Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Ziemia, część 3.

Jak nakarmić świat?

autor Tomasz Ulanowski
4.05.2022

Potrzebujemy nowej rewolucji rolniczej. Inaczej nie wyżywimy rosnącej populacji, równocześnie redukując ślad węglowy i ratując środowisko.

Przy odrobinie szczęścia, jeśli chmury nie schodzą za nisko, przed lądowaniem na lotnisku w Amsterdamie można się napatrzeć na niezwykły niderlandzki krajobraz. Zielone równiny polderów są poprzecinane rowami melioracyjnymi, oczkami wodnymi i kanałami ściągającymi wodę z gruntu. Wały przeciwpowodziowe oddzielają je od domów pobudowanych poniżej lustra wody. Przy budynkach mieszkalnych nie tylko parkują samochody, ale i cumują łodzie.

PRZECZYTAJ POPRZEDNIE CZĘŚCI CYKLU ZIEMIA:
⇨ Energia, prawdziwa Waluta Wszechświata 
⇨ Atmosfera czarna od węgla

Zmyślny system wałów, grobli, tam, śluz i przepompowni (niegdyś napędzanych przez malownicze wiatraki, dziś – silniki elektryczne) odprowadza wodę do morza, a podczas sztormów nie pozwala falom morskim wedrzeć się ujściami rzek w głąb lądu. Gdyby nie wynalazcy i inżynierowie, największe miasta Niderlandów („niskich ziem” – ledwie połowa ich dzisiejszego terytorium wystaje na więcej niż metr ponad poziom morza) znajdowałyby się pod wodą.

Droga szybkiego ruchu wzdłuż morza.
Tama Afsluitdijk / PIXABAY

Najdłuższa i najsłynniejsza niderlandzka tama Afsluitdijk chroni Amsterdam. Jeśli moje plany na najbliższy rok się spełnią, tej jesieni przemaszeruję nią pieszo z Fryzji do Holandii. Afsluitdijk ma 32 kilometry długości, 11 metrów wysokości (z czego ponad 7 metrów ponad poziomem morza) i 90 metrów szerokości. W 1932 roku, po pięciu latach budowy, odcięła zatokę Zuiderzee od Morza Północnego, tworząc słodkowodne jezioro IJsselmeer. Dzięki niej Niderlandy zyskały w kolejnych latach blisko półtora tysiąca kilometrów kwadratowych nowego lądu. Afsluitdijk jest z nazwy wałem (dijk), a nie tamą (dam), bo według pierwotnych planów cała Zuiderzee miała zostać osuszona.

Dostęp online

Czytaj i słuchaj bez ograniczeń.

Skorzystaj z oferty

Mieszkańcy nawiedzanych przez ulewne deszcze, położonych w delcie Renu, Mozy i Skaldy Niderlandów wydzierają ląd wodzie od XIV wieku. W efekcie dziś aż jedna czwarta powierzchni Holandii znajduje się poniżej poziomu morza. Prawie 42 tysiące kilometrów kwadratowych zamieszkuje ponad 17 milionów ludzi. Dla porównania: Polska ma 313 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni i 38 milionów mieszkańców. Pod względem gęstości zaludnienia Holandia, gdzie aż 419 osób przypada na każdy kilometr kwadratowy, ustępuje w Europie tylko Monako, Watykanowi, Malcie i San Marino.

Oprócz ludzi mieszka w niej niemal 100 milionów kur (w Polsce 186 milionów), ponad 11,3 miliona świń (w Polsce odrobinę mniej) oraz 3,8 miliona sztuk bydła (w Polsce 6,4 miliona), z czego prawie połowa to krowy mleczne. Dużemu spożyciu nabiału i mięsa przypisuje się fakt, że Holendrzy są najwyższym narodem na świecie – mężczyźni mierzą przeciętnie 184, kobiety 170 centymetrów wzrostu.

Tereny naturalne stanowią niecałe 15 procent lądu Holandii (lasy porastają blisko jedną trzecią powierzchni Polski). Grunty rolne – 54 procent (w Polsce – 47 procent). W Europie trudno o kraj, którego przyroda została mocniej przekształcona przez człowieka.

Dał Holender przykład, jak gospodarzyć mamy?

ilustracja Jan Rosiek

David Attenborough [jego portret opublikowaliśmy w kwietniu 2020 roku – przyp. red.] w swojej książce i filmie pod tytułem Życie na naszej planecie z 2020 roku przedstawia Niderlandy jako wzorcowy przykład rozwoju rolnictwa, który powinny naśladować także inni. „Holenderscy rolnicy stali się ekspertami od wyciągania maksimum efektu z każdego hektara” – pisze, a w filmie chwali szczególnie pionowe uprawy warzyw i owoców (w halach, pod sztucznym światłem i bez gleby) i dodaje: „Mimo swojej powierzchni Holandia jest dziś drugim pod względem wielkości eksporterem żywności”. Według rządowych danych rocznie sprzedaje za granicę produkty rolne o wartości 65 miliardów euro, ustępując wyłącznie Stanom Zjednoczonym.

David Attenborough.
David Attenborough, mat. prasowe / NETFLIX

Krótko po premierze filmu słowa brytyjskiego przyrodnika skontrował holenderski ornitolog, ekolog (badacz ekosystemów) i dziennikarz piszący o rolnictwie doktor Thomas Oudman. W portalu De Correspondent opublikował list otwarty, w którym wytknął „drogiemu sir Davidowi Attenborough”, że promowanie jego kraju jako wzoru rolniczego to fatalny błąd, a przedstawiane w Życiu na naszej planecie pomysły na ratowanie dzikiej przyrody jeszcze bardziej by ją zniszczyły.

„Jesteśmy mistrzami świata w ekspor­cie [produktów rolnych – przyp. T.U.] nie dlatego, że uprawiamy główki sałaty jedna na drugiej czy prowadzimy zrównoważone uprawy pomidorów w stylu science fiction” – napisał uczony. Powodem są cięte kwiaty. „Zużywamy gros energii po to, by zaopatrywać rosnącą populację świata w kwiaty!” Bez nich drugim największym eksporterem żywności na świecie są Niemcy, kolejne miejsca zajmują Wielka Brytania i Chiny, a Holandia – dopiero piąte.

I tak nieźle jak na maleńki, doświadczony przez geografię i klimat kraj.

Dalej Oudman punktował, że Holandia „ma największe zużycie pestycydów na hektar w Europie”, a jej uprawy przemysłowe, szczególnie w szklarniach, wymagają ogromnych ilości nawozów sztucznych. Są też najbardziej energochłonnym sektorem państwa. „Pożerają do 10 procent zużycia gazu ziemnego w kraju – pisał naukowiec. – Tyle samo co połowa holenderskich domów”. I aż 80 procent całej energii zużywanej przez holenderskie rolnictwo. Wysokie koszty z tym związane byłyby nieopłacalne, gdyby nie ulgi podatkowe. Uprawy wertykalne, którymi tak się zachwycał sir David, pochłaniają jeszcze więcej energii niż zwykłe szklarnie.

Przepływ energii, tej „jedynej uniwersalnej waluty”, o której – czerpiąc pełnymi garściami ze znakomitej książki Energy and Civilization. A History (Energia i cywilizacja. Historia) profesora Václava Smila – pisałem w pierwszej „Soczewce Pisma” z cyklu Ziemia [„Pismo” nr 2/2022 – przyp. red.], w niderlandzkim rolnictwie jest wręcz absurdalny. Oudman podkreślał: „Jeszcze w 1950 roku każde 100 dżuli energii wyciąganej przez holenderskich rolników z paliw kopalnych dawało plony o energetycznej wartości odżywczej 107 dżuli. Dziś każde 100 dżuli paliw kopalnych produkuje ledwie sześć dżuli ukrytych w produktach rolniczych”. To efekt przeznaczenia ogromnych ilości energii na produkcję nawozów sztucznych, napędzanie maszyn rolniczych, stawianie budynków (w tym szklarni) i transport żywności (w tym do innych krajów).

Z punktu widzenia bilansu energetycznego nowoczesne niderlandzkie rolnictwo przynosi czyste straty. Funkcjonuje tylko dlatego, że wykorzystuje energię ukrytą setki milionów lat temu w wiązaniach chemicznych gazu, ropy naftowej i węgla, których człowiek nie mógłby przecież zjeść.

Uprawa kwiatów na wyspie Goeree-Overflakkee w południowej Holandii, fot. Ad Muller / UNSPLASH

To nie wszystko. Jak pisał Oudman, 30 procent eksportu holenderskiej żywności jest importowane z innych krajów, a potem przetwarzane i reeksportowane. Ponadto wiele produktów składających się na pozostałe 70 procent pochodzi również z innych krajów, w tym niesławny olej palmowy, który producenci żywności dodają do niemal wszystkiego, bo jest tani i długo zachowuje świeżość. A pod którego produkcję (uprawy olejowców gwinejskich) wycina się lasy tropikalne, między innymi w Indonezji, czyli byłej holenderskiej kolonii. Maleńka Holandia jest czwartym największym importerem oleju palmowego – po Indiach, Chinach i Pakistanie.

Jakby tego było mało, „na użytek własnej konsumpcji Holandia wykorzystuje 2,5 razy więcej gruntów rolnych, niż sama posiada” – zwrócił uwagę Oudman. Jak to możliwe? To historia stara jak świat: zasobna wspólnota, która wydrenowała własne środowisko naturalne, eksploatuje przyrodę biedniejszych. Jak w marcu 2021 roku podsumowali w piśmie „Nature Ecology & Evolution” naukowcy z Japonii, mieszkańcy wszystkich krajów rozwiniętych rabują dziś lasy tropikalne należące do tak zwanych państw rozwijających się. Niemcy importują kakao uprawiane na zabranych lasom gruntach Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany. Japończycy – którzy zrównoważoną gospodarkę leśną wprowadzili u siebie już w XVII wieku i w efekcie lasy porastają dziś aż 67 procent, a grunty uprawne obejmują ledwie 14 procent powierzchni Kraju Kwitnącej Wiśni – importują wanilię, bawełnę i sezam z niszczącej swoje lasy Tanzanii, a drewno, podobnie jak chroniący swoje lasy Chińczycy, z innych państw Azji Wschodniej. Smakosze kawy z Niemiec, Włoch i USA przyczyniają się do niszczenia lasów w Wietnamie. Polska importuje rocznie towary rolno-spożywcze o wartości prawie 25 miliardów euro (za granicę wysyłamy żywność wartą 37 miliardów). Nasze uzależnienie od kawy, kakao, bananów czy przemysłowych słodyczy i pozostałych produktów zawierających olej palmowy też ma wymierny koszt środowiskowy w innych krajach.

No i ostatnia sprawa. Aż dwie trzecie gruntów rolnych w Niderlandach – wskazywał oskarżycielsko Oudman – nie jest wykorzystywanych do uprawy jedzenia dla ludzi, ale dla zwierząt hodowlanych. Po kwiatach największym rolnym produktem eksportowym Holandii są mięso i nabiał.

Pole uprawne i farmy wiatrowe.
Uprawy kwiatów w okolicach miasta Callantsoog w Holandii, fot. Redcharlie / UNSPLASH

Co pana napadło? – pytam doktora Thomasa Oudmana, kiedy się spotykamy na wirtualnej pogawędce czasów zarazy. – Atakować takiego celebrytę i zasłużonego przyrodnika jak David Attenborough!

– A, wkurzyłem się – odpowiada Holen­der i się uśmiecha. No tak, „Mag powinien być mądrzejszy” – myślę sobie, wspominając oskarżycielskie słowa, które w Dwóch wieżach J.R.R. Tolkiena (i Petera Jacksona) ent Drzewiec wyrzucił z siebie, patrząc na spustoszenie dokonane w jego ukochanym lesie przez orków czarnoksiężnika Sarumana.

– Pisałem ten tekst z bólem. Większość Życia na naszej planecie jest świetna – dodaje mój rozmówca. – To rozczarowujące, że ta opowieść kończy się greenwashingiem [ekościemą – przyp. red.] i powtarza bzdury promowane przez wielki agrobiznes. Holenderskie rolnictwo nie jest rozwiązaniem problemu niszczenia środowiska naturalnego. Jest jego przyczyną! W Niderlandach toczy się teraz walka o przyszłość rolnictwa i środowiska naturalnego.

Ups, najwyraźniej sir David nieopatrznie stanął po złej stronie barykady.

– Podziwiam go, jeśli jest naprawdę tak miły, jak w swoich filmach, to krytyka na pewno mu nie przeszkadza – śmieje się Oudman. – Zresztą nie kierowałem tego listu tylko do Attenborough. – On ma już w końcu dziewięćdziesiąt sześć lat i nie wiadomo, na ile ten film i ta książka to wyłącznie jego dzieła.

Chwilę się zastanawiamy, co powodowało autorami Życia…, i dochodzimy do wniosku, że chęć happy endu za wszelką cenę. Jakże skończyć opowieść o zniszczeniu Ziemi, mówiąc, że zmierzamy ku zagładzie, i nic nie wskazuje na to, by udało się zmienić kurs Titanica, którym płynie cała ludzkość?

Oudman przyznaje, że jego złość miała przyczyny osobiste. Bada ptaki brodzące (poszukujące pokarmu w zalewanych przez wodę piaszczystych i mulistych brzegach), które żerują na holenderskim wybrzeżu, targanym przez pływy Morza Północnego. – Mamy tu jeszcze rycyki – mówi ornitolog. – Szacuje się, że Niderlandy są domem dla 90 procent ich europejskiej populacji, która nie tyle się zmniejsza, co po prostu ginie. Dlaczego? Bo po drugiej wojnie światowej uprzemysłowiliśmy rolnictwo. Rycyki rozmnażają się na łąkach, a w Niderlandach już prawie nie ma tych podmokłych i bioróżnorodnych, choćby półnaturalnych, niekoszonych, bo zostawionych na pastwiska dla bydła. Zastąpiono je monokulturami, plantacjami jednego gatunku trawy, które są osuszane, żeby mogły na nie wjechać traktory, i regularnie koszone, w tym wczesną wiosną, kiedy rycyki i inne ptaki mają okres lęgowy.

dr Thomas Oudman / archiwum prywatne

Według Czerwonej księgi prowadzonej przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody rycyk jest gatunkiem bliskim zagrożenia.

– Zresztą, co się dziwić Davidowi Attenborough? – pyta retorycznie Oudman. – Sami Holendrzy nie rozumieją, jak bardzo zmienili naturalny krajobraz swojego kraju, wydzierając jedną czwartą jego powierzchni morzu. Budowa Afsluitdijk była przecież jedną z największych katastrof ekologicznych w Europie!

Kiedy zaczynano stawiać Afsluitdijk, ruch ekologiczny w Niderlandach już raczkował, jednak nie ważył się targnąć na święte prawo Holendrów do wydzierania ziemi wodzie. A pojedyncze głosy obrońców przyrody nie były brane poważnie. Spory fragment delty Renu został po prostu ogrodzony, zmieniony w słodkowodne jezioro i osuszony bez żadnej refleksji na temat ran zadanych naturze. – Zamknięto drogę do rozmnażania się między innymi łososiom atlantyckim, które wpływały na tarło w górę rzeki – mówi ekolog. 

„Ważnym powodem budowy Afsluitdijk była duma narodowa i prestiż. Holendrzy chcieli pokazać światu, jakimi są świetnymi geoinżynierami”
~ dr Thomas Oudman

Duża część krytycznego tekstu Thomasa Oudmana dotyczy ogrodnictwa szklarniowego. – Szklarnie mają zalety – przyznaje mój rozmówca. – Zajmują niewiele miejsca, wymagają stosunkowo niedużo wody i zużywają niewiele pestycydów. Natomiast potrzebują dużo nawozów sztucznych. Trzeba też stale dostarczać im energii cieplnej, a w eksperymentalnych uprawach wertykalnych także elektrycznej. W normalnych warunkach jedną i drugą za darmo zapewnia słońce.

Stanisław Szybowski w swojej szklarni, fot. Tomasz Ulanowski

Chcąc sprawdzić, jak to wygląda w praktyce, pewnego wietrznego i mokrego stycz­niowego dnia odwiedzam Stanisława Szy­bowskiego. Na rynku w Wieliczce, na którym w każdą sobotę robimy zakupy, Szybowski jest pomidorowym potentatem (i ogórkowym, ale niech żyją pomidory!). Pod straganem tego prosto się trzymającego, wysportowanego (ściga się na rowerze), szpakowatego mężczyzny ustawiają się kolejki. Szybowski przebiera w starannie posegregowanych pomidorach: te na kanapki, tamte do sałatek, a jeszcze inne na zupę.

– Sprzedaję na targowiskach nawet do 70 procent zbiorów – chwali się. – Dzięki temu dostaję lepszą cenę niż w hurtowni. Mogę też bardziej zróżnicować towar. W hurtowni pomidory z wadami, nawet małymi, sprzedaje się w cenie odpadów. Na placu moi klienci rozumieją, że nie wszystkie pomidory nadają się do tego samego. – Szybowski na każdej złotówce wydanej na inwestycję zarabia co roku na czysto dwa–trzy złote. – Ale to ciężka praca, bez świąt i wakacji, żaden z moich synów nie chce przejąć upraw, nie chcą być uwiązani jak pies przy budzie – zaznacza. – No i jaki tam ze mnie potentat, ledwie mały ogrodnik. Potentaci to mają kombinaty szklarni na 40 hektarach gruntu. Zatrudniają pracowników, głównie spoza Unii Europejskiej. Ja mam pod folią ledwie niecałe 20 arów oraz 3 tysiące sztuk sadzonek pomidora i tysiąc ogórka. Pracujemy całą rodziną, czasem tylko proszę sąsiadów o pomoc.

Stoimy w jednym z pięciu tuneli foliowych w podkrakowskich Dziekanowicach (trzy z nich są nowe, z dobrze chroniącymi przed zimnem dwuwarstwowymi ścianami wypełnionymi powietrzem). Przed nami kraj­obraz po bitwie. Pod folią sterczą wyschnięte kikuty pomidorowych krzaków. Czekają na zebranie i spalenie. A jeszcze tydzień wcześniej Szybowski handlował pomidorami na targu!

Stanisław Szybowski, uprawa pomidorów w szklarni, fot. Tomasz Ulanowski

– To były zbiory z połowy grudnia, zostały mi drobiazgi – uśmiecha się. – Tyle że zebrałem je trzy tygodnie wcześniej i zostawiłem, żeby dojrzały w magazynie w temperaturze 18–20 stopni. Teraz też mógłbym utrzymywać całe krzaki przy życiu pod folią, ale zużyłbym do tego tyle węgla, że byłoby to zupełnie nieopłacalne. No i prądu, bo musiałbym je doświetlać – przyznaje. – Nowe roślinki sadzę pod koniec lutego, a na przełomie kwietnia i maja pojawiają się pierwsze owoce – dodaje i opowiada mi o szklarniowej metodzie uprawy pomidorów. Rury z gorącą wodą idą pod roślinami i podgrzewają je oraz powietrze w tunelu nawet latem. – Dzięki temu nie trzeba pryskać pomidorów przeciw chorobom grzybiczym, na przykład zarazie ziemniaczanej [pomidory to amerykańscy kuzyni ziemniaków, oba gatunki, obok między innymi papryki i bakłażana, należą do rodziny psiankowatych – przyp. T.U.] – tłumaczy ogrodnik. – Wystarczy utrzymać w tunelu wilgotność powietrza nieprzekraczającą 80 procent. W zasadzie jedynym problemem są szkodniki, ale na nie zamiast broni chemicznej mam biologiczną: entomofagi, czyli organizmy odżywiające się owadami [zazwyczaj inne owady – przyp. red.]. Chemia na dłuższą metę nie działa. Uciążliwe szkodniki, jak mączlik szklarniowy czy wciornastek, po prostu się na nią uodparniają.

Na rurach grzewczych jest ułożona słoma, na niej warstwa obornika, potem torf (żeby goły obornik nie kusił much czy innych owadów), a na tym wszystkim maty kokosowe, w których Szybowski wycina otwory, a następnie wsadza w nie doniczki z sadzonkami. Każda jest nawadniana kropelkowo – z podziurkowanych gumowych węży ukrytych pod matami. Nawadnianiem steruje komputer. W upalne dni w szczycie sezonu wegetacyjnego 3 tysiące krzaków pomidorów wypija nawet 7–8 tysięcy litrów wody na dobę. Temperaturę Szybowski ustawia im na wyczucie, biorąc pod uwagę dużą bezwładność całego systemu. – Są oczywiście odpowiednie programy sterujące, ale wykorzystuje się je w dużych uprawach. Mnie wystarcza własne doświadczenie – wyjaśnia. – Wiem, że kiedy zbliża się chłodna noc, muszę napalić kilka godzin wcześniej. Nos podpowiada mi, jak mocno – uśmiecha się.

Szczególnie dumny jest z mat kokosowych. Mówi, że to jego własny pomysł. Zwykle w szklarniowych kombinatach ogrodniczych używa się tylko sztucznie nawożonej wełny mineralnej – bez warstw torfu, obornika i słomy. Zalety wielowarstwowego podłoża? Nie dość, że mata kokosowa utrzymuje dużo powietrza, które sprzyja korzeniom i nie dopuszcza do zalania ich wodą, to jeszcze wymienia się ją raz na kilka lat (a nie raz na rok) i można ją kompostować.

– Oczywiście zapewniam roślinom nawozy sztuczne i różne mikroelementy, wszystko w odpowiedniej dawce i o właściwym czasie, w zależności od tego, czego im akurat brakuje w danej fazie rozwoju. Robię analizę gleby – tłumaczy ogrodnik, kiedy patrzę na niego zdziwiony. – Ale rośliny dysponują też rezerwuarem składników odżywczych w oborniku. Dzięki temu owoce mają odpowiedni aromat, którego przemysłowym pomidorom brakuje.

Stanisław Szybowski ogrzewa swoje tunele miałem węglowym. W sezonie przepala go blisko 120 ton za ponad 65 tysięcy złotych. Kiedy pytam, czy mógłby go czymś zastąpić – gazem, pompami ciepła – kręci przecząco głową.

– Najwyżej zrębkami drewnianymi. Mam trzy hektary lasu, mógłbym przerobić kotłownię i go spalić – uśmiecha się cierpko. – Pompy ciepła nie są w tym biznesie stosowane. Szklarnie i tunele foliowe to nie domy pasywne, mają bardzo duże straty energii, a więc i zapotrzebowanie na ciepło. A gaz ostatnio tak podrożał, że nawet Holendrzy zamknęli na zimę swoje szklarnie. A oni spalają go, napędzając turbiny gazowe, dzięki czemu wyciągają z metanu maksimum energii cieplnej i elektrycznej – tłumaczy.

Stanisław Szybowski w szklarni, fot. Tomasz Ulanowski

Niderlandy zaczęły wspierać rozwój swoich upraw szklarniowych, kiedy w 1959 roku pod ziemią w prowincji Groningen odkryto największe złoża gazu ziemnego w Europie. – Wpadliśmy na pomysł zarobienia pieniędzy, przekształcając energię zamkniętą w gazie ziemnym w ogórki, pomidory i paprykę – wyjaśnia doktor Thomas Oudman. – Teraz przestajemy eksploatować złoża w Groningen, bo musimy odchodzić od paliw kopalnych [w wyniku zobowiązań Unii Europejskiej do realizacji celu bezemisyjności w 2050 roku – przyp. T.U.], a ponadto wydobycie gazu spowodowało serię trzęsień ziemi i mieszkańcy prowincji (relatywnie biednego rejonu w bogatym kraju, jakim są Niderlandy) zaczęli się burzyć.

Holenderski rząd postanowił zamknąć kilkaset szybów gazowych w Groningen już w 2022 roku, zamiast osiem lat później, jak wcześniej planował. To ma być pierwszy krok w odcięciu Niderlandów od gazowej kroplówki – metanem ogrzewane są nie tylko holenderskie szklarnie, ale i 92 procent z 8 milionów domów. Średnio na całym świecie spalanie gazu ziemnego odpowiada za 21 procent emisji dwutlenku węgla (CO2) powstałej podczas uzyskiwania energii cieplnej i elektrycznej (spalanie węgla odpowiada za jej 40 procent, a ropy naftowej – za 32 procent).

Podczas spalania gazu ziemnego do atmosfery ulatuje o połowę mniej CO2 niż podczas uzyskania takiej samej ilości energii ze spalania węgla (to zasługa czterech atomów wodoru znajdujących się w cząsteczce metanu – CH4 – które podczas spalania łączą się z tlenem, w efekcie czego powstaje para wodna – H2O). Jednak dużo metanu, który jest wielokrotnie mocniejszym od dwutlenku węgla gazem cieplarnianym, ucieka w powietrze podczas wydobycia oraz z sieci przesyłowej, podczas transportu cysternami czy nawet z palników. Jeśli weźmiemy też pod uwagę metan ulatniający się z pól uprawnych i hodowli zwierząt, to okaże się, że odpowiada on za 23 procent obecnego globalnego ocieplenia. Od czasów przedprzemysłowych jego stężenie w atmosferze wzrosło aż dwuipółkrotnie.

Choć więc jeszcze kilka lat temu gaz ziemny wydawał się niezłym paliwem przejściowym między epoką węgla a gospodarką zeroemisyjną, obecnie musimy zacząć się z niego wycofywać, jeśli do połowy XXI wieku chcemy zbudować cywilizację zeroemisyjną, a do końca stulecia przyhamować globalne ocieplenie do bezpiecznego 1,5 stopnia Celsjusza – zgodnie z apelem Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu i planem Międzynarodowej Agencji Energetycznej.

 

Szklarnia o zachodzie słońca z różowym światłem wewnątrz pomieszczenia.
Szklarnia z eksperymentalnym oświetleniem ledowym w gminie Bergschenhoek w zachodniej Holandii, fot. Mischa Keijser / Cultura Creative LTD / ALAMY STOCK PHOTO

Gaz ziemny jest najważniejszym źródłem holenderskiej energii, jego udział to aż 45 procent (wiatr, słońce, biopaliwa, spalanie odpadów i energia nuklearna dają łącznie ledwie 12 procent), a roczna holenderska emisja dwutlenku węgla to blisko 135 milionów ton – o ponad połowę mniej, niż wynosi emisja polskiej gospodarki.

– Ostatnio ceny gazu się rozszalały – mówi dalej Oudman – a handel z jego głównym dostawcą, Rosją, stał się mocno ryzykowny ze względu na sytuację w Ukrainie [rozmowa odbyła się przed rosyjską inwazją z 24 lutego – przyp. red.]. Już więc słychać publiczne dyskusje o przykręceniu kurka dla najbardziej gazożernych sektorów holenderskiej gospodarki, głównie ogrodnictwa. Bo produkcję nawozów sztucznych trudno zatrzymać. Wali się cały pomysł na holenderską gospodarkę, która od sześciu dekad jest oparta na gazie ziemnym, podobnie jak polska gospodarka – na węglu.

 

Rośliny rosną w szklarni.
Uprawa papryki w nowoczesnej szklarni w mieście Zevenbergen w południowo-zachodniej Holandii, fot. Mischa Keijser / Cultura Creative LTD / ALAMY STOCK PHOTO

Jak wylicza Organizacja Narodów Zjed­noczonych do spraw Wyżywienia i Rol­­­nictwa (FAO), rolnictwo odpowiada za 30 procent światowego zużycia energii. Mamy tanią żywność, bo nauczyliśmy się przekształcać w jedzenie węgiel, ropę i gaz. Średnio w krajach uprzemysłowionych każda kaloria energii zamkniętej w żywności pochodzi z trzech kalorii energii wydobytych z paliw kopalnych. Bez zwracania uwagi na ogromne koszty uboczne – zanieczyszczenie środowiska, zniszczenie dzikiej przyrody i zmiany klimatu.

Jak do tego doszło?

Krótka historia cywilizacji rolniczej

ilustracja Jan Rosiek

Z najnowszych badań wiadomo, że ludzie zmieniali środowisko naturalne, jeszcze zanim zostali rolnikami. Pradawni łowcy-zbieracze (w tym wymarli około 30 tysięcy lat temu neandertalczycy) przykładowo wypalali lasy, by wypłoszyć z nich zwierzęta. Przypisuje się im wybicie wielu gatunków. Jednak dopiero rolnicy zmienili świat nie do poznania.

Neolityczne rewolucje rolnicze wybuchały na różnych kontynentach w różnym czasie. Najwcześniejsza z nich miała miejsce blisko 11,5 tysiąca lat temu, gdy łowcy-zbieracze porzucili nomadyczny tryb życia i osiedli w rejonie tak zwanego Żyznego Półksiężyca, rozciągającego się na Bliskim Wschodzie od ziem dzisiejszego północno-wschodniego Egiptu po zachodni Iran. Co ich pchnęło do narzucenia sobie trudów życia na roli? Nie wiadomo. Naukowcy stawiają dwie główne hipotezy. Pierwsza wskazuje na potrzebę chleba powszedniego, a druga, która bardziej przemawia do mojej wyobraźni, na nasze zamiłowanie do alkoholu. Wiadomo, że jedno i drugie wytwarzali łowcy-zbieracze na długo przed pierwszą rewolucją rolniczą.

Na stanowisku archeologicznym w północno-wschodniej Jordanii (Shubayqa 1) naukowcy odkryli zwęglone resztki chleba wypieczone 14 400 lat temu. To najstarszy bezpośredni dowód wypiekania chleba jaki do tej pory odnaleziono. Poprzedza nadejście rolnictwa o co najmniej 4000 lat, fot. Alexis Pantos

Najstarsze archeologiczne ślady wypieku chleba pochodzą z północno-wschodniej Jordanii i mają aż 14,4 tysiąca lat. To zwęglone okruchy upieczonych w palenisku placków z jęczmienia, owsa, prosa i pszenicy samopszy, którym pod względem jakości daleko było do porządnego chleba na zakwasie. Ten był już zapewne wynalazkiem rolników, bo buzujący od mikroorganizmów zakwas potrzebuje szczególnej opieki. Najstarsze ślady wyrobu piwa, pierwszego trunku produkowanego przez ludzi, pochodzą z jaskini Rakefet w północnym Izraelu i mają 13,7 tysiąca lat. To naczynia, w których naukowcy odkryli pozostałości sfermentowanej pszenicy, jęczmienia, owsa, roślin strączkowych i lnu. Dzisiejszy smakosz piwa tego pradawnego zapewne by nie tknął.

Siedemset lat różnicy nie oznacza, że chleb był na pewno pierwszy. To, co udało się odkryć naukowcom, stanowi ledwie kilka puzzli z obrazu dawnego świata. Rekonstruując go, dokonują więc coraz dokładniejszych przybliżeń. Być może za jakiś czas znajdą jeszcze starsze dowody na produkcję piwa przez ludzi. Szczególnie że alkohol jest dość powszechną używką wśród zwierząt. Sfermentowanymi owocami upijają się choćby muszki owocowe i osy. A genetycy uważają, że nasi przodkowie lubili wypić, jeszcze zanim zeszli z drzew i stanęli wyprostowani na dwóch nogach. Wskazuje na to mutacja w genie ADH4, dająca wszystkim ssakom naczelnym zdolność metabolizowania etanolu, do której doszło około 10 milionów lat temu, gdy żyli wspólni przodkowie dzisiejszych goryli, szympansów i ludzi.

Kiedy ci ostatni zaczęli uprawiać rolę i hodować zwierzęta, dla ludzkości nie było już odwrotu z nowo obranej drogi. Rolnicy i pasterze zyskali taką przewagę nad ludami zbieracko-łowieckimi, że na wszystkich kontynentach, na których wynaleziono tę nowinkę kulturową (czyli wszędzie poza Antarktydą i Australią – do tej ostatniej kulturę rolną przywieźli dopiero Anglicy, łącznie z eurazjatyckimi gatunkami uprawnymi i hodowlanymi), szybko podbijali sąsiadów albo przekazywali im tajniki nowej wiedzy, niszcząc ich dotychczasową cywilizację. Tak było między innymi w Europie, gdzie przynieśli rolnictwo już 9 tysięcy lat temu mieszkańcy Anatolii, skutecznie wypierając lub wchłaniając tutejszych łowców-zbieraczy, którzy zasiedlili nasz kontynent około 50 tysięcy lat temu. Wszyscy dzisiejsi Europejczycy są genetyczną mieszanką tych dwóch fal migracji wraz z trzecią, sprzed 5 tysięcy lat, gdy z eurazjatyckich stepów przybyli konni pasterze z tak zwanej kultury grobów jamowych. Po łowcach-zbieraczach odziedziczyliśmy niebieskie oczy (oni sami kodujące je geny zyskali prawdopodobnie od neandertalczyków), a po stepowych najeźdźcach – jasną skórę i wyższy wzrost. „Najczystszymi” potomkami anatolijskich rolników są zaś dzisiejsi mieszkańcy Sardynii.

 

Zaledwie 12 gatunków roślin i 8 gatunków zwierząt zapewnia nam odpowiednio 80% zbiorów oraz 95% mięsa i nabiału. Niemal wszystkie uprawiamy i hodujemy od kilku tysięcy lat. Mapa wskazuje, gdzie i kiedy doszło do ich udomowienia (Kliknij w dowolny symbol na mapie, aby dowiedzieć się więcej).

Sami Anatolijczycy opanowali rolnictwo blisko 10 tysięcy lat temu, przejmując je od ludów Bliskiego Wschodu. Byli więc łebskimi ludźmi, którzy dostrzegli (niekoniecznie świadomie), że w obliczu pędzących u sąsiadów zmian kulturowych albo sami się zmienią – porzucając nomadyczne, do pewnego stopnia beztroskie życie z dnia na dzień – albo znikną z powierzchni świata. Dlaczego?

W fascynującej książce Strzelby, zarazki, stal, wyjaśniającej, dlaczego cywilizacje Eurazji odniosły tak spektakularny światowy sukces, amerykański polihistor Jared Diamond wylicza, że gęstość zaludnienia u współczesnych łowców-zbieraczy (choćby południowoafrykańskich San albo tanzańskich Hadza) nie przekracza jednej osoby na 2,5 kilometra kwadratowego. Taki areał jest potrzebny, by każdy dorosły członek społeczności mógł zebrać wystarczającą liczbę roślin i upolować odpowiednio dużo zwierząt.

Uprawa i hodowla pozwalają znacząco podnieść liczbę kalorii wydzieranych Ziemi. Każdy hektar gruntu rolnego może wykarmić od dziesięciu do stu razy więcej ludzi niż hektar gruntu z dziką przyrodą. Stąd kobiety żyjące w tradycyjnych społecznościach rolniczych rodzą średnio co dwa lata, a u łowców-zbieraczy dwukrotnie rzadziej. Co więcej, rolnicy produkują nadwyżki żywności, których brakuje łowcom-zbieraczom, a które umożliwiają bardziej rozwinięty handel (w formie barterowej bardzo chętnie – nawet bez bezpośredniej praktycznej potrzeby, choćby dla podtrzymania więzi z sąsiadami – uprawiały go już wspólnoty pierwotne) i powstanie specjalizacji zawodowych oraz ostrej hierarchii społecznej. Rolnicy tworzyli zatem większe i bardziej zaawansowane cywilizacyjnie społeczności. Bez rewolucji neolitycznych na żadnym kontynencie nie powstałyby państwa, a także potrzebne w coraz bardziej skomplikowanej rachunkowości pismo (jedno i drugie jako pierwsi stworzyli Sumerowie, przeszło 5 tysięcy lat temu zamieszkujący Mezopotamię).

Okładka książki Jareda Diamonda "Strzelby, zarazki, stal".

Liczbę wszystkich ludzi żyjących na Ziemi u zarania pierwszej, bliskowschodniej rewolucji rolniczej naukowcy szacują na kilka do kilkunastu milionów. Kiedy w Betlejem rodził się Jezus, na całym świecie żyło już około 250 milionów ludzi. Pierwszy miliard ludzkość przeskoczyła w 1800 roku, ledwie pół wieku po wybuchu kolejnej znaczącej rewolucji w historii naszego gatunku – przemysłowej. Potem, za sprawą jeszcze bardziej efektywnego wyciągania energii z trzewi Ziemi, poszło błyskawicznie. W połowie XX wieku były nas już 3 miliardy.

To wtedy Organizacja Narodów Zjed­noczonych zapoczątkowała tak zwaną zieloną rewolucję, określaną też drugą rewolucją rolniczą. Jej ważnym elementem było upowszechnienie stosowania nawozów sztucznych, w tym najważniejszych – azotanów.

Uzyskuje się je – obecnie przy użyciu gazu ziemnego – syntezując amoniak metodą Habera i Boscha. Pierwszy człon nazwy pochodzi od jej wynalazcy, niemieckiego chemika żydowskiego pochodzenia Fritza Habera, który otrzymał za nią w 1918 roku Nagrodę Nobla (opracował też gazy bojowe używane przez Niemcy w czasie pierwszej wojny światowej, dzięki jego pracom wynaleziono również środek służący pierwotnie jako insektobójczy, cyklon B). Drugi – od Carla Boscha, któremu udało się wykorzystać ją na skalę przemysłową. Czasem nazywa się ją metodą uzyskiwania chleba z powietrza, bo azot (niezbędny w konstrukcji aminokwasów, czyli cegiełek budujących białka) jest ściągany z atmosfery i za pomocą żelazowego katalizatora łączony z wodorem pochodzącym z metanu w temperaturze kilkuset stopni i pod ciśnieniem przeszło stukrotnie przekraczającym atmosferyczne. Pozostały po reakcji i osierocony przez wodór węgiel łączy się z tlenem i ulatuje w powietrze pod postacią dwutlenku węgla.

Metoda wspaniała, bo tania, a azot stanowi aż 78 procent powietrza, więc praktycznie nigdy go nie zabraknie. Rolnicy, zamiast uprawiać mało żyzną ziemię albo z trudem nawozić ją obornikiem, guanem czy poplonem (roślinami motylkowymi, w korzeniach których żyją bakterie absorbujące atmosferyczny azot), mogą po prostu kupić granulowany nawóz azotowy w workach – najczęściej mocznik uzyskiwany w przemysłowej reakcji amoniaku z dwutlenkiem węgla – rozsypać go na polu i zwiększyć plony. Roczna światowa produkcja amoniaku na świecie wynosi dziś prawie 180 milionów ton.

Nawadnianie pól uprawnych w Teksasie w USA, fot. Joel Dunn / UNSPLASH

Drugim elementem zielonej rewolucji są środki ochrony roślin uprawnych, popularnie zwane pestycydami: insektycydy, które zwalczają bezkręgowce, herbicydy niszczące niepożądane rośliny (przez rolników nazywane chwastami), zabijające grzyby fungicydy czy środki skierowane przeciwko gryzoniom albo nicieniom.

Trzeci składnik zielonej rewolucji to mechanizacja rolnictwa, czyli zastąpienie energii mięśni ludzi i zwierząt pociągowych dużo wydajniejszą energią paliw kopalnych napędzających traktory czy kombajny.

Jaki był wpływ zielonej rewolucji na ludzkość? W państwach wysoko rozwiniętych gospodarczo odsetek mieszkańców zajmujących się uprawą ziemi i hodowlą zwierząt spadł do ledwie kilku procent (jednego w Niderlandach, dwóch w USA, ośmiu w Polsce). W Afryce Subsaharyjskiej udział rolników w populacji ciągle przekracza 60 procent. Dzięki zielonej rewolucji na całym świecie żyje dziś blisko 8 miliardów ludzi (najwięcej mieszka ich w Chinach i Indiach – odpowiednio ponad i prawie 1,4 miliarda), co oznacza dwuipółkrotny wzrost w ciągu ostatnich sześciu dekad.

 

Zbiory winogron w Styrii Południowej w Austrii, fot. Matthias Mitterlehner / UNSPLASH

Skutki uboczne? Po pierwsze, znaczna emisja gazów cieplarnianych do atmosfery, którą będzie bardzo trudno obniżyć – bo przecież od niej zależy dziś produkcja żywności i na razie nie ma dobrego zamiennika metanu do produkcji amoniaku.

Jak we wrześniu ubiegłego roku w piśmie „Nature Food” wyliczyli naukowcy, rolnictwo odpowiada za blisko 35 procent całej antropogenicznej emisji gazów cieplarnianych. To w sumie 17,3 miliarda z około 50 miliardów ton tak zwanego ekwiwalentu dwutlenku węgla (wszystkich gazów cieplarnianych przeliczonych na moc grzewczą CO2), które każdego roku ludzkość pompuje w powietrze. W analizie uczeni wzięli pod uwagę uprawę 171 roślin i wytworzenie szesnastu produktów odzwierzęcych, a także całą ich drogę z pola na stół, stąd znacznie wyższy udział rolnictwa w emisji gazów cieplarnianych niż w innych źródłach, jak choćby w książce Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej Billa Gatesa, o której pisałem w poprzednich „Soczewkach Pisma” z cyklu Ziemia [„Pismo” nr 2 i 4/2022 – przyp. red.].

 

Cytując amerykańskiego ekologa, profesora Howarda Oduma, Václav Smil sarkastycznie podkreśla, że „człowiek epoki przemysłowej nie jada już ziemniaków, które urosły dzięki energii słonecznej, tylko ziemniaki, które są częściowo zrobione z ropy naftowej”. Choć oczywiście paliwa kopalne – powstałe ze szczątków roślin i zwierząt, które setki milionów lat temu pod wpływem ciśnienia, ciepła i mikrobów zostały głęboko pod ziemią przetworzone na gaz, ropę naftową i węgiel – też zawdzięczamy Słońcu. Bez niego nie byłoby życia na powierzchni Ziemi i w jej zbiornikach wodnych (to podziemne czy podmorskie w dużej mierze opiera się na energii geochemicznej).

Po drugie, zielona rewolucja w świecie ludzi doprowadziła do poważnych perturbacji w świecie dzikiej przyrody, od którego przecież ludzie zależą.

Duża część nawozów sztucznych spływa z pól do wód gruntowych i powierzchniowych, skąd trafia do mórz i oceanów. To jeden z powodów, dla których Bałtyk obecnie się dusi, zmieniając się w morze podobne do Morza Czarnego – z bujnym życiem w górnej warstwie i będące siarkowodorową pustynią w głębinach (pozostałe powody to coraz wyższa temperatura wody morskiej, w której gorzej miesza się tlen z atmosfery, oraz coraz rzadsze wlewy zimnej, słonej, dobrze natlenionej wody głębinowej z Morza Północnego – co też może być spowodowane zaburzającym cyrkulację atmosferyczną globalnym ociepleniem). Spływające rzekami i wodami gruntowymi zanieczyszczenia, pełne azotanów i fosforanów, które również wykorzystuje się jako nawozy sztuczne, powodują gwałtowne zakwity glonów morskich. Kiedy glony umierają, rozkładają je bakterie tlenowe. Mając nadmiar jedzenia, gwałtownie się namnażają, zużywając tlen, którym jest nasycona woda morska, i w efekcie w głębinach spada stężenie życiodajnego pierwiastka.

Zakwit glonów na jeziorze Okeechobee w USA, fot. Nicholas Aumen / Zuma Press / FORUM

W lipcu 2018 roku naukowcy z Fin­landii i Niemiec ostrzegali w piśmie „Bio­geosciences”, że tak niskiego poziomu tlenu w wodach przybrzeżnych Bałtyku jak dziś nie było od 1,5 tysiąca lat. Z ich badań wynika, że podduszamy nasze morze od początku XX wieku, a szczególnie od połowy ubiegłego stulecia, kiedy ruszył gwałtowny rozwój nadbałtyckiego rolnictwa. – To z powodu braku tlenu z naszej części Bałtyku wyniósł się dorsz, który do rozmnażania się potrzebuje dobrze natlenionej wody głębinowej – tłumaczy mi profesor Jan Marcin Węsławski, biolog morski i szef Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk w Sopocie. Jak mówi uczony, Polska jest zdecydowanym liderem w zanieczyszczaniu Bałtyku nawozami sztucznymi i ściekami. Choć per capita gorszymi trucicielami są Duńczycy czy Szwedzi.

Beztlenowe pustynie powiększają się zresztą nie tylko w maleńkim i półzamkniętym Morzu Bałtyckim, ale we wszystkich oceanach. Cztery lata temu magazyn „Science” donosił, że przez ostatnie półwiecze objętość stref pozbawionych tlenu zwiększyła się w nich ponadczterokrotnie. Taki jest skutek rozregulowania nie tylko obiegu węgla w przyrodzie (co jest związane z wydobyciem i spalaniem paliw kopalnych), ale i równie ważnego obiegu azotu. Intensywne zużycie środków ochrony roślin uprawnych, sięgające 3,5 miliona ton rocznie, powoduje znaczne zatrucie gleby, wody (czasem tej pitej przez ludzi) i powietrza. Chroniąc gatunki uprawne, zabijamy więc te dzikie, od których zależy całe życie na Ziemi.

Prof. Jan Marcin Węsławski, archiwum prywatne

Szczególne zaniepokojenie w ostatnich latach spowodowały narastające doniesienia o zagładzie owadów. Według wykonanego w Niemczech badania, którego wyniki ukazały się w październiku 2017 roku w piśmie „PLOS ONE”, od 1990 roku biomasa owadów latających na niemieckich obszarach chronionych zmniejszyła się o przeszło trzy czwarte. To szokujące, bo owady stanowią ponad połowę z 1,9 miliona opisanych przez naukę gatunków zwierząt i roślin. Tworzą więc podstawę piramidy troficznej: są pokarmem dla innych zwierząt, zapylają rośliny, a także rozdrabniają martwą materię organiczną, wpuszczając ją ponownie do obiegu węgla w przyrodzie. Niemieccy naukowcy nie mają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o źródło zaobserwowanego przez siebie wielkiego wymierania owadów. Jest jednak pewne, że nowoczesne rolnictwo maczało palce w tej katastrofie ekologicznej [pisała o niej Brooke Jarvis w „Piśmie” nr 2/2019 – przyp. red.].

Nawożenie pola.
fot. Rachel Powell / UNSPLASH

Pestycydy zabijają też rośliny niewykorzystywane przez ludzi oraz mikroorganizmy żyjące w glebie i wodzie w wielkiej sieci zależności z resztą flory i fauny. Bakteriom dopieka także powszechne stosowanie w hodowli antybiotyków, których metabolity (związki chemiczne powstające w wyniku przemiany materii) z wydalinami trafiają do gleby i wody. Wszystkim organizmom wodnym szkodzą również hormony pobudzające wzrost zwierząt hodowlanych, a także spływające ze ściekami środki farmaceutyczne i ich metabolity.

Zagrożenie dla mikroorganizmów to problem właściwie jeszcze niezbadany, jak zresztą większość ziemskiego mikrożycia. Naukowcy szacują, że liczba wszystkich żyjących na Ziemi gatunków zwierząt i roślin wynosi około 10 milionów (powtórzmy: na razie opisali niecałą jedną piątą z nich), a gatunków mikroorganizmów – 10 miliardów. Weź garść gleby, a mędrca szkiełko i oko znajdzie w niej więcej bakterii, archeonów (podobnych do bakterii jednokomórkowców) i grzybów, niż żyje dziś ludzi na całym świecie. Nie wiemy, jak na jednokomórkowe mikrożycie wpływają wprowadzane przez człowieka zmiany w ekosystemach.

Pole zboża i kukurydzy.
fot. Henry Be / UNSPLASH

Po trzecie, tłocząc się w gęstych społecznościach rolniczych, ściągnęliśmy sobie na głowy liczne zarazy. Większość patogenów wywołujących choroby zakaźne, z którymi zmagali się nasi przodkowie i z którymi zmagamy się my, ma pochodzenie zoonotyczne, czyli jak wywołujący COVID-19 koronawirus SARS-CoV-2, przeskoczyły na nas z innych zwierząt. Wirus grypy – z drobiu i świń. Odry – z bydła. Ospy prawdziwej – z gryzoni lub bydła. HIV – z innych małp człekokształtnych.

Po czwarte, intensywne rolnictwo zaburza obieg wody w przyrodzie, eksploatując gruntowe i głębinowe źródła, nieodnawiające się tak szybko jak te naziemne. Całe światowe rolnictwo zużywa 70 procent wody pitnej wykorzystywanej przez ludzkość (w państwach rozwijających się nawet 90 procent). Jedna piąta upraw jest sztucznie nawadniana; w skali świata dostarczają one aż 40 procent żywności. Niestety, najczęściej nie jest to bardzo wydajne nawadnianie kropelkowe, które ogranicza straty do kilku procent, tylko zwykłe lanie wody. Jeśli odbywa się na terenie otwartym, na pustyni lub półpustyni, co najmniej połowa wody paruje, zanim roślina się napije. Tak podlewa się między innymi plantacje bawełny w Teksasie. Z góry wygląda to jak ślady po lądowaniu kosmitów – wielkie zielone koła zostawione przez irygatory w burym krajobrazie prerii. Wodę czerpią z wysychającego zbiornika gruntowego Ogallala.

 

Deficyt wody to problem także Polski. W przeliczeniu na mieszkańca mamy dwa razy mniejsze zasoby wód odnawialnych (tych, które niczym manna spadają nam z nieba i spływają do nas rzekami z zagranicy) niż średnio wszyscy Europejczycy. Na statystycznego Polaka przypada rocznie blisko 1,6 tysiąca metrów sześciennych wody, daleko za Szwecją (18,9 tysiąca), Finlandią (19,9 tysiąca) czy Chorwacją (29,2 tysiąca metrów sześciennych). – Co gorsza, w naszym kraju coraz poważniejszym problemem staje się negatywny bilans wody latem – mówi profesor Zbigniew Kundzewicz z Wydziału Inżynierii Środowiska i Inży­nierii Mechanicznej Uniwersytetu Przyrod­niczego w Poznaniu. – W ostatnich latach więcej wody w sezonie wegetacyjnym paruje, niż pada.

Po piąte, obie rewolucje rolnicze – neolityczna i zielona – doprowadziły do gwałtownego wzrostu demograficznego. Według najnowszych szacunków, opublikowanych dwa lata temu w „Lancecie”, w 2064 roku na świecie będzie żyło 9,7 miliarda ludzi, a więc o prawie dwa miliardy więcej niż dziś. Jak prognozuje Bank Światowy, zaspokojenie potrzeb żywieniowych rosnącej populacji – żyjącej w coraz lepiej rozwiniętych gospodarczo krajach, a więc mającej wyższe oczekiwania co do jakości życia, w tym pożądającej lepszego jedzenia (czytaj: mięsa) – będzie wymagało wzrostu produkcji żywności aż o 70 procent. Na szczęście, jak piszą autorzy raportu w „Lancecie”, po górce w 2064 roku ludzka populacja zacznie się kurczyć do 8,8 miliarda ludzi w 2100 roku (liczba mieszkańców Unii Europejskiej ma się zmniejszyć z obecnych 448 do 308 milionów, a Polski – do zaledwie 15 milionów). To wciąż o miliard więcej ludzi do wyżywienia niż dziś.

Zbiory truskawek w Nipomo w Kalifornii w US, fot. Tim Mossholder / UNSPLASH

Co ciekawe, obecnie na Ziemi żyją niemal 2 miliardy ludzi z nadwagą; co trzeci z nich jest otyły. Pandemia nadwagi i otyłości dotknęła także Polskę, odkąd na początku lat 90. ubiegłego wieku pożegnaliśmy się z tak zwanym realnym socjalizmem. Za czasów mojego dzieciństwa osoba z brzuszkiem była rzadkością. Dziś trzy piąte Polaków ma nadwagę, a jedna czwarta jest otyła. Prowokujący przewlekłe choroby cywilizacyjne nadmiar kilogramów stał się normą. Można bezpiecznie założyć, że tak będzie wyglądała „poprawa warunków życia” również w innych krajach. To ewolucyjny atawizm – przez miliony lat metabolizm naszych przodków był nastawiony na gromadzenie energii (pod postacią tłuszczu). Czasy nowoczesnego dostatku, a w państwach bogatych wręcz nadmiaru jedzenia (i braku ruchu) to dla ludzkich organizmów zupełne dziwactwo.

Uprawy warzywne.
Uprawy pomidorów i papryki Chili w Indonezji, fot. Devon Daniel / UNSPLASH

Po szóste, przez rewolucję rolniczą uzależniliśmy się od niewielkiej liczby gatunków roślin i zwierząt. Przeciętny łowca-zbieracz i żyjący tradycyjnie (czyli również częściowo z łowiectwa i zbieractwa) rolnik, jak chwali go Diamond w Strzelbach, zarazkach, stali, zna blisko tysiąc gatunków roślin i zwierząt żyjących w jego okolicy. A każda wycieczka czy kontakt z sąsiadami jest okazją do poznania kolejnych.

Na świecie rośnie blisko 30 tysięcy gatunków roślin jadalnych, jednak ludzkości przeszło 80 procent rocznego tonażu zbiorów zapewnia tuzin, przede wszystkim pszenica, ziemniaki, maniok, bataty, ryż, sorgo, kukurydza i soja. Z kolei ledwie osiem z czterdziestu udomowionych gatunków ssaków i ptaków zapewnia nam 95 procent żywności uzyskiwanej z hodowli. Prym wiodą świnie (ich hodowlane pogłowie sięga blisko 700 milionów sztuk), bydło (około miliarda sztuk) i kury (około 30 miliardów). Pomijając lodowce i ekstremalne ekosystemy, w których nie dalibyśmy sobie rady, do zamieszkania przez ludzi nadaje się 106 milionów kilometrów kwadratowych powierzchni Ziemi, z czego 49 milionów – a więc prawie połowę – zajmują dziś tereny rolnicze. Aż 77 procent z nich wykorzystujemy do hodowli zwierząt, choć konsumpcja mięsa i nabiału zapewnia nam zaledwie 37 procent spożywanego białka i 18 procent kalorii.

 

Prace rolnicze w polu.
Zabezpieczanie winorośli przed ptakami w Paroa Bay na północy Nowej Zelandii, fot. Callin Watts / UNSPLASH

Ogromne zmiany w wyglądzie i zdrowiu Ziemi zaszły w ciągu zaledwie niecałych 12 tysięcy lat – to mgnienie oka w liczącej 4,5 miliarda lat historii naszej planety. Doprowadzili do nich ludzie, którzy pewnego dnia z nieznanych nam przyczyn radykalnie zmienili swój styl życia i zaczęli uprawiać rolę oraz hodować zwierzęta. Był to efekt „decyzji (…) podjętych bez świadomości ich konsekwencji” – podkreśla w Strzelbach, zarazkach, stali Diamond [przeł. Tomasz Tesznar]. Podobnych konsekwencji doświadcza każdy, kto zdecyduje się na założenie i uprawę ogrodu. Latem na dłuższe wakacje nie pojedzie, bo przecież nie może zostawić ogrodu, żeby zarósł i zdziczał. Zimą bez możliwości pracy w nim wpada w depresję, za to wiosną i jesienią musi codziennie w nim pracować, żeby ów uporządkowany chaos przyrody, jakim jest ogród, nie poddał się entropii.

Człowieku! Na chwilę się zapomnisz i już jesteś niewolnikiem. Cóż z tego, że niewolnikiem własnego sukcesu.

Zróbmy sobie globalne Shire

ilustracja Jan Rosiek

Przed rolnictwem przyszłości stoją obecnie trzy główne wyzwania.

Pierwszym jest wyżywienie rosnącej – i starzejącej się – ludzkiej populacji. W 2100 roku spośród 8,8 miliarda ludzi 2,4 miliarda przekroczy sześćdziesiąty piąty rok życia (27 procent, wobec 9 procent obecnie), a tych przed dwudziestką będzie 1,7 miliarda. Prawie połowa z nas będzie więc w wieku nieprodukcyjnym. Rolnictwo przyszłości musi zatem ulec jeszcze intensywniejszemu uprzemysłowieniu, bo rąk do pracy zabraknie. Albo będzie korzystać z pracy osób młodszych i starszych niż dziś.

Co więcej, nie można zapominać o 768 milionach ludzi, którzy ciągle głodują, oraz o 1,5 miliarda, którzy według danych FAO żyją dziś w stanie ukrytego niedożywienia. Co oznacza, że pokarm, który jedzą, nie jest w pełni wartościowy.

 

Wśród głównych przyczyn głodu i niedożywienia na świecie FAO podaje coraz częstsze i intensywniejsze konflikty zbrojne, większą liczbę i moc ekstremalnych zjawisk pogodowych (takich jak powodzie i susze), a także załamania gospodarcze – w tym to spowodowane przez pandemię COVID-19, czego dowodem jest wzrost liczby ludzi niedożywionych o kilkadziesiąt milionów od 2019 roku. Te przyczyny dotykają szczególnie państwa o niskim i średnim produkcie krajowym brutto – położone w Afryce (gdzie 21 procent ludzi jest niedożywionych), Azji (9 procent) i Ameryce Łacińskiej (również 9 procent) – w których istnieją też ogromne nierówności społeczne, pogłębiające problem. W Europie czy Ameryce Północnej nie dojada ledwie 4 procent mieszkańców. Dodatkowym powodem ukrytego niedożywienia jest cenowa niedostępność pokarmów wchodzących w skład zdrowej, pełnowartościowej diety (jej koszt FAO szacuje na prawie cztery dolary dziennie, przy czym w krajach biedniejszych jest to odrobinę więcej, a w bogatszych – mniej). Nawet jeśli ludzie mają dostęp do wystarczającej liczby kalorii, ich pożywienie pozostaje mało zróżnicowane.

Ci, którzy nie głodują, ale jedzą mniej i gorzej niż mieszkańcy bogatych krajów, aspirują i będą aspirować do lepszych warunków życia.

Puste półki sklepowe, fot. Richard Burlton / UNSPLASH

Drugim wyzwaniem, przed którym stanie rolnictwo niedalekiej przyszłości, będzie wyżywienie rosnącej i coraz bardziej wymagającej ludzkiej populacji w sytuacji narastającego globalnego ocieplenia i coraz ostrzejszej katastrofy ekologicznej. Jest pewne, że odmieni ona rolnictwo, ale badania nad tym, w jaki sposób te zmiany przebiegną, dopiero raczkują.

Najpopularniejsza odmiana kawy, czyli arabika (Coffea arabica), zaspokajająca 56 procent popytu na tę używkę, jest niesłychanie wrażliwa na zmiany temperatury i wilgotności powietrza. Biorąc pod uwagę, że od codziennej filiżanki kawy zależy nastrój pewnie z połowy ludzkości, a także los blisko 125 milionów ludzi, którzy żyją z jej uprawy i sprzedaży (to światowy rynek wart przeszło 100 miliardów dolarów rocznie), nie należy się dziwić, że w raporcie Epicenters of Climate and Security: The New Geostrategic Landscape of the Anthropocene (Epicentra klimatu i bezpieczeństwa. Nowy geostrategiczny krajobraz antropocenu) z 2017 roku eksperci waszyngtońskiego think tanku The Center for Climate & Security wymienili załamanie światowego handlu kawą wśród dwunastu czynników ryzyka dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Brak porannej małej czarnej zajął zaszczytne miejsce między innymi obok konfliktu nuklearnego, walk o wodę, a także narastającej fali uchodźców i pandemii.

Zagrożona jest też uprawa różnych odmian winorośli właściwej (Vitis vinifera). Uprawiano ją już co najmniej cztery tysiące lat przed tym, zanim Jezus miał zmienić wodę w wino. Z najnowszych badań genetycznych wiadomo, że udomowiono ją w Azji Zachodniej, a po przywiezieniu do Europy została skrzyżowana z tutejszymi dzikimi odmianami i rozpowszechniona na całym świecie. Według publikacji, która ukazała się w 2013 roku w tygodniku „PNAS”, globalne ocieplenie może zachwiać uprawą winorośli. A to dlatego, że wymaga ona stabilnego klimatu śródziemnomorskiego – z suchymi i gorącymi latami oraz deszczowymi i ciepłymi zimami. Zmiany klimatu sprawiają, że pogoda robi się bardziej chwiejna – zimą winnice są nawiedzane przez przymrozki, a opady stają się bardziej chimeryczne. W zależności od dalszego nasilenia globalnego ocieplenia już w połowie XXI wieku dzisiejszy obszar nadający się pod uprawę winorośli zmniejszy się o 19–73 procent. Co ciekawe, na zmianach mają zyskać winiarze między innymi w Europie Środkowej, w tym w Polsce. Z powodu ocieplenia klimatu (o blisko 1,5 stopnia tylko od drugiej połowy XX wieku) i wydłużenia okresu wegetacji (coraz wcześniejsze wiosny, a zimy – późniejsze) uprawa winorośli i produkcja wina stają się w naszym kraju coraz popularniejsze [o roślinach, których uprawy są zagrożone przez katastrofę klimatyczną, pisała Weronika Murek w „Piśmie” nr 8/2021 – przyp. red.].

Kolba kukurydzy w polu.
Kolba kukurydzy, fot. Christophe Maertens / UNSPLASH

Pomijając używki, poważne zaburzenia czekają też uprawy roślin stanowiących podstawę wyżywienia. Według publikacji, która w listopadzie ubiegłego roku ukazała się w piśmie „Nature Food”, do końca wieku zbiory kukurydzy zmniejszą się o blisko jedną czwartą, a soi o 2 procent. Te straty w niepełnym stopniu mają być zrekompensowane przez siedemnastoprocentowy wzrost zbiorów pszenicy i niespełna dwuprocentowy – ryżu. FAO podaje, że najbardziej narażone na zmiany klimatu jest rolnictwo w rejonach, które obecnie są najbardziej zaludnione (Azja Południowa i Południowo-Wschodnia) albo odnotowują największy wzrost demograficzny (Afryka Subsaharyjska). Zmiany klimatu wpłyną także na rolnictwo w bogatszych i mniej zaludnionych krajach, w tym w Polsce. – Z powodu zmian klimatu, w tym ocieplenia, deficyt wody w sezonie wegetacyjnym w naszym kraju będzie się pogłębiał – prorokuje profesor Zbigniew Kundzewicz. – To nie wszystko. Długie okresy z niskimi opadami będą przerywane epizodami, kiedy nie pada, tylko leje, więc gleba, szczególnie w krajobrazie mocno zmienionym przez człowieka, nie będzie w stanie wchłonąć i zatrzymać wody.

To, jak marny może być nasz los, jeśli nie ograniczymy spowodowanych przez nas zmian w środowisku naturalnym oraz nie zaadaptujemy się do tych, które nieuchronnie nastąpią, widać na przykładzie kolebki rolnictwa. Jak w Strzelbach, zarazkach, stali tłumaczy Diamond, wspólnoty rolnicze Żyznego Półksiężyca miały pecha narodzić się w niezwykle delikatnym środowisku naturalnym. Rozwijając kulturę rolniczą, wycięły pod uprawy i pastwiska swoje lasy, które w suchym klimacie odnawiają się bardzo powoli. Wcześniej zatrzymywały wodę w ekosystemach i nie dopuszczały do degradacji gleby. Ich zniszczenie doprowadziło Bliski Wschód i społeczności żyjące na wschodnich krańcach basenu Morza Śródziemnego do załamania. „Popełniły ekologiczne samobójstwo” – wskazuje Diamond. W efekcie nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie dziś kolebki rolnictwa „żyzną”. To raczej Jałowy Półksiężyc.

Symbolem jego katastrofy ekologicznej jest trwająca od 2011 roku syryjska wojna domowa. Autorzy publikacji, która siedem lat temu ukazała się w tygodniku „PNAS”, nazwali ją pierwszą wojną klimatyczną XXI wieku. Jak wskazywali naukowcy, jej środowiskowe fundamenty to globalne ocieplenie, które przyczyniło się do trwającej w latach 2007–2010 suszy o skali nienotowanej w historii regionu. Nałożył się na nią gwałtowny wzrost syryjskiej populacji, która w ciągu ledwie sześciu dekad poprzedzających konflikt wzrosła z czterech do 22 milionów osób. Przez jedenaście lat wojny domowej w Syrii zginęło ponad pół miliona ludzi, a 13 milionów straciło swoje domy, z czego połowa uciekła za granicę.

Kanał nawadniający przy polach ryżowych, fot. Ivan Bandura / UNSPLASH

Wreszcie trzecie wyzwanie: jak w czasach globalnego ocieplenia wyżywić rosnącą populację ludzi bez dalszego zniszczenia dzikiej przyrody, a wręcz przywracając ją Ziemi?

Dlaczego to niezbędne? W pasjonującej książce Upadek Jared Diamond wymienia liczne przykłady cywilizacji rolniczych, które podupadły albo wręcz wymarły, bo do cna wyeksploatowały swoje środowiska naturalne. Mnie najbardziej uderza przykład Rwandy. Na własne oczy obserwowałem – siedząc przed telewizorem – jej ludobójczą wojnę domową w 1994 roku. Według amerykańskiego uczonego u podwalin ataku Hutu na Tutsi, w wyniku którego zginęło od kilkuset tysięcy do miliona ludzi, leżał gwałtowny wzrost rwandyjskiej populacji powiązany ze zniszczeniem przyrody (bezpośrednie przyczyny ludobójstwa, w tym konflikt etniczno-kulturowy, to inna sprawa). Rwanda i dziś jest najgęściej zamieszkanym krajem Afryki – na powierzchni ledwie 26 tysięcy kilometrów kwadratowych tłoczy się 13 milionów ludzi, co oznacza wzrost o 10 milionów w ciągu sześćdziesięciu lat. W efekcie mieszkańcy kraju zostali zmuszeni do zagospodarowania pod uprawy prawie każdego skrawka ziemi, doprowadzając do intensywnej erozji gleby, pogłębionej przez liczne susze.

 

Ziemia spękana po uprawie kukurydzy, fot. Maga Ćwieluch

„Poważne problemy z przeludnieniem, zniszczeniem środowiska i zmianami klimatycznymi nie mogą trwać bez końca – pisze Diamond. – Prędzej czy później musi dojść do przesilenia – albo na podobieństwo Rwandy, albo w inny sposób, na który nie mamy wpływu. Chyba że potrafimy im w porę zapobiec” [przeł. Marcin Ryszkiewicz]. – Szalony wzrost demograficzny to problem fundamentalny, o którym mówi się za mało – wtóruje mu w rozmowie ze mną profesor David Kleijn, szef grupy naukowców, którzy na Uniwersytecie Badawczym w Wageningen w Holandii (głównym tamtejszym rolniczym ośrodku naukowym) zajmują się ekologią roślin i ochroną przyrody.

Jak więc możemy poradzić sobie z zabójczym koktajlem przeludnienia i degradacji środowiska naturalnego, nie zdając się na ślepy los?

– Ekolodzy dyskutują obecnie o dwóch możliwościach – relacjonuje profesor Jan Marcin Węsławski. – Pierwsza zakłada oddanie dzikiej przyrodzie mniej więcej połowy Ziemi i jednocześnie intensywną, wręcz brutalną eksploatację reszty naszej planety, między innymi za pomocą zaawansowanej biotechnologii, nowych sposobów wydobycia surowców i metod produkcji w miarę czystej energii.

Koncepcję zostawienia odłogiem połowy Ziemi wyłożył w 2016 roku w książce Pół Ziemi. Walka naszej planety o życie słynny amerykański badacz i ojciec socjobiologii profesor Edward Osborne Wilson (zmarły w drugi dzień Bożego Narodzenia ubiegłego roku w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat). W 2018 roku Jonathan Baillie, wiceprezes i główny naukowiec Towarzystwa National Geographic, oraz Ya-Ping Zhang z Instytutu Zoologii Chińskiej Akademii Nauk uszczegółowili jego plan, pisząc w tygodniku „Science”, że już do 2030 roku powinniśmy objąć ochroną co najmniej 30 procent powierzchni lądów i oceanów, a połowę – do 2050 roku. Obecnie w jakiś sposób chronimy ledwie kilkanaście procent powierzchni lądów i kilka procent powierzchni oceanów. Jak w listopadzie 2019 roku doniósł miesięcznik „Nature Sustainability”, ochrona przyrody na połowie planety dotknęłaby bezpośrednio ponad miliard ludzi, ratując jednak ludzką cywilizację i dużą część dzikiej przyrody.

A że przy okazji poddamy ostrej antropresji resztę Ziemi? Cóż, lepsze to niż jej totalne zniszczenie. I jak jesienią ubiegłego roku argumentował w „Journal of Zoology” profesor Andrew Balmford, specjalista ochrony przyrody z Wydziału Zoologii Uniwersytetu w Cambridge, jest to o wiele efektywniejszy sposób gospodarowania gruntami niż rolnictwo ekologiczne. Bo tylko osiągając maksymalne możliwe plony, będziemy mogli ograniczyć uprawy do niewielkich obszarów. Ewentualne umiarkowane wykorzystanie gruntów uczony zostawiłby dla ekstensywnej hodowli zwierząt – pasące się bydło czy owce mogłyby naśladować wpływ, jaki w dawnych ekosystamach wywierały na inne gatunki wielkie, wymarłe już ssaki, jak mamuty czy tury.

Przykład Holandii z jej skrytykowanym przez Thomasa Oudmana rolnictwem przemysłowym pokazuje jednak minusy tego rozwiązania.

– Według drugiej koncepcji – opowiada dalej profesor Węsławski – nie ma już miejsca dla wielkich obszarów dzikiej przyrody, a ratunkiem są wyłącznie niewielkie rezerwaty czy parki narodowe oraz jednoczesne ekstensywne uprawy roślin jadalnych i podobna hodowla zwierząt: szczęśliwych krów, świń i drobiu. Czyli coś w rodzaju ogrodowego raju, w jakim w tolkienowskim Shire żyli hobbici.

 

Ogródek warzywny.
Ekologiczne uprawy w Slater-Marietta w Południowej Karolinie w USA, fot, Jonathan Hanna / UNSPLASH

Innymi słowy, ludzkość miałaby w całości przerzucić się na tak zwane rolnictwo ekologiczne czy też organiczne, w którym użycie pestycydów, nawozów sztucznych oraz antybiotyków (w hodowli) jest ograniczone do absolutnego minimum, a zwierzęta hoduje się w małym zagęszczeniu i w możliwie naturalnych dla nich warunkach, a nie na wielkich fermach, gdzie przeżywają życie stłoczone pod jednym dachem [o czym pisał Bartek Sabela w reportażach z cyklu Nasze Zwierzobójstwo, „Pismo” nr 6, 9 i 11/2020, 2/2021, 5/2021 – przyp. red.].

W 2017 roku naukowcy z kilku europejskich krajów opublikowali w tygodniku „Nature Communications” pracę pokazującą, jak mogłoby wyglądać takie globalne Shire w połowie stulecia, kiedy liczba ludzi ma sięgnąć 8,8 miliarda. Według ich szacunków łączna powierzchnia upraw musiałaby do tego czasu wzrosnąć o 16–33 procent. Żeby ograniczyć ekspansję gruntów uprawnych, proponowali zmniejszenie strat żywności co najmniej o połowę oraz poważne ograniczenie jedzenia mięsa. Ilość białka spożywanego pod jego postacią miałaby spaść z obecnych 37 do 11 procent. Jak nasi chłopscy przodkowie jedlibyśmy więc mięso – szczególnie wieprzowinę czy wołowinę – od święta.

Do zwiększenia udziału gospodarstw ekologicznych dąży obecnie Unia Europejska. Jej wspólna polityka rolna ma zostać w przyszłym roku tak zreformowana, by jedną dziesiątą dopłat bezpośrednich dla rolników otrzymały gospodarstwa małe i średnie, a jedna czwarta była uzależniona od wprowadzania praktyk przyjaznych środowisku naturalnemu. Na wydatki wspierające takie rozwiązania ma też zostać przeznaczone 35 procent pieniędzy z funduszu rozwoju obszarów wiejskich. Cel? Do 2030 roku rolnicy stosujący praktyki ekologiczne mają gospodarzyć na co najmniej jednej czwartej gruntów rolnych w Unii Europejskiej. W Polsce uprawiają oni obecnie jedynie trochę ponad 3 procent ziemi. Jednocześnie blisko jedna trzecia naszych gospodarstw rolnych nie stosuje środków chemicznych albo stosuje je w małej ilości. Rozwój polskiego rolnictwa – które od początku lat 90. ubiegłego wieku mocno się uprzemysławia – można więc jeszcze łatwo (na tle państw zachodnich) przestawić na zielone tory.

Jest też wyjście ekstremalne.

Tikopia, fot. Galaxiid / Alamy Stock Photo

W Upadku Diamond opisuje przykład Shire, które naprawdę istnieje. To Tikopia, wyspa należąca do położonych w południowo-zachodnim rejonie Oceanu Spokojnego Wysp Salomona. Jej polinezyjscy mieszkańcy zmienili przyrodę Tikopii w wielki, permakulturowy ogród. Uprawy permakulturowe naśladują dzicz swoją wielopiętrowością i powiązaniami między gatunkami. Są znane od blisko stu lat, a ich nazwa pochodzi od zbitki angielskich słów permanent agriculture – „wieczne rolnictwo”. Celem jest stworzenie upraw, które będą funkcjonować równie dobrze jak dzikie ekosystemy [o tej idei Łukasz Nowacki opowiadał w wywiadzie Katarzynie Kazimierowskiej w ramach naszego internetowego cyklu „Strategie przetrwania” – przyp. red.].

Tikopia ma powierzchnię zaledwie pięciu kilometrów kwadratowych. Niewielki obszar wymusił na jej mieszkańcach ścisłą kontrolę nie tylko przyrody, ale i własnej populacji, utrzymywanej na stałym pułapie około 1,2 tysiąca osób. Dziś – za pomocą nowoczesnych środków kontroli urodzeń. Kiedyś – przez praktykowanie celibatu, stosunku przerywanego, aborcji, zabójstw noworodków, samobójstw i wojen. Diamond ironizuje, że kiedy Tikopią zawładnęli chrześcijanie (z Wielkiej Brytanii) i zakazali tych niecnych praktyk, liczba mieszkańców wysepki w kilka dekad wzrosła do ponad 1,7 tysiąca. W połowie XX wieku dwa cyklony zniszczyły połowę tikopskich upraw i wywołały głód, zmuszając brytyjskich kolonistów do ratunkowych dostaw żywności. Dziś Tikopczycy znów trzymają się zasady: zero wzrostu demograficznego.

Dziesięć przykazań na XXI wiek

ilustracja Jan Rosiek

Z dotychczasowych badań naukowych dotyczących koniecznej reformy rolnictwa (a w zasadzie trzeciej już rewolucji rolniczej) wyłania się kilka zasad, których powinni przestrzegać rolnicy, a także przetwórcy, przewoźnicy, sprzedawcy oraz konsumenci żywności.
Po pierwsze, nie marnuj. Jak podaje FAO, na całym świecie co roku do śmieci trafia aż jedna trzecia żywności. To w sumie 1,3 miliarda ton jedzenia.

O FREEGANIZMIE ORAZ PASKALIZACJI, CZYLI UTRWALANIU ŻYWNOŚCI ZA POMOCĄ WYSOKIEGO CIŚNIENIA POSŁUCHAJ W PODCAŚCIE „JAK NAPRAWIĆ PRZYSZŁOŚĆ”:

W samej Polsce – 5 milionów ton (czyli około 130 kilogramów per capita). Te straty pojawiają się w całym systemie „od pola do stołu” – począwszy od rolników, przez transport, hurtownie, sprzedawców żywności, po domy, restauracje i stołówki. W krajach bogatych, jak USA, za prawie połowę tego marnotrawstwa odpowiadają konsumenci i sprzedawcy. Marnując żywność, tracimy energię, wodę, tereny wyrwane dzikiej przyrodzie i ludzką pracę. I przyczyniamy się do zniszczenia środowiska naturalnego oraz zmian klimatu. Gdybyśmy zmniejszyli te straty o ledwie jedną czwartą, ocalona w ten sposób żywność mogłaby – gdyby pozwoliła na to logistyka – wykarmić wszystkich głodujących.

Sortowanie żywności ze śmietnika za sklepem spożywczym w Coquitlam, Kolumbia Brytyjska, fot. Ben Nelms / Reuters / Forum

Po drugie, dbaj o glebę. Ta mieszanina rozdrobnionej skały, martwej materii organicznej, korzeni roślin, mikroorganizmów, wody i powietrza, w której mieszka jedna czwarta wszystkich gatunków żywych stworzeń i która jest największym rezerwuarem węgla na Ziemi, daje nam aż 95 procent żywności. Cienka warstwa gleby powstaje bardzo powoli, narastając w tempie około trzech centymetrów przez tysiąc lat, a w wyniku zużycia przez człowieka, erozji i spłukania do oceanu może ulec znacznie szybszej zagładzie. Co roku średnio z każdego hektara ziemi uprawnej znika 13,5 tony gleby. W efekcie każdego roku zbiory maleją o 0,3 procent. Niby niewiele, ale wystarczy, byśmy do połowy wieku stracili 10 procent produkcji żywności. Poważna degradacja dotknęła już od jednej czwartej do jednej trzeciej powierzchni ziemi uprawnej na świecie. W Unii Europejskiej – ponad dwóch trzecich. W Nigerii intensywnej erozji uległo 80 procent gruntów rolnych. Jest to najludniejszy kraj Afryki, z ogromnym przyrostem demograficznym. Pół wieku temu populacja Nigerii liczyła niemal 59 milionów ludzi. Dziś – 226 milionów.

Od tysięcy lat wiemy, jak dbać o glebę. Wystarczy nie eksploatować jej rabunkowo. Utrzymywać różnorodność upraw oraz nawozić obornikiem, kompostem (a kompostować można nawet połowę domowych odpadów) i roślinami motylkowymi. Dbać o utrzymywanie wśród upraw terenów naturalnych, w tym drzew, które magazynują wodę i są znakomitym źródłem martwej materii organicznej. Ograniczyć do absolutnego minimum orkę, która wysusza glebę, ułatwia jej erozję i zabija część żyjących w niej organizmów. A także zmniejszyć użycie pestycydów. Według FAO zrównoważona gospodarka glebą pozwoliłaby wyprodukować aż o 58 procent więcej żywności niż dziś.

Kompost naturalny.
Kompost, fot. Del Barrett / UNSPLASH

Po trzecie, jedz to, co zostało wychodowane jak najbliżej twojego miejsca zamieszkania. W Unii Europejskiej średni dystans od pola do stołu wynosi aż 180 kilometrów. Transport żywności przyczynia się do ogromnego udziału produkcji rolniczej w emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczenia środowiska. A przecież przez większość historii naszego gatunku (co najmniej 315 tysięcy lat) jedliśmy to, co sami mogliśmy znaleźć, a w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat – to, co sami uprawialiśmy i hodowaliśmy. Dopiero w drugiej połowie XX wieku zyskaliśmy powszechny dostęp do żywności z drugiego końca świata. A zdziwienie bądź nawet oburzenie budzą w nas ludzie, którzy zdobywają żywność sami.

Grindadráp, czyli zbiorowe polowanie na grindwale na Wyspach Owczych, fot. Sea Shepherd UK/ MEGA / The Mega Agency / FORUM

– Dobrym przykładem są mieszkańcy Wysp Owczych – wskazuje profesor Jan Marcin Węsławski. – Co roku organizują grindadráp, czyli zbiorowe polowanie na przypływające w okolice Wysp grindwale, ssaki z rodziny delfinowatych, które nie są w żadnym stopniu narażone na wyginięcie [Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody klasyfikuje je w swojej Czerwonej księdze jako gatunek najmniejszej troski – przyp. T.U.]. Wyspiarze polują na nie szybko i sprawnie, zadając zwierzętom minimalne cierpienie. – Od wieków mieszkańcy Wysp Owczych jedzą lokalnie (w tym hodowane przez siebie owce), dopiero nowoczesność dała im swobodny dostęp do warzyw i owoców. Importowane z daleka ziemniaki są tam takim rarytasem, że sprzedaje się je na sztuki, nie na kilogramy. A jednak to grindadráp, a nie szkodliwy dla środowiska import żywności z dalekich krajów budzi powszechne oburzenie poza Wyspami.

 

Po czwarte, nie przejadaj się. To ewolucyjny atawizm, bo nasz gatunek kształtował się w sytuacji deficytu, a nie nadmiaru zasobów. Ludzki organizm miał więc energię magazynować, a nie tracić na bezcelowy ruch. Stąd dziś tak trudno nam się ograniczyć przy stole i zmusić się do aktywności fizycznej. W efekcie tyjemy – ze szkodą nie tylko dla własnego zdrowia, ale i dla środowiska naturalnego. Statystyczny Europejczyk je dwa razy więcej mięsa niż przeciętny mieszkaniec Ziemi i sześć razy więcej od takiegoż Afrykanina. Ta nadkonsumpcja dotyczy zresztą nie tylko żywności. Jak profesor Jared Diamond wylicza w wywiadzie, którego udzielił mi w 2018 roku dla „Gazety Wyborczej”, Włochy z 60 milionami mieszkańców wykorzystują tyle surowców naturalnych, co cała Afryka zamieszkana przez ponad 1,2 miliarda ludzi.

Po piąte, jedz mniej mięsa. Na ten temat w ostatnich latach opublikowano wiele prac naukowych. Jedna z najnowszych ukazała się na początku lutego w piśmie „PLOS Climate”. Badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i Uniwersytetu Stanforda wyliczyli w niej, że całkowita rezygnacja z hodowli pozwoliłaby szybko ograniczyć emisję gazów cieplarnianych aż o 25 miliardów ton ekwiwalentu dwutlenku węgla (CO2e) rocznie, a więc o połowę. Taki byłby efekt łącznej redukcji emisji do atmosfery dwutlenku węgla, metanu i podtlenku azotu biorących się z hodowli oraz ilości węgla ściągniętego z powietrza przez dziką przyrodę zajmującą pastwiska i pola wykorzystywane dziś na uprawę paszy. Rrezygnacja z hodowli samego bydła dałaby nam oszczędności rzędu 18 miliardów CO2e (12 miliardów, gdybyśmy przestali jeść wołowinę, a 6 miliardów – gdybyśmy zrezygnowali z mleka).

Jo Anne McArthur / UNSPLASH

Po czwarte, nie przejadaj się. To ewolucyjny atawizm, bo nasz gatunek kształtował się w sytuacji deficytu, a nie nadmiaru zasobów. Ludzki organizm miał więc energię magazynować, a nie tracić na bezcelowy ruch. Stąd dziś tak trudno nam się ograniczyć przy stole i zmusić się do aktywności fizycznej. W efekcie tyjemy – ze szkodą nie tylko dla własnego zdrowia, ale i dla środowiska naturalnego. Statystyczny Europejczyk je dwa razy więcej mięsa niż przeciętny mieszkaniec Ziemi i sześć razy więcej od takiegoż Afrykanina. Ta nadkonsumpcja dotyczy zresztą nie tylko żywności. Jak profesor Jared Diamond wylicza w wywiadzie, którego udzielił mi w 2018 roku dla „Gazety Wyborczej”, Włochy z 60 milionami mieszkańców wykorzystują tyle surowców naturalnych, co cała Afryka zamieszkana przez ponad 1,2 miliarda ludzi.

Mężczyzna odpoczywa opierając się o krowę.
Przytulanie krów na farmie Kastanjehoeve we wsi Beets w północno-zachodniej Holandii, fot. Miquel Gonzalez / LAIF / FORUM

Po piąte, jedz mniej mięsa. Na ten temat w ostatnich latach opublikowano wiele prac naukowych. Jedna z najnowszych ukazała się na początku lutego w piśmie „PLOS Climate”. Badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i Uniwersytetu Stanforda wyliczyli w niej, że całkowita rezygnacja z hodowli pozwoliłaby szybko ograniczyć emisję gazów cieplarnianych aż o 25 miliardów ton ekwiwalentu dwutlenku węgla (CO2e) rocznie, a więc o połowę. Taki byłby efekt łącznej redukcji emisji do atmosfery dwutlenku węgla, metanu i podtlenku azotu biorących się z hodowli oraz ilości węgla ściągniętego z powietrza przez dziką przyrodę zajmującą pastwiska i pola wykorzystywane dziś na uprawę paszy. Rrezygnacja z hodowli samego bydła dałaby nam oszczędności rzędu 18 miliardów CO2e (12 miliardów, gdybyśmy przestali jeść wołowinę, a 6 miliardów – gdybyśmy zrezygnowali z mleka).

Skoncentrowanie rolnictwa na zwierzętach hodowlanych jest ponadto kompletnie absurdalne z energetycznego punktu wiedzenia. Jak wylicza w Strzelbach, zarazkach, stali Diamond, na każdym szczeblu piramidy troficznej tracimy energię – średnio w stosunku dziesięć do jednego. Zwierzęta roślinożerne wyciągają z roślin ledwie 10 procent energii zawartej w liściach, źdźbłach czy korze, a te drapieżne – ledwie jedną dziesiątą energii ukrytej w tkankach innych zwierząt. Upraszczając, do zbudowania każdego kilograma ciała człowieka potrzeba 10 kilogramów mięsa, które powstało ze 100 kilogramów roślin. Człowiekowi jedzącemu tylko rośliny wystarczy dziesięć razy mniej. W książce Energy and Civilization. A History Václav Smil rozbija te straty energii na poszczególne gatunki. Jak wylicza, najmniejsze prowokuje hodowla kur (trzy do jednego), potem świń (dziewięć do jednego), a najbardziej absurdalna energetycznie jest hodowla bydła mięsnego – z 25 kilogramów paszy uzyskuje się ledwie kilogram mięsa. Sensowniej jest czerpać białko bezpośrednio z soi, którą karmione są zwierzęta w tak zwanej hodowli przemysłowej.

Kurczaki w hali.
Przemysłowa hodowla kurczaków na Tajwanie, Jo Anne McArthur / UNSPLASH

Po szóste, jedz więcej ryb i owoców morza. Choć według szacunków naukowych istnieje ponad 160 tysięcy gatunków ryb, żyjących w wodzie mięczaków, skorupiaków i roślin, to ledwie 1,1 procent z nich jest obecnie łowiona, a 0,3 procent hodowana albo uprawiana. Jednocześnie prawie jedna trzecia łowisk jest przełowiona [o czym pisał Bartek Sabela w „Piśmie” nr 2/2021 – przyp. red.]. Powinniśmy więc mocno zróżnicować spożycie gatunków wodnych, w tym z akwakultur, i chronić te, które eksploatujemy nadmiernie, żeby mogły się odbić od dna. Naukowcy wzywali do tego w kilku publikacjach, które we wrześniu ubiegłego roku ukazały się w „Nature”, „Nature Communications” i „Nature Food”. Według ich wyliczeń na przestawieniu się ludzkości na tak zwaną błękitną dietę zyskałoby i środowisko naturalne (bo zdjęlibyśmy z ziemi ciężar hodowli zwierząt lądowych), i nasze zdrowie. Ryby, owoce morza i glony są bogate w kwasy tłuszczowe omega-3, witaminę B12, wapń, żelazo i cynk.

Uprawa wertykalna sałaty kędzierzawej oraz innych warzyw w Depok na Jawie, fot. Dasril Roszand / ZUMA PRESS

Po siódme, inwestuj w badania naukowe. – Wiele z nich ruszyło dopiero w ostatnich dekadach, bo wcześniej nie mieliśmy odpowiednich narzędzi badawczych – tłumaczy David Kleijn. – Na przykład techniki pozwalające na badania molekularne gleby mają ledwie około dwudziestu lat. Nasza dotychczasowa wiedza o sieci powiązań między różnymi organizmami glebowymi to nawet nie czubek góry lodowej. Jesteśmy świadomi tego, że bogata i zdrowa gleba lepiej wychwytuje azot i ułatwia organizmom korzystanie z niego. I to by było tyle. A więc wiemy, że prawie nic nie wiemy. Bez inwestycji w badania naukowe będziemy dalej prowadzić gospodarkę rolną na ślepo. Nie mam też nic przeciwko żywności z organizmów genetycznie modyfikowanych – podkreśla holenderski uczony. – Choć wielu ludzi się ich boi i trzeba wziąć ich obawy pod uwagę.

GMO (ang. genetically modified organism) to po prostu nowa forma tworzenia odmian gatunkowych przydatniejszych dla ludzi. Hodowcy nadal mozolnie krzyżują poszczególne osobniki, żeby potomstwo dwóch pomidorów czy krów miało pożądane cechy. Jednak genetycy potrafią do pewnego stopnia manipulować cechami organizmów udomowionych już na poziomie ich DNA. Jak każdą technologię GMO można stosować do różnych celów. Dziś w dużej mierze wykorzystuje się manipulację genetyczną do tworzenia odmian roślin uprawnych niewrażliwych na pestycydy, ale można jej też użyć do wyhodowania roślin odporniejszych na choroby, wzrost temperatury i deficyt wody – które grożą nam z powodu katastrofy klimatycznej – czy zawierających więcej składników odżywczych (jak wzbogacony o witaminę A tak zwany złoty ryż) Można też spróbować zwiększyć efektywność fotosyntezy (przemiany energii słonecznej na chemiczną), która dziś sięga maksymalnie kilku procent. Takie badania już trwają, choć ciągle są dość egzotyczne.

Po ósme, zastanów się, zanim się rozmnożysz. Jak ironizuje w Upadku Diamond, „są wprawdzie optymiści, którzy tłumaczą abstrakcyjnie, dlaczego wzrost liczby ludności będzie dobroczynny i jak świat się z tym upora, ale nie udało mi się spotkać mieszkańca Los Angeles [gdzie sam mieszka i pracuje – przyp. red.] (i bardzo niewielu ludzi w innych częściach świata), którzy życzyliby sobie osobiście wzrostu liczby ludności w ich miejscu zamieszkania”.

Po dziewiąte, podchodź krytycznie, ale z otwartą głową do ciekawostek kojarzących się z fantastyką naukową. Jadalne larwy owadów i mięso z probówki to dwa bardzo medialne hasła. Larwy owadów są bardzo pożywne, przede wszystkim pełne białka, w dodatku lepiej przyswajalnego niż roślinne. W styczniu 2021 roku Europejski Urząd do spraw Bezpieczeństwa Żywności zatwierdził na naszym rynku produkty spożywcze z larw mącznika młynarka. Podobno dobrze przygotowane trudno odróżnić od zwykłego mięsa. Ich hodowla, tak jak hodowla białka mikrobiologicznego – na przykład tego z glonów, które pod Rejkiawikiem uprawiają Islandczycy, o czym wspominałem w poprzedniej odsłonie „Soczewki Pisma” z cyklu Ziemia [„Pismo” nr 4/2022 – przyp. red.] – jest też mniej szkodliwa dla środowiska naturalnego niż tradycyjny chów zwierząt. Zajmuje mniejszą przestrzeń, zużywa mniej zasobów naturalnych i nie produkuje odpadów. Białko owadzie możemy też wykorzystać jako karmę w hodowli ryb i owoców morza.

Mięso wyhodowane laboratoryjnie / iStock

Ostrożniej należy podchodzić do mięsa z hodowli komórkowych. Jego koszt waha się obecnie od 100 do przeszło 20 tysięcy dolarów za kilogram. – Trzeba jednak te kwoty traktować z rezerwą – wskazuje doktor inżynier Wojciech Witarski, biolog molekularny, który w Instytucie Zootechniki – Państwowym Instytucie Badawczym w Krakowie zawodowo eksperymentuje z hodowlą mięsa in vitro. – To sumy deklarowane przez różne firmy badające możliwości produkcji przemysłowej i szukające inwestorów do dalszych prac. Nie mamy możliwości ich weryfikacji.

Choć koszt hodowli mięsa z probówki zapewne uda się obniżyć – wraz z dalszymi eksperymentami i większą skalą produkcji – to raczej nie do poziomu jego tradycyjnie wyprodukowanego protoplasty. Według szacunków z ubiegłego roku, które ukazały się w piśmie „Biotechnology and Bioengineering”, kilogram laboratoryjnej mielonki w supermarkecie przekroczy cenę 50 dolarów, którą dziś uzyskuje tylko mięso najwyższej jakości. Ten koszt jest pochodną inwestycji energetycznych w produkcję – nie tylko w sprzęt, powierzchnię laboratoryjną, surowce i fachowców, ale także w arcytrudne w dużej skali zachowanie czystości mikrobiologicznej. Chodzi o ochronę pozbawionych układu odpornościowego komórek mięśni przed patogenami (bakteriami, grzybami, wirusami) bez stosowania ogromnych ilości antybiotyków, usunięcie z bioreaktorów toksycznych produktów ubocznych przemiany materii (komórki wydalają), a także martwych komórek.

Wydaje mi się, że prościej jest zrobić pożywny produkt mięsopodobny z białka sojowego, które zjadałem w dużych ilościach, kiedy przez dwadzieścia lat byłem wegetarianinem, i do którego, przyznaję, została mi ogromna niechęć [o substytutach mięsa pisał Tad Friend, „Pismo” nr 2/2020 – przyp. red.].

– Najbliższe dwa–trzy lata pokażą, czy mięso z probówki znajdzie swoją niszę rynkową – prognozuje Witarski.  –  Osobiście daję mu szansę. Moim zdaniem to bardziej science niż fiction. Choć nie wierzę, by wyparło tradycyjną hodowlę.

Prof. Wojciech Witarski

Wegetarian i wegan tęskniących za mięsem może też zniechęcić fakt, że w hodowli kultur komórkowych jako odżywkę wykorzystuje się surowicę płodową z cieląt (ang. fetal bovine serum – FBS), uzyskiwaną z krwi płodów wydobytych z macic zabitych w rzeźniach ciężarnych krów. A komórki – tak jak ludzie, których ich zbiory tworzą – są tym, co jedzą. Stąd mięso zwierząt wolno lub choćby swobodnie żyjących jest smaczniejsze (na pewno dla mnie, ale może to autosugestia) od mięsa zwierząt stłoczonych pod dachem i żywiących się tylko paszą sojową, która nie jest ich naturalnym pokarmem. Zdaniem Witarskiego ten problem da się jednak pokonać. Wystarczy zidentyfikować składniki odżywcze znajdujące się w surowicy płodowej, które są niezbędne do hodowli komórek mięśniowych i tłuszczowych, a następnie uzyskać je w inny sposób. Podobnie jak w przypadku produkcji wielu serów podpuszczkę cielęcą (ścinający białko z mleka enzym znajdujący się w śluzówce cielęcego żołądka) zastąpiono tą mikrobiologiczną, syntezowaną przez grzyby. – Nie rozumiem tego technologicznego podejścia do rolnictwa – kręci jednak głową David Kleijn, którego też pytam o mięso z probówki. – Czemu po prostu nie naśladować przyrody ożywionej, która funkcjonuje sprawnie [i to już od 4 miliardów lat! – przyp. T.U.]? Do tego mamy za sobą tysiące lat rozwoju rolnictwa. Wystarczy skorzystać z tego, czego już się nauczyliśmy. Czemu jakaś nowa technologia ma być lepsza? – pyta retorycznie.

– Tym bardziej, że sto lat temu rolnicy nie produkowali żadnych odpadów – dodaje doktor Thomas Oudman. – Dla wielu osób mięso z probówki to mięso bez cierpienia – wskazuję. – Jestem ekologiem – odpowiada na to profesor Kleijn. – Wiem, że przyroda żyje, bo wszyscy nawzajem się zjadamy i jedne gatunki trzymają w szachu inne. – Życie to swobodny przepływ materii. Kiedy ten przepływ zatrzymać, biosfera umiera, jak gospodarka, w której zatrzyma się obieg pieniądza.

Dorota i Ryszard Trojańscy oraz „Chudzinka”, fot. Tomasz Ulanowski

Może zamiast inwestować w mięso in vitro, prościej byłoby dopilnować, by hodowla zwierząt odbywała się w humanitarnych warunkach, jak u Doroty i Ryszarda Trojańskich w Zagórzanach pod Krakowem, których poznałem na wielickim targu. W ich niewielkim gospodarstwie nastawionym na produkcję mięsa i nabiału drób mieszka w stuletnim drewnianym domu, w którym przeszło pół wieku temu urodził się pan Ryszard. Tak jak wszystkie stare małopolskie wiejskie domy, oryginalnie był on podzielony na dwie części – na lewo od wejścia mieszkali ludzie, a na prawo „bydlęta”. Dziś po całym domu chodzą kury nioski, kaczki i gęsi, które mają też swobodny wybieg na powietrzu. Pani Dorota mówi, że jest ich ponad sto. W osobnym kojcu mieszka ponad dwadzieścia kurczaków na mięso, tak zwanych brojlerów. One wychodzą tylko pod nóż. W obórce stoi jedenaście sztuk bydła – krowy mleczne, mięsne i cielęta. Miło na nie popatrzeć, choć nie pachną za ładnie. – Wieś śmierdziała, śmierdzi i będzie śmierdzieć – mówi dobitnie Trojański.

Kiedy rolnik staje tuż koło swoich zwierząt, te zaczynają go lizać po ramieniu. Od wiosny do jesieni hasają na pastwiskach. Wszystkie mają imiona. – To Sarenka – pokazuje pani Dorota. – Jest dzika i w ogóle nie daje się pogłaskać. – Dlatego Sarenka – stawia kropkę nad „i” pan Ryszard. – A to Orzełek, na pysku ma białą strzałkę, stąd to imię. Nasz pupilek, choć to dziewczyna. – Zwierzęta państwa Trojańskich żywią się na przeszło czternastu hektarach upraw pszenicy i pszenżyta oraz łąk, co jak w soczewce pokazuje energochłonność hodowli. A to gospodarstwo prawie samowystarczalne, jego właściciele kupują tylko kukurydzę dla kur.

W okolicy nie ma już takich gospodarstw jak nasze.
~ Dorota Trojańska

Dorota Trojańska i „Bysio”, fot. Tomasz Ulanowski

 – Kiedyś trzymaliśmy też jedną czy dwie świnie – dodaje jej mąż. – Ale dziś z powodu zarazy wirusa afrykańskiego pomoru świń musielibyśmy spełnić tyle warunków sanitarnych (osobny budynek, maty dezynfekcyjne, ewidencja wejść), że byłoby to zupełnie bez sensu. Tym bardziej, że nie jesteśmy przecież fabryką żywności, tylko małym, naturalnie prowadzonym gospodarstwem. Takim, które państwo i Unia Europejska powinny wspierać, zamiast wymyślać absurdalne przepisy i papierologię, których nie idzie zrozumieć. Ja potrzebuję dotacji na ciągnik, a oni mi oferują kilkadziesiąt tysięcy złotych na specjalną beczkę do rozrzucania gnoju! – złości się Ryszard Trojański.

– Nie mam wątpliwości, że mamy prawo zabijać inne zwierzęta – mówi mi David Kleijn. – Pytanie, po co i jak to robimy. Chciałbym, żeby zwierzęta, o których życiu decydujemy, przeżyły je dobrze. Obecnie w Niderlandach panuje ptasia grypa i co jakiś czas media podają wiadomości o kolejnych wielkich fermach drobiu, w których wybija się dziesiątki tysięcy kurczaków. Czy naprawdę musimy hodować zwierzęta w takim ścisku? Hodowla nie jest problemem. Problemem jest hodowla przemysłowa.

Dorota Trojańska narzeka też na inne zmiany na wsi spowodowane rozwojem technologii. – Kiedyś na młockę czy sianokosy zbierało się kilkadziesiąt osób. Sąsiad szedł do sąsiada i pomagał. W Zielone Świątki paliło się ogniska, przychodził do nas taki Ślęczka i na harmonii grał. Jako tako, ale grał. Mama piekła podpłomyki, a Gaworowa chleb. Tata piekł barana. Tych czasów już nie ma i one nie wrócą – mówi ze smutkiem.

I po dziesiąte… Co więc mamy zrobić? Jak zmienić rolnictwo, żeby było zdrowsze i bardziej przyjazne środowisku naturalnemu? – pytam na koniec moich dwóch holenderskich rozmówców.

– Musimy zadbać nie tylko o zbiory w krótkiej perspektywie, ale także o bioróżnorodność sąsiadujących z nimi ekosystemów – odpowiada profesor David Kleijn. – Choćby z tego powodu, że bogactwo gatunkowe zapewnia niezbędne usługi ekosystemowe także rolnictwu. Najprostszym przykładem są organizmy zapylające uprawy [35 procent zbiorów roślin uprawnych pochodzi z gatunków zapylanych przez zwierzęta, przede wszystkim owady – przyp. T.U.]. Innym – zwierzęta zjadające szkodniki. Mniej poznanym i uświadomionym przykładem są organizmy zapewniające zdrowie glebie. W świecie intensywnego rolnictwa, które w ogromnej mierze jest promowane przez przemysł zapewniający mu narzędzia pracy, upośledzenie usług systemowych dostarczanych przez pozornie zbędne gatunki jest obecnie największą przeszkodą w zachowaniu produkcji. Powinniśmy więc za pomocą różnych instrumentów finansowych nagradzać rolników, którzy dbają o bioróżnorodność, a także edukować ich, że to się opłaca – konkluduje uczony. O odpowiedniej wycenie dzikiej, bioróżnorodnej przyrody mówili w drugiej odsłonie „Soczewki Pisma” z cyklu Ziemia profesorowie Thomas Crowther z Politechniki Federalnej w Zurychu i Bogdan Chojnicki z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu [„Pismo” nr 4/2022 – przyp. red.].

– Dla mnie to wszystko jest prostsze –  odbija piłeczkę doktor Thomas Oudman, którego list otwarty do Davida Attenborough jest wielką krytyką nowoczesnego rolnictwa i dramatycznej nadkonsumpcji w państwach bogatych, za którą płacą mieszkańcy państw ubogich. – Wystarczy, że przestaniemy uprawiać i hodować pieniądze, a wrócimy do uprawiania i hodowania żywności.


Tekst: Tomasz Ulanowski
Grafiki i animacje: Jan Rosiek
Redakcja i weryfikacja tekstu oraz wykresy: Marcin Czajkowski
WydawczyniBarbara Sowa
W tekście korzystaliśmy zdjęć z bazy UNSPLASH

Tekst jest trzecia częścią cyklu Soczewek Pisma zatytułowanych Ziemia. Kolejny materiał ukaże się w czerwcu.


Mecenasami serii Soczewek Pisma pod tytułem Ziemia są E.ON i mLeasing.

                     Logo M leasing.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00