną przyrodą. To niesamowicie bogaty region, z fantastyczną kulturą, historią, rzemiosłem. Ludzie tam żyjący zasługują na inną perspektywę niż tylko przetrwanie.

!!

– Czy Wielki Zielony Mur wystarczy, by ją dać?
– Nie – mówi Baker. – Ale jest koniecznym impulsem do zmian ekonomicznych i społecznych. Tak, by ludzie mogli nie tylko przetrwać, ale także się rozwijać. Do tego potrzebne są inwestycje w infrastrukturę, które dadzą poczucie perspektywy. Potrzebna jest wizja rozwoju tych rejonów, czego w większości przypadków brakuje. Mogę coś wyhodować, mogę to przechowywać, bo mamy prąd, mogę to dowieźć do miasta, bo jest droga. Będę mieć pieniądze, nie tylko by nakarmić dzieci, ale także by zapewnić im jakąś przyszłość. Tego wszyscy chcą, prawda? Sahel potrzebuje nowej narracji. Stworzenie pozytywnej wizji przyszłości to proces powolny i wymagający zaangażowania mieszkańców. Wierzę jednak, że Sahel może być regionem możliwości. Zawsze będą ludzie, w Afryce także, których będą przyciągać światła wielkiego miasta. I nie ma w tym nic złego, pod jednym warunkiem – że jest to wybór, a nie konieczność. Mur daje im ten wybór.

Młodzi mieszkańcy Niamey.

Sahel może być regionem możliwości. Widzę to wyraźnie w Nigrze, choć na razie odnosi się to raczej do Europejczyków. Ku mojemu zaskoczeniu w Niamey spotykam wielu ekspatów, którzy postanowili osiedlić się w Nigrze. Odile, Francuzka, prowadzi hotel, w którym mieszkam. Przyjechała do Nigru ponad dwadzieścia lat temu, zakochała się w pewnym Tuaregu, została. Emma, Niemka z Hamburga, przyjechała do Niamey na początku 2020 roku. W Nigrze zatrzymał ją COVID-19 i zamknięte granice. Dziś mieszka tu na stałe i nawet nie myśli o tym, by wrócić do Niemiec. Prowadzi studio projektowe, produkuje naturalne soki. Mówi, że Niger to wspaniały kraj, w którym można poczuć się naprawdę wolnym.
– Jestem tutaj, by zmieniać ten kraj. By robić biznes, dawać pracę. Jestem tu szczęśliwa każdego dnia – mówi Emma.
Florian, Szwajcar z Zurychu, przeprowadził się do Niamey trzy lata temu. Prowadzi jedyną w mieście pizzerię, teraz chce założyć pierwszą manufakturę alkoholu.
– W kraju, w którym 96 procent mieszkańców to muzułmanie? – dziwię się.
– Alkohol jest legalny, to nie Mauretania. Jeśli choćby co dziesiąty z nich od czasu do czasu spożywa alkohol, to już będę miał wielu klientów – mówi, wykładając pizzę na stół. – W kraju, w którym jeszcze nic nie ma, jest mnóstwo możliwości. W Szwajcarii nie mógłbym tego zrobić.

Sprzedawcy na targu w Aguié

Oczywiście, łatwo postrzegać Niger jako kraj możliwości, jeśli przyjeżdża się tam z portfelem wypełnionym euro, bezpieczeństwem, jakie dają europejskie świadczenia socjalne, i paszportem, który zawsze umożliwi wyjazd. Ale entuzjazm widzę także wśród samych Nigerczyków. Rzadko spotykam młodych ludzi, którzy chcieliby wyjechać. Przeciwnie – mówią, że chcą zostać i budować swój kraj. Migracja Nigerczyków zawsze miała charakter sezonowy. Mieszkańcy Nigru, głównie słabo wykształceni, wyjeżdżali do sąsiednich krajów, zwłaszcza do Nigerii, Libii, Wybrzeża Kości Słoniowej i Beninu. Tylko 3 procent migrantów z Nigru mieszka w krajach Unii Europejskiej. W 2015 roku Niger jako pierwszy kraj w Afryce wprowadził legislację mającą powstrzymać przepływ migrantów przez kraj. Chwilę później Unia Europejska uchwaliła program Emergency Trust Fund, którego głównym beneficjentem był Niger. Liczba osób migrujących przez Niger spadła z 334 tysięcy w 2016 roku do 43 tysięcy w 2018 roku.

Mimo wojen i konfliktów u sąsiadów oraz licznych zamachów na swoim terenie Niger pozostaje stosunkowo stabilny politycznie i społecznie. Na tle krajów Sahelu jest również państwem relatywnie liberalnym, a młodzi mają spore jak na ten rejon poczucie wolności słowa i obyczajów.

Znacznie mniej entuzjazmu widzę wśród młodych Mauretańczyków. W 2019 roku za granicami żyło 129 tysięcy obywateli tego państwa (na 4,5 miliona całej populacji), najwięcej w Senegalu, Mali, Francji, Wybrzeżu Kości Słoniowej i Hiszpanii. Mauretania jest jednym z głównych krajów tranzytowych dla migrantów z Afryki Subsaharyjskiej. Tędy prowadzi szlak migracyjny wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki, w dużej mierze drogą morską. Kłopot w tym, że z Mauretanii trudno się wydostać. Szlak bliskowschodni (przez Syrię i Turcję do Grecji) jest zbyt daleko. Droga przez Maroko zaś, choć krótka, jest bardzo ryzykowna, bowiem migranci to narzędzie polityki marokańskiego króla Muhammada VI, który traktuje migrantów w podobny sposób co Alaksandr Łukaszenka i prowadzi przy ich pomocy politykę wobec Hiszpanii. Gdy trzeba, jak wiosną 2020 roku, świat obiegają zdjęcia ludzi wiszących na płotach Ceuty (hiszpańska enklawa na wybrzeżu Afryki), wpatrzonych w jachty i pola golfowe po drugiej stronie ogrodzenia. Zatem jedyną drogą wyjścia bywa ocean.

 

To nie ta sama podróż co z Turcji na jedną z greckich wysp. Nawet nie ta, co z wybrzeża Libii na włoską Lampedusę. Z Nawakszutu na Wyspy Kanaryjskie jest prawie 1200 kilometrów. Pirogi wypływają w nocy, tak by wymknąć się straży przybrzeżnej. Następnie wzdłuż wybrzeża, najpierw mauretańskiego, potem Sahary Zachodniej, płyną do hiszpańskiej ziemi obiecanej. Ci, którym uda się dopłynąć na Gran Canarię, w ogromnej większości tam zostają, znajdują pracę, czasami tylko przedostają się dalej, na Półwysep Iberyjski. Jeśli dobrze pójdzie, z Nawakszutu na Gran Canarię płynie się około tygodnia. Ale Atlantyk to nie Morze Śródziemne. Tylko w pierwszej połowie 2022 roku na oceanie zginęło 978 osób. W maju 2021 roku jedną z kolorowych, drewnianych pirog, wypełnioną ciałami, znaleziono u wybrzeży Trynidadu i Tobago, trzy miesiące po tym, jak wypłynęła z Nawakszutu.

Jeden z rybaków w porcie w Nawakszucie.

Siedzę na plaży w Nawakszucie z Djibim Sow, sprzedawcą tego i owego, „stuprocentowym Mauretańczykiem”, jak przedstawił mi się, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Kontynuujemy rozmowę o życiu. Jest zachód słońca, patrzymy na pirogi powracające z połowów.

Razem z Djibi Sow w porcie w Nawakszut.

– Próbowałeś dostać się do Europy? – pytam.

– Wyjechałem z Nawakszutu w 2012 roku z takim zamiarem. Boję się oceanu, wybrałem inny szlak – opowiada. – Droga do Europy nie jest prosta, trzeba mieć pieniądze. Więc najpierw pojechałem do Kongo-Brazzaville [czyli Republiki Konga – przyp. red.]. W Pointe-Noire można było wtedy zaleźć pracę i zarobić na podróż do Europy. Poznałem człowieka, którzy podrabiał wizy. Zapłaciłem. Uciekł z moją kasą, a dokumentów nigdy nie dostałem. Resztę pieniędzy mi ukradli. Chciałem wrócić do Nawakszutu, ale nie miałem za co.

 

 

Trafiłem do więzienia, bo nie miałem pozwolenia na pracę. Z więzienia w Kongu się nie wychodzi – musisz się wykupić albo tam zgnijesz, zwłaszcza gdy nie masz rodziny na miejscu. Zostałem w Kongu do 2015 roku, zajmowałem się drobnym handlem, czyli tym, co robię i tutaj. Poznałem takie ciemne zakamarki miasta, że lokalni ich nie znali. W końcu wróciłem do mojej wioski, Ouoloum Néré, ale tam nie ma pracy.

– Spróbowałbyś jeszcze raz? – pytam.

– Oczywiście. Wszyscy tu chcemy do Europy.

Rybacy z Nawakszutu przy pracy.

Na ulicach Nawakszutu często słyszę: „Chcę żyć w kraju, w którym nie będę ryzykować więzienia, by napić się piwa lub zapalić jointa, chcę żyć w kraju, gdzie mogę swobodnie mówić, co myślę”. Mauretania jest republiką islamską i znajduje się w światowej czołówce krajów z najbardziej konserwatywnym prawem. Alkohol, wszelkie narkotyki, prostytucja, pornografia, hazard są ściśle zakazane. Dozwolone są za to kary cielesne oraz kara śmierci. Aborcja dopuszczalna jest wyłącznie w przypadku zagrożenia zdrowia kobiety, a za utrzymywanie związków homoseksualnych grozi więzienie lub kara śmierci. Mauretania była ostatnim krajem na świecie, który zniósł niewolnictwo – w 1981 roku. Penalizację wprowadzono dopiero w 2007 roku, do dziś odbył się jednak tylko jeden proces. Choć władze temu zaprzeczają, według szacunków nawet 20 procent ludności Mauretanii, w większości czarni Maurowie, to niewolnicy (na podstawie raportu specjalnego CNN z 2012 roku Slavery’s last stronghold).

Sprzedaż ryb w porcie w Nawakszucie.

W Nawakszucie odwiedzam siedzibę Assalamaleykoum Coultures – miejsce spotkań lokalnych artystów i aktywistów. Nie ma drugiego takiego miejsca w całej Mauretanii. Na ścianach portrety Boba Marleya, Mahatmy Gandhiego, Nelsona Mandeli, Gamala Abdela Nasera, Thomasa Sankary. Assalamaleykoum organizuje festiwal o tej samej nazwie, spotkania dla kobiet, warsztaty na temat środowiska i klimatu. Rozmawiam z Mani, młodą czarną artystką, koordynatorką działań kolektywu.

– Co mogą robić młodzi, wyedukowani ludzie w Mauretanii? – pytam. Blisko 70 procent populacji tego kraju ma poniżej trzydziestu lat.

– Wyjechać – odpowiada bez wahania Mani. – Zwłaszcza jeśli jesteś czarny, bo dyskryminacja jest tu na porządku dziennym. W pracy, we wszystkim. To rodzi frustrację i konflikty. Rasizm jest tu nie tylko słowem – jest faktem. Choć formalnie segregacja nie istnieje, to biali żyją osobno, czarni osobno, nawet w szkołach. W ostatnich trzydziestu latach podział społeczeństwa stał się jeszcze bardziej widoczny. To oczywiście jest nakręcane polityką, ale nowe pokolenie będzie jej ofiarą.

Mauretania od początku swej niepodległości jest nękana przez konflikty etniczne między stanowiącymi mniejszość i elitę kraju białymi Maurami (30 procent populacji) a dyskryminowanymi czarnymi Maurami (40 procent) i Afrykańczykami (30 procent). Konflikt przybrał na sile w latach 1989–1991, gdy w trakcie wojny granicznej z Senegalem zamordowano setki czarnych Maurów, a tysiące wygnano do Senegalu. Nawet święto niepodległości upamiętnia gorzką rocznicę. 28 listopada 1960 roku zabito na ulicach Nawakszutu dwudziestu czarnych Maurów, a sprawców tej zbrodni nigdy nie rozliczono.

– Ten dzień nadal bardziej nas dzieli, niż łączy – mówi z żalem Mani. – Problemem są też napięcia międzypokoleniowe. Młodzi są postrzegani jako ci, którzy chcą zmienić społeczeństwo, tradycje, zwyczaje, religię, wprowadzić zachodnie wartości. A to nie jest akceptowane. Nawet jeśli nikt głośno tego nie powie, nie ma na to zgody. A my chcemy zmieniać mentalność ludzi, tworzyć społeczeństwo obywatelskie, edukować, mówić o prawach i obowiązkach. Jestem muzułmanką, ale uważam, że Mauretania powinna być państwem świeckim. To dość popularna opinia wśród młodych. Ale nie wśród polityków. To wszystko sprawia, że ludzie wykształceni niekoniecznie są mile widziani w społeczeństwie.

Pytam, czy słyszała o Wielkim Zielonym Murze. Nie słyszała. Opowiadam pokrótce, czym jest projekt. Mani jest zaskoczona, gdy mówię, że siedziba agencji znajduje się w Nawakszucie.

– No to mam wiadomość dla tej agencji: rozmawiajcie z ludźmi. O zmianach klimatycznych, o środowisku. Przedstawcie im ten projekt. Ja go nie znam, nikt go nie zna. Niech on zaistnieje w społecznej świadomości. Jeśli zostanie w waszym wąskim gronie ekspertów, to poniesiecie klęskę. Poza tym nic nie rozwiąże problemu migracji, dopóki my, czarni, nie będziemy szanowani.

– W jakiej Mauretanii chciałabyś żyć? – pytam na koniec, robiąc jej zdjęcie pod portretem Thomasa Sankary.

– W takiej, w której znajdziemy sprawiedliwość, szacunek, wolność, równość. Zwłaszcza równość. To wszystko. Bez równości nie możemy rozmawiać o innych sprawach, no bo jak?

Mani, artystka, koordynatorką działań kolektywu Assalamaleykoum Coultures w Nawakszut pod portretem swojego idola Thomasa Sankary.

Na szczęście to nie mur

W 2019 roku na festiwalach filmów dokumentalnych prezentowano dzieło Jareda P. Scotta Great Green Wall (Wielki Zielony Mur). W filmie malijska piosenkarka Inna Modja wyrusza w tyleż romantyczną, ileż naiwną podróż przez Sahel. Film przepełniony jest pięknymi ujęciami z lotu ptaka, pokazującymi połacie lasów wyrastających na skraju Sahary. Tymczasem ja z pracownikami mauretańskiej agencji przejechałem 1200 kilometrów przez południe Mauretanii. W Nigrze zrobiłem kolejne dwa tysiące. Nie, nie widziałem połaci lasów wyrastających na obrzeżu pustyni jak w filmie Scotta. Od początku inicjatywy wielu naukowców podkreślało fakt, że proste sadzenie drzew nie będzie miało większego sensu. Nie rozwiąże problemów rejonu. Badacze zwracali uwagę, że większość drzew sadzonych w ramach rozmaitych „zielonych barier” i tak umiera. Podobny los najpewniej spotkałby drzewa Wielkiego Zielonego Muru, zwłaszcza że spora część trasy biegnie przez tereny niezamieszkałe. W takiej formie Zielony Mur byłby prawdopodobnie niczym więcej niż kolejną pozorną i bardzo kosztowną próbą rozwiązania palących problemów regionu.


Na szczęście jednak Wielki Zielony Mur murem nie jest i nie będzie. I dlatego właśnie ma szansę spełnienia swojej funkcji – powstrzymania dezertyfikacji Sahelu i migracji jego mieszkańców. W rzeczywistości Wielki Zielony Mur to mozaika setek różnych projektów i inicjatyw odpowiadających na różne potrzeby, których wspólny mianownik określony jest w konwencji założycielskiej. Projekty, które mogą być realizowane w ramach Muru, muszą odnosić się do jednego z pięciu sektorów: zrównoważonego gospodarowania gruntami i wodami, adaptacji do zmian klimatycznych i rozwoju zielonej gospodarki, rozwoju społeczno-ekonomicznego i bezpieczeństwa, budowania potencjału technicznego, naukowego i logistycznego, komunikacji i marke­tingu. Dziś w dokumentach UNCCD projekt opisywany jest jako „zintegrowane podejścia do zarządzania ekosystemami, dążące do stworzenia mozaiki różnych sposobów użytkowania gruntów oraz systemów produkcyjnych, włącznie ze zrównoważonym zarządzaniem i rekultywacją suchych terenów, regeneracją naturalnej roślinności, a także retencji i środków ochrony wody”. Ujmując to bardziej poetycko, słowami Ibrahima Thiawa, Mauretańczyka, przewodniczącego UNCCD: „To nie tylko sadzenie drzew, to zasiewanie nadziei w młodych ludziach”. Nie znalazłem lasów, spotkałem jednak ludzi, w oczach których widziałem błysk nadziei i dumy.

Uprawy prosa w okolicy miasta Maradi w Nigrze.

Wsparciem dla projektu ma być Trans Africa Pipeline – rurociąg biegnący wzdłuż trasy Wielkiego Zielonego Muru. Choć na razie to tylko idea, w założeniu rurociąg ma dostarczać odsoloną wodę morską do jedenastu krajów Sahelu i trwale rozwiązać problem niedoboru wody i suszy rolniczej. Choć nazwanie Wielkiego Zielonego Muru sukcesem byłoby jeszcze przedwczesne, to na konferencji UNCCD COP15 w Abidżanie w maju 2022 roku zaprezentowano już podobną inicjatywę dla południowej części Afryki, która również zmaga się z postępującą dezertyfikacją i utratą bioróżnorodności. Wstępny projekt zakłada restaurację 240 milionów hektarów do 2063 roku w szesnastu krajach Wspólnoty Rozwoju Afryki Południowej.

Wielki Zielony Mur daje nadzieję mieszkańcom Sahelu.

W świecie, który z każdym rokiem dzielimy nowymi murami, granicami, barierami ze stali, betonu i drutu kolczastego, Wielki Zielony Mur – jeśli wygra wyścig z postępującym ociepleniem, bezlitosną ekonomią i chaosem organizacyjnym – ma szansę stać się jedynym, który zamiast dzielić, próbuje łączyć. I zamiast niszczyć, próbuje coś ratować.


Tekst i zdjęcia: Bartek Sabela
Redakcja: Magdalena Kicińska
Weryfikacja tekstu: Urszula Kifer
Wykresy: Marcin Czajkowski
Wydawczyni: Barbara Sowa


Fundację Pismo wspiera BWHS Wojciechowski Springer i Wspólnicy.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00