Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Soczewka Pisma

Dom spakowany w jedną torbę

TEKST Michał Szczęch 
zdjęcia Agata Grzybowska
1.02.2023
Rusłana ściska sweter wojskowy, który należał do jej męża.

Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę do końca grudnia 2022 roku prawie siedemnaście milionów Ukraińców musiało opuścić swoje domy. Do Polski wyjechało ponad osiem i pół miliona, głównie kobiety i dzieci. Sześć i pół miliona wróciło do Ukrainy. 

 

Koleżanki uciekały z Ukrainy do Polski, a Rusłana, nauczycielka wychowania przedszkolnego, mama dziewięcioletniej Janinki i czternastoletniej Zosi, nie potrafiła podjąć decyzji o wyjeździe. – Bałam się zostawić męża w Ukrainie. Bałam się, że wróci do Lwowa, do domu, a nas tam nie będzie. Byłam przekonana, że jeśli wyjedziemy, to na zawsze – opowiada.

Dostęp online

Czytaj i słuchaj bez ograniczeń.

Kup

Rok przed rosyjską inwazją na Ukrainę Władysław zaciągnął się na żołnierza kontraktowego. Wcześniej był motorniczym tramwaju. – Nie chciałam go puścić do wojska. Uparł się, bardzo długo mnie przekonywał. On czyta dużo książek, interesuje się historią. Ma czterdzieści dwa lata i umysł starego człowieka. Przeczuwał, że nadciąga wojna. – Władysław kupił agregat. – Powiedział, że na wszelki wypadek, gdyby Rosjanie odcięli prąd i wodę.

W 2021 roku pojechał na wschód Ukrainy, gdzie wojna trwała od ośmiu lat. Wtedy też zaczęło się w lutym, najpierw od aneksji Krymu i wystąpień prorosyjskich separatystów na Donbasie. – Mówił, że trzeba bronić Ukrainy przed Rosją. Przyjechał do Lwowa na przepustkę. Mieli mu zoperować kolano. Nie zdążyli. Gdy wojska rosyjskie przekroczyły granicę, założył czarny sweter zapinany pod szyję, wodoodporne skarpety i pojechał – kontynuuje Rusłana. – Zadzwonił do nas w połowie marca. „Musicie uciekać do Polski”, powiedział. Nie miałam problemu z tym, żeby zostawić meble i dywany. Żal mi było prezentów od bliskich, drobiazgów, w których widziałam całe swoje życie.

Rusłana wraz z jedną z córek, Zosią, w mieszkaniu w Kożuchowie.

Plecaki Rusłany i córek mogły pomieścić po dwie bluzy, dwie pary spodni, dwie koszulki. Zadecydowały, że każda zabierze też dwa przedmioty, z którymi jest najbardziej związana. 

Zosia zabrała przytulanki wielkości jabłka. – Dostałam od przyjaciółki na urodziny. Chcę o niej pamiętać – mówi dziewczynka. 

Janinka pierwszy raz w życiu musiała dokonać tak trudnego wyboru. – Żyrafkę dostałam na święta, a króliczka od taty – mówi o wybranych pluszakach. Rusłana zabrała medalik z Matką Boską (prezent od przyjaciół), koszyk, który zrobiła na szydełku, i dużo leków. – Żal mi było zostawiać teściową i szwagierkę, które nie chciały wyjechać, ale bałam się alarmów bombowych – opowiada. – Założyła wojskowy sweter Władysława. Wsiadła z córkami do autobusu, by przekroczyć polsko-ukraińską granicę.


 Zdjęcie rodzinne Rusłany, Zosi, Janinki i małego kota Elfika w ich kożuchowskim mieszkaniu.

Oksana, ekonomistka, przed wojną pracownica stacji benzynowej pod Kijowem, uciekła z siedmioletnim Iwanem i szesnastoletnią Sofią. – Spakowałam dom w jedną torbę. – Do Polski jechali kilka dni, pociągiem pełnym ludzi, z zasłoniętymi oknami, przestraszeni.

Julia uciekła z obwodu winnickiego z trojgiem dzieci. Masza ma dziewięć lat, Jarek sześć, Artem w dniu wyjazdu miał półtora roku.

Zdanie „uciekłam ze względu na dzieci” w opowieściach kobiet, które dotarły do Polski, powtarza się jak refren. Prokuratura Generalna Ukrainy poinformowała na początku stycznia, że od 24 lutego 2022 roku zginęło 452 dzieci, a 876 zostało rannych. To nie są liczby ostateczne. 

W opublikowanym w październiku dokumencie Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) pod tytułem Report of the Independent International Commission of Inquiry on Ukraine (Raport niezależnej międzynarodowej komisji dochodzeniowej w sprawie Ukrainy) eksperci alarmowali, że wojna i zbrodnie z nią związane mają druzgocący wpływ na dzieci, że bombardowane są ich domy, szkoły, przedszkola, że dzieci pozbawione są dostępu do opieki medycznej. „Były zabijane albo ranione w swoich domach, schronach, na ulicach i placach zabaw” – napisali śledczy ONZ.

Media donosiły o dzieciach porywanych przez rosyjskich żołnierzy, wywożonych w głąb Rosji, oddawanych tam do adopcji. Rosja deportowała ponad trzynaście tysięcy ukraińskich dzieci – doniósł 9 grudnia „The Kyiv Independent”, powołując się na informacje podane przez Darię Herasymczuk, doradczynię prezydenta Wołodymyra Zełenskiego do spraw dzieci. Pod koniec grudnia na stronie rządowej Ukrainy Children Of War poinformowano o 349 dzieciach uznanych za zaginione w wyniku działań wojennych.

Po przekroczeniu polsko-ukraińskiej granicy kobiety z dziećmi mogły odetchnąć z ulgą i powiedzieć: „Jestem w kraju, w którym nie ma wojny, nie ma alarmów bombowych. Jestem bezpieczna”.

Łańcuchy pomocy

Alina Sirak w półmroku segreguje dary w magazynie PCK w Zielonej Górze.

W Polsce Ukraińcy rozbijali się o przepisy i procedury. Mogli złożyć wniosek o status uchodźcy na przejściu granicznym lub w dowolnym urzędzie gminy w terminie do sześćdziesięciu dni od przekroczenia granicy. W mediach wybrzmiewały jednak apele, żeby wstrzymali się ze składaniem wniosku, bo świadczenia pieniężne są mizerne, a czas oczekiwania na status wynosi nawet półtora roku. „Składanie wniosków o ochronę międzynarodową czy legalizacja pobytu w inny sposób absolutnie zapchałyby urzędy i pozostawiły te osoby w niepewności prawnej na długi czas” – przestrzegała na początku marca ubiegłego roku Marta Górczyńska, prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, w wywiadzie dla portalu Prawo.pl.

Dziecięcy mural przed blokami mieszkalnymi w Zielonej Górze

Przez pierwsze pół roku od rozpoczęcia procedur związanych z przyznawaniem statusu uchodźcy obcokrajowcy, którzy przybyli do Polski z jedną torbą, nie poprawią losu swojej rodziny, bo przepisy nie pozwalają im na podjęcie legalnej pracy. To może pogłębiać biedę. Prawo do legalnego zatrudnienia otrzymują dopiero po uzyskaniu ochrony międzynarodowej oraz w sytuacji, gdy procedury trwają dłużej niż sześć miesięcy. W konsekwencji, jeśli przebywają poza ośrodkiem dla cudzoziemców, muszą przeżyć za 25 złotych dziennie, które otrzymują z budżetu państwa. Gdy rodzina jest dwuosobowa, ta kwota wynosi 20 złotych na osobę, w rodzinach trzyosobowych – 15 złotych, w czteroosobowych – 12 złotych i 50 groszy.

Osoba ubiegająca się o status uchodźcy, która mieszka w ośrodku, ma zapewnione wyżywienie, dach nad głową, dostaje 20 złotych miesięcznie na zakup środków higienicznych, 50 złotych kieszonkowego i jednorazowo 140 złotych na zakup odzieży i butów. Aby uzyskać status, trzeba spełnić jeden z warunków: prześladowanie w macierzystym kraju ze względu na rasę, religię, narodowość, przekonania polityczne lub przynależność do określonej grupy społecznej. Osoby uciekające przed wojną często nie spełniają tych warunków, ale przysługuje im wniosek o tak zwaną ochronę uzupełniającą, jeśli powrót do macierzystego kraju może narazić ich na doznanie poważnej krzywdy. Artykuł 15 Ustawy z dnia 13 czerwca 2003 roku o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej za ryzyko doznania takiej krzywdy uznaje „poważne i zindywidualizowane zagrożenie dla życia lub zdrowia wynikające z powszechnego stosowania przemocy wobec ludności cywilnej w sytuacji międzynarodowego lub wewnętrznego konfliktu zbrojnego”.

Cudzoziemcowi, który posiada status uchodźcy lub korzysta z ochrony uzupełniającej, nie można wydać decyzji o zobowiązaniu do opuszczenia terytorium Polski ani o wydaleniu bez pozbawienia go tego statusu lub ochrony. Nie można też zmusić do powrotu obcokrajowca, który dopiero złożył wniosek o status uchodźcy lub zadeklarował, że to zrobi.

Dwunastego marca Sejm uchwalił przygotowaną w pośpiechu specustawę, która zwalnia Ukraińców z konieczności starania się o status uchodźcy lub wnioskowania o ochronę uzupełniającą. Po uzyskaniu w dowolnym urzędzie gminy numeru PESEL specustawa umożliwia korzystanie z prawa do pobytu oraz różnych usług publicznych: zakwaterowania, pomocy medycznej oraz dostępu do rynku pracy i edukacji. Pozwala też korzystać ze świadczeń socjalnych, na przykład 500+.

W kolejnych tygodniach w specustawie pojawiały się poprawki, między innymi dlatego, że dokument wykluczał wiele osób. Początkowo z pomocy nie mogli skorzystać ci Ukraińcy, którzy uciekli przed bombami nie bezpośrednio przez granicę polsko-ukraińską, ale przez inny kraj Unii Europejskiej. Takie osoby nie miały prawa do założenia wniosku o numer PESEL, a w konsekwencji do korzystania z niektórych form pomocy, zwłaszcza ze świadczeń socjalnych oraz z dostępu do recept przez Internetowe Konto Pacjenta.

Specustawa zezwala na pobyt w Polsce przez półtora roku oraz na podejmowanie pracy. Po dziewięciu miesiącach od wjazdu do Polski Ukrainiec może wnioskować o pobyt czasowy, czyli na trzy lata.


Zgodnie z opublikowanymi pod koniec października danymi Głównego Urzędu Statystycznego przez pierwsze cztery miesiące od rosyjskiej inwazji mieszkańcom Ukrainy udzieliło pomocy siedem na dziesięć gospodarstw domowych w Polsce. Trzy procent z nich, czyli ponad trzysta tysięcy, otworzyło przed nimi drzwi.

Większość Ukraińców znalazła schronienie właśnie u nich lub u swoich rodaków mieszkających w Polsce od dawna, tak zwanych imigrantów zarobkowych, których liczbę przed wybuchem wojny gromadząca informacje o właścicielach urządzeń mobilnych firma Selectivv szacowała nawet na półtora miliona. Pozostali uchodźcy znaleźli dach nad głową w hotelach, hostelach, zajazdach oraz w salach gimnastycznych i świetlicach. Łańcuchów pomocy utworzonych spontanicznie powstawało w Polsce tysiące. Ktoś przywoził uchodźców spod granicy. Drugi odpowiadał za szukanie im dachu nad głową. Inny rozdysponowywał żywność.

Do swojego domu przyjmowała uchodźców Beata Górska-Rabczewska, sołtyska Miłakowa, wsi w gminie Nowe Miasteczko w Lubuskiem. – Wolontariusze przywieźli Irinę, Aleksieja i ich pięć córek. Wspaniała rodzina! – zachwala Górska-Rabczewska. Większość mężczyzn nie mogła opuszczać Ukrainy. Aleksiej skorzystał z zapisu wprowadzonego do dekretu dotyczącego powszechnej mobilizacji wojskowej. Dokument zezwalał wyjechać z kraju tym ojcom, których przynajmniej troje dzieci nie ukończyło osiemnastego roku życia.

W Miłakowie Irina z Aleksiejem i dziećmi mieszkali krótko, bo już po kilku tygodniach znaleźli nowe lokum. Sołtyska z mężem nie ma wnuków. – Dziewczynki szybko zaczęły mówić do nas „babciu” i „dziadku”. – Mąż Górskiej-Rabczewskiej, Eugeniusz, pracuje w Niemczech. – Gdy przyjeżdżał do domu, wstawał z samego rana i szedł do kuchni zapalić papierosa. Wtedy słyszałam tupot małych stóp. Dziewczynki biegły do kuchni i siadały Gienkowi na kolanach – opowiada.

Gdy schronienia potrzebowała kolejna matka z dwojgiem małych dzieci, Górska–Rabczewska przy wsparciu Iriny przygotowała następny pokój. – Sąsiedzi przynieśli łóżeczko. Nauczycielki ze szkoły zorganizowały zbiórkę i przywiozły dziecięce ubranka, wózek, wanienkę, przewijak. Przyjechała jedna Ukrainka i powiedziała: „Tu mi nie komfort”. Ja na to: „To jest wojna, a nie wczasy. Jak ci nie komfort, to idź na wokzał”. Pojechała następnego dnia.

Górska-Rabczewska zna więcej tego typu historii z początków wojny, o Ukrainkach, którym nie odpowiadały warunki w polskich domach. – Irina i Aleksiej ani razu nie zachowali się tak, jakby przyjechali do mnie w gości. Wiedzieli, że są tu po to, żeby przetrwać – mówi. Gdy wyjechali, sołtyska przyjęła pod swój dach kolejne dwie Ukrainki z dziećmi. – Zabierałam te dzieci na wycieczki. Mówiłam do matek: „My jedziemy, a wy przygotujcie obiad”. Wracaliśmy, obiadu nie było, a one malowały paznokcie. Początkowo bardzo przeżywałam tego typu sytuacje. Z czasem nauczyłam się ustalać zasady. Bo pomóc to wcale nie znaczy dać wszystko.



Koszty pobytu Ukraińców uciekających do Polski pokrywa państwo, jeśli osoba goszcząca u siebie uchodźców złoży odpowiedni wniosek w urzędzie miasta lub gminy. Ten trafia do wojewody, a stamtąd do rządu. Trzeba najpierw udzielić pomocy z własnej kieszeni, żeby później, na przykład co miesiąc, ubiegać się o zwrot pieniędzy. Zgodnie z zapisem w specustawie za każdą przygarniętą osobę przysługuje 40 złotych dziennie. Za tę kwotę trzeba zapewnić dach nad głową, ogrzewanie, jedzenie i wodę. Terminowość zwrotów zależy od tego, czy pieniądze z rządu wpływają do budżetu miasta lub gminy na czas. Bywa, że nie wpływają.

Paweł Szefernaker, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji, tłumaczył te opóźnienia faktem, że większość Polaków złożyła wnioski w jednym czasie, na przełomie czerwca i lipca. Nie wszyscy dostali pieniądze, bo w czerwcu rząd wprowadził zapis w specustawie, zgodnie z którym brak złożenia wniosku o rekompensatę za goszczenie Ukraińców do 31 lipca powodował, że pieniądze przepadały. Świadczenie wypłacane jest przez cztery miesiące od momentu przybycia uchodźcy do Polski. Gdy termin mija, Ukraińcy mają płacić sami za pobyt, chyba że dogadają się z właścicielem lokum lub mieszkają w hotelu, zajeździe, motelu – wówczas pobyt opłaca państwo. Świadczenie jest przedłużane osobom w podeszłym wieku lub z niepełnosprawnościami, rodzinom z niemowlęciem oraz z co najmniej trojgiem nieletnich dzieci. Specustawa nie określa jednak, na jak długo.

Rusłana przygotowuje śniadanie w dzień wolny od pracy.

Na początku marca koordynatorzy pomocy krytykowali pomysł wypłacania pieniędzy goszczącym uchodźców Polakom. „Zawsze znajdzie się margines, który będzie chciał na tym nieuczciwie zarobić” – przestrzegała anonimowo jedna z koordynatorek w rozmowie z Wojciechem Czuchnowskim na łamach „Gazety Wyborczej”. Taką formę pomocy nazwała „uprzedmiotawianiem” uchodźców, „odbieraniem im decyzyjności”. Zwróciła uwagę, że przecież zasiłek w wysokości 40 złotych dziennie „umożliwiłby wielu osobom samodzielne skromne funkcjonowanie”, gdyby te pieniądze dostawali sami Ukraińcy, a nie goszczący ich Polacy. „Celem długo- i krótkofalowym administracji państwowej powinno być zapewnienie jak najszybciej samodzielności jak największej liczbie uchodźców, a nie ubezwłasnowolnianie ich i upychanie po naszych kątach” – apelowała koordynatorka.

Zajazd Kacper w Nowym Miasteczku, w którym nocleg i dom znalazło 80 osób uchodźczych z Ukrainy.

Osiemdziesięcioro uchodźczyń i uchodźców zamieszkało w zajeździe w Nowym Miasteczku. Mieszkańcy tego niewielkiego miasta od lat narzekają, że nie mają czym dojeżdżać do większych miejscowości, przede wszystkim do lekarza i do pracy, bo brakuje autobusów.

 

 

Gdy wybuchła wojna, wojewoda zapytał, czy przyjmiemy uchodźców. Nie wiedzieliśmy, że przyjedzie aż tylu

~ Leon Niwczyk

Leon Niwczyk, właściciel zajazdu w Nowym Miasteczku, współpracował z Lu­buskim Urzędem Wojewódzkim w pandemii, gdy do jego pensjonatu trafiali na kwarantannę covidowcy. –  Kobieta z dziećmi płakała i prosiła, żebyśmy przyjęli jej bliskich. Kolejna płakała i prosiła, żeby przyjąć siostrę z dziećmi, bo gdzieś we wschodniej Polsce spali w szkole na materacu.

Leon Niwczyk, właściciel Zajadu Kacper w Nowym Miasteczku.

Z ankiety przeprowadzonej przez Izbę Gospodarczą Hotelarstwa Polskiego wynika, że w marcu 60 procent hoteli w Polsce przyjęło obywateli Ukrainy, udzielając blisko 70 tysięcy noclegów; 41 procent z tych noclegów było bezpłatnych. Właściciele hoteli, moteli czy zajazdów takich jak ten w Nowym Miasteczku, którzy przyjęli większą grupę uchodźców, podpisywali indywidualne umowy z wojewodami. W rezultacie dostają pieniądze bezpośrednio z urzędu wojewódzkiego za wszystkie przyjęte osoby do czasu, aż ta umowa przestanie obowiązywać.

– Z każdym umowa była negocjowana odrębnie – informuje Karol Zieleński, dyrektor biura wojewody lubuskiego, gdy pytam o kwoty wypłacane tym właścicielom. „Stawka dzienna za przyjętego uchodźcę z Ukrainy nie przekracza 70 złotych za osobę” – dyrektor odpowiada na piśmie. „Według stanu na dzień 16 grudnia w województwie lubuskim jest 47 podmiotów, które mają podpisaną umowę z Lubuskim Urzędem Wojewódzkim na przyjmowanie uchodźców”. Dziewiątego stycznia 2023 roku otrzymuję od niego informację, że przebywa w nich łącznie 3044 obywateli Ukrainy.

 Iwan, syn Oksany, bawi się z kolegą w kuchni Zajazdu Kacper w Nowym Miasteczku.

Hotele, zwłaszcza te w małych miejscowościach, często nie były przygotowane na przyjęcie tak dużej liczby potrzebujących. W przypadku Niwczyka, jak sam twierdzi, serce wygrało z rozumem. – Sumienie nie pozwoliło odmówić – mówi.

Jest początek marca 2022 roku. Niwczyk apeluje o pomoc: – Potrzeby są ogromne. Te kobiety przyjechały tylko z tym, co dały radę unieść. Przywiozły ze sobą hrywny, ale nikt nie chce tych pieniędzy. Potrzebne są dresy, koszulki, kapcie, bo dzieci biegają boso. Może ktoś jajek i ziemniaków przywiezie?

Zbiórka darów trwa w Gminnym Ośrodku Kultury (GOK). Przez pierwsze dwa tygodnie nie zamykają się drzwi. Mieszkańcy przynoszą żele pod prysznic, mydła, szampony, proszki do prania, słodycze, owoce, warzywa, pasty do zębów, szczoteczki. Rośnie góra ubrań. Uchodźcy trzymają w zajeździe jedzenie na parapetach, więc mieszkańcy Nowego Miasteczka w marcu dostarczają im lodówkę.

Widok na zakład pracy „Bliźniaki” w Nowym Miasteczku.

Koordynatorką zbiórki jest Halina Sarbak, sprzątaczka. Opowiada mi w marcu: – Kto bogatszy, ten więcej przynosi. Ale przychodzą też ludzie starsi, biedni. Przynoszą swoje leki, opatrunki i mówią, że to dla Ukraińców. Mam latarki ze sklepu elektrycznego, mam cztery pary butów wojskowych. Kładę w osobne kartony. Pojadą do Ukrainy.

Sama sortuje dary. – Ręce mam pełne roboty. Niektórzy przynoszą lumpy, nawet niewyprane, wygrzebane gdzieś ze strychów i piwnic. – Halina krzyczy wtedy na ludzi: – Przecież nie będę dawała takich łachów uchodźcom, którzy są tak pokrzywdzeni przez los, którzy spod bomb uciekli! Nie może być plamki, nie może być rozdarcia! – Halina przegląda ubrania. To, co się nie nadaje, wyrzuca do kontenerów.

Zbiórkę darów w GOK-u Halina prowadzi po godzinach. – Słabszym kobietom z dziećmi i skrzywdzonym stworzeniom ja zawsze pomogę. Miałam szesnaście lat, jak mama mi zmarła. Musiałam wtedy radzić sobie sama, więc wiem, co to bieda. Samodzielnie wychowałam też dzieci, bo miałam męża pijaka – mówi. Matce, która przyjechała do Polski z półtoramiesięcznym dzieckiem w jednej ręce, a w drugiej z reklamówką, Halina uszykowała wanienkę, przewijak, wózek i pieluchy.

Niektórzy przynoszą dary i kręcą nosem. – Musiałem zapłacić za bilety na pociąg do Wrocławia dla mojej rodziny ponad stówę, a Ukraińcy jechali za darmo [zgodnie z zapisem specustawy gwarantującym darmowe przejazdy dla uchodźców – przyp. M.S.]. Siedzieli wszędzie, więc nie mieliśmy gdzie usiąść. Pomyślałem „No żesz kurwa! Ja muszę na to zarobić!”.

 Zakład wyrabiający gipsowe figurki, w którym są zatrudniani Ukraińcy, przy drodze wiodącej do Kożuchowa. 

Co w sytuacji, gdy umowa z wojewodą przestanie obowiązywać, bo właściciel hotelu na przykład się rozmyśli?

– Wówczas uchodźcy spadają niestety na głowę wojewody – mówi Zieleński. W urzędzie wojewódzkim funkcjonuje punkt relokacji. Ukraińcy, którzy stracili dach nad głową, mogą się tam zgłosić, by znaleziono im miejsca w innym ośrodku, który ma podpisaną umowę z wojewodą. Taka sytuacja może być dla uchodźców bardzo trudna. Przecież przez kilka miesięcy w jakimś stopniu zadomowili się w miejscowości, do której trafili, być może znaleźli tam pracę, dzieci przyzwyczaiły się do tamtejszej szkoły. Gdy właściciel ośrodka zrywa umowę na przyjmowanie uchodźców, zakwaterowani tam ludzie praktycznie z dnia na dzień muszą się przenieść w nowe, obce miejsce. – Bywały takie przypadki. Wtedy staraliśmy się znaleźć miejsce dla takich osób na terenie tej samej lub sąsiedniej gminy – kontynuuje Zieleński.

Dyrektor biura wojewody informuje, że umowy zrywane były w całej Polsce, głównie wiosną. Robili to przede wszystkim właściciele ośrodków wczasowych, ponieważ zbliżał się sezon wakacyjny. W województwie lubuskim był jeden taki przypadek, w kwietniu. „Powodem wypowiedzenia umowy przez podmiot była niewystarczająca stawka za osobodzień” – odpowiada Zieleński na piśmie. „181 osób przeniesiono do innego miejsca zakwaterowania”.

Nadchodzi zima. Danuta Wojtasik, burmistrzyni Nowego Miasteczka, nawet nie wyobraża sobie sytuacji, że zajazd Niwczyka zerwie umowę z wojewodą. – Jestem w kontakcie z panem Niwczykiem i nic nie wskazuje na to, żeby miał zrezygnować – mówi Wojtasik, a Niwczyk to potwierdza, dementując tym samym plotki rozsiewane przez mieszkańców. Urzędniczka śledzi kolejne decyzje rządu, którego, jak podkreśla, sytuacja z uchodźcami przerosła.

– W czysto hipotetycznej sytuacji, w której uchodźcy nagle będą musieli opuścić zajazd, wojewoda z pewnością sceduje obowiązek zapewnienia opieki na samorząd, czyli na naszą gminę, bo tak jest najprościej – zakłada Wojtasik. Co wtedy? – Mamy salę gimnastyczną i świetlice wiejskie, w których można tych ludzi koszarować. – Burmistrzyni zgadza się ze stwierdzeniem, że dla Ukraińców byłby to ogromny krok w tył. – Poza tym, udostępniając salę gimnastyczną, odbierzemy naszym uczniom lekcje wuefu, zwłaszcza zimą – kontynuuje. – Pozbawiając naszych mieszkańców dostępu do świetlic, nie damy ich możliwości prowadzenia projektów, organizowania uroczystości, warsztatów. Jako samorządy cały czas tłumaczymy administracji rządowej, że nie mamy zasobów, żeby zapewnić uchodźcom mieszkania. Nasze tłumaczenia nie są kompletnie brane pod uwagę. Od wojewody dostajemy zadania do wykonania „bez dyskusji”. I musimy je jakoś realizować. – Wojtasik nie musiała jeszcze szukać Ukraińcom dachu nad głową, bo ci, którzy przybywali do gminy Nowe Miasteczko, trafiali do domów mieszkańców albo do zajazdu.

Przed zimą do samorządów dotarła informacja od wojewodów, że muszą rozejrzeć się za kolejnymi lokalami, bo z powodu narastającego kryzysu humanitarnego w Ukrainie możliwe jest wzmożenie ruchu na granicy. – Napisali, że jeżeli nie mamy pościeli, to administracja rządowa ją zapewni – mówi Wojtasik.

Przez długi czas rząd nie miał planu na to, by aktywizować uchodźców z punktów zbiorowego zakwaterowania w taki sposób, aby szybciej się usamodzielniali, zwalniając miejsce dla nowo przybyłych Ukraińców. W Nowym Miasteczku mobilizować do działania próbowały nauczycielki, członkowie stowarzyszenia Borowik z pobliskiej wsi Borów Wielki i bibliotekarka z grupą koleżanek. – To była nasza inicjatywa, same z siebie proponowałyśmy dzieciom różne gry i zabawy. Ich mamy raczej stały z boku, jakby nie chciały się integrować – mówi Renata Bielińska, bibliotekarka. – Dzieci nie znały jeszcze polskiego. Dobrze, że kiedyś uczyłam się rosyjskiego. Ale to było wszystko na zasadzie intuicji. Było to trudne. Po kilku tygodniach zrezygnowałyśmy. Teraz nie ma takich działań, bo chyba każdy myśli, że oni są na chwilę, na przeczekanie. Takie są moje obserwacje. – Bielińska nie ma u siebie książek w języku ukraińskim. – Bo Ukraińcy tu nie przychodzą, a ja niestety mam budżet maksymalnie minimalny. Mogę zamawiać tylko to, co nie będzie zalegało na półkach.


W grudniu Sejm przegłosował poprawkę do specustawy, zgodnie z którą aktywizacja uchodźców mieszkających w zbiorowych miejscach zakwaterowania ma polegać na tym, że po przekroczeniu 120 dni pobytu w Polsce będą musieli płacić 40 złotych dziennie za łóżko, a po przekroczeniu 180 dni – maksymalnie 60 złotych. To ma ich zmobilizować do usamodzielnienia się. Z opłaty mają być zwolnione dzieci, kobiety w ciąży, emeryci oraz osoby, które przez trudną sytuację, na przykład opiekę nad dziećmi, nie będą w stanie płacić.

Kolejna zmiana w specustawie weszła w życie na początku 2023 roku. Sejm usunął między innymi przepis dotyczący specjalnego trybu wydawania uchodźcom zezwoleń na pobyt czasowy.

 

Stanąć na nogi

Oksana z synem Iwanem w pokoju, który od roku jest ich domem.

W zajeździe w Nowym Miasteczku mieszkają głównie kobiety i dzieci. Mężowie części Ukrainek pracowali w polskich firmach transportowych jeszcze przed wybuchem wojny. Na przełomie lutego i marca ściągnęli swoje rodziny. Ich polscy pracodawcy pomogli im znaleźć w zajeździe dach nad głową.

– Niewielki pokój, dwa łóżka, szafa, łazienka z prysznicem. – Oksana, mama Iwana i Sofii, prezentuje swoje mieszkanie. Najbardziej cieszy ją, że zmieściło się biurko dla synka.

 

Jurij, mąż Oksany, od końca 2021 roku pracuje w polsko-holenderskiej firmie transportowej. Jeździ do Europy Zachodniej. Do Polski, do rodziny, przyjeżdża co kilka tygodni. – To, co zarabia, dzielimy na pół i jedną część zostawiamy dla siebie, a drugą wysyłamy do Ukrainy – mówi, pakując do torby słodkości. Paczka wkrótce pojedzie do bliskich. W Ukrainie zostawiła mamę i babcię, która nie może chodzić. – Mama została tam dla niej. Sprząta stację benzynową. Tak dorabia do emerytury. Nie mogła i nie chciała wyjechać.

Jurij pomaga nie tylko rodzinie, ale też kolegom, którzy poszli na front. – Mam wyrzuty sumienia, że nie walczę. Ale chłopaki z Ukrainy mówiły, żebym tam nie jechał, że tu jestem potrzebny, żeby zarabiać pieniądze i wysyłać dla wojska. Wszystko, co mogę, oddaję rodzinie i chłopakom. Pieniądze wysyłam do mojej kumy, której mąż i brat walczą. Ona mi mówi, czego chłopaki potrzebują. Dla siebie nic nie kupuję. Nawet opon w samochodzie nie zmieniam. Łyse są.

 

W zajeździe w Nowym Miasteczku posiłki gotują kucharki. Godziny śniadań, obiadów i kolacji serwowanych w stołówce wyznaczają rytm dnia. Są tu Ukrainki, które chciałyby samodzielnie gotować. To trudne, skoro do dyspozycji mają mały pokój na piętrze, z niewielką kuchenką, zlewem, lodówką i stołem. Oksana częstuje mnie zupą z klopsikami, podaje kotlety mielone. Mąż przyjechał na kilka dni, więc mimo uciążliwości sama gotuje obiady, żeby miał choć namiastkę domowego ogniska.

Posiłek w zajeździe w Nowym Miasteczku.

Zajazd stoi na obrzeżach Nowego Mias­teczka, więc Ukraińcy, jeśli nie chcą, nie rzucają się w oczy. Od reszty miejscowości, niczym granica, oddziela ich dwupasmowa droga. Kontakt z mieszkańcami gminy mają na przykład w trakcie styp, komunii, chrzcin i innych rodzinnych uroczystości organizowanych w zajeździe. Ukraińskie dzieci biegają wtedy po korytarzach, bo zajazd traktują jak dom, a mieszkańcy gminy mają o to pretensje, skoro zapłacili za wynajem sali. Mówią o zajeździe, że jest jak „ukraińska wioska”. Słychać tu głównie język ukraiński, bo uchodźcy nie mają motywacji, a często również potrzeby, żeby uczyć się języka polskiego. Codziennie przebywają wśród swoich. Taka sytuacja może na początku dawać im poczucie bezpieczeństwa, jednak na dłuższą metę prowadzi do nieporozumień. Oksana szuka pracy. – Nie chcę siedzieć bezczynnie. Jeśli nie zajmę czymś rąk, to zwariuję – mówi, ocierając łzy.

Aby zająć głowę Iwana czymś innym niż wojna, Oksana zapisała syna na treningi MMA w szkole prowadzonej przez Tomasza Makowskiego, mistrza świata w kick-boxingu.

Uchodźcom trudno jest stanąć na nogi najczęściej przez problemy ze znalezieniem dobrej pracy. W Nowym Miasteczku nikt nie zatrudni z dnia na dzień kilkudziesięciu Ukraińców uciekających przed bombami. Do wyboru mają przede wszystkim prace fizyczne, głównie sezonowe, na przykład na plantacjach truskawek, rzodkiewek i szparagów. Mieszkańcy gminy są oswojeni z obrazem pracownika sezonowego z Ukrainy. Tymczasem motywacje uchodźców różnią się od motywacji tych Ukraińców, którzy przez lata przyjeżdżali do Polski najczęściej na kilka tygodni, mieszkali w skromnych warunkach i skupiali się wyłącznie na pracy, żeby zaoszczędzone pieniądze zawieźć do domu. Przybysze często nie mają już domów, spędzą w Polsce nie kilka tygodni, ale wiele miesięcy, a może nawet lat. Chcą tu nie tylko przetrwać, ale też normalnie funkcjonować, czyli mieć czas dla siebie i rodziny, chodzić do kina, teatru, jeździć na wycieczki, rozwijać się. Uchodźcy to często fachowcy w różnych dziedzinach. Marzą o pracy zgodnej z ich kwalifikacjami. Niewykorzystanie ich potencjału byłoby marnotrawstwem.

Oksana, chcąc wyjść na prostą, z dwiema koleżankami z zajazdu otwiera latem bar w drewnianej budce. Właściciela zajazdu cieszy ta inicjatywa. Z budki pozwala korzystać za darmo. Panie chwytają za miotły i wiadra. Na ścianie wieszają flagi, żółto-niebieską i biało-czerwoną. Jest sierpień. Kobiety gotują ukraińskie potrawy i czekają na gości. Przyjeżdżają kierowcy tirów, głównie Ukraińcy. Zamawiają pielmieni na wynos. Zachwalają solankę, tradycyjną zupę ukraińską. – Dwie osoby z Nowego Miasteczka wyprawiły tu niedawno osiemnastki. Jedna świętowała czterdzieste urodziny – opowiada z zapałem Oksana.

Tuż przy zajeździe, na parkingu dla tirów na stacji benzynowej znajduje się budka, w której Oksana wraz z koleżanką gotowały ukraińskie potrawy dla przyjezdnych. 

W październiku Oksana zamknęła budkę. Nie było ogrzewania. Ubywało klientów. Zalęgły się myszy.

Odkąd straciła pracę, którą sama sobie stworzyła, z koleżanką z zajazdu (kucharką) marzy o własnej działalności, takiej na poważnie, bo budka miała być tylko na próbę. Chcą otworzyć sklep z mrożonymi potrawami, które przygotowywałyby same. – Pielmieni, solanka… – wylicza. – W budce przekonałyśmy się, że nasze jedzenie smakuje. – Oksana, opowiadając o planach biznesowych na przyszłość, jest pełna zapału. – Pójdziemy na kurs, powalczymy o dofinansowanie na rozkręcenie biznesu, wynajmiemy pomieszczenie, wyposażymy kuchnię. Staniemy na nogi i każda wynajmie mieszkanie.

Z danych Centralnej Ewidencji i Infor­macji o Działalności Gospodarczej opublikowanych w październiku przez serwis Business Insider Polska wynika, że Ukraińcy coraz częściej otwierają w Polsce własny biznes. Od początku 2022 roku do publikacji danych takich firm było 10 270, z czego 96 procent powstało po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. To głównie przedsiębiorstwa wykończeniowe działające w branży budowlanej, logistycznej, w IT oraz oferujące usługi fryzjerskie i kosmetyczne.

Oksana może walczyć w powiatowym urzędzie pracy o dotację na założenie działalności, jeśli zarejestruje się jako osoba bezrobotna.


Oksana może walczyć w powiatowym urzędzie pracy o dotację na założenie działalności, jeśli zarejestruje się jako osoba bezrobotna.

– Przy weryfikacji kandydatów duży nacisk kładziemy na to, czy osoba składająca wniosek o dofinansowanie na prowadzenie działalności ma ku temu predyspozycje, czyli wykształcenie, szkolenia, doświadczenie zawodowe – informuje urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy w Zielonej Górze. – Bazujemy tylko na dokumentach – zastrzega.

Czyli Oksana musi wrócić do Ukrainy po niezbędne papiery.

Urzędniczka: – Uchodźcy z Ukrainy mogą uzupełnić kwalifikacje, korzystając z oferowanych przez nas kursów.

Umowa na dofinansowanie założenia działalności musi być zabezpieczona.

Urzędniczka: – Jedną z form zabezpieczenia jest żyrant. I nie może być to mąż.

Czyli Oksana, która jest w Polsce raptem od kilku miesięcy, musi znaleźć kogoś, kto w urzędzie zagwarantuje jej wiarygodność własnym majątkiem.

Urzędniczka: – To nie jest jedyna forma. Jest jeszcze blokada środków na rachunku bankowym. W ten sposób wnioskodawca sam zabezpieczy umowę.

Czyli Oksana, która spakowała dom w jedną torbę, musi mieć na koncie dużą sumę.

Urzędniczka: – Zabezpieczeniem może być akt notarialny.

Czyli Oksana musi posiadać w Polsce własną nieruchomość. Bo dom, który opuściła w Ukrainie, dla polskich urzędów nie ma żadnej wartości, tym bardziej że w każdej chwili może na niego spaść bomba.

Urzędniczka: – Łatwiej dostać się na szkolenie lub staż, bo działalność gospodarcza to jednak spore zobowiązanie.

Tyle tylko, że staż nie pozwoli Oksanie stanąć na nogi.

Przepisy dotyczące otrzymania dofinansowania na rozkręcenie własnej działalności gospodarczej są dla uchodźców z Ukrainy bardziej wygórowane niż dla Polaków. W praktyce otrzymanie przez nich pieniędzy jest niemal niemożliwe. Zwłaszcza w sytuacji, gdy muszą od nowa budować swoje życie. Przepisy wymagają bezproblemowego funkcjonowania w przestrzeni społeczno-zawodowej. Oksana stara się tak bezproblemowo funkcjonować. – Ale przychodzą takie dni i takie bóle głowy, że nie mam na nic siły – mówi.

Namiastka domu

Rusłana ze swoimi podopiecznymi w świetlicy.

Rusłana, gdy jechała do Polski, cały czas myślała o mężu. – Powiedział, że więcej może do nas nie zadzwonić – mówi. Dotarła z córkami do Nowej Soli w województwie lubuskim.

– Z dworca odebrał nas wujek Władka i zawiózł do Kożuchowa. Mąż ma polskie korzenie. – Przez tydzień spały w ubraniach. – Bałyśmy się, że nagle, w nocy, znowu będziemy musiały uciekać – kontynuuje Rusłana.

W kwietniu chodziła po Kożuchowie, mieście położonym między Głogowem a Zieloną Górą z ponad dziewięcioma tysiącami mieszkańców, szukając pracy. Poszła do przedszkola. Zapytała: „Przyjmiecie mnie?”.

Kożuchów to liczące ponad dziewięć tysięcy mieszkańców miasto, położone między Zieloną Górą a Głogowem.

Usłyszała, że może w przyszłości. W kolejnym, że nie potrzebują dodatkowych pracowników. Pracę dostała w podstawówce numer jeden. Dyrektor Arkadiusz Sidor szukał kogoś, kto pomoże w kontaktach z ukraińskimi uczniami i ich rodzicami.

– Marzec był najtrudniejszy – wspomina dyrektor. – Nie wiedzieliśmy, ile dzieci z Ukrainy do nas przybędzie. Co tydzień pojawiało się w szkole kilkoro nowych uczniów. Bałem się, że po trzech miesiącach nie będziemy mieli już miejsca. Brakowało pomocy systemowej, musieliśmy radzić sobie sami, opracować sposób działania.

Joanna Lasota, nauczycielka świetlicy, pamięta strach w oczach ukraińskich dzieci, gdy za oknem wyła strażacka syrena. – Początki były trudne, bo nie było jeszcze Rusłany, a dzieci czuły się zagubione. Siadałam obok i mówiłam: „Nie bójcie się, nic się nie dzieje, wszystko jest okej”. Pamiętam, jak przyszło do mnie trzech chłopców z młodszych klas. Siedziały takie bidy przy stoliku w świetlicy, więc podeszłam, pogłaskałam, zapytałam: „A co tam?”. Mówiłam do nich, ale nie rozumieli. Ja też ich nie rozumiałam.

Joanna robiła gazetki językowe. – Pisałam po polsku i ukraińsku najważniejsze zwroty, typu „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. Opisywałam części ciała i obok zamieszczałam obrazki. Te gazetki wywieszałam na korytarzu, żeby polskie i ukraińskie dzieci mogły się komunikować – opowiada.

Dziś w podstawówce numer jeden uczy się trzydzieścioro ośmioro ukraińskich dzieci. Ich liczba się zmienia, bo w jednym miesiącu ktoś wyjeżdża w inny rejon Polski lub wraca do Ukrainy, w kolejnym ktoś przyjeżdża. W całym kraju do szkół chodzi ponad 190 tysięcy dzieci z Ukrainy – poinformowało w grudniu Ministerstwo Edukacji i Nauki. Liczbę ukraińskich dzieci w wieku szkolnym, które uciekły do Polski, oszacowano na ponad 700 tysięcy. Stąd wniosek, że większość uczy się w szkołach ukraińskich online.

We wrześniu Fundacja Szkoła z Klasą opublikowała raport Razem w klasie. Dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Fundacja do udziału w badaniu zaprosiła 110 szkół z całej Polski, do których po wybuchu wojny dołączyły ukraińskie dzieci. W badaniu wzięło udział siedemdziesięcioro dyrektorów oraz 792 nauczycieli.

Większość nie miała doświadczenia w pracy z dziećmi z zagranicy. Osiemdziesiąt osiem procent z nich nie zna ukraińskiego, 11 procent zna słabo, zaledwie 1 procent – w stopniu komunikatywnym. Jedna trzecia nauczycieli pracujących z ukraińskimi dziećmi, które uciekły przed wojną, nie uczestniczyła wcześniej w żadnym szkoleniu dotyczącym metodyki pracy z tą grupą dzieci. Co trzeci badany przyznał, że nie potrafi ocenić, czy uczniowie mają objawy stresu pourazowego, a co piąty – czy mają obniżony nastrój albo depresję.

Gdy w podstawówce numer jeden pojawiła się Rusłana, Joannie kamień spadł z serca. – Wszyscy nauczyciele odetchnęli wtedy z ulgą. – Na przerwach ukraińskie dzieci otaczają Rusłanę. Przytulają się do niej. Polskie naśladują te ukraińskie i też tulą się do Rusłany. Pytają: – Pomoże pani w lekcjach? – Gdy mają kartkówkę i boją się, że sobie nie poradzą, proszą Rusłanę, i ona im towarzyszy. W trakcie lekcji pomaga też nauczycielom, jeśli jest taka potrzeba. Codziennie spędza czas z dziećmi w świetlicy. Czekają tu na rodziców. W sali pełnej zabawek choć na chwilę zapominają o tęsknocie za ojcami, dziadkami i przyjaciółmi, którzy zostali w Ukrainie.

Przez deszcz na ścianie mieszkania w Kożuchowie zrobił się wielki zaciek. – To nic – szepcze Rusłana. Wdzięczna jest za ten dach nad głową, który opłacają członkowie luterańskiej wspólnoty. Na parterze kamienicy jest kaplica. Co dwa tygodnie modli się tu garstka wiernych. Rusłana z córkami uczestniczą w tych nabożeństwach. Wspólną modlitwą odwdzięczają się za pomoc, za ten duży pokój z piętrowym łóżkiem, tapczanem, wersalką, stolikiem, biurkiem, komodą i grzejnikiem na prąd. Wdzięczne są za kuchnię z dużym stołem.

Zosia, starsza córka Rusłany. Smykałkę do gotowania odziedziczyła po tacie.

Kuchnia nie jest królestwem Rusłany. Do gotowania ma za to smykałkę Zosia. Niedawno upiekła sernik. Talent odziedziczyła po tacie. – Smażył nam we Lwowie naleśniki, lepił pielmieni, gotował zupy, piekł ciasta… – Córki ożywiają się, gdy słyszą słowo „tata”. Opowiadają o wspólnym lepieniu pierogów. – Tata potrafi zrobić dwieście, z ziemniakami, serem i mięsem – mówi Zosia. Pije gorzką herbatę z cytryną. – Tata taką lubi.

Dziewczynki mają kontakt z koleżankami i kolegami z Ukrainy, bo uczą się nie tylko w polskiej szkole, ale też w ukraińskiej, online. Do tego mają dodatkowe lekcje prowadzone przez internet (między innymi z angielskiego). – Nie mam już siły – skarży się Zosia na dużą liczbę zajęć. W szkole we Lwowie była jedną z lepszych uczennic. Chce w przyszłości zostać lekarką, żeby ratować ludzkie życie. W kożuchowskiej szkole, z powodu stresu i zmartwień, często nie potrafi się skupić. Jest zdolna, ma trudną sytuację rodzinną, udziela się w szkolnym wolontariacie, więc spełniła kryteria i dostała stypendium Fundacji Świętego Mikołaja. To 250 złotych miesięcznie.

– Współpracujemy z tą fundacją od kilku lat – mówi Barbara Augustyniak, nauczycielka wspomagająca z podstawówki w Kożuchowie i koordynatorka tego programu. – W ubiegłym roku uczniowie z naszej szkoły piekli gofry, ciasta i sprzedawali je na kiermaszach. Organizowali też kwesty wśród mieszkańców i właścicieli okolicznych firm. W ten sposób zebrali 4 tysiące złotych. Fundacja dołożyła drugie tyle. Pieniądze przeznaczyliśmy na stypendia dla czworga wytypowanych uczniów, w tym dla Zosi.

Dzieci w świetlicy, którymi zajmuje się Rusłana i pomaga im w odrabianiu lekcji.

Dla dzieci, które uciekły z Ukrainy do Polski, szkoła to namiastka domu, może nawet więcej – jakiejś wspólnoty. Rusłana w przerwach między lekcjami widzi, jak ukraińskie dzieci gromadzą się w jednym miejscu, starsze i młodsze, wszystkie razem. – Potrzebują siebie nawzajem. Może w swoim gronie choć przez chwilę czują się jak w domu, jak w ukraińskiej szkole albo na podwórku? – mówi.

„Według co dziesiątego nauczyciela jedynie nieliczne dzieci z Ukrainy dobrze adaptują się w grupie rówieśniczej, a co dziewiąta osoba uważa, że większość lub wszystkie dzieci z tej grupy mają problemy w relacjach z polskimi rówieśnikami” – wynika ze streszczenia raportu Razem w klasie. Autorzy raportu alarmują: „To problemy, które już występują i mogą eskalować, jeśli zabraknie pomysłów, jak na nie reagować”.

Laurki dla Rusłany przygotowane przez jej podopiecznych.

Dziś Dzień Edukacji Narodowej, popularnie zwany Dniem Nauczyciela. Dzieci przyniosły Rusłanie laurki. „Droga Pani spomagająca. Z Okazji dnia Nauczyciela życzę Dużo: zdrowi, szczęścia, radości i dziekujem że pani pomaga nam” – napisała jedna z dziewczynek. „Pani jest bardzo miła jak ktoś jest nie grzeczny to pani nie kszyczy tylko pani porozmawia z nim” – napisała Julia z trzeciej „c”. Dawid z szóstej „b” wręcza Rusłanie wielką czekoladę i mówi: – To dla kochanej pani, która nauczyła mnie pisać i czytać po polsku.

– Rusłana robi nam świetną robotę – zachwala dyrektor. – Założyła dla rodziców ukraińskich dzieci grupę na Messengerze. Jest łączniczką między szkołą a ukraińskimi rodzicami. Zwracają się do niej z prośbą o radę, o pomoc w wypełnianiu dokumentów. Nigdy nie odmawia.

– Rusłanka tego potrzebuje. Jak nie przychodzą do niej ludzie, to siedzi i cały czas ogląda wojnę – mówi Joanna.

Oksana i Julia z dziećmi.


Mimo życzliwości sąsiadów Polaków Rusłana, podobnie jak ukraińscy uczniowie, woli spędzać czas wśród swoich, z Ukrainkami. – Mamy teraz podobne emocje i zmartwienia, lepiej się rozumiemy. Oczywiście, że Polacy też przeżywają wojnę. Ale nas to dotyka inaczej – mówi. Latem Polski Czerwony Krzyż (PCK), dzięki darczyńcom, sfinansował ukraińskim dzieciom z powiatu nowosolskiego i ich mamom tygodniowy pobyt nad jeziorem. Rusłana, podobnie jak pozostałe Ukrainki, wspomina ten wyjazd do dziś: – Byłyśmy tam wszystkie razem i tworzyłyśmy wspólnotę. To było dla nas bardzo ważne. Nawet bez słów wiedziałyśmy, co każda przeżywa.

Zainstalowały w telefonach aplikację Triwoga z mapą Ukrainy. Podświetla na czerwono obwody z alarmem bombowym. Gdy nadlatują rakiety, głos z aplikacji każe im zejść do piwnicy. Gdy w Ukrainie milkną syreny, ludzie oddychają z ulgą. Ukrainki, które uciekły do Polski, również oddychają wtedy z ulgą. W nocy ludzie w Ukrainie znowu boją się zasnąć. Sprawdzają w aplikacji, czy nie zbliża się kolejna rakieta. Ukrainki, które uciekły, też nie mogą spać.

W październiku rakiety uderzyły na Lwów. Nie było internetu, aplikacja przestała tam działać, więc teściowa Rusłany bała się zasnąć. – Połóż się, odpocznij – prosiła Rusłana przez telefon. I całą noc czuwała, spoglądając na aplikację, by w porę ostrzec teściową.

Żeby nie myśleć o wojnie, Rusłana spacerowała ścieżką rowerową. Wypatrzyła ją szkolna psycholożka i następnego dnia sprezentowała jej rower. W Otyniu, sąsiedniej gminie, mieszkańcy oddali uchodźcom swoje rowery. Zebrali ich osiemdziesiąt.

Rusłana stara się korzystać z każdej pomocy, która jej przysługuje, nie tylko tej od mieszkańców, ale też z tej systemowej, czyli z 500+, oraz ze wsparcia Polskiego Czerwonego Krzyża. Robi to z myślą o córkach. – Każdą złotówkę, którą zaoszczędzę, mogę wydać na dodatkowe zajęcia dla nich, na zimowe buty. – Wspiera też zbiórki internetowe dla ukraińskiego wojska. Dla siebie zimowych butów nie kupiła.

Przeżyć za trzysta złotych

Alina Sirak, koordynatorka pomocy w magazynie PCK w Zielonej Górze.

Alina Sirak, gdy wydaje dary uchodźcom z Ukrainy, musi na bieżąco wypełniać dokumenty. W pochmurne dni oświetla stolik latarką z telefonu, bo w budynku udostępnionym przez urząd miasta w Zielonej Górze nie ma prądu ani ogrzewania. Nie ma toalety. A w dachu, na piętrze, jest dziura.

Alina pochodzi z Ukrainy. Siedem lat temu zdała maturę i wyjechała z rodzicami do Polski. W Zielonej Górze studiowała najpierw wychowanie fizyczne, a później filologię rosyjską. W Polskim Czerwonym Krzyżu (PCK) pracuje od lipca. Jest jedyną koordynatorką do spraw uchodźców w województwie lubuskim. Alina podliczyła w lipcu, że pod magazyn PCK przy Kolejowej w te dni, gdy rozdzielane były dary, przychodziło średnio sześćdziesiąt osób, głównie matki z dziećmi, przede wszystkim po proszki i płyny do prania, mydła, szampony, kosmetyki, pieluchy.

W sierpniu PCK rozdał 4,5 miliona złotych w bonach towarowo-spożywczych. Każdy opiewał na kwotę 500 złotych. Pieniądze PCK dostał z zagranicy: z Islandii, Liechtensteinu i Norwegii, w ramach funduszy norweskich i Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W samej Zielonej Górze z tej pomocy skorzystało 275 ukraińskich rodzin.

W skali kraju przygotowano bony dla 9 tysięcy rodzin. Gdy ludzie odbierali bony, mówili, że właśnie taka pomoc jest im dziś bardzo potrzebna: – Wtedy możemy sami zadecydować, jakie jedzenie kupić.

We wrześniu Ukraińcy przychodzili do magazynu głównie po szkolne plecaki dla dzieci.

W październiku Alina dostrzegła trzy tendencje. – Ukraińcy coraz częściej proszą o jedzenie – to po pierwsze. Po drugie? Ukraińców, którzy dopiero co przyjechali do Polski, znowu jest coraz więcej. Masowo zaczynają uciekać ze swoich domów, odkąd nasiliły się bombardowania, a zima za pasem. Wczoraj pod nasz magazyn przyszło stu potrzebujących. Dziś było ich jeszcze więcej.

Trzecia tendencja zaniepokoiła Alinę najbardziej. Wśród uchodźców widzi coraz więcej ludzi starszych. Ich ukraińskie emerytury przeważnie warte są w Polsce około 300 złotych. – Młodsi, jeśli mają sprawne ręce, to jakoś sobie poradzą. Starsi na pewno sami nie dadzą rady. Przecież za 300 złotych nie da się przeżyć – mówi Alina.

– Na początku pomocy było bardzo dużo, bo ludzie wszystko oddawali dla uchodźców. Teraz jest inaczej. Czekamy na to, co przyśle centrala z Warszawy, oraz na hojność sponsorów. – Centrala oszacowała, że paczki żywnościowe powinny wystarczyć do września 2023 roku. – Rozdam je do końca lutego – przewiduje Alina. 

Alina Sirak.

– Codziennie przychodzi średnio pięć nowych rodzin. Pytają, jak wygląda pomoc, albo proszą o wsparcie przy wypełnianiu dokumentów. Rozeszła się wieść, że mówię po ukraińsku, dlatego uchodźcy dzwonią do PCK codziennie. Oni przecież nawet nie wiedzą, że istnieje PESEL. Podpowiadam, gdzie i co można załatwić, podaję adresy, wszystko tłumaczę.

Alina wspomina Ukrainkę, młodą dziewczynę, która uciekła przed wojną. – Przychodziła do PCK. Pewnego dnia powiedziała: „Ja nie mam po co żyć”. W Ukrainie zostawiła najbliższych. Na dom, w którym mieszkali, spadła bomba. Zabiła jej dziadków, rodziców. Ta dziewczyna wróciła do Ukrainy, żeby ich wszystkich pochować. I więcej do PCK nie przyszła.

Komu przeszkadza kalina

Masza, córka Julii, ogląda z braćmi ukraińskie bajki w telewizji.

Gdy wybuchła wojna, Julia przez miesiąc biła się z myślami, czy uciec do Polski. – „Jechać? Nie jechać?” – pytałam Pana Boga w kościele.

Gdy uciekła, otrzymała od Polaków lokum pod Bytomiem Odrzańskim, w województwie lubuskim. – Żeby było ciepło, nosiłam z lasu drewno. Gdy padał deszcz, w pokoju ciekła woda. Do sklepu chodziłam pieszo, pięć kilometrów w jedną stronę.

Była wdzięczna, że otrzymała schronienie, ale trudno jej było żyć w takich warunkach z trojgiem dzieci, mimo że doskonale wie, czym jest bieda. – Mam czterech braci i dwie siostry, więc w Ukrainie zawsze miałam ciężko. Pracowałam tam w elewatorze zbożowym, wprawdzie w laboratorium, ale i tak nosiłam wiadra z pszenicą i kukurydzą.

Pod Bytomiem Odrzańskim spędziła dwa miesiące. Sąsiadka pomogła jej znaleźć nowe schronienie, w Kożuchowie, w dawnym kasynie wojskowym. Właściciel urządził w nim niewielkie mieszkanie. Dostaje z budżetu państwa 160 złotych dziennie. Chce zapewnić Julii i dzieciom godne warunki i jedzenie.

Julia z najmłodszym synem, Artemem.

Gdy przeprowadzała się do Kożuchowa, zadzwonił telefon. Głos w słuchawce kazał podać kod BLIK. Myślała, że dzwonią z banku. Podała kod. W ten sposób straciła trzy tysiące złotych. – Nie wiedziałam, że w Polsce też są takie oszustwa. Poszłam na policję – mówi. Tam usłyszała, że trudno będzie pomóc. Pieniędzy nie odzyskała do dziś.

Masza pomaga mamie, pilnując młodszego brata, żeby na przykład nie pobiegł na strome schody, które prowadzą do mieszkania, czy na ogromny, wyziębiony korytarz, pełen niebezpiecznych rupieci. Julia zapisała córkę do scholi. Dziewczynka chwyta za pilot od telewizora. Bo jak nie wykorzystać tej wyjątkowej okazji, że do mieszkania przyszli goście? Masza zaprasza na koncert. Śpiewa o czerwonej kalinie.

Masza, córka Julii, chętnie śpiewa dla gości.

W innym koncercie, organizowanym przez szkołę, weźmie udział siedemdziesięcioro troje uczniów, niektórzy przebrani za powstańców, inni za polskich żołnierzy. W kożuchowskim zamku z przełomu XIII i XIV wieku, w którym dziś mieści się centrum artystyczno-kulturalne, w sali koncertowej ustrojonej w biało-czerwone flagi odbędzie się pierwsza edycja Gminnego Konkursu Piosenki Patriotycznej i Żołnierskiej pod patronatem między innymi Instytutu Pamięci Narodowej (IPN).

Zenek ma dziesięć lat, przyjechał z Tarnopola z mamą i młodszym bratem do taty, który mieszka i pracuje w Polsce od dawna. Chłopiec czeka na występ. Nie mógł w konkursie zaśpiewać ulubionej patriotycznej piosenki, bo przedstawiciele IPN poinstruowali organizatorów, że Czerwona kalina, śpiewana przez dziesięciolatka, może wywołać kontrowersje.

– To w Ukrainie popularna pieśń, bardzo dla nas ważna, zwłaszcza teraz – mówi Irena, mama chłopca. I nuci po ukraińsku: – „Не хилися, червона калино, маєш білий цвіт. / Не журися, славна Україно, маєш вільний рід. / А ми тую червону калину підіймемо, / А ми нашу славну Україну, гей, гей, розвеселимо!”. („Nie zginaj się, czerwona kalino, masz biały kolor. / Nie martw się, wspaniała Ukraino, masz wolną rodzinę. / I podniesiemy tę czerwoną kalinę, / I my naszą wspaniałą Ukrainę, wesoło, wesoło rozweselimy!”) – Irena nie rozumie, dlaczego jej syn nie mógł zaśpiewać tej pieśni.

Kilka miesięcy wcześniej media pisały o Czerwonej kalinie, gdy polska i ukraińska młodzież wykonała tę piosenkę na scenie Zamojskiego Domu Kultury. Wówczas Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu złożyło do prokuratury doniesienie na rzekome „gloryfikowanie banderyzmu”, sugerując, że ta pieśń podczas drugiej wojny światowej była hymnem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Prokuratura w Hrubieszowie odmówiła wszczęcia śledztwa, bo nie dopatrzyła się przestępstwa w śpiewaniu Czerwonej kaliny.

Kontrowersji nie widzieli w tym też historycy, między innymi Igor Hałagida, profesor z Uniwersytetu Gdańskiego. „Piosenka była powszechnie śpiewana. Wiem, że pojawiają się zarzuty, iż była śpiewana przez UPA. Pewnie tak było. Gdzieś w lesie, przy ognisku mogli śpiewać. Po prostu była bardzo popularna. Podobnie można założyć, że partyzanci AK [Armii Krajowej] śpiewali O mój rozmarynie czy inne piosenki wojskowe” – tłumaczył profesor Adamowi Leszczyńskiemu z portalu OKO.press. Zaznaczył, że motyw czerwonej kaliny sięga jeszcze XVIII wieku, czyli czasów kozackich (dzieje Kozaków zaporoskich są jednym z najważniejszych źródeł tożsamości narodowej Ukraińców). Tekst do obecnie wykonywanej pieśni został napisany w 1914 roku.

Kolejni eksperci, cytowani w mediach, nie mieli wątpliwości, że oskarżanie Czerwonej kaliny o gloryfikowanie banderyzmu to próba grania na antyukraińskich historycznych emocjach.

„W tekście utworu próżno szukać nacjonalistycznych wątków i nie spotkałam się w żadnym źródle z taką interpretacją” – skomentowała pod koniec kwietnia Mariana Kril z Radiowego Centrum Kultury Ludowej Polskiego Radia dla portalu Gazeta.pl.

Stowarzyszenie Demagog to polska organizacja specjalizująca się w weryfikowaniu faktów. W maju, trzy miesiące po rosyjskiej inwazji, zamieszczony na portalu organizacji artykuł Jak manipuluje się językiem na temat uchodźców i wojny w Ukrainie alarmowało: „Określeniem «banderowcy» bywają nazywani wszyscy obywatele ukraińscy, niezależnie od ich poglądów politycznych czy świadomości historycznej. Ukraina w dezinformujących przekazach jest także określana mianem «banderstaatu», co ma sugerować odpowiedzialność obecnie żyjących mieszkańców Ukrainy za zbrodnie dokonane osiemdziesiąt lat temu”.

W dalszej części artykułu można przeczytać: „Nazywanie Ukraińców «banderowcami» negatywnie wartościuje ten naród, przedstawiając go jako zbrodniarzy przeciwnych Polakom”. Jak podkreśla w komentarzu dla Demagoga językoznawczyni doktor habilitowana Dorota Zdunkiewicz-Jedynak, „wyraz «banderowiec» w pierwotnym znaczeniu odnosił się do członka Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, jednak w świadomości Polaków jest kojarzony «przede wszystkim z Ukraińcami uczestniczącymi w masowych mordach Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej»”.

W dalszej części artykułu można przeczytać: „Nazywanie Ukraińców «banderowcami» negatywnie wartościuje ten naród, przedstawiając go jako zbrodniarzy przeciwnych Polakom”. Jak podkreśla w komentarzu dla Demagoga językoznawczyni doktor habilitowana Dorota Zdunkiewicz-Jedynak, „wyraz «banderowiec» w pierwotnym znaczeniu odnosił się do członka Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, jednak w świadomości Polaków jest kojarzony «przede wszystkim z Ukraińcami uczestniczącymi w masowych mordach Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej»”.

Frontstory.pl to medium Fundacji Reporterów, na którym publikowane są wyniki śledztw dziennikarskich. W artykule Pamięć i hejt autorstwa Julii Daukszy i Mariusza Sepioły czytamy: „Antyukraińskie treści rozsiewane w mediach społecznościowych mogą docierać do milionów osób. Za takimi narracjami stoją ludzie związani z prokremlowskimi organizacjami, narodowcy i dawni antyszczepionkowcy skazywani za mowę nienawiści”. Autorzy pisali o dezinformatorach, którzy, odwołując się do trudnych historycznych stosunków polsko-ukraińskich, „próbują manipulować emocjami Polaków i wpływać na ich stosunek do ukraińskich uchodźców”.

– Chętnie usłyszelibyśmy chłopca śpiewającego po ukraińsku – mówią w kuluarach organizatorzy Gminnego Konkursu Piosenki Patriotycznej i Żołnierskiej w Kożuchowie. Proszą o anonimowość. Patronat IPN uważają jednak za prestiż i nie chcieliby go stracić. – Przecież IPN sfinansował nagrody.

Po sugestiach z Instytutu zezwolili na śpiewanie wyłącznie po polsku. Zenek, ubrany w odświętną koszulę z białego płótna, z ludowym haftem w niebieskim kolorze, którą z Ukrainy przywiozła babcia, wchodzi na scenę i śpiewa: – „O mój rozmarynie…”.


W Kożuchowie u Julii słucham dalej, a Masza wciąż śpiewa o czerwonej kalinie.

Artem wdrapuje się na komodę i krzyczy. Zza kotary, która niczym drzwi oddziela kuchnię od pokoju, wystawia głowę Jarek. Niedługo skończy sześć lat. Ma anginę, powinien leżeć pod kołdrą, ale przyszli goście, więc ciekawość wygrywa z chorobą.

Julia z dziećmi, Artemem, Jarkiem i Maszą.

Julia zaprasza na barszcz. – Taki jak w domu, w Ukrainie – zachęca. Pojechała autobusem do Nowej Soli, a stamtąd pociągiem do Zielonej Góry, do sklepu z ukraińską żywnością, żeby przygotować tę wyjątkową ucztę. Częstuje bułkami z czosnkiem. Na deser upiekła rogale nadziewane chałwą. Zachęca do skosztowania ukraińskiej sałatki ze śledziami, burakami, ziemniakami, marchewką i majonezem. Palce lizać!

Wieczorem, gdy dzieci śpią, wreszcie ma trochę czasu dla siebie. Ogląda zdjęcia w telefonie, jeszcze sprzed wojny. Z fotografii uśmiechają się rodzice, siostry, bracia, ich dzieci. Większość została w Ukrainie. – Prosiłam Weronikę, żeby przyjechała do Polski. Siostra pracuje z chorymi dziećmi. Powiedziała, że nie przyjedzie, bo nie może i nie chce tych dzieci zostawić. Przecież jest jedynym logopedą w gminie.

Julia dzwoni do bliskich. Pyta o zdrowie. – Czy jesteście bezpieczni? – Martwi się. Rozmawia z tatą. – Bardzo chciałabym pomóc ludziom z naszej wioski, ale nie mogę – płacze do słuchawki. – Nie martw się – pociesza ją tata. – Robisz wszystko, co w twojej mocy.

W Kożuchowie Julia znalazła pracę przy produkcji parkietów. Nosiła worki z drewnem. Każdy ważył 25 kilogramów. Do pracy chodziła pieszo, czterdzieści minut w jedną stronę, bo w Kożuchowie brakuje miejskich autobusów. Tych liniowych, zwłaszcza do Zielonej Góry, też jeździ bardzo mało.

Jeden z mieszkańców zaczepił Julię na podwórku i zaproponował pracę przy pakowaniu chryzantem. Szklarnie stoją tuż za kasynem. Wkrótce mieszkańcy Kożuchowa zawiozą kwiaty na groby swoich bliskich.

Ile chryzantem musiałoby pojechać do Ukrainy, żeby ozdobić groby tych, którzy zginęli na wojnie?
~ Julia

W listopadzie Dmytro Łubinec, komisarz do spraw praw człowieka ukraińskiego parlamentu, poinformował w poście na Facebooku, że od początku inwazji Rosji w Ukrainie zginęło blisko 8 tysięcy cywilów, a 11 tysięcy zostało rannych.

– Są takie dni, że nie chcę o tym słyszeć i mówić. Ale są też takie, gdy tego potrzebuję. Bo giną nasi bliscy, sąsiedzi, którzy mają po dwadzieścia lat. Jako dzieci razem się bawiliśmy, a teraz oni poszli na front i oddają tam za nas życie – mówi Julia.

 Julia i Artem w swoim mieszkaniu w Kożuchowie. Budynek był niegdyś kasynem. 

Dzwoni mama i opowiada przed snem, że wieś szykuje się do kolejnego pogrzebu. Na froncie zginął sąsiad, młody chłopak. Właśnie przywieźli jego ciało. Julia nie może zasnąć.

Rano prowadzi dzieci do żłobka, do przedszkola, do szkoły. Chwali te instytucje. Dzieci też się cieszą, gdy tam idą. Miejsce dla Artema znalazła w prywatnym żłobku, bo w Kożuchowie nie ma publicznego. To spore koszty, bo ponad tysiąc złotych miesięcznie, wliczając wyżywienie. Do przedszkola Jarka dopłaca ponad 200 złotych. Sumę wszystkich miesięcznych wydatków związanych z kształceniem dzieci ocenia na ponad 1300 złotych.

Żeby zarobić te pieniądze, pędzi do szklarni. O dziewiątej ma przerwę na śniadanie. Biegnie wtedy do mieszkania w kasynie, żeby sprawdzić, jak się czuje Jarek, który leży z anginą w łóżku. Szykuje dla synka śniadanie. Wraca do szklarni. Po dwunastej ma kolejną przerwę, na obiad. Znowu biegnie do Jarka, żeby po chwili wrócić do pracy. Nie może zostać w mieszkaniu z synem, potrzebuje pieniędzy. – Na ojca dzieci nie mogę liczyć. Pije, bardzo źle mnie traktował… – Julia milknie. Uciekła z Ukrainy nie tylko przed bombami. Wojna okazała się szansą.

Dzwoni sąsiadka z obwodu winnickiego. – Wrócisz do nas, gdy się skończy wojna? – pyta. Julia chce zostać w Polsce. – Tylko czy ja sobie poradzę? – zastanawia się. Boi się zimy. Ogrzać mieszkanie w ogromnym budynku po kasynie wojskowym to na pewno nie będzie prosta sprawa. – Dzieci mi coraz częściej chorują.

Julia.

Koleżanka z Kożuchowa obiecała, że pomoże znaleźć nowe lokum. Tyle tylko, że Polacy, gdy słyszą, że Ukrainka z dziećmi chce wynająć od nich mieszkanie, coraz częściej odkładają słuchawkę. Dzwonię pod numery telefonów z ofert w internecie. Pytam wśród znajomych. Słyszę, że nie są przeciwni uchodźcom, ale Ukraince z trojgiem dzieci nie wynajmą, bo mogą mieć później problem z wypowiedzeniem umowy i pozbyciem się takich lokatorów.

W Kożuchowie mieszkań pod wynajem jest mało. Ceny, w zależności od standardu, wahają się w przedziale od tysiąca do ponad dwóch tysięcy złotych, wliczając opłaty za media. Julia boi się, że pomoc, ta od państwa i od dobrych ludzi, wkrótce może się skończyć. – Gdzie ja pójdę?

Julia na niedzielnym nabożeństwie w kościele w Kożuchowie.

„Jesteś okropna! Polska to nie Ukraina! Wracaj tam, skąd przyszłaś!” – powiedziała uczennica trzeciej klasy podstawówki do Maszy. – Wcześniej dziewczynka musiała usłyszeć takie słowa w domu, od matki – wyjaśnia Julia. Była w sklepie z koleżanką, też Ukrainką, i ta matka szturchnęła koleżankę Julii. – Poszła dalej. Nawet nie przeprosiła.

„Co pięćdziesiąty nauczyciel wskazuje, że połowa lub więcej uczniów/uczennic źle wypowiada się o dzieciach, które przybyły w wyniku wojny, a prawie 9 procent nauczycieli, że wiele uczniów/uczennic mówi o tym, że są niesprawiedliwie traktowane w porównaniu z dziećmi z Ukrainy” – wynika z opublikowanego we wrześniu streszczenia raportu Razem w klasie. Dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Autorzy alarmują: „Te przykładowe wyniki wskazują zatem na ryzyko wykluczenia czy przemocy rówieśniczej kierowanej przeciwko dzieciom z tej grupy”.

Personnel Service, firma rekrutująca pracowników do pracy w Polsce oraz Holandii, przeprowadziła badanie wśród agencji zatrudnienia. Wynika z niego, że 88 procent ukraińskich pracowników w Polsce ma teraz pozytywne lub bardzo pozytywne nastawienie do Polaków, a 63 procent przyznaje, że zmienili tę opinię na lepszą od czasu wojny.

Tymczasem Przemysław Sadura, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, założyciel wspierającej udział obywateli i obywatelek w życiu publicznym Fundacji Pole Dialogu, i Sławomir Sierakowski, socjolog i publicysta, założyciel „Krytyki Politycznej”, przygotowali raport pod tytułem Polacy za Ukrainą, ale przeciw Ukraińcom.

Publikację poprzedziły badania socjologiczne. Autorzy podzielili respondentów na klasę ludową (mieszkańców małych miast i wsi) oraz klasę średnią (mieszkańców dużych miast). Od respondentów nie usłyszeli wielu zarzutów pod adresem Ukraińców związanych z historią, na przykład z rzezią wołyńską. 

Niechęć do uchodźców budzi raczej coraz trudniejsza sytuacja ekonomiczna Polaków i strach przed tym, co jeszcze, poza pandemią, wojną i rosnącą inflacją, może ich spotkać.

„Polacy dotąd narzekali na otaczający ich świat i swoje życie, ale był to świat w miarę uporządkowany i przewidywalny. Z dnia na dzień przestał taki być. Niespodziewanie zaczęły nam spadać na głowę globalne katastrofy” – piszą Sadura i Sierakowski, mając na myśli trzy wspomniane wyżej plagi.

Autorzy raportu stawiają tezę, że „masowe rzucenie się na pomoc uchodźcom to (…) forma radzenia sobie z własnym lękiem”. Polacy się zmęczyli, bo państwo nie pomagało i nie pomaga w wystarczającym stopniu. W konsekwencji nie poradzili sobie z własnym lękiem, a niechęć do Ukraińców mogą w przyszłości przekuć w szykanowanie i poniżanie, zwłaszcza w szkołach.

Jak temu zaradzić? Sadura i Sierakowski oferują rozwiązanie. Polakom trzeba dać prawo do lęku i zmęczenia. Trzeba o tym mówić wprost, ale nie na zasadzie wzajemnego oskarżania, tylko zrozumienia. 

Trzeba cierpliwie tłumaczyć, że uchodźcy nie są zagrożeniem. Trzeba wspomagać integrację realnie, a nie tylko prawnie. Potrzebny jest lider polityczny, który zmierzy się z lękami społeczeństwa. Obywatele, przytłoczeni plagami, domagają się od państwa opieki.

Z raportu wynika, że Polacy oczekują od rządzących „zapewnieni[a] każdemu dostępu do opieki zdrowotnej, zapewnieni[a] godziwego poziomu życia osobom niepełnosprawnym i ich opiekunom oraz zapewnieni[a] dostępu do dobrej edukacji”. 

Tymczasem państwo jest coraz bardziej niewydolne. Rośnie inflacja. Samorządy, przytłoczone kryzysem, muszą ciąć wydatki. Skutkuje to niezadowoleniem mieszkańców z poziomu usług publicznych: „systemu ochrony zdrowia, dostępu do opieki żłobkowej i przedszkolnej, poziomu nauczania w publicznym systemie edukacji” – wyliczają Sadura i Sierakowski. Rosną kredyty i ceny wynajmu mieszkań.

Klasa średnia winą za inflację obarcza świadczenia socjalne. Klasa ludowa wini przede wszystkim pandemię i wojnę. „Tym, co połączyło narracje naszych badanych z klasy średniej i z klas ludowych, okazała się silna niechęć (…) wobec Ukraińców” – piszą autorzy.

Polacy boją się, że utracą pierwszeństwo w dostępie do świadczeń i usług publicznych (opieka zdrowotna i społeczna, edukacja). Pojawiają się zarzuty, że Ukraińcy dostają w pierwszej kolejności miejsce w żłobku, w przedszkolu, wizytę u specjalisty, 500+…

„Mówiąc krótko, teraz jest «sezon na uchodźców», gdy trzeba znaleźć winnego swojej niedoli (…) Ukraińcy stali się ofiarami niezadowolenia z pogarszającej się sytuacji ekonomicznej Polaków. (…) Propaganda rządu, który wszystkie problemy tłumaczy wojną w Ukrainie, odbija się na uchodźcach” – punktują autorzy.

Zielona Góra

Gdy u Krystyny, emerytowanej księgowej z Broniszowa, wsi w gminie Kożuchów, budowlańcy remontowali w lipcu dach domu po pożarze, jeden z robotników, mężczyzna przed sześćdziesiątką, powiedział: „Oni głupoty pokazują w telewizji, tam nie ma aż tak strasznej wojny”. – Co pan opowiada!? – wybuchła wtedy Krystyna. – Moja córka jest nauczycielką! Ma uczennicę, która uciekła z Ukrainy do Polski! Ta dziewczyna w trakcie ostrzału straciła oko! – Mężczyzna wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział. Odezwał się jego syn: – Tata plecie głupoty. Ja na to nie reaguję.

We wrześniu u kosmetyczki w Nowej Soli klientki skrytykowały dbające o siebie Ukrainki. „Skąd one biorą pieniądze?” – pytały jedna drugą, oburzone. Nikt nie zareagował.

Trzydziestoletni Dawid z Zielonej Góry w listopadzie źle się poczuł. Pojechał na szpitalny oddział ratunkowy i kazali mu czekać kilka godzin w kolejce. Wściekł się i wykrzyczał, że to przez Ukraińców.

Przypadki takiej wyrażonej publicznie niechęci do uchodźców są incydentalne. Zazwyczaj wrogość artykułowana jest w domach, wśród swoich, w trakcie rozmów przy stole. Sadura i Sierakowski przestrzegają jednak: „Stan ten może się zmienić, jeśli nikt nie zajmie się problemem nabrzmiewającej niechęci systemowo”.

Wyjście ze szkoły w Kożuchowie.



Jeżdżę do gmin w powiecie nowosolskim i zielonogórskim na sesje i komisje, w trakcie których radni debatują na przykład o remontach dróg i chodników, o kanalizacji, o wzroście cen prądu i gazu, o braku węgla. Jeśli wybrzmiewają dyskusje o Ukraińcach i wojnie, to bardzo sporadycznie i najczęściej dotyczą inflacji.

Radni, również ci z Nowego Miasteczka, nie dyskutują o potrzebie integrowania Polaków i uchodźców. Nie pytają o to, skąd wziąć pieniądze na zatrudnienie psychologa, który pracowałby z Ukraińcami uciekającymi przed bombami do Polski, szukającymi schronienia w okolicznych gminach. Gdy pytam o powody, burmistrzowie, wójtowie i radni odpowiadają, że budżety są przeciążane kolejnymi obowiązkami zrzucanymi przez rząd na samorządy, więc nie stać ich na opłacenie psychologa.

Tymczasem Nowe Miasteczko huczy od plotek o Ukraińcach z zajazdu. W bibliotece (w domu kultury):

– Tu chyba nikt z tubylców nie pójdzie do nich i nie powie „Chodźcie do nas!”. Wie pan, jak to jest z ludźmi. Żyją w swoich enklawach, pozamykani. Sąsiad z sąsiadem nie chce rozmawiać, a co dopiero z ludźmi z Ukrainy.

– Przez nich teraz taka drożyzna!

– Sytuacja pod tytułem „lepienie pierogów”, a panie z Ukrainy, że tak powiem, mają to w nosie. Nie wiem, czy to nie jest troszeczkę tak, że one są roszczeniowe. Na zasadzie „mi się należy i już”. Kucharki z zajazdu mówiły.

W piekarni:

– Ja ich po prostu nie widzę, tych Ukraińców. Nie widać ich w okolicy.

– Są, cały czas. Chodzą do Dino i do Biedronki.

– Za nic się nie wezmą, za żadną pracę. Oni nawet nie umieją zamiatać. Tak ciągną za sobą szczotkę. Kobieta, która ma dom przy zajeździe, mówiła.

W kwiaciarni:

– Przyjeżdża do Ukrainki mąż i przychodzi po wielki bukiet. Nas, Polaków, nie stać na takie bukiety.

– Polak nie pójdzie sobie whisky kupić, a oni kupują. Mówił mi ktoś z zajazdu.

– Urodne są. Ubiory mają takie wyzywające. Polski mężczyzna, nawet żonaty, zwróci uwagę i coś się może wydarzyć.

Pusto w mieszkaniu

Ludmiła przyjechała do Polski pięć lat temu.

Ludmiła, trzydziestosześcioletnia baristka z Zielonej Góry, potrafi rozpoznać ludzi, którzy uciekli przed bombami do Polski. – Milczą i mają smutne oczy – wyjaśnia.
W lutym zorganizowała zbiórkę na Facebooku, żeby wyprawić Wiaczesława na wojnę. – Ludzie przynieśli wojskowe buty, ciepłe kurtki, śpiwory.
– Wiaczesław, zawodowy kierowca, wrócił z trasy, żeby ruszyć na front. Przecież miał doświadczenie, walczył w 2014 roku na Donbasie. Gdy wyjeżdżał do Ukrainy, powiedział do Ludmiły: „Nie płacz. Nie chcę tego widzieć”. Gdy jego bus zniknął za zakrętem, zaczęła płakać i nie przestała do dziś.

Wspólne, rodzinne fotografie Ludmiły i Wiaczesława.

Pięć lat temu przyjechała do Polski. Planowała zarobić i wrócić do Ukrainy. Została dla Wiaczesława. Mieszkali w tym samym motelu. – Wszedł do pokoju. Powiedział „Będziesz moja”. Troszczył się o mnie. Ja przy nim wszystko miałam. Tłumaczył, gdzie pójść, co w jakim urzędzie załatwić, ale nigdy nie prowadził za rękę.
– Wyprawiłam Wiaczesława na wojnę, bo nie miałam wyboru – opowiada. W naszym życiu nie było ani razu tak, żebym zrobiła coś przeciwko niemu. Może to dziwne, że nie zapytałam „Czy chcesz tam jechać?”, tylko „kiedy?”. Oczywiście, że nie chciałam, żeby jechał na wojnę. Ale on przecież mówił, że nie będzie mógł patrzeć w lustro, jeśli tu zostanie.

Codziennie rano i wieczorem dostawała od niego esemesy. Co dwa dni dzwonił i rozmawiali przez kilka minut. – Zawsze mówił, żebym się nie martwiła, że wszystko u niego w porządku. – Śledziła doniesienia o wojnie. Radio, telewizja, internet – wszędzie wojna. Gdy telefon Wiaczesława milczał trzeci dzień, zaczęła przeglądać Telegram, darmowy, szyfrowany komunikator internetowy. – Mogłam przeczytać, kto nie żyje, kto zaginął albo dostał się do niewoli. A później Wiaczesław dzwonił i mówił, że wszystko okej. Zawsze dotrzymywał słowa. Co obiecał, to zrobił. Gdy wyprawiałam Wiaczesława na wojnę, obiecał, że wróci, jeśli będę na niego czekała. To był ten jeden raz, kiedy nie dotrzymał danego mi słowa.

Wiaczesław był snajperem. Zginął w połowie kwietnia podczas ostrzału, raniony odłamkiem.

Ludmiła.

Przyjaciele zawieźli Ludmiłę do Prze­myśla. Stamtąd pojechała pociągiem do Kijowa i dalej, do jego miasta. – Wolontariusze przywieźli jego ciało. Klękali nawet obcy ludzie. – Pożegnała Wiaczesława w kostnicy. – Miał taką minę, jakby był na mnie zły. Przecież jak jechał na wojnę, to kazał mi zostać w Polsce, żebym była bezpieczna.

Do trumny włożyła setkę wiśniowej Soplicy, paczkę papierosów, naboje. Na oczy Wiaczesława położyła monety. A później pojechała do punktu poborowego, żeby ją wysłali na front. – Straciłam wszystko i nie chciałam już żyć. Nie pozwolili mi jechać – mówi. Wróciła do Polski.


Nie wszyscy Ukraińcy mogą liczyć w Polsce na pomoc systemową. Gdy Wiaczesław zginął na froncie, Ludmiła została sama. Mieszka w Polsce od pięciu lat, więc system kwalifikuje ją jako „imigranta zarobkowego”, a nie „uchodźcę”. Nie jest też w świetle prawa wdową, skoro nie byli z Wiaczesławem małżeństwem. W systemie nie ma miejsca na emocje. Ludmile, według systemu, nie należy się nic.

Zwłaszcza pierwsze tygodnie po śmierci Wiaczesława były dla niej trudne. Z powodu bólu niekiedy nie chodziła do pracy. – Nie byłam w stanie – przyznaje. Mogła liczyć na pomoc ukraińskich przyjaciół. – Wspierali mnie przede wszystkim psychicznie, mogłam u nich mieszkać – opowiada. – Bo wchodziłam do naszego pokoju i on nie był już nasz. To był pokój bólu. Wszędzie rzeczy po Wiaczesławie.

W czterdziestym dniu żałoby Ludmiłę odwiedzili przyjaciele, żeby pożegnać duszę Wiaczesława. – Zapraszamy przyjaciół i rozdajemy im rzeczy po zmarłym. W Polsce nie ma tego zwyczaju.

W dzień, w którym się poznali, Wia­czesław miał na sobie czarną, skórzaną kurtkę. – Oddałam tę kurteczkę. Wciąż miała jego zapach. Oddałam jego wędkę i narzędzia. Był złotą rączką, wszystko potrafił zrobić. Dla siebie zostawiłam kilka koszulek, które teraz noszę, jego nóż i flagę Ukrainy z podpisami żołnierzy, którą przywiózł z frontu jeszcze w 2014 roku.

Ludmiła wraca z pracy i stara się być tak bardzo zmęczona, żeby od razu zasnąć. Zamyka oczy. – Boże, zrób tak, żeby tego wszystkiego nie było, żeby nie było wojny – mówi. Wracając z pracy, myśli, co przygotować dla Wiaczesława na obiad. Rozgląda się po mieszkaniu, a tam pusto.

Chwyta za bransoletkę od niego. – W ten sposób próbuję zrozumieć, w którym ja świecie teraz jestem. Po chwili w głowie robi się jasno. I nagle znowu czuję ból. Przestaję widzieć. I płaczę. Coraz głośniej. Nawet w autobusie. Ludzie podchodzą, pytają, czy coś się stało. Mówię, że zostałam wdową. Pytają, czy mogą jakoś pomóc. Mówię, że nie. Bo tu nie da się pomóc.

 

 Ludmiła na ręku nosi bransoletkę od Wiaczesława i ma wytatuowane jego przezwisko „Faza”.

We wrześniu znowu pojechała do Ukrainy. Nie myślała o bombach. – Odwiedziłam grób Wiaczesława i nie poznałam tego miejsca. Tyle przybyło tam grobów. – Zawiozła ukochanemu śliwki w czekoladzie, jego ulubione. – W Ukrainie na grobie bliskiej osoby zostawiamy na przykład cukierki. Jeśli duch zmarłego przyśle dzieci po te słodkości, to będzie znak, że teraz jest szczęśliwy. – Wierzyła, że pójdzie na grób Wiaczesława i to jej pomoże. – Zawsze powtarzaliśmy: „Mój dom jest tam, gdzie ty”. Nad grobem zrozumiałam, że mój dom teraz jest w Polsce. Tu mam wszystkie wspomnienia związane z Wiaczesławem.

Później pojechała nad Dniepr, do rodziców. Ludmiła pokazuje mi na mapie w telefonie południowo-wschodnią część Ukrainy. – Tam obwód zaporoski, tam okupowane terytoria, a tam wioska moich rodziców – tłumaczy. Wioski nie widać na mapie. Rodzice Ludmiły z obawy przed bombami śpią na workach z ziemniakami, w piwnicy. – Tam tylko dwie ulice. Przy jednej stoi dziesięć domów, a przy drugiej pięć. Tam z każdej strony latają rakiety. Tam prawie sami emeryci. Rodzice mają po sześćdziesiąt siedem lat. Mają krowę i nie chcieli tej krowy zostawić. Mają w mieście mieszkanie. Mama tak się bała, że w końcu pojechała na trochę do miasta. Ale ojciec od początku siedzi z tą krową. Ktoś powie, że to tylko krowa. A dla rodziców to część rodziny. To mleko, to pieniądze, to życie.

Przytuliła mamę, ale to nie było takie tulenie jak kiedyś. – Mama tak bardzo schudła, że już prawie jej nie ma. Nie wytrzymałam tam. Wróciłam do Polski. Rodzice nie chcieli jechać. Nawet gdybym siłą wpychała do samochodu, to i tak by nie wsiedli – mówi.

Kilka dni później na obwód zaporoski spadły kolejne pociski, głównie na budynki mieszkalne. Zginęły kobiety i dzieci. Szesnaście rakiet trafiło w konwój z pomocą humanitarną, na parking, z którego wyruszała kolumna. Zabiły trzydzieści osób. Jedna z rakiet spadła kilkanaście metrów od bloku, w którym rodzice Ludmiły mają mieszkanie. Z okien wypadły szyby. Przed blokiem wybuchł pożar.

W Ukrainie została też siostra Ludmiły. – Siostra ma dwie córki i wnuczka. Prosiłam „Uciekajcie do Polski!”. Ale nie chciały jechać. Siostra mówi „Tu mój dom”. Ja wtedy pytam „Co ty zrobisz, jak przyjdą raszyści?”. Zamordowali mi ukochanego na wojnie. Co ja zrobię, jeśli zamordują rodziców i siostrę?

Kobiety, które czekają

Rusłana w kuchni w swoim mieszkaniu w Kożuchowie.

Szkolna świetlica to dziś jedyny świat, w którym Rusłana potrafi się uśmiechać. Świat poza szkolnymi murami to grupy na Telegramie. Zakładają je ukraińskie kobiety: matki, żony, siostry i córki, których mężczyźni trafili do rosyjskiej niewoli. O tym, że Władysława pojmali Rosjanie, Rusłana dowiedziała się z internetu. – W marcu, tydzień po przyjeździe do Polski, zobaczyłam męża wśród innych jeńców na nagraniu, które opublikowali Rosjanie.

 

Rusłana należy do grupy na Telegramie zrzeszającej rodziny żołnierzy z brygady, w której walczył Władysław. – W tej brygadzie na początku było trzy tysiące żołnierzy. W naszej grupie jest już ponad dwa i pół tysiąca kobiet – mówi. Wklejają zdjęcia pojmanych synów, mężów, braci i ojców, sióstr i córek. „Czy ktoś go widział?”, „Czy ktoś wie, co się z nią teraz dzieje?”, „Czy żyje?” – te pytania wybrzmiewają codziennie i najczęściej pozostają bez odpowiedzi. Przecież pozostałe kobiety nie mogą tego wiedzieć. No, chyba że odzyskały już swoich bliskich. Z brygady Władysława do października wróciło tylko kilku mężczyzn.

Od matki jeńca, który miał szczęście i wrócił, najprawdopodobniej wymieniony za rosyjskiego żołnierza, Rusłana się dowiedziała, że jeszcze w kwietniu słyszał, jak ktoś, chyba rosyjski żołnierz, wołał na korytarzu jej męża po nazwisku. Później takiego wołania nie usłyszał już ani razu. – To może znaczyć, że Władka wywieźli w głąb Rosji – podejrzewa Rusłana. Nie traci jednak nadziei. Przecież w lipcu, z pomocą pracownic oddziału Czerwonego Krzyża w Nowej Soli dowiedziała się, że jej mąż najprawdopodobniej wciąż żyje, bo nie ma dowodu na to, że go zamordowali.

Jedna z matek opisała historię swojego syna. Zadzwoniła komórka. Na ekranie wyświetliło się jego imię. W słuchawce usłyszała głos rosyjskiego żołnierza. Znalazł ciało. Obok leżał telefon. Żołnierz w spisie numerów zobaczył słowo „mama” i kliknął. Poprosiła, żeby przysłał dowód – zdjęcie jej martwego syna. Przysłał. Poprosiła, żeby wykopał dół i pochował. Wtedy rosyjski żołnierz wyłączył telefon. Matka nie wie do dziś, czy ciało syna spoczywa w grobie.

W kolejnej grupie, do której należy Rusłana, wstawiane są zdjęcia żołnierzy z nagrań opublikowanych przez Rosjan. Wiele zdjęć to brutalne obrazy. Widać ciała w zakrwawionych mundurach. Leżą w błocie albo pod ścianą w piwnicy, niektóre okaleczone. Rusłana uodporniła się na tego typu obrazy. – Tyle łez wylałam, nie jestem już w stanie płakać. – Przesuwa palcem po ekranie telefonu. Codziennie ogląda zdjęcia i boi się, że dojrzy ciało w czarnym swetrze zapinanym pod szyję. Zwraca uwagę na stopy. Władysław, gdy trafił do niewoli, być może miał na sobie te wodoodporne skarpety, które kupiła we Lwowie. Boi się, że nie rozpozna męża po twarzy, skoro na wojnie człowiek w kilka dni potrafi postarzeć się nawet o kilka lat.

Szybciej starzeją się też kobiety, które czekają. Na ich twarzach pojawiają się zmarszczki. Ze stresu siwieją im włosy. Rusłanie, odkąd pojmano jej męża, ubyło dziesięć kilogramów.

Jeniec, który wyszedł na wolność, opowiedział matce, a ona to opisała na Telegramie, że pojmani dostają dziennie 250 gramów suchej kaszy i odrobinę wody. Rusłana chciała wiedzieć, czy tak żywiony człowiek jest w stanie przeżyć przez kilka miesięcy. Skontaktowała się z dietetyczką. „Czy mój mąż byłby w stanie to przetrwać?” – zapytała. Usłyszała, że tak, ale zdrowie takiego człowieka na pewno jest zrujnowane.

Rusłana dobiera buty na zimę dla Janinki.

Później pojechała z córkami do galerii handlowej. Starszej kupiła nową kurtkę. Zosia chodzi do siódmej klasy. Chce wyglądać jak rówieśniczki z Polski. Rusłana dla siebie znalazła bluzkę, przecenioną. Przymierzała cztery razy. – Leżała świetnie. Potrzebowałam tej bluzki, ale nie kupiłam. Pomyślałam o mężu, który od kilku miesięcy chodzi w tym samym ubraniu, i poczułam, że ta bluzka mnie gryzie – opowiada. Wchodziła do kolejnych sklepów w galerii. Dotykała pięknych przedmiotów. Przez chwilę nie myślała o wojnie. – Gdy nie myślę o Władku, zaraz coś ściska mnie za serce, za żołądek. Głowa boli jak po zderzeniu ze ścianą. Wracam do domu. Zasypiam. Budzę się. – Rusłana włącza Telegram. Przesuwa palcem po ekranie telefonu. – Spotykam tam wiele osób takich jak ja. Piszą o tym, co je spotkało. O swoim bólu. Kobieta z małej wioski nie chce, żeby grała muzyka. Zginął jej syn, a sąsiedzi żyją normalnie. Wychodzą z domu, jadą do pracy, wracają. Pisze, że to niesprawiedliwe, że jej syna zabrali na front, żeby walczył i zginął, a sąsiad jest w domu, z rodziną. Ona straciła ukochane dziecko, a dla świata zginął po prostu kolejny Ukrainiec, jeden z wielu tysięcy.

Rusłana na zakupach z córkami.

We wrześniu napisała do papieża Fran­ciszka. Ukrainka, która pracuje w Rzymie i też należy do grupy na Telegramie, bo jej brata pojmali Rosjanie, zaniosła list Rusłany do Watykanu. Znalazła tam kogoś, kto zapewnił ją, że list trafi do rąk papieża.

„Wasza Świątobliwość! – napisała Rusłana. – My, rodziny dotknięte wojną rosyjską w Ukrainie, prosimy o pomoc. Nasi synowie są w niewoli rosyjskiej od sześciu miesięcy. Nie mają odpowiednich warunków pobytu, które są zapewniane przez konwencje genewskie. Są bici i głodują, wywierana jest na nich presja psychologiczna. Międzynarodowy Czerwony Krzyż nie ma dostępu do miejsc przetrzymywania naszych jeńców wojennych. Pomóż nam! Porozmawiaj z krewnymi więźniów z Ukrainy. Porozmawiaj z przywódcami Rosji. Kościoły i cerkwie w Ukrainie pełne są modlitw i błagań matek, sióstr, kobiet i dzieci”.

Papież od początku wojny potępiał zabijanie cywilów i apelował o pokój, długo jednak nie mówił wprost o tym, kto jest za to odpowiedzialny. Winą za wybuch wojny obarczał między innymi „międzynarodowy przemysł zbrojeniowy”. Powtarzał tezy Kremla, podając w wątpliwość słuszność zaopatrywania ukraińskich wojsk. Dopiero z biegiem czasu, po napływających z całego świata głosach potępienia, stał się bardziej krytyczny wobec Moskwy. Wciąż jednak nie wspomina o Władimirze Putinie. W listopadzie, w wywiadzie dla wydawanego przez amerykańskich jezuitów magazynu „America”, wyjaśnił, że nie wymienia z nazwiska prezydenta Rosji, bo „nie jest [to] konieczne”.

Rusłana przytula sweter Władysława, ten wojskowy, w którym uciekła do Polski. – Często w nim chodzę. Śpię w nim.

Kto wrócił, kto zostaje

Nazar pokazuje nagranie w telefonie z konkursu recytacji wierszy w Ukrainie, w którym brał udział.

Jesienią pod zajazd w Nowym Miasteczku przyjechał bus. Zabrał do Ukrainy Sofię, córkę Oksany i Jurija. Wróciła pod Kijów, żeby opiekować się babcią i prababcią, które tam zostały. A kilka dni później, na początku października, na stolicę Ukrainy znowu spadły bomby. Uderzyły w ukraińskie obiekty infrastruktury krytycznej, pogłębiając kryzys humanitarny. Nasiliły się problemy z dostawą prądu i wody. Sofia przysyła filmy. Widać na nich rakiety. Lecą w stronę Kijowa, nad dachami okolicznych domów. Sofia powiedziała ojcu, że wraca do Ukrainy, dopiero dwa dni przed swoim wyjazdem, żeby nie zdążył przyjechać z Holandii i jej powstrzymać. – Nie pozwoliłbym córce tam wrócić – zarzeka się Jurij.

– Córka tęskniła za Ukrainą, za domem, tęskniła za babcią, z którą jest bardzo związana, więc pozwoliłam jej jechać – mówi Oksana. – Sofijka jest odpowiedzialna, bardzo dobrze się uczy, w pół roku opanowała język polski, zna angielski, ona jest tak dojrzała emocjonalnie, jakby miała dwadzieścia pięć lat… Przecież nie mogłam zabronić jej jechać. A teraz mam serce rozdarte na pół.

Iwan, syn Oksany, chwali się piątkami, jakie dostał w polskiej szkole.

Oksana nie wróciła z córką do Ukrainy. Została w Polsce dla syna. – Iwan ma siedem lat. On jest za mały. Nie powinien słyszeć huku bomb i uciekać do piwnic. – Chłopiec dobrze sobie radzi w szkole. Szybko nauczył się czytać po polsku. Pokazuje zeszyty z ćwiczeniami. Z liczenia i czytania ma prawie same piątki i szóstki. Z pisaniem idzie mu tylko trochę gorzej. Oksana jest z synka dumna. Razem uczą się z podręcznika pierwszoklasisty.

Kobieta martwi się o Sofię. W grudniu w mediach wybrzmiała informacja, że Rosjanie szkolą dziesiątki tysięcy rekrutów, żeby uderzyć na Kijów. Chce z powrotem ściągnąć córkę do Polski. – Tylko w jaki sposób? – pyta. – Czy Sofia może sama przekroczyć granicę?

Zeszyt Iwana z polskiej szkoły.

Kontaktuję się z podporucznikiem Pio­trem Zakielarzem, rzecznikiem prasowym Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej. – Jeśli Sofia, gdy przebywała w Polsce, wyrobiła numer PESEL, to może wyrobić online elektroniczny dokument, który powinna przedstawić podczas kontroli – podpowiada Zakielarz. – Osoby nieletnie zgodnie z kodeksem Schengen mogą samodzielnie przekroczyć granicę. Natomiast my weryfikujemy każdą taką sytuację, kontaktując się z rodzicem lub innym opiekunem prawnym.

Oksana namawia córkę do powrotu. – Oby tylko Sofijka żywa była – mówi.

 


Nazar nie pojechał na wojnę. Ma trzydzieści lat. W Polsce mieszka od siedmiu. Jest budowlańcem spod Iwano-Frankiwska. – Do dziś mnie boli, że nie wróciłem do domu, żeby walczyć. Ale zadzwonili rodzice. Powiedzieli: „Zostań w Polsce, bo z czego będziemy żyć?”. Zamiast mnie na wojnę poszedł tata.

Ojciec dzwoni do Nazara. Rozmawiają o pracy. – Jak zdrowie? Jadłeś coś? – pyta Nazar. – Tata nigdy mi prawdy nie powie. Ale wiem, że walczy w najbardziej zapalnych regionach. Kiedyś zadzwonił i powiedział: „Synu, mogę nie wrócić”.

Gdy wybuchła wojna, Nazar jeździł codziennie pod polsko-ukraińską granicę. – Przez trzy tygodnie zabierałem stamtąd matki z dziećmi i wiozłem do ludzi, którzy oferowali im schronienie. – Alinę i pięcioletniego Mikołaja, jej synka, którzy uciekli spod Mikołajowa, zawiózł do siebie, do mieszkania wynajmowanego w Kożuchowie. – Wziąłem odpowiedzialność za ich los i wtedy poczułem się potrzebny – opowiada.

Alina, gdy zamieszkała u Nazara, przez miesiąc nie wychodziła do ludzi. – Nie potrafiłam przestać myśleć o bliskich, którzy zostali w Ukrainie. Załamałam się, zupełnie jak osiem lat temu, gdy zmarła moja ukochana córeczka. Niby funkcjonowałam, a w głowie miałam czarne myśli. Osiem lat temu pomogli mi mama i przyjaciel. Teraz pomógł Nazar. – Ten mobilizował Alinę do życia: – Często wystarczyło dobre słowo. Ale bywało i tak, że musiałem Aliną potrząsnąć.

Po miesiącu wyszła przed blok, do marketu. – Zaprowadziłam synka do przedszkola. Poszłam z nim na plac zabaw, do parku. Znalazłam pracę przy produkcji parkietów. Ja to wszystko robię dla synka, funkcjonuję jak na autopilocie, bo wierzę, że ta wojna się skończy – mówi Alina.

Nazar wierzy, że jego ojciec wróci z frontu żywy. – Jak tata przyjechał do domu, na pięć dni, na przepustkę, to tak mocno modliłem się o to, żeby został w domu dłużej, choćby o jeden dzień. I został. Ja nie twierdzę, że Bóg istnieje. Nie twierdzę, że Boga nie ma. Ale w takich chwilach naprawdę można w niego uwierzyć.

 

Nazar w swoim mieszkaniu.

Sto osób dziennie prosi o pomoc

Daria i Slawik w swojej restauracji w Zielonej Górze.

Mają po dwadzieścia siedem lat. Prowadzą restaurację i kawiarnię w Zielonej Górze. W Polsce zamieszkali w 2016 roku. Na luty zaplanowali podróż do Ukrainy. Ustalili, że jeśli wojska rosyjskie rozpoczną inwazję, to Daria wróci do Polski, a Slawik tam zostanie. Przejeżdżali w pobliżu granicy z Białorusią, gdy nad dachem ich samochodu zaczęły latać śmigłowce. Chcieli odwiedzić Kijów, ale spadały już bomby, więc polnymi i leśnymi drogami popędzili na południe, do bliskich.

Koleżanka Darii uciekała z trzyletnim synkiem do Polski. – Stała z tym synkiem na mrozie. Wtedy poczułam ulgę, że nie mam jeszcze dzieci. – Kilka dni później Daria też stała na mrozie, gdy przekraczała polsko-ukraińską granicę. Zna język polski, więc była przewodniczką dla kilku uciekających kobiet i ich dzieci. Slawik został w Ukrainie. Jako wolontariusz wywoził z obwodu mikołajowskiego ludzi, którzy nie mieli czym uciec. – Dzwoniło nawet sto osób dziennie. Prosili o pomoc. W pierwszej kolejności zabierałem kobiety w ciąży i dzieci, te najmniejsze. – Każdy kurs to było półtora tysiąca kilometrów w dwie strony. W miesiąc przejechał ponad 40 tysięcy kilometrów. To tak, jakby objechał kulę ziemską wzdłuż równika. – Wieźliśmy z kolegami, też wolontariuszami, trzydzieścioro niemowląt. Krzyczały i płakały. Były głodne, przestraszone… – Gdy nie było już kogo wywozić, zaczął dostarczać na front dary dla żołnierzy, które przywoził z Polski.

Gdy jechał na pierwszą przepustkę, którą dostał jako wolontariusz, przekroczywszy polsko-ukraińską granicę, zatrzymał się, wyszedł na drogę i odetchnął. – Zobaczyłem żółto-niebieskie flagi. Powiewały na polskich domach, obok flag biało-czerwonych. – Po kilku dniach wracał do Ukrainy samochodem po brzegi wyładowanym darami. Gromadziła je Daria w swojej restauracji.

W sierpniu, gdy wracał po drugiej przepustce, wiózł do obwodu mikołajowskiego głównie suchy prowiant. Dawniej w każdym miesiącu robił przynajmniej pięć kursów z obwodu mikołajowskiego pod granicę, żeby odebrać to, co przyjechało z zielonogórskich magazynów.

– Teraz robię co najwyżej jeden kurs, bo pomocy jest coraz mniej, magazyny zaczęły znikać. Ludziom trzeba cały czas przypominać o wojnie – apeluje we wrześniu Slawik. – Trzeba krzyczeć, że zagraża wszystkim. Przyjechałem do Polski na kolejną przepustkę i nie ma już naszych flag. Usłyszałem, że przez Ukrainę ciężko się teraz żyje, że ceny rosną, że inflacja, że kryzys. Proszę, nie mówcie, że wszystko przez Ukrainę. My bronimy nie tylko swojego kraju. Polski bronimy i Litwy, i Łotwy, i Estonii… Niech już ta wojna będzie u nas, ale wszystkie kraje muszą pomagać. Bo jeśli Ukraina nie wytrzyma, który kraj będzie następny?

Slawik i Daria organizują zbiórki w internecie. Za to, co zebrali w listopadzie, udało się kupić dwadzieścia kompletów bielizny termicznej (235 złotych za sztukę), dwadzieścia trzy czapki polarowe (35 złotych za sztukę), trzy pary skarpet zimowych (43 złote za parę). Slawik zawiózł te ubrania na front.

Putin się nie zatrzyma. Jest jak Hitler.

Daria i Slawik w Polsce zamieszkali w 2016 roku.

 


Daria, żeby utrzymać restaurację i kawiarnię, pracuje co najmniej dwanaście godzin na dobę. Od marca, odkąd wróciła do Polski, do grudnia miała tylko kilka dni wolnego. Żeby nie myśleć o wojnie, otwiera szafę i przypomina sobie, że przed wybuchem wojny kupiła strój kąpielowy. – Planowaliśmy wakacje w Egipcie. – Jest ze Slawikiem od ośmiu lat. – Odkąd przyjechaliśmy sześć lat temu do Polski, cały czas byliśmy razem. Praca, dom, spotkania ze znajomymi. Zawsze razem.

Ma ukraińsko-rosyjskie korzenie. – Babcia mieszkała pod Moskwą. Zmarła dwa miesiące przed wojną. Szczęście, że tego nie widzi – mówi Daria. Pamięta opowieści o wojnie. – Słuchałam jako mała dziewczynka i myślałam, że to tak dawno temu. Byłam pewna, że moje pokolenie nigdy czegoś takiego nie doświadczy. A teraz historia zatacza koło. Kiedyś, w przyszłości, jako babcia, też będę opowiadała o wojnie.

Dzwoni do Slawika i pyta: – Pamiętasz, że pojedziemy nad morze, jak tylko skończy się wojna? – I zachęca: – Idź do restauracji, poczujesz się jak w domu. – Później pyta: – Jak było? – Slawik odpowiada: – Jadłem, a okna się trzęsły.

Daria próbuje odciągać myśli Slawika od wojny. – Jako wolontariusz wozi kolegów na front. Boję się, że jego ta wojna pochłonie, że zostanie tam, żeby walczyć. Przed inwazją mówił: „Jestem za młody, będę się trzymał z dala od frontu”. Teraz Daria pyta: – Dlaczego ty tam jeździsz? – Slawik odpowiada: – Jeśli nie ja, to kto?

Zielona Góra.

Slawik dzwoni do Darii i mówi, że przeszedł niedawno szkolenie. Brało w nim udział wielu młodych ludzi, nawet szesnastolatków. Mówi, że powinni uczyć się matematyki, fizyki i chemii. Powinni chodzić na imprezy, do kina i przeżywać pierwsze miłości. Ale jest wojna, więc uczą się na szkoleniach, jak wybudować schronienie, żeby przetrwać ostrzał. Uczą się używać granatów, rozpoznawać po dźwięku kierunek, w którym leci rakieta, oraz co mają robić, gdy spadnie bomba chemiczna.

Jest lipiec. Slawik czeka na moment, w którym dadzą mu broń. – Czasami przejeżdżają nasze czołgi. Albo ruskie, na przyczepach, zdobyte na froncie. Latają śmigłowce. Alarmy bombowe wyją sześć razy na dobę. Wtedy sklepy się zamykają, restauracje, nic nie działa. Człowiek słyszy huk. Podnosi głowę. Widzi śmiercionośną rakietę, która waży tonę. Z naszej perspektywy wygląda jak papieros. Rakieta przelatuje. Człowiek idzie dalej. Czy to zobojętnienie? A może przyzwyczajenie?

Jest wrzesień. Slavik stara się żyć w miarę normalnie i czeka. – Mam plany na całe życie. Chcę się rozwijać! Chcę wrócić do Polski, do żony, do przyjaciół i dalej prowadzić mój biznes. Ja nie chcę… Ja po prostu nie chcę umierać. Czy chciałbym chwycić za broń? Nie! Czy boję się tego? Nie boję się. Gdy przyjdzie moja kolej, pojadę na front, a wtedy ktoś zajmie moje miejsce. I będzie czekał jak ja dzisiaj.

W grudniu przyjechał na kolejną przepustkę do Polski. Jest zawiedziony postawą Europejczyków. – Tak szybko zapominają o wojnie. – Rozczarowała go przede wszystkim postawa Ukraińców, tych, którzy wyjechali i nie pomagają Ukrainie. Ustalił z Darią, że od stycznia będzie robił wszystko, żeby częściej przyjeżdżać do Polski. – Na prowadzenie biznesu zaciągnęliśmy kredyt. Nie mogę zostawić żony z długami. Marzymy o dziecku. Ja chcę żyć! – mówi.

W Ukrainie zebrał szczątki pocisków. – Przywiozę je do Polski, żeby prezentować w Zielonej Górze na wystawach. – Wierzy, że w ten sposób przykuje uwagę ludzi, którzy być może zechcą pomagać potrzebującym rodzinom z Ukrainy. Zebrane dary Slawik woziłby do Ukrainy.

 

Zdjęcie z boiska ze śladem po bombie

W grudniu 2022 roku w trakcie sesji rady miasta prezydent Zielonej Góry Janusz Kubicki przedłożył radnym do przegłosowania uchwałę o zawieszeniu budżetu obywatelskiego w tym mieście. Powód? Realizacja „zadań związanych z pomocą obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa”. Z uzasadnienia uchwały wynika, że pracownicy samorządowi i aktywiści są zaabsorbowani pomaganiem Ukraińcom, natomiast firmy, choćby budowlane, borykają się z brakiem rąk do pracy, między innymi z powodu wyjazdu Ukraińców na wojnę. Uzasadnienie wskazuje też na „nieustabilizowaną sytuację finansową miasta”. W miejskim budżecie brakuje na oświatę i na podwyżki dla pracowników. – Nie chcę oszukiwać, że na wszystko nas stać. Nie, nie stać – powiedział prezydent w trakcie sesji.

Na zawieszenie budżetu obywatelskiego pozwala artykuł 112 specustawy, który brzmi: „W związku z realizacją zadań związanych z pomocą obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa, rada miasta na prawach powiatu może podjąć uchwałę o (…) nieprzeprowadzeniu konsultacji społecznych w formie budżetu obywatelskiego”.

– Czy taki przepis w specustawie i wykorzystywanie go przez samorządy nie obudzi w Polakach niechęci do Ukraińców, że przez nich nie będzie budżetu obywatelskiego, czyli na przykład remontu boiska, nowych ławek, lamp i tak dalej? – Marcin Pabierowski, opozycyjny radny z Zielonej Góry, pytał na grudniowej sesji.

W kilkuminutowym wystąpieniu wytknął prezydentowi, że chce zlikwidować budżet obywatelski, że zasłania się Ukraińcami, a jednocześnie lekką ręką planuje wydać 100 milionów złotych na planowaną od lutego 2022 roku przebudowę miejskiego kąpieliska. „Mógłby pan te pieniądze wpompować właśnie w rozwój [miasta – przyp. M.S.] i pomoc Ukraińcom” – zwrócił się do prezydenta Kubickiego. Zauważył przy tym, że budżet obywatelski miał opiewać na 6,5 miliona złotych, czyli stanowić raptem nieco ponad pół procenta ponadmiliardowego budżetu miasta.

Kubicki nie odpowiedział radnemu. Nieco wcześniej, zanim Pabierowski zabrał głos, prezydent odniósł się do kwestii Ukraińców. Poinformował, że w szkołach zielonogórskich uczy się półtora tysiąca ukraińskich dzieci. – Jak państwo myślicie? Pieniądze na to są skąd? Z kosmosu czy z powietrza? – zapytał ironicznie. I przypomniał, że mieszkańcy i samorząd włożyli ogromny wysiłek w pomoc uchodźcom z Ukrainy. Przypomniał, że wojna cały czas trwa i ponosimy jej konsekwencje.

Radni z klubu prezydenta (KWW Janusz Kubicki – Bezpartyjni), Robert Górski i Rafał Kasza, zaatakowali Pabierowskiego na Facebooku. Ogłosili, że nastawia Polaków przeciwko Ukraińcom, bo chce tym pierwszym odebrać kąpielisko, żeby pomagać tym drugim. Zamieścili fotomontaże, w tym przedstawiający twarz radnego z flagą Ukrainy z lewej strony i znakiem „STOP” z prawej. Zasugerowali, że chce całe sto milionów złotych przeznaczyć dla Ukraińców. Kasza zwrócił się w poście do mieszkańców: „100 milionów z moich, Twoich, Naszych pieniędzy dla Ukraińców w Zielonej Górze – czyli co? Mamy im kupować domy, wysyłać na wczasy, płacić za nich rachunki!?”.

„Dodam tylko, że jako mieszkańcy Zielonej Góry zdaliśmy celująco egzamin z pomocy uchodźcom z Ukrainy” – pochwalił się na swoim profilu Górski. Po czym zapytał: „Może już wystarczy?”. I dodał: „Większość uchodźców znalazło już pracę i mieszkanie. Jak radny Pabierowski chce im dalej pomagać za 100 milionów? Kupi im i rozda mieszkania kosztem modernizacji kąpieliska w Ochli?”.
Komentarz pod jednym z wpisów zamieścił Kubicki. „Czy to da się zrozumieć, co myśli radny Marcin Pabierowski? Chyba on już w kosmos odleciał. Ukraina jest ważna, wojna to coś strasznego” – zgodził się. By następnie wypalić: „ale bez przesady z tym pomaganiem”. Kubicki ma broń w postaci zależnych od niego mediów, w tym portali internetowych oraz obserwowanych przez tysiące ludzi profili na Facebooku, które powielają narrację radnych Górskiego i Kaszy.

Na Facebooku, na profilu portalu pościgi.pl ozdobionego flagą ukraińską na znak solidarności z tym krajem, pod linkiem do tekstu o Pabierowskim mieszkańcy Zielonej Góry i okolic, przeważnie ludzie młodzi i w średnim wieku, matki, ojcowie, absolwenci wyższych uczelni i szkół technicznych oraz zawodowych, pracownicy fizyczni i umysłowi, zostawili sto komentarzy (pisownia oryginalna).

Katarzyna (absolwentka prywatnej wyższej uczelni): „Skończcie z ta UKRAINA. W PKO Bp już nawet język sam się zmienia na ukrainski. A z tego co mi wiadomo jesteśmy w Polsce”.

Łuki (z Nowogrodu Bobrzańskiego): „Ukraińcy i tak za dużo od nas dostali, pora wracać do siebie”.

Krzysztof: „Upaincom już starczy, My tutaj w PL też chcemy żyć”.

Damian (mąż i ojciec): „Może zabierz jeszcze Naszym rodakom mieszkania, które dostali i oddaj je Ukraincom”.

Patrycja (zielonogórzanka, która 24 lutego swoje zdjęcie profilowe na Facebooku ozdobiła ukraińską flagą): „Czy jego kur** do reszty pojebało ?! Mało od nas dostali ?!”.

Monika: „To kutwa niech odda swoje pieniądze menda. Te pieniądze są dla nas, nie dla Ukrainy”.

Janusz (absolwent AWF): „Witki opadają. Jak ma ochotę dać na pomoc Ukrainie to niech odda swoje lub wstąpi do Armii Ukraińskiej”.

Kazimierz (mąż i ojciec): „Lekko się rozdaje nie swoje pieniądze. Ukraińcy by nam nie dali”.

Karolina (miłośniczka zwierząt): „Następny pajac oderwany od rzeczywistosci, mało już pomogliśmy?”.

Bartez: „dosyć pomocy banderowcom”.

Anna (zaręczona zielonogórzanka): „Zapytaj może zanim zaczniesz wydawać pieniądze na to bydło czy my w ogóle ich tu chcemy?”.

Sylwia (absolwentka Uniwersytetu Zielonogórskiego, która na Facebooku popiera WOŚP i wolne media): „Jasne wszystko dla Ukraińców a polskie dzieci i polskie rodziny mieć w dupie. Pobierowskiego już do reszty trzepło. Żenada”.

Dorota (żona i matka): „Najpierw Polakom pomóżcie!!!”.

Krzysztof: „Mają rączki… mają nóżki… niech na siebie zarabiają. Ja codziennie w sklepie i na stacji benzynowej ponoszę koszta tej wojny i pomocy… to chyba wystarczające”.

Malwina (pracownica żłobka): „Weź ty radny Pabierowski pierd… się w łeb, oddaj swoje pieniądze, mało jeszcze od nas dostali, pora pomyśleć o Polakach bo niedługo dzieci nie będą mieli czym nakarmić i za co opłaty zrobić, co za poj… gosc , sory za słowa ale innych nie potrafię użyć na takich zjebow”.

Jakub (kierowca Bolta): „Już się nie zesrajcie z ta Ukrainą”.


Julia wierzy, że ułoży sobie w Polsce nowe życie. Dawniej dbała o to, żeby mąż był zadowolony. Niedawno przyjechał, jak zwykle pijany. Nie chciała go przyjąć z powrotem. – Powiedział, że się zmieniłam, że nie jestem już taka jak kiedyś, przed wojną. Pomyślałam wtedy, że to dobrze, że nie jestem już taka. Powiedziałam: „Wynoś się, nie chcę cię widzieć!”.

Julia razem z Maszą i Artemem odprowadza do wyjścia swoich gości: Rusłanę, Zosię i Janinkę.

Ludmiła kupiła sukienkę. – Wcześniej nie miałam na to siły, nie czułam potrzeby – mówi. Rozpoczęła kurs na prawo jazdy. – Powoli zaczynam wierzyć, że coś na mnie jednak czeka. Pomagają mi rozmowy z przyjaciółką, też Ukrainką, która jest psychologiem. – Wciąż chwyta za bransoletkę, którą dostała od Wiaczesława. – Może kiedyś przyjdzie czas, że ją zdejmę. Jeszcze nie potrafię.

Zosią, Jarek i Masza oglądają telewizję.

Rusłana czeka na odpowiedź papieża, który 9 stycznia 2023 roku nazwał wojnę w Ukrainie „zbrodnią przeciwko Bogu i ludzkości”. Czeka na jego reakcję. Czeka na męża. Nie traci wiary w to, że Władysław wróci. – Jaki będzie, gdy wróci?

Nazar boi się powrotu do domu. Boi się o ludzi, którzy tam mieszkają. – Jacy będą? Zobaczę te same budynki, pola, lasy, ale ludzie będą inni. Jak mnie przyjmą, skoro nie poszedłem na wojnę?

Oksana czeka na córkę. Z mężem coraz częściej myślą o powrocie do Ukrainy. Pyta synka: – Pamiętasz imiona kolegów, którzy tam zostali? – Iwan wymienia tylko cztery imiona. Reszty kolegów nie pamięta.

Jarek gra w grę na telefonie mamy.

Wśród dzieci uchodźców są i takie, które po kilku miesiącach wracają z rodzicami do Ukrainy i tęsknią za podstawówką numer jeden w Kożuchowie. Dziesięcioletni Ołeksij, na którego w Polsce wołali Leszek, latem wrócił z mamą do Irpienia w rejonie buczańskim. Pod koniec sierpnia przysłał list do szkoły, do wychowawczyni: „Droga pani Elu, już wróciłem do Irpin. Jutro zaczynają się zajęcia, ale będę uczyć się online. Jak się masz? Życzę posłusznych dzieci w nowym roku szkolnym. Naprawdę tęsknię za tobą i kolegami z klasy. Wyślij wszystkim moje pozdrowienia. Z miłością, Leszek”. Do listu dołączył zdjęcia. Na jednym w tle widać blok ze spalonym balkonem. Na drugim szkolne boisko ze śladami po bombie.


Tekst: Michał Szczęch
Zdjęcia: Agata Grzybowska
Redakcja: Magdalena Kicińska
Weryfikacja tekstu i wykresy: Marcin Czajkowski
Wydawczyni: Barbara Sowa


Mecenasem Fotografii w „Piśmie” jest sieć Puro Hotels, która poprzez zaangażowanie w życie kulturalne i działania edukacyjne popularyzuje wiedzę na temat sztuk wizualnych.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00