Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

BIEGNĄC OD ŹRÓDŁA DO UJŚCIA

Czytanie wody: Wisła

autorzy Małgorzata Lebda, Rafał Siderski 
1.09.2021

Zaczynamy. To przygoda, która według idealnego planu powinna być rozpisywana przez nadchodzący wrzesień. Pomysł jest prosty: przebiec dystans około 1100 kilometrów, od źródła Wisły do jej ujścia. Z jednej strony są podekscytowanie, adrenalina, entuzjazm, a z drugiej niepewność i – uwaga, wielkie słowo – strach.

Źródło Wisły: Pobudzenie

Mam poczucie, że przez ostatnie kilkadziesiąt miesięcy odwaliłam kawał porządnej, treningowej roboty po to, żeby tu, w czasie tego biegu, nie zrobić sobie krzywdy. Żeby mieć z tego doświadczenia – zabrzmi to ambitnie – przyjemność. Wiem jednak, że zdarzyć może się wszystko, a drobne niedopatrzenie, chociażby przy otarciu stopy, może mnie po dniu lub kilku dniach ściągnąć z trasy. A przecież, myślę sobie, to nie może się wydarzyć, nigdy nie musiałam schodzić z trasy. Jak w ogóle schodzi się z trasy? Czy posłucham swojego organizmu, kiedy da mi znać, że dotarł do granic swoich możliwości? Wierzę, że tak… A przy tym ufam, że nie będzie takiej potrzeby. Jestem jednak otwarta na wszystko, co przyniesie rzeka

Więc jestem tutaj, tu, gdzie rodzi się Wisła, w masywie Baraniej Góry w Beskidzie Śląskim.

Myślę o podróży, jaka przede mną. O słowach Claudia Magrisa, który w znakomitej książce Dunaj – będzie mi ona towarzyszyć w ciągu tego miesiąca – pisał: „Dobrze jest, aby podróż miała jakąś architekturę i aby można było do niej dorzucić kilka kamieni, choć podróżny nie wydaje się być tym, kto buduje pejzaże – to zadanie dla domatorów – lecz raczej tym, kto je dementuje i niszczy (…)” [przeł. Joanna Ugniewska].

Z czym ruszam? Ta podróż ma swoją strukturę, jaką podpowiada natura, która wiąże się z pracą wody, z milionami lat takiej pracy. Rzeka – czy nie jest to kusząca sprawa? Iść, biec przy jej żyle. Rytm – myślę i przypominam sobie słowa Harukiego Murakamiego: „Żeby wytrwać w czymkolwiek, trzeba utrzymać rytm” [z książki O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, przeł. Jędrzej Polak].

W pomyśle, który narodził się w 2019 roku, jeszcze przed pandemią, było poczucie, że ów gest skorzystania z własnego ciała po to, żeby przyjrzeć się ciału rzeki, ma głęboki sens. Po drodze zdarzały się zwątpienia podsycane przez kontuzje, infekcje, słabsze dni.

Inger Christensen

„Alfabet”

Czyta Małgorzata Lebda.

Bywały noce, kiedy budziłam się z mocnym biciem serca i mówiłam do siebie: „Małgosiu, (tu brzydkie słowo), 1100 kilometrów biegu? No, proszę cię, to nie do zrobienia”.

W takie noce, a było ich sporo, zapalałam światło i otwierałam książkę poetycką, najczęściej Alfabet Inger Christensen, i tam szukałam siły:

„(…) tu
idę w dół do cichego,
wieczornie lśniącego
błękitu Sundu, rzucam
do wody kamyk,
patrzę jak kręgi
rozchodzą się,
sięgają najdalszych brzegów”
[przeł. Bogusława Sochańska].

Co mnie tu sprowadza, do źródła? Przybliżyłam to w czerwcowym tekście z 2020 roku opublikowanym w „Piśmie”, a zatytułowanym właśnie Czytanie wody. Uzupełniając, chcę napisać, że sprowadza mnie tu chęć powiedzenia poprzez podjęcie trudu, że nie zgadzam się na agresję wobec słabszego, tu: wobec rzeki. Wierzę w mniejsze i większe gesty, które wykonujemy, żeby zwrócić uwagę na to, co dzieje się na naszej planecie. Bezpośrednim impulsem do podjęcia tego biegowego trudu stała się informacja o planach budowy drogi wodnej E40, która miałaby połączyć Bałtyk z Morzem Czarnym (to był punkt zapalny, ale przecież chodzi mi o całą rzekę, która jest w swego rodzaju opresji, tak, chodzi mi o wszystkie rzeki). Konsekwencje budowy drogi wodnej E40 dla Wisły będą katastrofalne (opowiem o tym podczas relacji z biegu), raporty specjalistów są alarmujące (dla natury, ludzi) i niestety nie spotykają się z uwagą decydentów.

Pomyślałam, że biegnąc wzdłuż Wisły, intensywnie obcując z żyłą rzeki, spróbuję się czegoś więcej o niej dowiedzieć i zamienić to doświadczenie w opowieść. I tą opowieścią podzielić się z wami. Ten rodzaj działania, uczestnictwo przez towarzyszenie, jest mi bliski. Chcę też zaznaczyć, że rozpoczynam ten bieg nie jako ultramaratonka, nie jako wojująca aktywistka, chcę pobiec jako poetka, jako kobieta, jako człowiek głęboko zaniepokojony rzeczywistością. Niebawem minie drugi rok, od kiedy pod okiem trenera Piotra Hercoga przygotowuję ciało do tego projektu, i gdyby nie poetycka wyobraźnia, która podpowiada mi, że to może się udać, to z pewnością już wielokrotnie zrezygnowałabym z tego pomysłu.

Ostatnio o te role, biegaczki i poetki, zapytano mnie przy okazji wywiadu do słowackiego, czasopisma zaangażowanego „Glosolalia”. Pozwoliło mi to przemyśleć ten aspekt: mówiąc o tym, że chcę biec jako poetka, a nie jako ultramaratonka, mam na myśli, że priorytetem nie będzie dla mnie wynik sportowy, chociaż jeśli wszystko się uda, będzie to totalne przekroczenie moich fizycznych granic. Aspekt sportowy, który mieści dla mnie w sobie elementy go konstytuujące, a więc: rywalizację, koncentrację na wyniku, pobijanie rekordów, to coś, co jest mi zupełnie obce, szczególnie w bieganiu. Cenię sobie to, co daje mi myślenie o tym biegu jako o czymś, co będę realizować w skupieniu poetyckim, w namyśle o świecie, ale też w namyśle nad sobą.

Ostatnio przyjaciel napisał do mnie: „Mam wrażenie, że Czytanie wody to wielopoziomowa przygoda, dzięki której odczytasz po trosze samą siebie. Patrzę na zanikające strumyki i potoczki, na zmieniające się znaczenie wody i myślę, że Twój bieg to czytanie wody ostatniej. Brzmi to dramatycznie, ale ma wymiar oczyszczający. Oczyszczający, bo trzeba wykonać krok w nieznane. W spragnienie”. Tak, bardzo jest mi to bliskie.

Punkty styczne pomiędzy poetką a ultramaratonką to z pewnością: ciekawość skierowana do tego, co z zewnątrz, jakieś łaknienie tego, wręcz łakomstwo, chęć poznawania i doświadczania, ale też – co wydaje mi się istotne – ciekawość samej siebie i procesów zachodzących wewnątrz. Tu, w tym projekcie, aspekt fizyczny będzie kluczowy, decydujący, ale jestem przekonana, że praca myśli, poetycka wyobraźnia, będą równie ważne.

Powiecie może, że to szaleństwo, że to niezdrowe (kolana!), że to idée fixe. Macie do tego prawo. Sama myślę o tym, że życie rozpościera się między spokojem a pobudzeniem. Bliskie są mi gesty takie jak ten Henry’ego Davida Thoreau, który oddalił się od ludzi, żeby w samotności sprawdzić, co w życiu jest ważne, niezbędne, żeby z tej samotności wrócić do społeczeństwa. W kontrze ustawiam zbliżenie się do ludzi, takie jak chociażby w performansie The Artist Is Present Mariny Abramović, zorganizowanym w 2010 w Museum of Modern Art (MoMA) w Nowym Jorku. (Artystka spędziła ponad siedemset godzin, siedząc na krześle bez ruchu, naprzeciwko niej siadywali ludzie, wystawę-performance odwiedziło wówczas pół miliona osób).

To biegnięcie od źródeł do ujścia byłoby czymś pomiędzy tymi gestami – oddaleniem, ale też zbliżeniem. Pulsacją. Ważne jest pobudzenie, które mi tu towarzyszy. Pobudzenie fizyczne i intelektualne. Równocześnie z przygotowywaniem swojego ciała do tego wysiłku przygotowywałam swoją głowę, szczególnie poprzez lektury, które podsycały potrzebę ruszenia przed siebie. Będę wam o tych lekturach opowiadać w trakcie tego miesiąca. W swoim znakomitym eseju Catherine Malabou pisała „Nie można więc istnieć, nie będąc pobudzonym. Ta podstawowa konstatacja otwiera neurobiologii nową drogę, zdając sprawę z fundamentalnej roli emocji w życiu mózgu, to znaczy w jedności organizmu, w kompleksie utworzonym przez ducha i ciało”.

Trzymajcie kciuki, mam bowiem świadomość, że wsparcie przyjaznych i przychylnych mi istot będzie niezwykle ważne. Bądźcie ze mną. Tekst Czytanie wody zakończyłam słowami: „Do zobaczenia, rzeko!”. No i jestem nad tobą, Wisło. Widzimy się! Zaczynamy.

Kraków

Ruch: pokrzepienie

Do ujścia pozostało 910 km

Dzień przed startem dostaję alert: „Uwaga, dziś (31.08) i jutro intensywne opady deszczu. Możliwe gwałtowne wezbrania rzek. Przygotuj się na ewentualne podtopienia. Śledź komunikaty pogodowe”. U podnóża Baraniej Góry noc była niespokojna, deszczowa, tuż za ścianą kampera rzeka, a właściwie potok, Biała Wisełka, która przybrała na sile. Jej odgłos zagłuszał dźwięki uderzającego o karoserię deszczu. Jakby całą noc ktoś przesypywał tuż za oknem tony żwiru. Ulewa. Tak według prognozy miało być przez resztę dnia.

Barania Góra – Kraków (190 km )

Nie spałam od piątej. Nad ranem myślałam o pracy ciała, o jego mechanizmie, o tym, na co je wystawiamy, jakie mamy do tego prawo, gdzie są nasze granice. Z perspektywy łóżka wnioski były stonowane, nie mobilizowały do wstawania, wiedziałam jednak, że z perspektywy biegu to podejście się zmieni. Co na to wpływa? Adrenalina? Endorfiny? Może sam ruch, który jest przecież energią.

Ściana deszczu zatrzymała nas dłużej przy kawie, a kiedy zdecydowaliśmy się ruszyć, ulewa nie odpuszczała. Podejście wzdłuż Białej Wisełki od początku było spektakularnie piękne. Co chwilę swoje wody dolewały do niej strumyki, wartko płynące zboczami. To tu przyglądałam się potężnej sile rzeki, która na co dzień przypomina raczej spokojny strumień. Teraz, po długich dniach opadów, była żywiołem.

Wiedziałam, że podejdziemy na tyle blisko, na ile pozwoli nam woda, a przy tym pamiętając, że obszar samego źródła jest chroniony – prawo odmawia dostępu do niego, jakby było czymś wyjątkowym, kruchym, niemal świętym. „Bo jest” – myślałam wtedy. Tamtego dnia Biała Wisełka broniła dojścia do okolic swojego początku. Ścieżki zmieniły się w rwące strumienie. Wszystko lśniło od wilgoci, z lasu zaczęła wydobywać się mgła. „Wspaniale – pomyślałam – tylko teraz trzeba stąd zbiec”.

Rozstałam się z Rafałem w punkcie, który uznaliśmy za bezpieczny, wyżej. Gdzieś, gdzie w ciszy i tajemnicy, a co najważniejsze, pod ochroną rezerwatu przyrody „Wisła”, wybijało jedno ze źródeł najdłuższej z naszych rzek.

Podejście do źródła Białej Wisełki, czyli miejsca startu ultramaratonu wzdłuż Wisły.

Zaplanowane na pierwszy dzień biegu 44 kilometry upłynęły mi na hipnotyzującym przyglądaniu się rzece, która co chwilę nabierała prędkości, by wytracać ją na kamieniach, rozbijać się o mosty, rozlewać po terenach oddanych jej jako zalewowe. Ta Wisła z początku swojego biegu wydała mi się agresywna, niebezpieczna, nieprzystępna. Kilkakrotnie plan biegu musiał się zmienić, ponieważ ścieżki zajęła woda, łakomie, jakby należały do niej. „Należą” – myślałam wtedy.

Pod Jeziorem Czerniańskim, spotkałam mężczyznę, który wpatrywał się w wodę uderzającą z potężną siłą ze stopnia wodnego. Mówił do siebie pod nosem, a kiedy mnie zauważył, zwrócił się do mnie: – Kiedyś zaleje wszystko, zaleje wszystko, zobacz, jaki jest język wody. – Słuchałam go tak, jakby recytował mi wiersz. Po chwili spostrzegłam, że mężczyzna jest bosy. Pomyślałam, że w jego nogach musi być masa przewędrowanych kilometrów. Oczy miał lazurowe, głębokie. Zapytał, dokąd biegnę. – W stronę Bałtyku – odpowiedziałam. – Do zobaczenia tam – odparł. Staliśmy jeszcze chwilę, patrząc w bałwany piany powstającej od mocy uderzeń wody. Kiedy zaczął nucić, przez kilka minut słuchałam zlewającej się w jedną melodii rzeki i melodii płynącej od niego, a potem ruszyłam dalej.

Jezioro Czerniańskie, zbiornik retencyjny utworzony w miejscu połączenia Białej i Czarnej Wisełki w Wiśle.

Dzień drugi przyniósł polepszenie warunków. Wisła jakby nagle traciła swoją siłę, rozlewała się, jej meandry prowadziły mnie wzdłuż terenów oddalonych od ludzkich siedzib. W takich okolicznościach wyraźniej słychać było wodę, odgłosy ptaków, pracę własnej głowy. Ptaki – potrafić rozpoznawać ich odgłosy, nastroje, ślady. Towarzyszyły mi na tym odcinku czaple siwe i białe, gęsi, kaczki.

Wody rzeki wpadały do Jeziora Goczałkowickiego. Miałam poczucie, że straciłam rzekę z oczu, niepokoiło mnie to. Lśniąca tafla jeziora wyciszała jednak te myśli. Biegłam od południowej strony tego sztucznego zbiornika utworzonego na Wiśle w 1956 roku. Jego rozmiar zapierał dech w piersiach – szczególnie kiedy przyzwyczaiłam głowę do strumienia rzeki – to 3200 hektarów, jak czytałam wcześniej, czyli 168 milionów metrów sześciennych. Miejscami odgłosy fal przypominały te znane znad Bałtyku. Powietrze pachniało podobnie jak to na północy.

Bieg brzegiem Jeziora Goczałkowickiego

Za zaporą rzeka nieśmiało wraca do swojego przećwiczonego wcześniej rytmu i nurtu. Wije się i prowadzi mnie długo blisko swojego ciała. Końcówka tego dnia przyniosła – niespodziewanie – przeprawę (do ud w zimnej wodzie) przez Białą, która nieco dalej wpadała do Wisły. Chłód jej wody działał pokrzepiająco na rozgrzane i zmęczone mięśnie. Przekraczałam ją powoli i uważnie. Zmierzchało. „Ciało jest dzielne” – myślałam wtedy.

Przeprawa przez zalany przez Wisłę szlak w Woli.

Trzeci dzień biegu skończyłam w Jankowicach. W nogach wyczuwałam przebyty dystans, ponad 140 kilometrów przez trzy dni. Wisła ponownie przyniosła niespodzianki. Pieczołowicie zaplanowana poprzedniego dnia trasa musiała się zmienić, bo rzeka brała, co swoje, wylewała tam, gdzie jej się podobało, podmywała, nawadniała, zamieniając szlaki w niebezpieczne, błotniste pułapki. Trzeciego dnia biegłam dalej przez przeszkody, które stawiała mi przyroda.

Przypomniało mi to bezkarne taplanie się w błocie w czasie mojego dzieciństwa na wsi w Beskidzie Sądeckim. I teraz robię podobnie, też bezkarnie. A więc jest radość, którą można czerpać też z takich spraw, jak zasychające błoto na dotkniętej słońcem twarzy.

Czwarty dzień był, jak poprzednie, słoneczny. To niezwykłe czuć w nogach dystans ponad trzech maratonów i jeszcze biec, tak, tu już byłam poza granicą tego, co poznane, co doświadczone. Rozpoznawanie tych przestrzeni jest szalenie inspirujące.

Wisła co jakiś czas oddalała mnie od siebie, szlaki tuż przy niej okazywały się podmyte, zalane. Należało się pokornie cofnąć, wbiec do lasu czy do wsi. W Czernichowie przy ulicy Nad Wisłą zagadnęłam kobietę, która rozwieszała pranie, zapytałam o sklep, mówiąc, że chciałabym uzupełnić zapas wody. Odpowiedziała, że należałoby zawrócić, proponując od razu, że napełni mój bukłak. Wróciła po chwili, oprócz wody trzymała w dłoni potężną kanapkę dla mnie i dwa czerwone, przepyszne jabłka („niepryskane, z mojego ogródka”). Zapytałam o jej imię – Sabina, ona o moje. Serdeczność takich spotkań. Czuję wzruszenie.

Pod Wawelem zameldowałam się po pokonaniu 49 kilometrów, na liczniku 190 kilometrów pierwszego etapu. Radość. Ulga. Euforia. Ciasto czekoladowe od przyjaciółek. Ich szczęśliwe twarze. Przyjaźń. Dzielenie radości i branie radości.

Za mną: Barania Góra, Istebna, Wisła, Jaszowiec, Ustroń, Skoczów, Strumień, Jezioro Goczałkowickie, Pszczyna, Oświęcim, Tyniec, Kraków.

W dzień odpoczynku, już w Krakowie, myślę o tym, że wspaniale jest wbiegać w nieznajome, ale tu, na wysokości miasta, które jest mi domem od kilkunastu lat, myślę o tym, że wspaniale jest wbiegać w znajome i oswojone. Treningi poprzedzające Czytanie wody odbywały się w dużej mierze właśnie tu, w parku Jordana, na Błoniach, w Lesie Wolskim, nad Rudawą, nad Wisłą, a także w położonej na zachód od Krakowa Dolinie Bolechowickiej czy w Ojcowskim Parku Narodowym.

Myślę o tym, że rozsądnie jest patrzeć na ten bieg nie jako całość, ale na jego poszczególne etapy. Ponad tysiąc kilometrów biegiem mieści się oczywiście w mojej poetyckiej wyobraźni, ale w fizycznej pamięci ciała niestety nie. Inaczej jest z odcinkami: 40 czy 50 kilometrów dziennie brzmi już bardziej po ludzku, jakoś to sobie można – za radą mojego trenera – podzielić, rozłożyć na czynniki pierwsze, przyjemniej brzmiące – na przykład na trzydziestym kilometrze zrobić sobie niedługi przystanek, tak, żeby zjeść kilka łyżek makaronu lub ryżu, uzupełnić płyny, zmienić ubranie i obuwie (jeśli jest to konieczne), a później już z górki, no bo ma się za sobą większą część trasy.

W czasie przygotowań i teraz wraca do mnie jak mantra słowo „pokrzepienie”, czym miałoby być? Skąd je brać? Przychodzi mi na myśl następująca lista: z innych ludzi, lektur, natury, ze snu. Mam tu to wszystko, jak mi idzie to czerpanie? Zabrałam ze sobą – ku pokrzepieniu – kilka książek, będę się nimi sumiennie tu z wami dzielić. Jedna z nich jest ze wszech miar interesująca (i pokrzepiająca), to książka  autorstwa Wojciecha Giełżyńskiego, zatytułowana Moja prywatna Vistuliada, gdzie podtytuł zdradza bardzo wiele, a brzmi: czyli dokładny opis rejsu odbytego własnoręcznie hamburką „Michał” przez całą Wisłę aż do Bałtyku, zawarty w dwudziestu dwóch etapach, antrakcie warszawskim, trzech suplementach specjalnych dla amatorów, aneksie ornitologicznym i paru setkach dygresji na temat i nie na temat. W dniu odpoczynku czytam o miejscu, które też mijałam (Tomasz Różycki, Próba ognia. Błędna kartografia Europy): Deszcz i rum skończyły się równocześnie, płyniemy, jakoś raźniej macham wiosłami, a zarumieniony Krzyś pilnie notuje w Dzienniku Pokładowym:

„W miejscowości Wola krzepiliśmy się. Wujek bredził na temat rum a historia. Wisła jakby szersza. Na prawym brzegu zając, myślał, czy się napić, ale zrezygnował. Szybki prąd, bystrzyny. Nigdzie dotąd żadnego pomostu ani łodzi na brzegu. Krowy na nasz widok stają jak wryte i nawet przestają żuć. Ujście rzeki Gostynka, bardzo śmierdzące”.

Co zobaczyłam w tym samym miejscu w czterdzieści lat po przytoczonej relacji? Niezwykłe było znaleźć się w tym miejscu. Gostynka, jakby biorąc przykład z Wisły, rozlała się, zagarnęła dla siebie przestrzeń, odebrała, co do niej należy. Ujście rzeki, inaczej niż w relacji z 1983 roku, czyste, piękne, malownicze.

Człowiek na krze, w tle Wawel, źródło: NAC
Wisła na Śląsku w swym początkowym biegu (1922-1939), źródło: NAC
Rybacy na Wiśle
Połów ryb na Wiśle pod Krakowem, źródło: NAC
Wydobywanie piasku z Wisły w Krakowie, źródło: NAC

Przyglądam się światu i sobie, wróciłam (tym razem w wersji audio w ramach biegowej playlisty) do eseju W pogoni za doskonałością Zuzanny Kowalczyk. To znakomite studium, które skupia się na – ogólnie mówiąc – obsesji doskonałości, przejęło mnie do szpiku kości, fragmentami jak ten: „Analityczka jungowska Marion Woodman, która po doświadczeniu chorowania na anoreksję ukuła sformułowanie «uzależnienia od doskonałości», pisze w książce pod tym samym tytułem, że «pracując tak ciężko nad stworzeniem doskonałej wersji samych siebie, zapominamy, że jesteśmy istotami ludzkimi» [przeł. Małgorzata Kalinowska]. A istoty ludzkie przecież nigdy nie są jednowymiarowe i z całą pewnością nie są – bo nie mogą być – w stu procentach doskonałe”.

Na marginesie tego materiału, myślę o tym, co robi ze mną w tym kontekście bieganie, jakie jest moje podejście do niego, czy pragnę tu doskonałości i czym by ona była? Po ponadczterdziesto–pięćdziesięciokilometrowych dziennych odcinkach mam poczucie, że bieganie otwiera mnie raczej na niedoskonałości (widać je wyraźniej w stresie, zmęczeniu, bólu). Czym byłby ten bieg? Może pogonią, tak, pogonią, tylko taką skoncentrowaną na poszukiwaniu źródła wybijającego z niedoskonałości, poszukiwaniem raczej rys na sobie samej, pęknięć, otarć, ran (przecież nie tylko fizycznych), w które można wsadzić palec i poczuć siebie. To rozumiem przez używany przeze mnie często zwrot: wystawić siebie na stany wyjątkowe. Skąd to we mnie? Możliwe, że z wiejskiego wychowania, gdzie ciało wystawiało się na próby, czasem bolesne. Doskonałość tak, ale tylko na ramionach niedoskonałości.

Odpoczynek, sen. Powoli się uczę, że one też są częścią treningu. Myślę o błogosławieństwie snu, o wszystkim, co dzieje się wtedy w ciele. Myślę o błogosławieństwie wierszy. Dzisiaj wieczorna lektura Elizabeth Bishop, tom Santarém, w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego, fragmenty z wiersza Małe ćwiczenie:

„(…) Teraz burza znowu odchodzi w serii
małych, źle oświetlonych scen batalistycznych;
każda z nich to «Inna część placu boju».

Pomyśl o kimś, kto śpi na dnie wiosłowej łódki zaczepionej o korzeń mangrowca albo pal pod mostem;
pomyśl, że nie ucierpiał, ba, ledwie drgnął”.

Elizabeth Bishop

Pytania w kwestii podróży

Z tomu „Santarém”, czyta Małgorzata Lebda.

Sandomierz

Wielka woda

Do ujścia pozostało 711 km

Za mną: Kraków, Nowa Huta, Niepołomice, Igołomnia, Opatowiec, Nowy Korczyn, Szczucin, Połaniec, Winnica, Koćmierzów. 

Rozpoczynając kolejny etap biegu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym kończyłam go dwa dni wcześniej, miałam w głowie – przez moment – myśl o liczbie kilometrów, które dzielą mnie od Bałtyku – około 910 kilometrów.

Kraków – Sandomierz (199 km)

Myśl – mówiłam do siebie – o odcinkach, o każdym kroku, który przed tobą, tak, żeby mieć z tego radość, żeby być uważną na to co mijane, ale też na to co dzieje się w ciele, to, co w nim fizyczne i powiązane z pracą myśli.  

Na starcie w Krakowie czekały Siostry Rzeki. Jest siła w takim siostrzeństwie, pomyślałam patrząc na ich entuzjazm, serdeczność, przychylność, chęć pomocy. Z takim początkiem biegło się dobrze, spokojniej, jakby z ubezpieczeniem, że jest  ktoś, kogo twój gest obchodzi, kto się z tobą solidaryzuje, rozumie i wspiera.

Słońce pracowało tamtego dnia uparcie, obserwowałam je na ciele rzeki, to w jaki sposób dotyka faktury tafli, to jak wchodzi w las. Przede mną był najpiękniejszy odcinek tamtego dnia, ciągnący się po prawej stronie Wisły, zaczynający się na wysokości Woli Bartowskiej, dalej przy ścianie lasu na wysokości miejscowości Chobot, by poprowadzić – meandrami – do Grobli.  To tam zaparkowaliśmy nasz tymczasowy dom, żeby w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki odpocząć.

Ten wspaniały, malowniczy fragment pokonałam wraz z przyjacielem, Jarkiem, który zjawił się tu z beskidzkiego Wilkowiska, żeby mnie wesprzeć. Biegliśmy, a słońce pracowało na ciele: rzeki, lasu i na naszych skórach już dotkniętych przecież latem.

Szczęście, pomyślałam, szczęście, móc bieg z bliską osobą, móc rozmawiać o wierszach Tadeusza Nowaka, rozmawiać o tym co daje nam bieganie, i dlaczego jest nam do życia konieczne, niezbędne. Szczęście.

Na „przepaku” przyjaciółki Kalina i Justyna, z kubłem świeżo zerwanych z ogrodu malin.

Szczęście.

Ostatnie kilkanaście kilometrów pokonywałam już w samotności, wyciągnęłam słuchawki z uszu, żeby przysłuchiwać się ptakom.

Na polach mijanych wsi musiały kończyć się wykopki, wypalano nać ziemniaków. Nie pomylę tego zapachu z żadnym innym. To zapach mojego dzieciństwa, wrześni spędzonych z ciałem przy ziemi, z dłońmi w kamienistej glebie, w której mój ojciec uparcie sadził ziemniaki. Może właśnie po to się biegnie – myślałam zasypiając tamtego dnia – żeby doświadczać takich iluminacji. Może po to się biegnie, wychodzi z domu, rusza w podróż, pielgrzymuje, żeby zatrzymać się w biegu, w czasie kiedy dzień ciąży już ku nocy, wciągnąć w płuca zapach palonej naci, i po prostu wzruszyć się, że szczęścia, euforii, ale też zapłakać – przeciwko utracie, niesprawiedliwości, złu. I poczuć nad głową ciężkie ciało sowy, która zatacza koło nad głową, jakby – podobnie jak pszczoły – tańcem ciała próbowała coś opowiedzieć.

Poranek, Grobla. Obudziły nas odgłosy wsi. Chłopi – kiedy tylko zniknęła rosa – zaczęli wyjeżdżać na pola. Czas zbierania plonów, orki, spalania pozostałości z pól, przygotowywania ziemi na kolejne przyjęcie ziaren lub bulw. Wybiegłam z kampera jeszcze pamiętając piękno poprzedniego biegowego dnia.

Trasa szybko wyprowadziła mnie z entuzjazmu. Wał po chwili przeszedł w chaszcze, w których dominowały pokrzywy i krzaki głogu. Wilgotno, grząsko, nieprzyjemnie. Dalej już po lewej stronie Wisły festiwal asfaltu, z tej strony rzeka nie dopuszczała do siebie, a jeśli chciałoby się do niej podejść (oczywiście próbowałam!) to napotykało się potężne i zorganizowane roje komarów, cierniste krzaki i błoto. Pozostawał asfalt w towarzystwie rozpędzonych samochodów i pełna koncentracja, żeby być w tym bezpieczną. Jeszcze na wale, mój bieg zatrzymywała śmierć zwierząt. Natykałam się, co kilka kilometrów, na ciała polnych myszy, kretów. Nie wiem od czego traciły życie, czy od upału, czy śmierć zadawali im rowerzyści. Zawijałam ich ciała w liście i odkładałam na pobocze. Ciche pogrzeby na miarę moich możliwości. Przy kolejnym martwym zwierzęciu poczułam się jak kondukt pogrzebowy, cicha towarzyszka w żałobie. Tylko komu tu towarzyszę, skoro zwierzęta odeszły. Naturze? Sobie?

Na wysokości Opatowca Wisła przyjęła w siebie Dunajec. Oto rzeka mojego dzieciństwa, moich rodzinnych beskidzkich stron, łączy się z królową polskich rzek. I to poczucie, że kolejny raz przeszłość mnie tu znajduje, przypłynęła z wodami Dunajca. I płynie dalej z Wisłą i ze mną, ku północy.

Kończąc bieg w Nowym Korczynie zatrzymałam się przy rzece Nidzie. To ona, nieco dalej wpada do Wisły. Siostra rzeka, pomyślałam. Nocować mieliśmy blisko synagogi. Po przybiegnięciu oglądałam ją z uważnością. Piękną i samotną.

Dalej lewą stroną rzeki. Zdarzało się, że wał był „nieprzebiegalny”, wysoka trawa, pokrzywy – wtedy zbliżałam się do wsi, przebiegałam miarowo i rytmicznie (lubię te momenty, kiedy ciało w tych biegowych ruchach jest jak zahipnotyzowane). Obok mnie toczyły się drobne ludzkie sprawy, ktoś rozwieszał pranie, zbierał ostatnie papierówki w sadzie, orał pola, malował płot, naprawiał na podwórku rower, siedział pod sklepem z butelką piwa i wielką ochotą, żeby pokierować mnie we właściwym kierunku. I psy. Zaskoczyła mnie ich mnogość, nie taka jak w mojej rodzinnej wsi, gdzie – to fakt – w każdym domu bywał przynajmniej jeden pies, ale na boga nie więcej niż dwa. A tu? Za furtkami, a czasem i puszczone wolno pojawiały się stada psów, po trzy, cztery, o podobnym umaszczeniu, jakby zaświadczając, że mam do czynienia z oszczekiwaniem prowadzonym tu przez konkretne psie rody.

Nocleg znaleźliśmy w Winnicy, tuż nad Wisłą. Po przybiegnięciu długo moczyłam w niej obolałe już stopy. No właśnie, ciało.

A więc jesteś, odzywasz się, dajesz o sobie znać, jakby pytając mnie – Małgosia, oszalałaś?

Czwarty dzień rozpoczął się spektaklem nad rzeką. Mgły pracowały nad jej taflą, zagarniając pobliskie drzewa. Słońce wpadało w nie i rozpraszało się. Ciężko było patrzeć w takie skrzące piękno. Chłód poranka sprawił, że nie było komarów, tak jakby nagle wszystkie odleciały. W jaki sposób śpią komary? – zapytałam Rafała, bardziej po to, żeby odwrócić myśli od tego, że miałam do pokonania ponad 51 km.

Udało mi się rozłożyć matę i zrobić to, czego dopominało się ciało, powolną, skupioną na detalach jogę. Tak, to jest czytanie wody, ale też – przecież – czytanie siebie, czytanie ciała. Obok maty ślimaki powoli przesuwały swoje ciała, zostawiając za sobą srebrny ślad.

Ślady ślimaków na asfalcie

Dzień przyniósł skwar, mocny, sierpniowy. Pejzaż przebiegniętego: po prawej Wisła, po lewej sady jabłoniowe, cała ich masa, urodzaj.

Na trasie, co około dziesięć kilometrów łapał mnie Rafał, żeby uzupełnić wodę w moich bukłakach. Rafał w czasie tego biegu jest wszystkim: fotografem i filmowcem, kierowcą, masażystą (potrafi już – kierowany instrukcjami mojego wspaniałego fizjoterapeuty Kami Klicha – oklejać taśmami zmęczone ciało), kucharzem, logistykiem i zdrowym rozsądkiem. To potężne wsparcie, bez którego ten brawurowy bieg nie udałby się.

Na spacerze po okolicach Sandomierza z Bartkiem i Werą.

Na nocleg przyjmuje nas Bartek i Wera z Sandomierza. Nie znamy się, przygarniają nas bezinteresownie. Są szczęśliwi, że trafiliśmy właśnie do nich, tak samo jak my jesteśmy szczęśliwi, że jesteśmy tu, pod altaną obrosłą potężnymi winoroślami. Wieczór spędzamy przy ogniu, jedząc wegańską kaszankę i uzupełniając ciało w probiotyki z ogórków kiszonych. W ciągu dnia zabierają nas na Góry Pieprzowe, stamtąd mamy wspaniały widok na Sandomierz i Wisłę, także jej starorzecze.

Zagadujemy do mężczyzny, który stoi obok, pytamy o powódź z 1997 roku. – Woda dochodziła do czubków drzew – mówi wskakując lasy w dolinie – i tam dalej, te wszystkie wsie były pod wodą. Pan Edward dużo mówi o Sandomierzu, okazuje się, że sam jest człowiekiem drogi, cieszy się, że my, „przyjezdni”, zostaliśmy tak wspaniale ugoszczeni przez sandomierzanina. Przed nocą dostajemy od naszych gospodarzy kosz słodkich malin. Bo w tym projekcie zdarza się też obfitość serdeczności i przyjaźni.

Sandomierz, widok na tereny zalewane przez Wisłę. W 1997 roku cały obszar znalazł się pod wodą.

W dniu odpoczynku myślę o tym, że jest w wodzie coś dzikiego, nieobliczalnego, coś co nie pozwala mi zapomnieć o jej sile, a co pozwala myśleć mi o niej, jak o zwierzęciu, o organizmie, który reaguje tak jak podpowiada mu natura. Niemożliwością jest biec tuż przy rzece i nie myśleć o jej potędze, również tej niszczycielskiej. Powódź tysiąclecia z 1997 roku, zastała mnie w domu na wsi, w Beskidzie Sądeckim. Śledziłam ją na ekranie telewizora, nocami – wraz z ojcem – słuchaliśmy audycji radiowych, które alarmowały, rankami chodziliśmy nad potok i sprawdzaliśmy ile ubyło z naszych pól, ile ziemi zlizała woda i poniosła niżej, dalej, jakoś tak daleko, że nie mogłam sobie tego wyobrazić. Coś jednak nakazywało mi marzyć, że może kawałek tej beskidzkiej ziemi dotrze do Bałtyku. A teraz w kilkadziesiąt lat po tym, sama do niego zmierzam.

Wielka woda, myślę sobie, oglądają fotografie, które dostaliśmy od Bartka, naszego gospodarza. Autorem jest jego ojciec Tomasz Masternak. Woda z 2014 roku, zatrzymana w tych kadrach, wydaje się być łakoma – zalewa to, co może właśnie powinno należeć do niej, a to, że znaleźliśmy się na jej drodze, nic dla żywiołu nie znaczy. Stracić w taki sposób dom, bezpieczeństwo i żyć już w ciągłym poczuciu, że to może się wydarzyć, to musi być myśl dojmująca, nieznośna.  Być może ludzie rzek kalkulują: piękno tego sąsiedztwa wyrównuje straty, które niesie rzeka.

Wspomnienie tamtej wielkiej wody, nie daje mi tu nad Wisłą spokoju, szczególnie w obliczu najnowszego raportu IPCC. Biegnąc dzielę swoją uwagę pomiędzy dźwięki z rzeki, otoczenia, sygnały z mojego ciała, lubię też biegać w ciszy, ale też wykorzystuję te kilka (6-8h dziennie) w ruchu, na słuchanie audiobooków i podcastów. Na odcinku Kraków-Sandomierz, powróciłam do cyklu Zmiana klimatu już tu jest. Katarzyna Boni kończy swój przejmujący tekst z 2019 roku Addio, pomidory. Co nam odbierze kryzys klimatyczny? słowami: „W naturze odnajdujemy spokój i rytm, który nas nie zawodzi. Po zimie jest wiosna, prawda?”. Tu lato jeszcze trwa, ale poranki i wieczory są takie, że czuć, że chyli się ku jesieni.

Każdy wieczór tu, już po przebiegnięciu planowanego odcinka, po uzupełnieniu płynów, po pożywnym posiłku, kończy się nad mapami, tymi w papierze i tymi na ekranie. I chociaż pamiętam przy tym słowa Claudio Magrisa, który pisał, tym swoim spokojnym magnetyzującym językiem:

„Za i pod mapami płynie spokojne życie rzeki, łodzie i wędki nie potrzebują kartografii”
~ C. Magris, Dunaj

Pewne jest jednak, że my potrzebujemy kartografii. Sprawdzamy z Rafałem kolejne odcinki zaplanowane na najbliższe dni, zawsze wtedy zatrzymuje nas to, jak blisko rzeki podchodzimy z domami, jak próbujemy odebrać jej miejsce na oddech.

Pamiętacie z pewnością porażające fotografie miasteczka Altenahr położonego nad rzeką Ahr w niemieckim kraju związkowym Nadrenia-Palatynat. Na Facebook krążyły dwie zestawione ze sobą fotografie, jedna przedstawiała miasteczko przed powodzią, druga po wylaniu rzeki, w stanie wyjątkowym. Zakole, w którym zbudowano miasto, zajęła woda.


Jak donosiły media, lipcowe powodzie pochłonęły w Niemczech życie ponad 180 osób. Woda pamięta swój pierwotny nurt, nie poddaje się ludzkim pomysłom, potrafi odzyskać swoje dawne koryto. Regulowana, betonowana, płynie z całą swoją mocą, jest nie do zatrzymania.

W sierpniu, tuż przed wyruszeniem w wiślany bieg, przeglądałam album dotyczący powodzi w 1997 roku. Co chwile komentowałam – „Co?!”, „To niemożliwe!”, „Zobacz tu, ludzie dosłownie płyną po ulicach!”, „O! A tu?! Czy widzisz te potopione świnie?”. Jest w wodzie coś plastycznego, poetyckiego, ale i śmiertelnie niebezpiecznego. Magris opisując Deltę Dunaju pisał o powodziach: „(…) gdy Dunaj wylewa i zatapia wioski, przepływ dewastuje stajnie, chaty, leśne kryjówki, wrzuca do spienionej wody, niby w powszechnym potopie, dzikie i domowe zwierzęta, woły, jelenie i dziki”. Patrzę na Wisłę jak na dzikie zwierzę, które trwa w uśpieniu.

Powódź w fotografiach wybranych przez Polską Agencję Fotografów FORUM, Warszawa, 1997 r.

Po blisko 400 kilometrach biegu wydaje się, że outdoorowe życie jest jedynym możliwym. Próbuję wyobrazić sobie powrót do tego „normalnego”, to trudne, bo chciałoby się żyć właśnie tak: w drodze, w ciągłym przemieszczaniu się, w pogoni za horyzontem. Może, kto raz zaznał takiego życia, będzie nim już naznaczony? Tak jak Fern (graną przez znakomitą Frances McDormand) z filmu Nomadland, która przecież, kiedy dostaje wybór, wybiera jednak życie w ruchu, przemieszczaniu się.

Przeczytałam ostatnio u Tomasza Różyckiego: „Z horyzontem bywa tak, że przesuwa się wraz z nami, bez ustanku. Jest dla nas granicą widzialnego, granicą przestrzeni, którą obejmujemy wzrokiem, i jako granica jest ruchomy”. Biegnąc, czuję to mocniej, wyraźniej.

Tomasz Różycki

Próba ognia. Błędna kartografia Europy

Czyta Małgorzata Lebda.

Warszawa

Prawa strona Wisły

Do ujścia pozostało 445 km

Za mną: Sandomierz, Zawichost, Świeciechów, Janowiec, Kazimierz Dolny, Puławy, Kozienice, Góra Kalwaria, Konstancin-Jeziorna, Wilanów, Warszawa.

Sandomierz-Warszawa (226 km)

Gdy opuszczałam Sandomierz, droga prowadziła mnie w stronę Gór Pieprzowych. Myślałam o tym, jak bardzo poetycka jest to nazwa. Wyobraziłam sobie taki zbiór wierszy lub prozę. Literatura, która dzieje się w życiu, bierze się z niego.

W ciągu pierwszego dnia kolejnego etapu biegu mijałam miejsca, które mogłyby stać się – mam pewność – bohaterami literackimi. Jedno z nich to wieś Piotrowice, usytuowana po lewej stronie rzeki, jakby przycupnęła pomiędzy kamienistymi zboczami za nią, mając Wisłę przed sobą. Rozczulające było obserwowanie tych wszystkich spraw, jakimi żyją mijani ludzie. Mam poczucie, że przecież coś się traci w takim biegu, że może dobrze byłoby spędzać w takich miejscach kilka dni po to, żeby zagadywać tych stojących pod sklepem z piwem, te i tych zbierających owoce w sadach, te składające kwiaty pod przydrożnymi krzyżami i tę, która przeciera chustką twarz figurki Matki Boskiej w przydrożnej kapliczce. Tyle mijanych historii, żyć, opowieści, które nigdy nie zostaną wypowiedziane, ale wystarczy im, że są, nie mają ambicji stać się uniwersalnymi, pouczać, dzieją się i to im wystarcza. Tu, w tym, co pisane, zbieram tyle, ile się da, z tego, co zobaczone, usłyszane, dotknięte, przeżyte.

Po blisko pięćdziesięciu kilometrach na zaproszenie Filipa Springera połączenie online ze słuchaczami Szkoły Ekopoetyki. Pytania, jakie dostaję, krążą wokół pracy ciała, ale też wokół związku fizyczności z pisaniem, rytmem. Potem czytanie wierszy, my tu, w kamperze zaparkowanym na wiślanym wale w Wałowicach-Kolonii, słuchacze nad Wisłą w Warszawie, tuż za mostem Gdańskim, na prawym brzegu. Oprócz wierszy z książki Mer de glace wybrałam kilku towarzyszących mi tu swoimi książkami poetów i poetki: Inger Christensen, Roberta Hassa, Tadeusza Różewicza.

Noc po tym pełnym wrażeń dniu w gościnie u Piotra i Lary, tuż nad rzeką w miejscowości Łopoczno. Pijąc melisę na tarasie starego domu, przeniesionego tu z drugiej strony rzeki, słuchaliśmy, jak się tu żyje, w jaki sposób pracuje rzeka, co niesie ze sobą, jaką radość, ale i jaki niepokój potrafi (wezbrana) powodować. I patrzyliśmy w niebo, najbardziej gwieździste z tych obserwowanych do tej pory, tu, nad Wisłą, jakby zanieczyszczenie światłem nie istniało. Takie noce pamiętam z wczesnego dzieciństwa w Beskidzie, kiedy patrzyło się w rozgwieżdżone niebo z fascynacją i przestrachem, z myślą, że jest coś, co nie da siebie objąć myślą. Noc przecinały miarowe poszczekiwania psów, ciało szybko wracało jednak z takich rozbudzeń w sen. Sen, ciało bardzo go potrzebowało.

Kawę piliśmy na tarasie, który usytuowany był na wysokości koron drzew. Rosły tam wysokie, rozłożyste orzechy włoskie i śliwy. Co rusz naszą uwagę przykuwała wiewiórka, która poruszała się pomiędzy konarami. Przed biegiem zeszliśmy z naszymi gospodarzami do rzeki, aby przepłynąć się pychówką, tradycyjną łodzią, która służyła ludziom mieszkającym przy rzekach jako środek transportu i narzędzie pracy. Płynęliśmy nią „na pych”, co oznacza, że używaliśmy długiego wiosła i odpychaliśmy nim łódź od dnia. Miejscami natrafialiśmy na łachy, niebawem rzeka – jak nam powiedziano – ponownie miała odsłonić swoje piaszczyste ciało. Na jednej z łach, która pokazała się w sierpniu, co noc przez kilka godzin – opowiadał nasz przewodnik – pojawiał się bóbr wykonujący codzienną, skrupulatną toaletę, polegającą na myciu swojego ciała. Piotr Bednarek pisze doktorat związany z rybami, sam od lat jest siłą napędową inicjatywy, która ze studenckiej pasji przerodziła się w stowarzyszenie – Wolne Rzeki. Tu, na Wiśle, opowiada nam o jej wodach z czułością i fascynacją.

Bieg przyniósł nowy krajobraz: pojawiły się plantacje chmielu. Upał gasiły trzy silne ulewy, które złapały mnie w ruchu. Przypominały te w pełni lata, gwałtowne, niespodziewane. Ziemia w kilka chwil chłonęła całą wilgoć, którą przyniosły, podobnie jak chłonęła ją moja – spalona już słońcem – skóra.
Kolejny dzień przeszedł szybko w upał, a później wygasił go – ponownie – ulewami. W ciągu jednego dnia trwały lato i jesień. Ciało wystawione było na sporą różnicę temperatur. Biegło mi się dobrze, rytmicznie, ale już wtedy, na trzydziestym kilometrze, wiedziałam, że kolejny dzień musi przynieść odpoczynek. Dzieje się za dużo. Albo inaczej – wydarzyła się taka obfitość rzeczy, że muszę zatrzymać ciało, żeby uporządkować myśli. Dwadzieścia miesięcy przygotowywania swojej fizyczności i umysłu do tej przygody nakazywało mi myśleć o niej jako o doświadczeniu granicznym, takim, w którym po przekroczeniu dwustu kilometrów w nogach – tak zakładałam – będzie się działo coś, czego fizycznie i intelektualnie nigdy nie doświadczyłam. Zadziało się i dzieje. I jest mocne, intensywne, pochłaniające, inspirujące, ale też szalenie trudne. Wiem jednak, że nie pozwolę sobie samej zrobić krzywdy, że potrafię odpocząć, czytać zarazem wodę, ciało wody, rzeki, ale też i swoje własne.

W okolicy ponad pięćset dwudziestego kilometra, w przepięknym, malowniczym miejscu, gdzie Wieprz uchodzi do Wisły, spotkałam się z Justyną Choroś i Jakubem Orłowskim, członkami pozarządowej organizacji Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (OTOP). Rozmawialiśmy o rządowych planach regulacji tego odcinka. To między innymi w tym miejscu – wedle najnowszych planów – miałaby powstać droga wodna E40, która w zamierzeniu ma połączyć Bałtyk i Morze Czarne.

Spotkanie z przedstawicielami OTOP-u w miejscu, gdzie Wieprz wpada do Wisły.

OTOP jest partnerem przyrodniczym mojej przygody, to z ich pracy i czujności kilka lat temu dowiedziałam się o pomyśle regulowania polskich rzek, przekształcania ich, na wielką skalę, w system dróg wodnych. Będę o tym pisać szerzej, szczęśliwie na trasie mojego biegu spotkam się z Małgorzatą Górską, koordynatorką programu w OTOP-ie, żeby porozmawiać o sensowności tego pomysłu hydrotechnicznego. Tymczasem polecam waszej uwadze stronę drogawodnae40.pl, gdzie możecie się zapoznać z rzetelnymi informacjami na ten temat.

Przyglądałam się nieuregulowanym brzegom Wieprza, najpierw tam, z samego brzegu, a później przebiegając już przez most. Myślałam o tym biegowym akcie jako o sposobie zwrócenia uwagi, gdy rzeka potrzebuje naszego wsparcia, zainteresowania, a w końcu sprzeciwu wobec dokonywanej wobec niej agresji. W niektórych miejscach na świecie, na przykład w Kanadzie czy Nowej Zelandii, rzeki zyskują już tożsamość prawną, bo mieszkańcy – najczęściej rdzenni – wiedzą, że organizmy te potrzebują ochrony, że ciche wody nie mogą protestować, potrzeba im nas, którzy widząc, że dokonuje się gwałt, podniesiemy alarm.

Końcówka biegu to przyjemna wiejska droga pomiędzy wałem a polami uprawnymi, mijały mnie traktory z naczepami solidnie wyładowanymi po brzegi – jeden ziemniakami, a drugi jabłkami. Z kierowcą pierwszego przekazaliśmy sobie pozdrowienia. Drugi prowadziła postawna kobieta, odwzajemniła uśmiech. Wyobrażałam sobie, że niebawem skręcą z polnej drogi wprost na podwórze dużego gospodarstwa. Uporządkują plony albo zostawią tę pracę na kolejny dzień. W domu obmyją tylko dłonie i usiądą do stołu, na którym pojawią się pęta swojskiej kiełbasy, kiszone ogórki, biały chleb, a ich dzieci – które widziałam usadowione na traktorach – może będą polewały grube kromki chleba, posmarowane masłem, spadziowym miodem. Z tym wyobrażeniem, które jest przecież reminiscencją mojego dzieciństwa na wsi w Żeleźnikowej Wielkiej, biegłam dalej. Po prawej słychać było wolno sunącą rzekę. Na ostatnim kilometrze spotkałam Eliasza, który spacerował z psem, była to charcica Basia, piękna, jej białe umaszczenie lśniło w przestrzeni. Odprowadzając mnie te ostatnie metry, opowiadał o rzece, o tym, że żyje mu się z nią tu dobrze, że ma dużo przestrzeni dla siebie, że jeśli rzeka wylewa, to nie tak, żeby być groźna. Na pożegnanie rzucił – Dbaj o siebie. – Obiecałam dbać.

Nasz nocleg tym razem to punkt widokowy nad samą Wisłą. Mało było tam zanieczyszczeń światłem, niebo – ponownie – odsłaniało się jakby bardziej, głębiej, przepastniej. Nocą podjeżdżały samochody, najpewniej z pobliskich wsi: Kępeczek, Samwodzia, Wólki Tyrzyńskiej. W pojazdach młodzi, zakochani, głośni. Zasypiając myślałam:

„Młodość lubi wpatrywać się w rzekę późną nocą”

Ranek ściągnął mnie wcześnie z łóżka. Pisanie, powolne picie kawy, za oknem, trzy metry od samochodu, powolny, szeroki strumień Wisły. Zagadnął nas mieszkaniec pobliskich terenów, który – jak okazało się po chwili – nieopodal zbudował przystań i cumuje tam skonstruowaną przez siebie ośmiometrową łódź. Seweryn, bo od razu przechodzimy „na ty”, okazuje się być skarbnicą wiedzy o Wiśle, człowiekiem, który na co dzień, w ramach hobby, buduje łodzie. Rozmowę co chwilę przerywaliśmy, żeby przyglądać się wodzie, na zmianę padało z naszych ust: „ależ pięknie”. Po wypytaniu, co sprowadza nas nad rzekę, ile tu jeszcze będziemy, z wielkim entuzjazmem zaprosił nas do swojego domu, a także oddał przestrzeń przystani na jogę, która była konieczna, żeby zadbać o ciało w tym dniu odpoczynku. Rozstaliśmy się, żeby za kilka godzin ponownie się powitać.

Seweryn Kamiński, szkutnik i wodniak w czasie rozmowy z Małgosią

W czasie ćwiczeń nad pomost zajechał samochód, wyszło z niego trzech postawnych mężczyzn, nieśli w rękach duże foliowe worki pełne narybku. Reprezentowali radomski oddział Polskiego Związku Wędkarstwa. Zapytałam ich o gatunki wypuszczanych tu ryb. – Brzana i boleń. – Dowiedziałam się, że osiągną rozmiary do jednego metra, a z narybku, który wypuszczają teraz do rzeki, przeżyje jakieś 40 procent. Wykonując pozycje jogi, obserwowałam, jak niosą już (z pewnością nasty) worek, opierają go o brzeg, dłońmi robią dziurę i wypuszczają srebrzące się w słońcu ryby. Kiedy już wszystkie zostały wypuszczone, po kilku minutach jeden z nich wrócił i wrzucił tuż obok pomostu, wprost przed moje oczy jedną rybkę. Powiedział przy tym: – Może przeżyje. – I stał na brzegu, czekał, żeby nabrać pewności. Po kilku sekundach rybka zaczęła wykonywać gwałtowne ruchy, by po kilku kolejnych uspokoić się, tak jakby wróciło do niej na dobre życie. – Przeżyje – powiedział mężczyzna z ulgą i odszedł spokojnie, jak po dobrze wykonanej robocie.

Pan Daniel z radomskiego oddziału PZW z narybkiem

Dzień odpoczynku to też jest dzień roboczy, ale z większym skupieniem na ciele, na wykonywaniu takich gestów, jak spokojne leżenie z nogami w górze, praktyka jogi, niespieszne jedzenie, czytanie, pisanie, wpatrywanie się w pracę rzeki. Na obiad pojechaliśmy kilka kilometrów od naszego miejsca noclegu z ekskluzywnym widokiem na Wisłę. Serdeczność i gościnność Seweryna i Katarzyny wzruszyła mnie. Gospodarz pokazał nam swoje królestwo: pracownię, gdzie majstruje przy łódkach. Byłam zafascynowana tym, z jaką czułością mówił o pracy w drewnie, jak wyglądały tworzone przez niego łodzie, jak dba o detale, jak odzyskuje to, co wyrzucone przez innych, jak odzyskuje dla tego życie. Pokazał nam też kurnik, gdzie dorodne kury i koguty żyją spokojnie na trawie, a pomiędzy nimi paradowały dwie stare gęsi. Seweryn mówił, że mają już wiele, wiele lat, że trzyma je, żeby dożyły tu swoich dni, podobnie jak wspaniały długowłosy owczarek niemiecki o imieniu Tajga. Zdecydowaliśmy, że wieczór spędzimy nad Wisłą. 

Wcześniej nasi gospodarze obdarowali nas warzywami z ogrodu: porami, cukiniami, pomidorami, świeżą bazylią o wielkich liściach, przyjęliśmy to wszystko z wdzięcznością. Już nad Wisłą rozpaliliśmy ogień, piekliśmy w żarze ziemniaki, tuż przy rzece syn naszych gospodarzy zarzucał wędkę. Nad nami błyszczało rozświetlone niebo, a po tafli jeziora co chwilę niósł się potężny, dojmujący ryk jeleni, które odbywały swoje rytuały po drugiej stronie wody. „Szczęście” – pomyślałam.

Odpoczynek posłużył ciału i głowie. „Trzeba jednak ruszać” – pomyślałam kolejnego dnia zbudzona przez ptasie odgłosy znad rzeki. Poranek – przy kawie śniadaniu – spędziliśmy nad roziskrzoną słońcem rzeką. Sprawdziliśmy mapy, wiedziałam po tym, że idealnie byłoby przebiec tego dnia ponad pięćdziesiąt kilometrów, tak aby w kolejnym dniu przebiec podobną liczbę, to powinno doprowadzić mnie do Warszawy.

Biegowy dzień odbywałam, jak zawsze, w potężnym skupieniu, każdy krok wydawał mi się decydujący, każde drganie mięśni niosło ze sobą jakiś komunikat. Rzeka towarzyszyła mi spokojna, cicha – od prawej strony, słońce pracowało uparcie na mojej skórze, która teraz miała taki kolor, jaki miała spracowana skóra mojego ojca, rolnika, gdy niezależnie od pory roku wystawiał się na działanie słońca.

W krajobrazie – zauważyłam to już dwa, może trzy dni temu – pojawiła się jesień, moja ulubiona pora roku, niosąca ze sobą jakieś ukojenie i – paradoksalnie – zapowiedź czegoś nowego. Noc po tym intensywnym dniu nie była spokojna, coś wydawało odgłosy podobne do skrzeczenia, nie były rytmiczne, nie rozszyfrowałam, od jakiego stworzenia pochodzą. Były niepokojące, jakby istota, która je wydawała, szybko zmieniała swoje położenie, słychać ją było od zachodu, południa, od wschodu i ponownie do południa. „Możliwe – pomyślałam – że jest tych istot całe stado, że jesteśmy przez nie otoczeni, tuż przy wale, nieopodal Wisły, przycupnięci samochodem przy sadach jabłoniowych. Dzikość, która wydaje odgłosy, która – być może – komunikuje coś” – o tym myślałam już bliska snu.

Ostatni biegowy dzień przed Warszawą – taką miałam nadzieję, wstając rankiem i pijąc kawę, wpatrzona w pokryte czerwonymi owocami sady. Sprawdziłam mapę. Opcja biegu blisko rzeki wydawała się dużo dłuższa niż ta, która prowadziłaby mnie wzdłuż drogi krajowej numer 79. Nie zastanawiałam się długo. Blisko rzeki, taki jest sens i napęd tej przygody. Wiedziałam, że taki wariant poprowadzi mnie na rekord dotychczasowego dystansu przebiegniętego w jeden dzień. Nie myliłam się. Wcześniej, w okolicach, gdzie miałam się przepakować, na wysokości Wysp Świderskich i Urzecza, spotkaliśmy się z Danielem Petryczkiewiczem, który kibicuje nam z serdecznością i zaangażowaniem. Biegliśmy kawałek razem, a z nami jego pies Frank. Słońce – jak okazało się godzinę później – blefowało, zapowiadając piękne popołudnie. Daniel upiekł dla nas ciasto czekoladowe (wspaniałe!), a także podarował mi tabliczkę z nazwą rzeki Małej. Z tą rzeczką wiąże się wspaniała opowieść snuta już od dawna przez Daniela, koniecznie zobaczcie jego wspaniały i poruszający fotoreportaż w Piśmie, zatytułowany Mała. Rzeka, która chciała być dzika.

Spotkanie z Danielem Petryczkiewiczem i jego psem Frankiem

Po odpoczynku – kawie wypitej na bosaka w piaskach Wysp Świderskich – ruszyliśmy dalej biegiem, do miejsca gdzie rzeka Jeziorka (która wcześniej bierze w siebie Małą) miesza swoje wody z Wisłą. „Krwiobieg ziemi” – myślałam, żegnając się z towarzyszem i ruszając w ciemne chmury, które ciążyły nad Warszawą. Tu złapały mnie dwie gwałtowne ulewy, które przyjęłam z wdzięcznością, spokojem, regularnym oddechem.

Wyspy Świderskie, spotkanie z Danielem Petryczkiewiczem

Dopiero na moście Siekierkowskim deszcz ustał (nie na długo). Widać było stąd rzekę, a na horyzoncie majaczyły zamglone budynki stolicy. Stamtąd już do celu, do mety ustalonej przy Pawilonie Edukacyjnym Kamień, dzieliło mnie zaledwie dziewięć kilometrów. Przebiegłam je sprawnie, z adrenaliną, endorfinami i radością. W końcówce trasy asystowała mi sekcja rowerowa: Rafał i Wojtek Szot. Wojtka pytałam na ostatnim kilometrze o to, co działo się na świecie i w kraju, selektywnie i zwięźle poinformował mnie, że „ludzie się dalej nienawidzą, ale są też dobre wieści – Elżbieta II napisała list do Kima”.

Powitanie w Warszawie przez redakcję „Pisma”

Zdałam sobie wtedy sprawę, że od szesnastu dni żyłam poza informacjami, poza tymi angażującymi newsami, światem zewnętrznym, który potrafi tak przytłoczyć i pochłonąć. Poczułam wdzięczność, że moje główne źródło informacji to teraz rzeka. Miękki grunt prawej, dzikiej strony Wisły, niósł mnie lekko, jakbym nie miała w nogach ponad 650 kilometrów. Na mecie najmilsi mi ludzie, serdeczność, ciasto czekoladowe, kwiaty gipsówki. „Szczęście – myślałam – potężne szczęście”. I przedłużenie tego stanu w kolejny dzień, na spotkaniu, gdzie gościła nas Dzielnica Wisła, na którym wraz z Rafałem, Janem Piotrowskim (pełnomocnikiem prezydenta Warszawy do spraw Wisły) i Magdaleną Kicińską rozmawialiśmy o rzece. Bo ona jest tu główną bohaterką.

Już w dniu odpoczynku w Warszawie myślałam o tym, że jest coś pokrzepiającego w tym, ponownie to poczułam, kiedy wbiega się na znajome ścieżki. Ostatnie miesiące treningów przed ruszeniem od źródła do ujścia Wisły zdarzało mi się często odbywać właśnie tu, w Warszawie. Prawa strona rzeki jest przeze mnie gruntownie rozpoznana. Potrafię biec tu odważniej, szybciej, bowiem ścieżki wydają mi się oswojone, wiem, w którym momencie pojawi się kamień, korzeń, wiem, na jakiej wysokości można bezpiecznie zejść do rzeki, tak aby zanurzyć w niej dłoń, wiem, gdzie tworzą się wiry, gdzie napotkam kormorany czy czaple siwe, wiem też, gdzie napotkam ludzi. Szczególnie dobrze pamiętam te treningi, które pozwalały mi obserwować, w jaki sposób zmienia się pogoda (często szybko, gwałtownie). Tak jakby nad miastem bywało jakoś brutalniej, straszniej, nieprzyjemniej. Wiązało się to często z barwną pracą na niebie, z momentami, w których słońce po wyjściu zza chmur odmalowywało Claude’a Moneta lub Ferdynanda Ruszczyca.

Taktyczny wymiar tego biegu łączy się dla mnie z poznawaniem rzeki w sposób pogłębiony. Dotykam i jestem dotykana. Uderzam stopami o często wilgotne podłoże, przebiegam podmokłe tereny, czasem wały prowadzą mnie utwardzoną nawierzchnią, częściej stykam się z glebą, uziemiam wtedy swoje ciało, oddając – tak sobie to wyobrażam – trochę energii ziemi, czerpiąc też z niej. Dotykam też i tafli, wtedy, kiedy zbliżam do niej dłonie, żeby zaczerpnąć wody i dotknąć nią twarzy. Jestem dotykana przez ziemię, wodę, powietrze, słońce. Dotyka mnie flora i fauna, czasem czuję się, jakbym była pośrodku tego, jak ciało mające w sobie coś i ze świata roślin, i ze świata zwierząt.

Myślałam w czasie tego odcinka, Sandomierz–Warszawa, o tym, do kogo należy ta rzeka. Podczas biegu wracałam do wersji audio artykułu Kamili Kielar zatytułowanego właśnie tak – Do kogo należy rzeka. Myślałam o tym, że Wisły nie musimy dzielić z innym krajem, że jest nasza, nie tak jak na przykład rzeka Kolorado, która jest ekstremalnie eksplorowana przez USA, w efekcie czego Meksykowi odbiera się życV  iodajny strumień. Czy to, co dzieje się w Azji Południowo-Wschodniej, bo czy wiedzieliście, że wtedy, kiedy dochodziły do nas sygnały o pandemii rosnącej w siłę właśnie tam, kilka krajów regionu borykało się z największą suszą od kilkudziesięciu lat? Kielar – we wspomnianym artykule – zwróciła uwagę, że Chiny, które leżą w górnym biegu Mekongu, nie doświadczyły suszy. Jak się okazało, zatrzymały za pomocą kilkunastu tam na rzece potężną ilość wody i przetrzymały ją przez wiele miesięcy 2019 roku, zabezpieczając ją dla swojego kraju. Wojna o wodę? Tak wyobrażam sobie jedną z jej odsłon. Ale przecież kiedy zwracamy się podczas tej przygody do przypadkowych ludzi z prośbą o podzielenie się wodą (uzupełnienie w nią kampera), to zawsze na nasze naleganie, że za nią zapłacimy, mówią: – Broń Boże, pieniądze za wodę?! Bóg by nas pokarał. – I jest w tym jakaś nadzieja.

Chciałoby się powiedzieć, że rzeka należy do wszystkich, ale byłaby to utopia. Myślałam tu, podczas biegu, o ludziach, którzy przy rzeczce się urodzili, który w jej chłodzie dorastali, którzy mogliby powiedzieć, że są z rzeki. Zatrzymują mnie historie napotkanych na trasie osób. To, w jaki sposób, z miłością i czułością zwracają oczy w stronę rzeki, jakby była żywą istotą, która wymaga uwagi, troski.

Interesuje mnie też historia mijanych miejsc, która pozwala mi lepiej zrozumieć i poczuć to, co widzę. Jak ta dotycząca Urzecza, a więc przebiegniętego w ostatnich dniach regionu etnograficznego leżącego po obu stronach Wisły pomiędzy Pilicą i Wilgą a południowymi rubieżami Warszawy. Na stronie Urzecze.pl czytam: „Samo położenie Urzecza po obydwu stronach Wisły nie powinno dziwić. W przeszłości bowiem Wisła nie dzieliła omawianego regionu i jego mieszkańców, a wręcz odwrotnie – łączyła.

Dziewczęta w kostiumach kąpielowych rozmawiają na plaży. W tle zabudowa Solca., źródło NAC

Marynarze przy załadunku towarów na statek zacumowany przy jednym z brzegów Wisły, źródło NAC
Wybrzeże Wisły w pobliżu mostu Kierbedzia w Warszawie, źródło NAC

Wobec katastrofalnego stanu ówczesnych dróg rzeka stanowiła najprostszy środek transportu i komunikacji, a jej funkcję można by przyrównać do roli dzisiejszej autostrady, po której jedzie się szybko i stosunkowo łatwo dociera do celu. Względna bezproblemowość przedostania się na sąsiedni brzeg – wynikająca z powszechności przewozów i łodzi pychowych – sprzyjała rozwojowi kontaktów międzyludzkich. Poza matrymonialnymi i towarzyskimi najczęściej były to kontakty handlowe, których rytm wyznaczały kolejne jarmarki w Warszawie, Powsinie, Karczewie, Sobieniach czy Górze Kalwarii”. Przeglądam stare fotografie z tego mikroregionu, myślę – „Rzeka, która łączy, definiuje, potwierdza, która mnie prowadzi, jest teraz architektką moich ruchów i myśli”.

Kaskada dolnej Wisły

Do ujścia pozostało 217 km

Za mną:  Łomianki, Nowy Dwór Mazowiecki,  Suchodół, Stary Duninów, Włocławek, Siarzewo, Ciechocinek, Toruń.

Warszawa – Toruń (228 km)
Mapa Polski z zaznaczeniem trasy biegu Małgosi Lebdy wzdłuż Wisły od źródła do Torunia.

Kilometry za Warszawą przyniosły: chłód, wilgoć, zacinający deszcz. Nie było mowy o suchych butach. Chłód był z takich, które zaczynają się w stopach i przejmują całe ciało. Tak pamiętam ten pierwszy dzień kolejnego etapu biegu, etapu, który powinien był zaprowadzić mnie do Torunia. Ale przecież, oddajmy sprawiedliwość i jasnym momentom – jak rozmowy z ludźmi, którzy zdecydowali się towarzyszyć mi przy wybiegnięciu ze stolicy. Była w tym biegu z nimi energia, radość, entuzjazm. Niebo, wtedy jeszcze, przychylne. Później rozpętało nade mną tę nie mającą końca ulewę, której słuchałam jeszcze zasypiając w kamperze. Ciało zabierał sen, ale też dotykały je drgawki, od tej wilgoci, od tego chłodu, od tej jesieni, która już rozgaszczała się w kościach. I która tak bardzo różniła się od tej swojej słonecznej odsłony kilkunastu ostatnich dni.

Trudno w takich momentach nie myśleć o tych, którzy są bez domu albo im się tego domu, azylu odmawia. Trudno nie myśleć o trudzie ludzi, którzy w poszukiwaniu nowego bezpiecznego miejsca pokonują setki i tysiące kilometrów. Trudno nie myśleć o tym, że tak często spotyka ich niegościnność, przemoc i opresja. Tu w tym chłodzie własnego ciała, nie sposób o tym nie myśleć, ale przecież wiem, że mój chłód nie pozwoli mi nawet na odrobinę, na ułamek pojąć cokolwiek z ich chłodu. Chłodu, bo o strachu nie piszę, bowiem tego należącego do nich nie potrafię objąć myślą, wydaje mi się przepastny, ponadludzki, totalny. I jeśli udaje mi się w tym biegu oddalić od informacji płynących szerokim strumieniem z kraju i ze świata, tworząc w sobie ochronny obszar, to te informacje jednak i do mnie dochodzą, przejmują, paraliżują.

Kiedyś myślałam o tym, że biega się też czasem z bezsilności, żeby ruchem wytworzyć energię, dać upust napięciom. Teraz wiem, jestem pewna, że biega się czasem z bezsilności i żeby ją nazwać, zamienić w energię, spożytkować.

Poranek kolejnego biegowego dnia wydał mi się tym z trudniejszych. Chciało się zostać w osłoniętym od wiatru kamperze. Wywalić nogi do góry, czytać, przysypiać, budzić się tylko po to, żeby zjeść garść owoców morwy lub napić ciepłego kakao. Niewykluczone, myślałam tamtego ranka, mając już w nogach 698 kilometrów, że dopadł mnie kryzys. Odganiałam tę myśl, pewna, że przecież czas treningu odbyłam wzorowo. Celująco. Chociaż nie zawsze byłam prymuską w przedmiotach ścisłych, wychowanie fizyczne to co innego. Przyszło mi na myśl, że może to co się we mnie dzieje, przypomina tak zwaną „ścianę biegacza”, coś co – podobno, bowiem sama tego nie doświadczyłam – odczuwają maratończycy, jakoś w okolicy trzydziestego kilometra. Stan ten przypomina odcięcie od źródła energii, nagły kryzys, osłabienie. Może więc to? W okolicach siedemsetnego kilometra? 

Wiatr tuż za oknem obracał gwałtownie liście osik, Wisła mieniła się w świetle poranka. Czas wstać. Dyscyplina to nie jest moje ulubione słowo, ale żyłam w jej surowej odsłonie już od dziewiętnastu dni. To ona i rytm dnia pozwalały mi w tych granicznych momentach na posuwanie się do przodu, płynnym biegowym krokiem. I literatura, otworzyłam na chybił trafił Dunaj Magrisa, oczy złapały linijkę:

„Podróż jest zawsze także ekspedycją ratunkową, dokumentacją i zbieraniem tego, co gaśnie i wkrótce zniknie, ostatnim przybiciem do brzegów wyspy, zatapianej przez wodę.”

~C. Magris

Wiatr tamtego dnia przenikał do kości, niebo wisiało ciężkie i ołowiane, było zapowiedzią czegoś potencjalnego, deszczu, który jednak – szczęśliwie – nie spadł. Dobiegając do Bzury, rzeki towarzyszącej – jak już nazywam na swoje potrzeby rzeki łączące swoje wody z Wisłą – dostrzegłam na mapie w jak spektakularny sposób, jak przepięknie wije się przed tym aktem połączenia. I od tamtego momentu towarzyszyło mi gęganie gęsi, które słyszałam aż do miejsca noclegu. Zatrzymaliśmy się na tamtą noc w okolicach starej, nieużywanej już przystani, w pobliżu Suchodołu. Wiatr wiał tam i – czułam to wyraźnie, ponownie – w moim ciele. I wtedy pojawiła się wdzięczność za ten stan, za wszystko co przeżyte, doświadczone, zobaczone, pomyślane przez te dziewiętnaście dni od startu z Baraniej Góry.

Trzeci dzień biegowy z długiego, pięciodniowego etapu Warszawa-Toruń. Potężna osika targana zrywami zimnego powietrza, towarzyszyła nam nocą i rankiem swoim odgłosem. Rzeka tuż obok lśniła jakby ktoś posmarował ją srebrem. Niebo w dalszym ciągu niosło ciężki ołów. Chłód nie ustępował. W czasie przepaku, gdzieś na 25 kilometrze, odwiedziliśmy Kamila z przepompowni Dobrzyków, zaprosił nas na kawę. Zaparzył je mocne, sypane. – Oczywiście z dwóch łyżek, zapytał retorycznie, dodając po sekundzie – z mniej to się nie opłaca robić. I zaczął opowiadać, mówił żywiołowo, z entuzjazmem, zaangażowaniem.

Przepompownia Dobrzyków, na kawie z panem Kamilem

Okazało się, że pamięta powodzie ostatnich czterech dziesięcioleci. Pokazał nam fotografie zalanej przepompowni z 2010 roku. Myślałam o tym, ile odsłon towarzyszenia rzece już poznałam: ludzi korzystających z jej piękna, ludzi pracujących przy jej ciele, ludzi mieszkających przy niej i traktujących ją jak część swojego gospodarstwa, jak zasób, który jest organiczny, żyje. Do ludzi tu, przy rzece, to mamy szczęście, myślałam ruszając dalej.

Reszta biegu upływała w skupieniu na każdym kroku. Na nocleg wybraliśmy środek lasu, na polanie, w odgłosach odbywającego się rykowiska. Wyobrażałam sobie potężne ciała jeleni, które musiały zostawiać głębokie ślady w piaszczystej ziemi tego sosnowego lasu. Ich czujność usypianą przez instynkt, ciepłe powietrze wydychane przez nie, które musiało przecież zamieniać się już w kłęby pary.
Wstałam wcześnie, obudziło mnie światło, przy kawie, notatniku i książce (Antena, Serhija Żadana w tłumaczeniu Bohdana Zadury), obserwowałam, w jaki sposób słońce bierze w posiadanie las, długie cienie drzew zmieniały położenie, szyby samochodu zbierały wilgoć. Niebo, to był już tylko błękit, to on zapowiadał, że wysiłek tamtego dnia przyjdzie mi odbywać w świetle, tak myślałam, taką miałam nadzieję, jeszcze wtedy nie wiedziałam, że front atmosferyczny pomiesza tam w górze. Za oknem zauważyłam grzybiarza, uważnie wpatrzonego w ziemię, obserwowałam go kilka minut, jego uwaga tak bardzo poświęcona była grzybom, że prawie wpadł w nasz samochód, był tym pojazdem zaskoczony. Siedziałam przy oknie, pisząc, podniosłam dłoń w geście pozdrowienia, zauważyłam, że miał spaloną słońcem skórę, głębokie zmarszczki na twarzy, odpowiedział tym samym gestem i wrócił do uważnego patrzenia w wysłany mchem grunt. Wysiłek tamtego dnia wydawał się cięższy, mocniejszy, intensywniejszy, to już z pewnością ciało daje o sobie znać, domaga się może – tak myślałam – odpoczynku, a tu przed nim jeszcze oprócz wybiegiwanego wtedy dnia, jeden, który powinien doprowadzić mnie do Torunia.

Serhij Żadan

Bez tytułu

Wiersz z tomu Antena, czyta Małgorzata Lebda.

Pięć dni wysiłku, jak tydzień roboczy, który nie chce się skończyć. Ale przecież nie, to niesprawiedliwe, przecież nie traktuję tej przygody jakby to była praca, to – no właśnie – przygoda, nie projekt, ale najautentyczniejsza przygoda z całą obfitością podprzygód, przeżyć, emocji, zmian nastroju, euforii, ale też smutku, zwątpienia, tęsknoty, bólu – tego fizycznego: skurczy, obtarć, zadrapań. Ale przecież nie tylko fizycznego, również i takiego, który każdy z nas nosi w sobie głęboko, który wydobywają z nas momenty wzmożonej uważności, momenty napięć, momenty, w których możemy przyjrzeć się samym sobie.

W czasie biegu odsłuchałam – ponownie – tekst autorstwa Katarzyny Boni dotyczący Indyjskiej pisarki Arundhati Roy. Przejmujące jest jej zaangażowanie, jej aktywizm, który polega przede wszystkim na robieniu tego, co potrafi najlepiej – pisaniu. Jednym z przykładów jest jej walka wokół tamy budowanej w dolinie Narmady. To tam – jak pisze Boni – punktem spornym była tama Sardar Sarovar, miała być ostatnią z ponad trzech tysięcy tam, które budowano na liczącej tysiąc trzysta kilometrów Narmadzie, płynącej przez trzy stany: Maharasztrę, Madhya Pradeś i Gudźarat. Pisarka  uczestniczyła i towarzyszyła ludziom żyjącym przy rzece, ale nade wszystko była ciekawa, pytała, pytała, pytała. O co? „Ile osób zostanie przesiedlonych? Kto szacuje zagrożenie? Czy w projekt przesiedlenia wpisani są Adiwasi? (Tak w Indiach nazywa się rdzenne plemiona, „pierwszych mieszkańców”, którzy żyją poza systemem kastowym). Przecież oni nie posiadają ziemi, za którą mogliby dostać rekompensatę. Czy ludzie dostają pieniądze, czy ziemię za ziemię? Jeśli dostają ziemię, czy jest ona uprawna? Jeśli dostają pieniądze, czy jest to pełna suma zasądzona przez sąd? Czy nowo zbudowane wioski dla przesiedleńców nie stoją na terenach zagrożonych – jak w przypadku tamy Bargi zbudowanej w 1990 roku? Kto dokonywał pierwszych pomiarów, na podstawie których oceniano wydajność rzeki? Czemu ich nie zmieniono, kiedy okazały się błędne? Jak rząd może wymagać od rzeki, żeby dostarczała tyle wody, ile rządzący mają założone w papierach? Co się stanie w wypadku suszy? Czy koszty kanałów nawadniających są wliczone do budżetu projektu? Dlaczego nie? A co z ludźmi przesiedlonymi przez budowę kanałów? Czemu oni nie są objęci rekompensatą? Kto dostanie wodę? I ile? Czy kanały nawadniające naprawdę dostarczą wodę do zagrożonych suszą rejonów, które leżą na samym ich końcu? Czy może zostanie ona zużyta na wcześniejszych odcinkach, na których stoją fabryki i budowane są pola golfowe? I dlaczego w ogóle buduje się kanał od Narmady, a nie od Sabarmati i Mahi, które leżą bliżej? Och, na tych rzekach już wybudowano tamy? I woda płynie do Ahmedabadu, największego miasta Gudźaratu? I w końcu: czemu buduje się tamy, skoro na Zachodzie wysadza się je w powietrze, uznając za szkodliwe? Kto zyskuje na sprzedaży technologii Trzeciemu Światu? Do kogo należy ta ziemia? Do kogo należy ta rzeka?” Brzmi to tu, nad naszym polskim Siarzewem, miejscem, w którym planowano postawić zaporę na Wiśle, nad Włocławkiem, nie całkiem egzotycznie.

Nie potrafię pozbyć się myśli o słowach jakie padały z ust osób, które pytałam o zaporę we Włocławku, mówiły, że jest to gwałt na rzece, że to przemoc. Zapora – jak czytałam w materiałach OTOP-u – jest efektem realizacji koncepcji „Kaskady Dolnej Wisły”, która powstała na początku XX wieku. Pod koniec lat pięćdziesiątych XX w. powrócono do pomysłu, zakładając budowę ośmiu stopni wodnych. Ich celem miała być: produkcja energii i umożliwienie żeglugi Wisłą do portów w Gdyni i Gdańsku. W 1970 roku oddano do użytku stopień we Włocławku. Kolejnych jednak nie zbudowano. Stopień wodny w Siarzewie miał być zabezpieczeniem i wsparciem samotnego stopnia wodnego we Włocławku. Szczęśliwa mogę napisać o tym, że ten pomysł upadł. Dokładnie 19 sierpnia 2021 roku Minister Klimatu i Środowiska uchylił w całości decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach (DUŚ) dla przedsięwzięcia pt. „Budowa stopnia wodnego na Wiśle poniżej Włocławka – realizowanego w wariancie Siarzewo”. Ulga. Przynajmniej na jakiś czas.

Włocławek, okolice stopnia wodnego

Pozostaje jednak Włocławek. W analizie autorstwa Andrzeja Tersy dla pisma „ActaEnergetica”, czytam, że do najistotniejszych skutków ponad czterdziestoletniej eksploatacji Stopnia Wodnego Włocławek należy zaliczyć: „erozję i obniżenie poziomu wody na dolnym stanowisku, rozluźnienie korpusu zapory ziemnej i podłoża jazu, niszczenie konstrukcji betonowych, niszczenie konstrukcji stalowych czy akumulację niesionego rumowiska w zbiorniku włocławskim. W pierwszym okresie eksploatacji zarówno stopnia wodnego, jak i elektrowni nie notowano znaczących awarii, a eksploatacja przebiegała bez zakłóceń, wyłączając rok 1982, kiedy to potężny zator lodowy w okolicach Płocka przyczynił się do powodzi. Oznacza to również niewysokie koszty eksploatacji stopnia. Ostatnie piętnastolecie to okres zwiększonej awaryjności obiektów i urządzeń stopnia wynikającej z długiego okresu eksploatacji, a za tym konieczności remontów i modernizacji. To również okres zwiększonych nakładów”. Stanowisko koalicji Ratujmy Rzeki jest jasne, czytam o nim w tekście o znaczącym tytule Socrealistyczne monstrum znów zagraża Wiśle: „(…) stopień wodny, zbudowany we Włocławku w roku 1970 jako pierwsza inwestycja komunistycznego, megalomańskiego planu, generuje tyle zagrożeń, strat i kosztów, że należy go rozebrać, zamiast planować budowę kolejnych zapór”.

Wracam myślami do Arundhati Roy, która pisała w eseju Większe dobro ogółu (który ukazał się po polsku w tomie Algebra bezgranicznej sprawiedliwości, a którego fragment cytuje się w przywoływanym tu materiale o niej: „Dzień po dniu, rzeka po rzece, las po lesie, góra po górze, pocisk po pocisku, bomba po bombie – prawie sobie tego nie uświadamiając – dajemy się łamać. (…) Wielkie tamy są dla «rozwoju» narodu tym, czym bomby jądrowe dla jego militarnego arsenału. Jedne i drugie są bronią masowego zniszczenia. Jedne i drugie są bronią, którą rządy wykorzystują do sprawowania władzy nad własnym ludem”.

Na trasie tamtego biegowego dnia znalazł się Włocławek, ten potężny relikt przeszłości, który blokuje, niemal dławi Wisłę. To tu spotkałam się z Małgorzatą Górską z OTOPu i jej mężem Krzysztofem, z którymi rozmawiam o tym miejscu, jego sensowności, o widmie drogi wodnej E40. 

Podzieliłam się z Małgosią spostrzeżeniem dotyczącym świadomości ludzi, których spotykałam podczas tych przebiegniętych kilometrów, na temat drogi wodnej E40. Jest niewielka albo nie ma jej wcale. Samo, nakreślone przeze mnie naprędce, widmo regulacji rzeki, budzi w nich jednak przerażenie. 

Rozmowa z Małgorzatą Górską z OTOPu

Zastanawiałam się jak o tym mówić, poradziłam się, w jaki sposób osobom, które nic nie wiedzą o tym projekcie, zwięźle go przedstawiać. Małgosia podkreśliła, że ważne jest zwrócenie uwagi na następujące aspekty planowanej inwestycji: droga wodna E40, to międzynarodowa inicjatywa, która ma umożliwić towarowy transport wodny pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym. Przebiegać ma przez Polskę, Białoruś i Ukrainę. Oznacza przekształcenie rzek na swojej trasie w kanały żeglowne ze śluzami, stopniami wodnymi, przepompowniami wody i innymi budowlami hydrotechnicznymi, a częściowo też wykopanie zupełnie nowych kanałów. Wymagania techniczne dla międzynarodowej drogi wodnej V klasy to w rzece: szerokość szlaku żeglownego – 50 m, głębokość 2,8 m, a promień łuku osi szlaku żeglownego – 650 m. 

Zapytałam, co oznacza to z przyrodniczego punktu widzenia. I choć domyślałam się odpowiedzi, ale usłyszana z ust przedstawicielki OTOP, zrobiła na mnie wrażenie: oznacza to bowiem zniszczenie cennych siedlisk w dolinach rzek, warunków do życia licznych gatunków zwierząt i roślin oraz siedlisk przyrodniczych, w tym na obszarach chronionych. Jeśli dojdzie  do skutku to – na pierwszy rzut oka – na zawsze pożegnamy się z unikalnymi wyspami i łachami na Wiśle czy malowniczymi meandrami Wieprza. Rzeki przestaną być żywymi, dynamicznymi rzekami, a staną się ujarzmionymi kanałami. Na dodatek nie spełniającymi swojej zakładanej funkcji. 

Próbowałam w tym rządowym pomyśle odnaleźć sens, może finansowy? Może to się nam jako społeczeństwu opłaci? Myślałam i zapytałam. Małgorzata Górska mówi: – Moim zdaniem pod żadnym względem nie. Zniszczenie rzek i ich dolin oznacza ogromną ingerencję w warunki hydrologiczne i wszystko co z nimi związane. Opracowania eksperckie mówią o wzroście zagrożenia powodziami zatorowymi na zbiornikach zaporowych (w górę rzeki od stopni wodnych), zapowiadane korzyści z nawadniania upraw rolniczych to fikcja, szlak żeglugowy jest poważnie zagrożony niestabilnymi warunkami hydrologicznymi i klimatycznymi. Walory turystyczne i rekreacyjne są wyższe na pięknych dzikich rzekach z licznymi rybami, ptakami i malowniczym krajobrazem, a nie nad kanałami i stojącą niemal wodą w zbiornikach zaporowych, gdzie w upale zakwitają toksyczne sinice. Ilość prądu produkowana w elektrowniach wodnych na zaporach jest śmiesznie mała i kompletnie nieadekwatna do kosztów środowiskowych i społecznych. Zdecydowanie bezpieczniejszymi metodami można ją wyprodukować np. w elektrowniach wiatrowych czy słonecznych. Ponadto, w kalkulacjach, pomija się wartość «usług ekosystemowych» – czyli najprościej mówiąc korzyści jakie przyroda daje społeczeństwu za darmo – na przykład naturalnych rozwiązań w zakresie przeciwdziałania powodzi i łagodzenia zmian klimatu. 

Ministerstwo Infrastruktury, słowami wiceministra Marka Gróbarczyka w przesłanym nam mailu prezentuje zgoła odmienne stanowisko: Budowa stopni wodnych na polskich rzekach to konieczność. Takie obiekty dają możliwość stabilizacji sytuacji na rzekach w czasie suszy i powodzi. Co roku mierzymy się z tymi zjawiskami,  które się nasilają, powodując miliardowe straty w gospodarce. Odbijają się także na poczuciu bezpieczeństwa Polaków. Już dziś trzeba myśleć o przyszłości. Tym bardziej, że duże, nowoczesne obiekty wodne nie powstają z roku na rok. (…) Wody Polskie [Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie to spółka skarbu państwa realizująca projekt międzynarodowej drogi wodnej E40 – przyp. red.] przedstawiły konkretne analizy i oceny kilkuset ekspertów z Polski i innych krajów, z wielu różnych środowisk. Koncepcja stopnia wodnego na Wiśle w Siarzewie powstała przy udziale naukowców i ekspertów z dziedziny hydrologii i hydrotechniki, na podstawie wieloletnich badań i analiz instytutów badawczych w tym Instytutu Rybactwa Śródlądowego. Tylko w latach 2010-2016 w pracach i konsultacjach brało udział kilkudziesięciu profesorów z kilku krajów świata. Ponadto budowę stopnia wodnego Siarzewo poparło szereg organizacji pozarządowych i co kluczowe, pisemnie ponad 100 tys. mieszkańców regionu pozostających w bezpośrednim sąsiedztwie planowanej inwestycji”.

Wydaje się jednak, że projekt drogi E40 nie jest wysoko na liście priorytetów rządu. Zapytany o nią przez redakcję Pisma rzecznik ministerstwa aktywów państwowych szczerze przyznał, że nie wie, czym jest droga E40.

Dopytywałam Małgorzatę o szczegóły, ważne jest dla mnie to, w czym obrońcy Wisły widzą największe zagrożenie związane z tą potężną inwestycją. Wiem, że stanowi ogromne niebezpieczeństwo dla przyrody dolin rzek takich jak Wisła (i jej dopływy), Bug, Wieprz, Tyśmienica. Nie tylko w Polsce, bo na Białorusi i Ukrainie zagraża rzekom i mokradłom Polesia (zwanym „Amazonią Europy”). Górska: – W obliczu wzmagających się zmian klimatu i przyspieszającej utraty różnorodności biologicznej oraz związanemu z tym pogarszaniu się jakości życia ludzi, ochrona przyrody terenów mokradłowych oraz korzyści jakie ta przyroda daje ludziom powinno być priorytetem. Największym zagrożeniem jest planowane przegrodzenie rzek kolejnymi zaporami i stopniami wodnymi w ramach tzw. Kaskady Wisły. W praktyce oznacza to, że zamiast Wisły na odcinku od Bałtyku aż po Dęblin będziemy mieć łańcuch zbiorników zaporowych (takich jak dziś powyżej Włocławka) z piętrzeniem wody od jednego do drugiego stopnia wodnego. Bezpowrotnie stracimy Wisłę – jedną z ostatnich, wciąż o wysokich walorach naturalnych, dużych rzek europejskich. Te przegrody w poprzek Wisły to definitywne odcięcie górnych odcinków zlewni dla ryb migrujących. To także zniszczenie lasów łęgowych, wysp, zakoli, łach, podwodnych tarlisk ryb i tego wszystkiego z czym kojarzymy dziką, wolną rzekę. 

A obszary Natura 2000? W trakcie biegu mijałam ich wiele. Małgorzata Górska wytłumaczyła: – Na wiślanym odcinku drogi wodnej E40 dotyczy to co najmniej dziesięciu obszarów Natura 2000, w tym tych powołanych dla ochrony kluczowych populacji szeregu gatunków ptaków w skali całego kraju. Łączny zagrożony na wiślanym odcinku (ok. 550 km od ujścia do Dęblina) odsetek populacji krajowej ptaków – to: rybitwa czubata – 100%  populacji krajowej; rybitwa białoczelna – 70% populacji krajowej; rybitwa rzeczna –  50% populacji krajowej; sieweczka obrożna – 40% populacji krajowej; mewa siwa – 30% populacji krajowej; brodziec piskliwy – 20% populacji krajowej; śmieszka – 10% populacji krajowej. Tak więc kaskadyzacja Wisły i budowa drogi wodnej może skutkować załamaniem się bądź nawet wyginięciem, kluczowych polskich populacji rybitw, mew i innych ptaków siewkowych. 

– Ale to nie wszystko – kontynuuje Małgosia – od Dęblina do granicy z Białorusią w okolicy Terespola ma być wykopany przez Lubelszczyznę zupełnie nowy kanał żeglugowy z 7 śluzami i przepompowniami wody z innych rzek. W zależności od przyjętego do realizacji wariantu wpłynie to na Wieprz i Tyśmienicę oraz nie będzie to neutralne dla samego Bugu. Skądś trzeba będzie wziąć wodę do wypełnienia tego kanału. Jedne obszary mogą zostać przesuszone, inne podtopione. To poważne zagrożenia nie tylko dla przyrody, ale i ludzi wraz z ich działalnością gospodarczą (rolnictwo, stawy rybne, turystyka). Na wschód od polskiej granicy droga wodna oznacza przekształcenia takich rzek jak Pina, Prypeć i Dniepr.

Ludzie, którym opowiadałam o drodze wodnej E40 w trakcie biegu, nie kryli oburzenia, ale też mieli nadzieję – paradoksalnie – że brak pieniędzy w budżecie krajowym powstrzyma zapędy budowniczych. Zapytałam o to na jakim etapie – według informacji OTOP – są prace nad tą inwestycją. Małgosia zwraca uwagę, że zostało opracowane „Studium wykonalności dla modernizacji drogi wodnej E-40 dla rzeki Wisły na odcinku od Gdańska do Warszawy, E40 na odcinku od Warszawy do granicy Polska – Białoruś (Brześć) oraz drogi wodnej E70 na odcinku od Wisły do Zalewu Wiślanego (do Elbląga)”. Podkreśliła też, że niestety, pomimo ich – jako Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków – starań, dokument ten wciąż nie jest publicznie dostępny. Ponadto opracowano szereg dokumentów, w tym: „Analizę sektora transportu wodnego śródlądowego w zakresie wynikającym z modernizacji Odrzańskiej Drogi Wodnej i Drogi wodnej rzeki Wisły”, „Analizę możliwości włączenia polskich odcinków śródlądowych dróg wodnych E30, E40 i E70 do sieci TEN-T” (europejska sieć transportowa), „Krajowy program żeglugowy”, trwają prace nad „Programem Rozwoju Drogi Wodnej Rzeki Wisły’. 

Siarzewo, miejsce gdzie miał powstać kolejny stopień wodny

Zastanawiający – co zwróciło moją uwagę w informacjach od przedstawicielki OTOP – jest fakt, że większość z tych opracowań owiana jest tajemnicą i nie wiadomo na jakim etapie są prace nad drogą wodną E40 jako poważnym programem strategicznym wpływającym na większą część naszego kraju. Warto dodać, podkreśliła moja rozmówczyni, że dotąd nie przeprowadzono – wymaganej prawem – strategicznej oceny oddziaływania na środowisko dla tej inwestycji. Oznacza to, że społeczeństwo polskie nie miało możliwości wypowiedzenia się w tej sprawie. Powyższe nie oznacza, usłyszałam, że nic się – poza płynącym szerokim strumieniem publicznych środków wydawanych na przeróżne dokumenty – nie dzieje. Flagową inwestycją związaną z drogą wodną E40 był planowany – jako drugi, po Włocławku – stopień wodny na Wiśle w Siarzewie. Ostatnio było o nim głośno, gdyż, jak wspominałam, w połowie sierpnia Minister Klimatu i Środowiska uchylił decyzję środowiskową dla tej destrukcyjnej inwestycji. A jeszcze w marcu zapowiadane było rychłe przystąpienie do realizacji projektu.

Wiceminister Infrastruktury, we wspomnianym mailu, powiedział o swoich działaniach po uchyleniu decyzji: „Złożony przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie sprzeciw wynika z braku ostatecznej decyzji Ministerstwa Klimatu i Środowiska, który niepotrzebnie przedłuża cały proces inwestycyjny. W świetle przeprowadzonego procesu decyzja jest zupełnie niezrozumiała”.

Umawiam się z Małgosia i Krzysztofem na spotkanie kolejnego dnia właśnie tam, w Siarzewie.

Siarzewo, miejsce gdzie miał powstać kolejny stopień wodny

Z okolic zapory we Włocławku wyprowadziła mnie Emilka i Hania, na oko sześciolatki , piękne blondynki, które ubrano od góry do dołu w róż. Trzymały się za  ręce i widząc mój biegowy ekwipunek przyglądały mi się z uwagą. Na ścieżce, która jest wąska, a którą powinnam wybiec, leżał powalany ogromny grab. Zapytałam, czy jest inna droga, a one jakby w konspiracji, szepcąc, poprowadziły mnie przez wąskie dróżki, przypominające te, które pokonywałam u początku swojej przygody w górnym biegu Wisły, ale tamte – miałam pewność – zrobiły zwierzęta, a te? Drobni ludzie, dzieci, jak te przede mną. Dalsza droga w deszczu, który z każdym kilometrem przybierał na sile. Jeszcze jeden dzień, myślałam zasypiając, jeden dzień i Toruń, a później jeszcze kilka dni i Ujście. 

Ostatni z biegowych dni przed Toruniem. Skupienie, uważność na oddechu, każdym kroku, drganiu w mięśniach. Czujność, która przypomina mi czujność zwierzęcia. 

W okolicach 22 kilometra biegu, spotkałam się z Małgosią i Krzysztofem, doszliśmy do Wisły na wysokości Siarzewa. Była piękna, jesień służy rzece, pomyślałam. Na jej środku łacha, wokoło przyniesione tu przez prąd szczątki drzew. Na piasku tropy, wydr i łosia. Na piaszczystej ławicy posilały się właśnie biegusy zmienne i piaskowce – ptaki, dla których wiślane piachy to dom w czasie lęgów i migracji. To szczególne, ważne miejsce, które jeszcze do sierpnia tego roku było realnie zagrożone zamienieniem się w stopień wodny. Zwróciłam się do Małgosi z prośbą o skomentowanie tej sierpniowej decyzji Ministra Klimatu i Środowiska o uchyleniu w całości decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach (DUŚ) dla przedsięwzięcia pt. „Budowa stopnia wodnego na Wiśle poniżej Włocławka – realizowanego w wariancie Siarzewo”. – To wielki sukces w obronie Królowej Polskich Rzek! OTOP i inne organizacje pozarządowe, skupione w Koalicji Ratujmy Rzeki, od wielu lat apelowały o odrzucenie tej decyzji. Wreszcie ministerstwo podjęło – wbrew politycznym naciskom – decyzję opartą na danych naukowych i uwzględniającą uwarunkowania prawne, co doceniamy. Mamy nadzieję, że będzie to oznaczać możliwość innych rozwiązań problemów stopnia wodnego we Włocławku, a docelowo też wycofanie się z przestarzałych planów kanalizacji Wisły na potrzeby drogi wodnej E40. Środki publiczne powinny zostać w końcu przeznaczone na wyłączenie z eksploatacji stopnia Włocławek, którego koszty środowiskowe i koszty funkcjonowania rosną i będą rosły stale obciążając portfele podatników. 

Przypomniał mi się fragment Cesarza Ryszarda Kapuścińskiego, opublikowanego w kilka lat po wybudowaniu zapory we Włocławku. To tam przywołany został pomysł etiopskiego władcy Hajle Sellasje, aby stawiać na Nilu tamy, pomimo tego, że lud głoduje, a naród jest wzburzony. I mam intuicję – podobnie jak Artur Domosławski, autor biografii reportera – że jest to Kapuścińskiego puszczenie oka, mowa ezopowa, która odwołuje się do pomysłów ekipy Edwarda Gierka dotyczących regulowania Wisły. 

Długo wpatrywałyśmy się w to, w jaki sposób woda pracowała na tym dzikim odcinku rzeki. Czytanie wody było tam niemal naturalną czynnością. Wiatr układał jej taflę, prąd działał tuż pod nią, tak jakby natura odbywała tu swoją dziecięcą zabawę, delikatną, czułą na poruszenia, drgania, wpływy. Zupełnie jak ciało człowieka w ruchu, w biegu, w przemieszczaniu się.

Od Siarzewa do Torunia biegłam blisko rzeki, wałem, który pozwalał mi spoglądać na wodę. Ciało było posłuszne, chociaż zmęczone, wyeksploatowane. Zużyte, przyszło mi na myśl. Ale to wymiana, oddaję coś, mój wysiłek, a w zamian dostaję obfitość przeżytego, doświadczonego, dotkniętego, usłyszanego.

Niewyobrażalne, graniczność tej przygody nie mieściła mi się w głowie, kiedy dwie noce wcześniej zasypiałam w zaparkowanym na odludziu kamperze. Miałam wtedy pewność, że Wisła – już – zrobiła we mnie coś, co będzie rezonować. Nie da się, miałam wtedy pewność i mam ją cały czas, odejść od niej, odwrócić wzrok, nie myśleć o tej potężnej, nieprzeniknionej, nieujarzmionej żyle w ciele naszego kraju. Będę nad Ciebie wracać, Wisło. Powroty będą fizyczne, to oczywiste, ale też literackie, woda wezbrała, należy oddać jej przestrzeń, również w słowie. 

Gdańsk

Mieszanie wód

Od źródła do ujścia Wisły: 1113 km

Za mną: Przysiek, Fordon, Kozielec, Świecie, Dragacz, Nowe, Gniew, Pastwiska, Tczew, Kiezmark, Mikoszewo. 

Toruń-Gdańsk (233) km

Spokój, zachowaj spokój – powtarzałam sobie rankiem, 24 września. Spoglądałam za okno, gwałtowny wiatr targał brzozami. W nogach miałam wówczas przebiegnięte ponad 880 kilometrów, do ujścia pozostało około 220 km. Adrenalina, czułam w jaki sposób pracowała we mnie: rozszerzała naczynia wieńcowe, otwierała oskrzela – przyśpieszając oddech. Czułam napięcie, które wędrowało po ciele. Tak blisko, a zarazem tak daleko, myślałam. Tyle przeżytego, zobaczonego, doświadczonego, tyle doznań i spraw, o których chce się napisać,  podzielić. I ta dławiąca perspektywa, że to miałoby skończyć się – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – już za pięć dni. Jeżeli przygoda uzależnia to czytają Państwo wyznania uzależnionej od patrzenia, doświadczania. Kogoś kto zasmakował w granicznym.

Spokojne, nieśpieszne śniadanie z Małgosią, Wojtkiem, Tosią i Bogusławem, to oni serdecznie przyjęli nas do swojego domu w Toruniu na – newralgiczny przed kolejnymi startowymi dobami – dzień odpoczynku. Byliśmy tam troskliwie przez nich zaopiekowani, karmieni, słuchani. Z Bogusławem znamy się od lat. Jako człowiek gór nie pozostawił nas bez przypomnienia o ich wspaniałości. Opowieści o odkrywaniu Doliny Cochamo, położonej w północnej Patagonii, doliny, którą miejscowi wspinacze nazywają Yosemite Ameryki Południowej, zostawiły mnie w ekscytacji, ale też w tęsknocie za tymi bytami wyrośniętymi wysoko ponad poziom morza. Patagonia, zobaczyć ją kiedyś! Chęć zobaczenia, dotknięcia, podniesienia kamienia, przyjrzenia się mu i odłożenia – możliwe, że to właśnie one napędzają ruch, działanie, zamianę pracy mięśni w energię.

Te spotkania w trasie też były napędem tej historii. Oczywiście, łatwiej byłoby wynająć gdzieś pokój, zaparkować samochodem na campingu, ale nie o to chodziło mi w tej przygodzie. Nie o izolację, a o uczestnictwo, rozmowę, wymianę energii, inspirację, patrzenie sobie w oczy, dzielenie ze sobą posiłków, słów, trosk, pomysłów.

Z tą myślą ruszałam dalej. Start był z tych czujniejszych, uważniejszych, jakbym wypróbowywała ciało: czy wszystko dobrze działa? Czy współpracuje tak, jak bym sobie tego życzyła? Kolana? Sprawne. Więzadła rzepki? Bez bólu. Stopy? Sprawne. Mięśnie brzuchate łydek? Sprawne. Pasmo biodrowo-piszczelowe? Bez bólu. Łydki? Możliwe, że rośnie tam stan zapalny. Pierwsze kilometry to eliminowanie hipochondryczki w sobie, nawet w delikatnym napięciu widziałam od razu coś poważnego, potencjalną kontuzję. Pogoda nie pomagała, wiatr nie brał jeńców. Jego siłę czułam przebiegając przez toruński most im. Józefa Piłsudskiego na Wiśle, a później na nieosłoniętych drzewami wałach po jej prawej stronie. Wiatr zabierał dech w piersiach, przypominał mi – siłą – ten mój, z rodzinnych stron, beskidzki, który pojawiał się tam wiosną i jesienią, halny, owiany złą sławą. Ten przy rzece miał tamtego dnia inną temperaturę, inną konsystencję i zapach, nie niósł się z gór, ale, czułam to już, znad Bałtyku. I choć nie ustawał to bywał litościwy, bo przecież nie niósł chłodu. Wiał jednak tak, że czułam go niemal w środku głowy.

Ludzie tu, przy Wiśle, wydają mi się twardzi, serdeczni, ciekawi innych, szczególnie jeśli, tak jak my, pokazuje się im łakomoś rzeki. Chcieliśmy się jej uczyć. Wieczorem skorzystaliśmy z zaproszenia Hanny Rzadkosz-Florkowskiej i zaparkowaliśmy po lewej stronie Wisły, w Starym Fordonie. Wieczór celebrowaliśmy w zachwycającym wnętrzu starej kamienicy, budowanej jeszcze przez jej dziadka. Opowieści o Wiśle, o poezji, o życiu nie miały końca. Wiesław, mąż naszej gospodyni, w czasie rozmowy o wierszach, wyciągnął tom Tranströmera, to samo wydanie, który zabrałam ze sobą w wiślaną przygodę. Nad komodą w salonie wisiały dwa plakaty autorstwa Ryszarda Kai – jeden przedstawiający Tatry, a drugi Wisłę. Słuchaliśmy opowieści o Fordonie, który w latach 1424-1973 był królewskim miastem, a dzisiaj jest jednym z osiedli Bydgoszczy. W latach świetności tworzył odrębny byt, ze swoją długą historią, mieszanką kulturową, z wewnętrzną energią i dynamiką. Ważny – jak usłyszeliśmy – jest w tej historii wątek żydowskich mieszkańców. Zachowała się synagoga. Dowiedziałam się, że Hanna ma do niej dostęp, że wraz z innymi pasjonatami dba o to miejsce. Rozchodząc się na noc, ustaliliśmy, że jutro spotykamy się na wspólnym śniadaniu (i kawie!), a po nim pojedziemy doświadczyć synagogi.

 

Hanna Rzadkosz Florkowska z mężem Wiesławem oraz autorzy projektu – Małgorzata Lebda i Rafał Siderski

Sikorki zgotowały mi wczesną pobudkę, czytanie i pisanie. Rytm, któremu poddawałam swoją głowę, możliwe, że po to, by ciało pracowało sprawnie, posłusznie, wdzięcznie. Kawa i śniadanie ponownie w mieszkaniu Hanny. Wróciliśmy do przerwanej rozmowy o literaturze, pojawiły się nazwiska mi bliskie: Dubravka Ugrešić, Tadeusz Nowak, Edgar Keret, Andrzej Bobkowski i jeszcze – Orhan Pamuk, Josif Brodski, Jonathan Littell. Po tym prywatne zwiedzanie synagogi, oprowadzał charyzmatyczny Damian Rączka, który jest skarbnicą wiedzy. Dowiedziałam się, że synagoga budowana była w latach 1828-1832 przez gminę żydowską. Klasycystyczna, jednonawowa, wyposażona w szafę Aron ha Kodesz i bimę, do tego troje drzwi, w tym centralne dla mężczyzn, boczne na babiniec. Dwanaście wielkich okien symbolizowało plemiona Izraela. W 1932 roku, w związku z emigracją członków fordońskiej gminy do dużych miast, synagogę zamknięto. W czasie okupacji świątynię zamieniono na kinoteatr, po wojnie przekształcono ją już na stałe w kino „Robotnik”, a następnie… „Wisła”. Obecnie synagoga pełni funkcję muzeum pamięci, odbywają się tam koncerty, wystawy, wernisaże. Wiersze… brzmiały by tu wiersze, myślałam badając nośną akustykę wnętrza.

Zwiedzanie synagogi w Fordonie

Dlaczego piszę tu o tym wszystkim? Bo wydaje mi się to odcieniem tej samej historii o znikaniu, zacieraniu śladów po ludziach i miejscach. To symptomatyczna opowieść o tym, w jaki sposób siła „mocniejszego” determinuje i pisze historię. Czy nie podobnie jest z rzekami, lasami, krajobrazami? Cisza – myślałam wtedy, w środku synagogi – potrafi być polityczna, potrafi pisać historię. Siła słów i zaangażowanie Hanny i Damiana wydały mi się tytaniczne, skupione na odzyskiwaniu drobiazgów z ciszy brzmiącej tu po wymordowanych ludziach, utraconych miejscach. To oddawanie im głosu, oddawanie przestrzeni na echa brzmiące po słabszych, zapomnianych, wymazanych. Na pożegnanie Damian przekazał nam Fordon. Przewodnik po zapomnianym mieście. To w tej broszurze odnalazłam intensywny detalami wiersz Ireny Tomalak, więźniarki politycznej, żołnierki Armii Krajowej. Poetka odbywała w Fordonie karę więzienia, skazana za walkę przeciw sowieckiej dominacji. To wówczas napisała dwadzieścia jeden wierszy opisujących miasto i Wisłę. Jeden z nich brzmiał:

Fordon. Małe miasteczko. Kolej, szosa, rzeka

Resztki mostu, prom, przystań. Lotnisko z daleka.

Za nim lasy i wzgórza. Małych fabryk parę na wybrzeżu, papiernia, tartak

młyny stare i przetwórnia owoców. Środka miasta bliżej –
poczta. A na rynku – kościół. Wieża, dzwony, krzyże
i zegar – czas zwodzący wskazówką dokoła.

W rynku – sklepy, apteka, straż, milicja, szkoła

I kamieniczek dziesięć – w zielonych, czerwonych

jaskrawią się dachówkach. Z czwartej rynku strony,

z południa – świat zamyka budynek więzienia.

Ozdoba! W Ciemnej cegle i szarych kamieniach.

Pamiątki po żydowskich mieszkańcach Fordonu

Po tym wyruszyłam w dalszy bieg, niechętnie, leniwie, bo chciałoby się zostać, pobyć w przestrzeni tego miejsca, usłyszeć więcej, zabrać ze sobą. Ruch jednak przypomniał mi o fizycznej robocie jaka jeszcze przede mną. Ruch, najpierw wałem w ołów chmur, który wisiał nisko nad horyzontem. Wiatr ustał, a kiedy wiał, to niósł już – tak to czułam – zapach znad słonych wód. 

 

W okolicy Złej Wsi konsternacja. Okazało się, że odcinek przez wieś, taki, który wydawał się być publiczną drogą, jest zamknięty, ogrodzony, prywatny. Rzut oka na mapę pokazał dwie inne możliwości przebiegnięcia, dołem blisko rzeki lub górą, nad wsią, serpentynami, asfaltem. Nie wahałam się długo – rzeka. To były trzy przepiękne kilometry przy jej ciele, bardzo blisko. Woda była też od strony wsi, z każdym krokiem widziałam jej wokół siebie coraz więcej, to oczywiście źle wróżyło, a potwierdzenie tej złej wróżby znalazłam u wędkarza, który łapiąc się za głowę ostrzegł, że przede mną rów. Zdradził mi też, że droga przez Złą Wieś jest nieprzejezdna, nieprzebiegalna, bo właściciel posesji postawił płot. Po ponad dziewięciuset kilometrach w nogach poczułam jakąś bezdenną bezradność, żal, że ktoś może, że potrafi, że mu się chce zagrodzić coś, co od zawsze było publiczne, co pozwalało ludziom swobodnie poruszać się. Przypomniałam sobie fragment z Rebecki Solnit, ten z książki Zew włóczęgi, w którym opisywała amerykańskie miasta, zwracając uwagę, że nie są przystosowane do chodzenia, spacerowania, ruchu ciał. Miasta do jeżdżenia, a nie chodzenia. A tu kuriozum – fragment Złej Wsi ani do chodzenia, ani do jeżdżenia.

 

Z wizytą w fundacji W788

Rów opisywany przez pana Witka, wędkarza, okazał się nie do sforsowania, ale – uwierzcie mi – cieszyłam się jak dziecko na powrót przez ten malowniczy fragment przy Wiśle. Okazało się też, że moje logistyczne problemy pozwoliły spotkać się nam z Elą Jabłońską i Wojtkiem Kotwickim, serdecznymi i inspirującymi ludźmi, którzy prowadzą przy Wiśle fundację W788. Ich rozgoszczenie się w krajobrazie rzeki (dom mieszkalny i dom rezydencyjny) wprawiło mnie w kompletny zachwyt. I chociaż byłam w środku biegu, to zadecydowałam o przerwie, bo ludzie są w tej przygodzie częścią rzeki, jej opowieści, szczególnie ci, którzy patrzą na nią z fascynacją, zakochani w niej. To odnalazłam w naszych gospodarzach.

 

Widok na Wisłę z mostu w Kiezmarku

Reszta trasy przebiegała w skupieniu, uważności na każdym kroku, ale też w strachu o każdy krok, tak niewiele do końca, a tak potężnie dużo. Nocleg pod zamkiem krzyżackim w Świeciu, wczesna pobudka, czułam jakby w żyłach płynęła mi nie krew, ale – może trzeba się już do tego przyzwyczaić, myślałam – lawa. Za oknem jesień z tych pastelowych, jakby namalowana przez Wyspiańskiego lub Chełmońskiego. Skupienie. Przy śniadaniu mówiłam niewiele, chciałam już być w trasie, chciałam dotykać biegowym krokiem gleby, przemieszczać się, poruszać, odbywać podróż. Ona tu, myślałam tamtego ranka, dzieje się na dwóch poziomach: fizycznym i mentalnym. Jeden poziom napędza drugi, karmią się wzajemnie i inspirują.

 

Ze Świecia wyprowadziła mnie Wda, skąpana w mgłach i słońcu. Trudno było utrzymać rytm w tym pięknie, chciało mi się zatrzymywać i patrzeć, patrzeć, patrzeć.

W pewnym momencie ścieżka, którą podążałam zaczęła się rwać, wpuszczać w siebie drobne strumienie, znikać. I wtedy zauważyłam dukt wydeptany przez zwierzęta, który prowadził w górę zbocza, na mapie zwiastowało to dotarcie do asfaltowej drogi, ale też wcześniej konieczność pokonania rozległego pola uprawnego. Ruszyłam śladem zwierząt, by po przedarciu się przez chaszcze, stanąć przy wysokim, drucianym płocie, za którym rozciągało się – wtedy zobaczyłam ten ogrom – morze kukurydzy. Zarośla od mojej strony płotu nie rokowały możliwości przejścia a co dopiero biegnięcia. Wdrapałam się na płot, by na jego szczycie pokusić się o refleksję:

 

„No tak, trzy dni do ujścia, niecałe sto kilometrów, a ty, Małgosia, skacz przez płoty, no tak! Bardzo rozsądnie!”

Skarcenie samej siebie wzmożyło moją uważność, być może to uratowało mnie od kontuzji. Pole kukurydzy okazało się wprawdzie ogromne, ale też łaskawe, rośliny tworzyły długie, wąskie tunele, przez które dało się biec. Ale! Kto nigdy nie biegł przez pole wysokiej kukurydzy w chłodny, rosisty poranek, to niech tego nie próbuje. Spróbowałam za Was. Jest interesująco, ale granicznie, zaufajcie. Po kilkunastu minutach w tej obfitości soczystych kolb, które co krok uderzały mnie w coraz to inne fragmenty ciała, dostrzegłam asfaltową drogę. Przedarłam się przez kolejny płot, już na stronę wolną od kukurydzy i ruszyłam w kierunku spokojniejszych, nadwiślańskich wałów, z których rozciągał się przejmujący widok na Wisłę. Z tym krajobrazem biegłam dalej. W głowie kołatały się myśli o Bałtyku, szczególnie, że wydawało się całkiem prawdopodobne, że siła własnych mięśni doprowadzi mnie tam już za kilkadziesiąt godzin. Wtedy przypomniał mi się wiersz (fragment) Tranströmera, ten z tomu Morza Bałtyckie:

Przez sosnowy las ciągnie wiatr. Szumi ciężko i lekko,
Bałtyk szumi także na środku wyspy, w głębi lasu człowiek jest
Na pełnym morzu.
Staruszka nie znosiła szumu drzew. Jej twarz zastygała
W melancholii, gdy wiatr się wzmagał:
„Trzeba myśleć  tych, co na morzu”.

Tomas Tranströmer

Wiersz z tomu Morza Bałtyckie”, czyta Małgorzata Lebda.

Przedostatni dzień, ciało poszło na rekord, pobudka dużo przed siódmą, to już nie tylko adrenalina we krwi, ale i endorfiny. Przedostatni dzień tu nad Wisłą, niemożliwe, myślałam wstając i metodycznie skupiając się na każdej części ciała. I ponownie poczułam wdzięczność wobec fizyczności, że współpracuje, że moje ciało wstaje, chce jeść, przyjmuje tę totalność doznań, ból, jest przez większość czasu dobre i posłuszne, a przecież dlaczego miałyby chcieć współpracować, skoro od 27 dni serwowałam mu tak skrajne atrakcje? Co ja piszę, od ponad dwudziestu miesięcy, bowiem etap trenowania też nie był wakacyjną labą. Był – że użyję słowa ze słownika ludzi gór – potężną wyrypą. Skupienie tego dnia było na  najwyższym poziomie, skupienie na każdym kroku, na każdym kęsie przełykanego jedzenia, na każdym owadzie, który kręcił się wokół mojego ciała. Wszystko mogło mi zaszkodzić – ten stan nazwałam na swoje potrzeby „hipochondrią przedostatniego dnia”.

Słońce nie opuszczało przez długie godziny, chociaż poranek był z tych zimniejszych, pokonywałam go przez wilgotne, leśne tereny wokół wsi Duże Wiosło i Małe Wiosło. Przedostatni dzień powinien być, tak to sobie wyobrażałam przed ruszeniem w „Czytanie wody”, czasem totalnej radości, rozprężenia, uważnego – to jasne – stawiania każdego kroku, euforii, że robota, przygoda już dobiega końca, że ma się w sobie przeżyte, że to rezonuje i już zamienia się w słowa. Tak wyobrażałam sobie ten dzień. Jaki był? Tak, był w radości, ale i w smutku, takim, który dławi, przy którym potrzeba się zatrzymać i obetrzeć łzy. Coś się kończy, myślałam, i nie chciałam się na to zgodzić, chciałam być w tej przygodzie, i podejrzewam, że gdyby Wisła miała jeszcze i z tysiąc kilometrów, to gotowa byłabym się nie zatrzymywać. Kto poczuł w jaki sposób żyje rzeka, kto podglądał jej ciało i stany, ten chce więcej, intensywniej, mocniej, o tym myślałam zasypiając w miejscowości, która miała ze wszech miar poetycką nazwę – Mała Słońca! Wieś leży po lewej, patrząc na mapę, stronie Wisły. Jej lokalizacja przypominała mi ciało zwierzęcia, które podchodzi do żyły rzeki i czerpie z niej. Zachłannie, łapczywie, łakomie.

„Alfabety istnieją, deszcze alfabetów…” czytałam u Christensen rankiem ostatniego biegowego – jak rokowałam – dnia. Ostatnie godziny przygody przyniosły spokój, precyzję każdego kroku. Emocje, nie widzę powodu, żeby się do tego nie przyznawać, rozsadzały mi głowę, prowokowały do płaczu, do spoglądania w rzekę, jakby była bliskim bytem, odprowadzanym przeze mnie do morza, czymś co oswajasz, co rośnie pod twoją opieką, a później musisz to puścić wolno, bo na tym też – myślałam – polega miłość.

Ujście. Byliśmy tutaj z Rafałem kilka miesięcy wcześniej. Był czerwiec. Nad Bałtyk dotarliśmy na chwilę przed zajściem słońca. Ostatnie promienie wysoko nad wodą utworzyły tęczę. Poprosiłam Rafała, żeby zrobił mi zdjęcie, takie „Tribute to Martin Parr”, pamiętacie pewnie fotografię, na której ten czuły na ironię fotograf uchwycił starszą kobietę fotografującą swoją – najpewniej – wnuczkę, tuż przy linii morza, w tle widać tam wspaniałą (obfitszą niż nasza!) tęczę. Tu, nad naszym brzegiem, były też wtedy wrota wykonane z patyków, tuż przy linii wody, tak jakby faktycznie miały przeprowadzać w inny wymiar, tak jakby na chwilę przed nami był tu Andy Goldsworth, który z pieczołowitością ułożył tę intrygującą konstrukcję. Kolejny artefakt, kolejny klocek do starannie budowanej przez niego sztuki ziemi. Z tamtego miejsca ruszyliśmy na zachód, podglądając jak zmieniają się barwy nieba, jak w ciemne przechodzi tafla Bałtyku. Ściemniało się i na to przyszedł letni deszcz. W jego asyście doszliśmy do betonowych wałów kończących ujście. Wtedy byłam tam pierwszy raz. Zapytałam, wpatrzona ze strachem w szerokie wody Wisły, które mieszały się z morzem – „To tu?” Patrzyłam zahipnotyzowana. 

 

Powitanie w Mewiej Łasze

W tamtym momencie wrzesień i start biegu wydawał się czymś odległym, czymś co mogę porównać do myśli jakie ma się o swoich następnych urodzinach, dzień po świętowaniu ostatnich. Wtedy też pomyślałam, że o tym biegu nie można myśleć jak o całości, jak o czymś co będzie miało około tysiąc sto kilometrów, co w przeliczeniu na biegowy krok daje jakieś dwa miliony kroków, może więcej. Czy ktoś spróbuje przeliczyć to na spalone kalorie? Albo na pomyślane myśli? Wykonane oddechy? Uderzenia serca? Wypowiedziane przekleństwa?Przeczytane wiersze?

Tak, ten dystans to była matematyka, o której wolałam nie myśleć w trakcie, o tych surowych, obezwładniających szczegółach. Patrzeć w nadchodzący dzień, nic ponad to, mówiłam sobie wtedy. Stojąc tamtego czerwcowego wieczora na wale próbowałam napatrzeć się na taflę i nawdychać morskiego, ciągnącego od Skandynawii powietrza. Usiedliśmy na chłodnym betonie, ktoś z nas (nie pamiętam kto) wyciągnął czereśnie. Jedliśmy i patrzyliśmy, niepewni przecież, czy dotrzemy tu we wrześniu.

Wrzesień. Jesteśmy. Patrzymy. Myślę o wierszu Roberta Hassa, o jego fragmencie, który towarzyszył mi niemal codziennie, jak mantra, jak modlitwa:

„(…) Są dni, kiedy nietrudno powiedzieć
że szybki puls krwi
w żywym ciele
jest wszystkim, co jest”

~R. Hass

Myślę o Wiśle, o jej wilgotnym ciele, do którego – tak czuję – udało mi się zbliżyć. Myślę o innych rzekach, o ich historiach, ich dramatach, o ich wysychających korytach, jak na przykład korycie Noteci, o której w tekście Noteć wysycha na naszych oczach pisał Filip Springer. Tragedie, zniszczenia, kryzysy, dzieją się w skali makro, ale też w skali mikro. Patrzeć, towarzyszyć, zamieniać zobaczone w opowieść, w tym widzę siłę.

W czasie całego tego doświadczenia była ze mną – chyba najbardziej – książka włoskiego pisarza Claudio Magrisa Dunaj, mój gest przemierzenia rzeki Wisły od źródła do ujścia, w rdzeniu, w pomyśle jest tym samym gestem co podróż Magrisa (ponad dwa tysiące kilometrów z zachodu na wschód, od źródła do delty Dunaju, pokonał ten dystans w cztery lata, jadąc i chodząc, z przerwami, niedokładnie, oddalając się od żyły rzeki, oczywiście nie w trybie biegowym). Chociaż książka ta pojawiła się w moim księgozbiorze już po sformułowaniu się wiślanego pomysłu (Izabela: dziękuję za ten trop, który tyle we mnie uruchomił!), pamiętam, że czytając fragment, w którym zbliża się on do delty, wyobrażałam sobie, że uda się i mi. Magris pisał: „Kieruję się w stronę morza, zaciekawiony ujściem, aby zanurzyć rękę i stopę w mieszance wody rzecznej i morskiej, dotknąć przerwanej ciągłości, hipotetycznego punktu rozdziału. Kurz staje się piaskiem, ziemia wydma plaży, buty błocą się w kałużach, będących być może najmniejszymi, postrzępionymi ujściami, przez które wykrwawia się Dunaj. W głębi widać morze”. I tu widać morze.

Całe te dwadzieścia osiem dni wysiłku to był też bieg, podczas którego myślałam o najsłabszych, wykluczonych, tych wymazywanych, poddawanych znikaniu. I choć skupienie, autofokus był ustawiony na rzekę, to właśnie ona, jej figura, pozwoliła mi poczuć mocniej okrucieństwo bieżących wydarzeń, jak tych na polskiej granicy. Ja tu biegłam wolno, a na naszej granicy ludzie nie mogli, nie mogą przejść swobodnie kilku metrów. Informacje o tym, że umierają tam, w zimnie, chorzy, pozbawieni praw, wszystko to sprawiało, że chciało mi się płakać, że chciało mi się krzyczeć i wyć. I płakałam – na wale, w lesie, przy przydrożnej kapliczce. Myślałam też o tym, co robimy z naturą, w jaki sposób niewolimy rzeki, lasy, krajobrazy, zwierzęta, że to jest jedna i ta sama opowieść, o złu, które syci się swoją podłością.

Mój bieg jest też – teraz to w pełni rozumiem po tych 1113 kilometrach – gestem niezgody, oddaniem głosu słabszym. Zamienianiem bezradności w ruch, energię. Bierzcie z tego, proszę. Nie przebiegłam tego dla siebie, przebiegłam to dla nas.

Myślę, że o tym był ten bieg. Z pewnością – notuję na szybko w notatniku – ćwiczeniem się w sprzeciwie, ćwiczeniem się w uważności, ćwiczeniem się w bólu, ćwiczeniem się w miłości do ludzi, do krajobrazów, do zwierząt, do czasu – braniem tej miłości i oddawaniem jej. Małgosia, moja czuła przyjaciółka, napisała do mnie w dniu finału: „Przytulam bardzo i Ty siebie też przytul po tym wszystkim z największą czułością”. Zrobiłam to, z wdzięcznością dla ciała i myśli, które pozwoliły mi zobaczyć, co jest za tak wieloma granicami, które przekroczyłam w tym wrześniu. Szczególnie istotne okazało się to, co za granicą strachu, tak troskliwie pielęgnowaną przeze mnie przez wiele, wiele lat. Dobrze jest się za tą granicą rozgościć, tym samym próbować ją unieważnić.

Gratulacje od redakcji „Pisma”

A teraz czas wziąć głęboki wdech i przystąpić do zamieniana tego doświadczenia, tego czytania rzeki w słowa. Fakt, że przestałam biec nie oznacza końca tej historii, opowieść się rozpoczyna, zostańcie ze mną przy niej.

Tu kończę te pisane niemal na bieżąco notatki, skrawki zobaczonego układane jak puzzle. Nanizywanie na nitkę rzeki. W papierowym wydaniu „Pisma” przeczytacie niebawem esej, w którym spróbuję spojrzeć na moją/nasza przygodę szerzej, z dystansu, jakby z lotu ptaka, mogąc pisać, że tak, że udało się. Bo się udało! Szczęście, wdzięczność. Przeżyte, wejdź w słowa!

Ps. Nocą po osiągnięciu ujścia, Hania, cudowna córka mojej przyjaciółki Natalii, napisała do mnie z gratulacjami. Dodała też, żebym teraz odpoczywała (stosuję się do jej zaleceń!) i jeszcze coś, coś co mnie ujęło, co wydaje mi się kwintesencją serdeczności, która spotykała mnie i Rafała w tej przygodzie. Hania napisała, że z okazji tego finału, z okazji szczęśliwego dobiegnięcia, myśli, że „uda się załatwić tort”. Miłość.


Tekst: Małgorzata Lebda
Zdjęcia: Rafał Siderski
Wydawca: Barbara Sowa
Redakcja i weryfikacja tekstu: Magdalena Kicińska
Koordynacja projektu: Mateusz Roesler
Zdjęcia ptaków i konsultacja przyrodnicza: Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00