Tekst powstał w ramach współpracy płatnej z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku.
Katarzyna Kazimierowska: Rozmawiamy przy okazji drugiej edycji zainicjowanego i współkoordynowanego przez ciebie projektu Ciało-opowiadanie, który jest realizowany przez Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku. To ważny dla ciebie projekt – osobiście i zawodowo.
Bartek Lis: Ważny, zwłaszcza że zaczął się wiele lat temu, od intuicji, że improwizowany ruch ma sens dla osób dorosłych z doświadczeniem chorób przewlekłych, ale nie tylko dla nich. A sam pomysł powstał, kiedy pracowałem w poznańskim Centrum Kultury Zamek.
Stworzyliśmy wówczas projekt o nazwie Nie widać. Wychodził on z mojego doświadczenia osoby, która samorzeczniczo realizowała działania i wydarzenia związane z chorowaniem na stwardnienie rozsiane (sclerosis multiplex, SM) – z którym ja wędruję już 25 lat. Najpierw była wystawa, potem przyszła pandemia, a po pandemii pojawiła się w nas wszystkich potrzeba wychodzenia z domu, bycia ze sobą i z innymi w aktywnościach niezwiązanych z chorowaniem, z medykalizacją.
Wtedy nie było dla mnie jasne, że chodzi po prostu o ruch, ale miałem już szerszą refleksję dotyczącą potrzeby zaangażowania instytucji kultury w pracę z tematem zdrowia – jak to się teraz odbywa w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku. I chciałbym, żeby to się rozwijało, także jako część dyskusji dotyczącej użyteczności instytucji kultury wobec potrzeb jej odbiorców. Bo dziś realizowanie na przykład programu edukacyjnego czy kulturalnego – rozumianego jako spektakle, koncerty, film czy literackie spotkania autorskie – to już za mało.
Myślimy o kulturze w kontekście edukacji, rozwoju, dobrostanu emocjonalnego, wzbogacania naszego życia wewnętrznego, a mało mówi się o odpowiedzialności kultury w kwestii zdrowia fizycznego. Wasz projekt oferuje możliwość uczestnictwa w zajęciach dotyczących pracy z ciałem. I to wciąż jest kultura. Jak wyglądało przygotowanie tego projektu?
Wiedzieliśmy, że chcemy zaprosić do niego osoby zainteresowane nie nauką tańca, nie tańcem jako takim, ale samym ruchem, badaniem swojego ciała podczas ruchu. Zależało nam, żeby zaproszenie dotarło zwłaszcza do osób, które mają wyzwania związane ze swoim ciałem.
Wiedzieliśmy, że to nie jest dla osób, które szukają zajęć tanecznych lub po prostu chcą poznać nowych ludzi. Jeśli ktoś pisał, że ma jakieś doświadczenie związane z ciałem, które chce sobie przepracować, była to dla nas wskazówka. Staraliśmy się o jasny przekaz: to będzie praca z ciałem podczas ruchu, poznanie i akceptacja swoich ograniczeń.
Sam przygotowałem ogłoszenie zapraszające na zajęcia i opowiedziałem w nim swoją historię, pisząc, że nazywam się Bartek, mam 46 lat, a tyle lat choruję na stwardnienie rozsiane. Ta informacja była ważna dla mnie jako organizatora, ale także uczestnika zajęć, i zakładałem, że ważna będzie również dla osób, które postanowią się zgłosić. Pytając je później, dlaczego chcą wziąć udział w projekcie, braliśmy pod uwagę ich osobiste historie. Nie chodziło o to, żeby padła w nich jakaś jednostka chorobowa, ale zależało nam, żeby tak zbudować grupę, by wszyscy się w niej dobrze poczuli.
Jednocześnie to zaproszenie na zajęcia wyjaśniało czym jest ciało-opowiadanie, po co my tę przestrzeń tworzymy, dla kogo i kto najprawdopodobniej poczuje się w niej dobrze. To sprawiło, że osoby, które wzięły udział w projekcie, czuły, że jest skierowany właśnie do nich. Zwłaszcza że od początku nie myśleliśmy o nim jako jednorazowym wydarzeniu, dlatego zależało nam na dotarciu do osób, które myślą o kolejnych zajęciach jako pewnej kontynuacji, procesie. Uważność na ciało w takiej ciągłości – to był nasz cel.
Jak wyglądają zajęcia?
Podczas spotkań grupa pracuje według scenariuszy przygotowanych przez Aurorę Lubos, ale jest też miejsce na aktywność i inicjatywę grupy. Ważny dla mnie jest komunikat, że to przestrzeń, w której ciało zaczyna opowiadać coraz bardziej swoje historie. O własnych doświadczeniach można rozmawiać, ale można też opowiadać ciałem, ruchem. Przy tym nie są to zajęcia ani działania terapeutyczne, bo ja jestem badaczem społecznym i animatorem kultury, a jest Aurora choreografką.
Chcę też podkreślić, że nasze zajęcia bardzo mocno wychodzą z głosu ciała, jego fizyczności, jego somatyki – z tego, że ono czasem nie działa, że jest zmęczone, że noga nie daje rady albo że choroba szpeci ciało. Czasem tym, co przeszkadza w ruchu, jest problem z chodzeniem, widzeniem, słuchem, kompetencją poznawczą, kognitywną – ale choć ja mam te wszystkie wyzwania, jestem uczestnikiem warsztatów. I w pewnym sensie każdy z nas miał coś z ciałem, nawet jeśli to nie było widoczne, ujawnione.
Obok ruchu jest przestrzeń na rozmowę?
Na ruch poświęcamy 75 procent czasu, a pozostałe 25 procent na inną aktywność, często o charakterze mocno performatywnym. Aurora jest artystką wizualną, więc w ramach zajęć czasem coś montowaliśmy, wykonywaliśmy coś rękoma, uznając, że ten ruch też jest ważny. A sama rozmowa jest zawsze możliwa. I jeśli się wydarza, to wędrujemy za opowiedzianą w niej historią.
Na zajęcia przychodzi na przykład 80-letnia Bożenka, przyprowadzana przez młodszą koleżankę. W pewnym momencie, podczas jakiejś prostej aktywności ruchowej, powiedziała, że jest bardzo szczęśliwa. I choć pierwszy raz od dawna znajduje się w towarzystwie nieznanych jej jeszcze osób, to jednocześnie czuje, że to też pierwszy moment, w którym ktoś zadbał, aby coś o sobie opowiedziała. A potem – bez wchodzenia w szczegóły, jak jej życie wygląda – powoli, otwierając się, opowiedziała swoją historię ruchem.
Przeczytaj też: Porozmawiaj z ciałem
Wrócę do momentu, w którym realizowałem projekt dotyczący sytuacji osób z niepełnosprawnością niewidoczną, doświadczeniem SM. Pamiętam z niego, że najbardziej dojmującą opowieścią, jaka padała z ust innych, oprócz zmęczenia medykalizacją, była ta o byciu niewidocznym i niewysłuchanym. A to przecież doświadczenie nie tylko osób z chorobami przewlekłymi.
Brakuje przestrzeni, w których ludzie mogą opowiedzieć swoją historię. Niezależnie od tego, gdzie się znajdują, jakim kapitałem kulturowym dysponują otaczające ich osoby, na jakim etapie swojego życia są, trudno im znaleźć kogoś, kto ich wysłucha. A podczas warsztatów jest i przestrzeń, i gotowość osób uczestniczących do wysłuchania innych.
Można więc opowiadać, ale można też milczeć. Można opowiedzieć sobie w głowie albo ruchem ciała. I nikt nie usłyszy: „Przestań już gadać”. Te rozmowy zdarzają się często poza dramaturgią i scenariuszem spotkania, ale jednak się dzieją. Czasem jest to werbalne, a czasem cielesne dialogowanie.
Na zajęcia przychodzi na przykład 80-letnia Bożenka, przyprowadzana przez młodszą koleżankę. W pewnym momencie, podczas jakiejś prostej aktywności ruchowej, powiedziała, że jest bardzo szczęśliwa. I choć pierwszy raz od dawna znajduje się w towarzystwie nieznanych jej jeszcze osób, to jednocześnie czuje, że to też pierwszy moment, w którym ktoś zadbał, aby coś o sobie opowiedziała.
Skąd pomysł na nazwę i sam cykl warsztatów?
Uczciwie muszę to powiedzieć, że pomysł na warsztaty wynikł nie tylko z moich doświadczeń badawczych, czyli wniosków, które pojawiły się w efekcie wywiadów z osobami tak jak ja chorującymi na stwardnienie rozsiane. Wynikł on także z mojej własnej potrzeby – poszukiwania miejsc, przestrzeni, w których kultura może być narzędziem do oswajania niesprawności. Albo może inaczej: do dostrzegania wartości w mojej cielesnej nienormatywności (potykaniu się, zachwianiach równowagi, trudności w utrzymaniu balansu). Z poszukiwania jakiegoś swoistego języka do wyrażania własnej historii, opowiadania o pewnym doświadczeniu.
Jest nim właśnie ciało, które szuka sposobów na opowiedzenie czegoś, niekoniecznie językiem lekarskim, medycznym. To nie konfesja na kozetce czy na szpitalnym łóżku, tylko snucie narracji na własnych warunkach. Właśnie tak w którymś momencie przeszedłem od Nie widać jako tytułu cyklu do Ciało-opowiadania. Ciało może wydawać się nieme, ale jak pokazują nasze warsztaty, ono stale coś mówi.
Występujesz w potrójnej roli: organizatora warsztatów, uczestnika i badacza. Jakie są twoje refleksje po pierwszej i w trakcie drugiej edycji?
Pole ciała, jego wyzwań i ruchu to obszar moich badań, ale także osobistego zainteresowania, próba zrozumienia siebie w tym opowiadaniu o ciele, w doświadczeniu ruchu i tańca. Nie chodzi więc tylko o badania, ale także o wyznaczanie sobie nowej ścieżki życiowej i zawodowej. To jest dla mnie fascynujące, bo ciało w ruchu staje się ważnym językiem opowieści i obserwacji.
Dla mnie jest to miejsce i moment na postawienie pytania, jak realizować coraz lepsze działania o tym charakterze dla osób z różnymi wyzwaniami związanymi z ciałem (w tym z chorobami przewlekłymi) oraz w jaki sposób inne instytucje kultury mogłyby rozwijać podobne projekty.
W raporcie piszesz: „To opowieści o ciałach, które nie mieszczą się w ciasnych definicjach zdrowia, sprawności, normy, o ciałach negocjujących swoje granice i odkrywających inne możliwości, i o zdrowiu rozumianym jako relacja z samym sobą, z innymi, z przestrzenią”.
Kryje się za tym świadomość, że na doświadczenie ciała w ruchu wpływa cała masa aspektów. Na przykład kwestie techniczne, związane z samą przestrzenią – jak ciepło podłogi, pogoda za oknem, światło sztuczne lub naturalne. To wszystko wpływa na pracę z ciałem, ale też na nas w ogóle. Samopoczucie pod wpływem tych aspektów też się zmienia i to także można opowiedzieć.
Zresztą zawsze na początku zajęć jako uczestnik opowiadam, jak się tego dnia czuję. Czasem ktoś po mnie dołączy i też powie, jak się ma, albo pokaże poprzez swoje ciało, czy dziś ma się ono lepiej lub gorzej.
Jednocześnie widzę, jak bardzo Aurora Lubos jest wyczulona na potrzeby ciał uczestniczek, ale też moje. Czasem widząc, że czuję się gorzej – bo jestem najsłabszy w tej grupie, słabszy nawet od 80-letniej Bożenki – a nie chcąc mnie wykluczać, Aurora proponuje wykonanie jakiegoś ruchu, opowieści na przykład na podłodze lub na krześle. Albo proponuje, że teraz popracujemy tylko dłonią. Nie chodzi o to, by zamiast planowanego ruchu wykonać jego substytut czy protezę, ale by wszyscy mogli opowiadać, uczestniczyć, pozostać w dialogu z innymi.
Przeczytaj też: Ciągle zerkam kątem oka. Opowieści matek osób z niepełnosprawnościami
Kolejne zdanie z raportu: „Ciało ma swoją pamięć i swój sposób mówienia”. W związku z tym pracujecie w zgodzie z ideą ruchu intuicyjnego, czyli niezaplanowanego, będącego wynikiem impulsu, z ramienia, z oddechu. To jest dla mnie ciekawe, bo ruch intuicyjny, czyli nienarzucony z góry, niewymyślony, nie jest układem tanecznym, nie jest nawet układem ruchowym. Jak to wygląda?
Zwykle ruch – ten niezaplanowany, intuicyjny – zaczyna się już w momencie rozgrzewki. Na przykład Aurora zaprasza nas, żeby przejść z jednego końca sali na drugi, zauważając napotkane osoby, i życzliwie je przywitać. Ale nie w sposób, w jaki witasz się na co dzień, tylko taki, który na przykład rozgrzewa twoje plecy.
Co to znaczy?
No właśnie, to trzeba intuicyjnie odkryć. Czy mam tymi plecami dotknąć pleców osoby, którą mijam? Czy może wystarczy, że przechodząc, uśmiechnę się i poczuję, jak mój uśmiech i reakcja tej osoby rozgrzewają moje plecy? Chodzi o to, żeby uznać, że ja sam wiem najlepiej, jak poprowadzić moje ciało, by to poczuło, bo przecież znam je najlepiej. I to jest moment, w którym w pełni rozkwita intuicja, której można dać się prowadzić.
Na doświadczenie ciała w ruchu wpływa cała masa aspektów. Na przykład kwestie techniczne, związane z samą przestrzenią – jak ciepło podłogi, pogoda za oknem, światło sztuczne lub naturalne. To wszystko wpływa na pracę z ciałem, ale też na nas w ogóle. Samopoczucie pod wpływem tych aspektów też się zmienia i to także można opowiedzieć.
Bardzo pomocna jest tu muzyka, która też pozwala się uwolnić. Wówczas ciała wymykają się trochę spod naszej kontroli, czyli tego, jak ruch powinien wyglądać albo jak nam się wydaje, że wygląda. Chodzi mi o musztrę narzuconą jakimś układem rodem ze szkoły czy z naszego wyobrażenia o tańcu, o poruszaniu się naszego ciała.
U nas nie ma poprawności ani zachowawczości, bo to nie jest show, taniec z gwiazdami, tylko odpalenie ciała w pełnej swobodzie, w przyjemności, w jakiejś opowieści. I w tym sensie to jest intuicyjne. Ale też bardzo prywatne, bo to są prywatne choreografie i prywatne historie opowiadane przez nasze ciała.
A jaka jest twoja prywatna historia?
Moja jest opowiadana poprzez doświadczenie chorowania na stwardnienie rozsiane. Oznacza to, że moje nawigowanie po małej przestrzeni mieszkania czasem sprowadza się do tego, że tracę równowagę, koordynację. Muszę wtedy szybko wykonać jakiś ruch, żeby tę równowagę odzyskać, ustabilizować albo wręcz wyratować się z upadku.
Mój partner, obserwując mnie wówczas, często mówi, że choć wie, że ja w tym momencie walczę, wygląda to tak atrakcyjnie wizualnie, jakbym wykonywał autorską choreografię. Jakbym robił z tego użytek. Nazywa to SM dance. Podobnie jest z innymi ciałami – jeżeli ktoś nie może na przykład ruszyć biodrem, bo jest po operacji, to tę potrzebę zrealizuje inna część ciała.
Podoba mi się pojęcie autorskiej choreografii. Każda opowieść jest indywidualna, osobista, intymna, a jednocześnie stanowi część większej historii, narracji, staje się opowieścią zbiorową, wspólnotową. Wyobrażam sobie, że każde indywidualne ciało-opowiadanie układa się w chór wspólnej historii, przekazu.
Przede wszystkim oznacza to dużą uważność na drugą osobę. Sam z powodu SM szybko się męczę, moje siły są ograniczone, więc nie jestem w stanie wytrzymać dwóch godzin zajęć. Odpoczywam więc, ale dzięki temu mogę z boku popatrzeć na tworzący się proces. I właśnie wtedy bardzo często widzę to, o czym powiedziałaś przed momentem – że to się nie odbywa bez uwagi na inne ciała. Ten indywidualny ruch zawsze wchodzi w jakieś dialogi, tworząc ciekawy obraz.
Ktoś mnie raz zapytał, czemu nie zaprezentujemy tego na scenie, ale Ciało-opowiadanie od początku miało być prywatne, bez wystawiania się na oczy publiczności. Świadomość, że to nie jest na pokaz, że jest dla osób uczestniczących, a nie dla publiczności, bardzo dobrze na te osoby wpływa.
Przeczytaj też: Słuchaj swojego ciała
Brzmi to jak ćwiczenia z empatii. Budowanie zrozumienia dla swojego ciała, ale też dla ciał innych osób, wyczulenie na ich potrzeby.
Zgadzam się. Przebywanie w tej przestrzeni jest dla mnie – ale widzę, że także dla innych – uczeniem się siebie nawzajem. Wiem, że SM już nie jest wielką zagadką dla uczestniczek, a mnie ich opowieści stale przypominają, że jesteśmy różni i że ta różnorodność realizuje się w możliwościach naszych ciał.
Każde wchodzenie w interakcję, nazwanie tego, że to jest ciało-opowiadanie, że to są warsztaty ruchu improwizacji, siłą rzeczy wymaga, byśmy patrzyli na swoje ciała bez lęku i bez odwracania wzroku. Bo to bezpieczny wzrok – nie gapimy się, ale widzimy siebie.
To przyjazne, uważne, empatyczne spojrzenie jest potrzebne, bo choć powtarzam, że żyjemy w niewysłuchaniu, to tutaj ktoś może mnie zobaczyć. Jako uczestnik nie jestem już tak niewidoczny jak osoba z jakąś historią, która dla kogoś może się okazać banalna, nieważna, nieistotna. Dla mnie najważniejsze jest to, że ktoś może mnie zobaczyć jako człowieka, a nie jako jednostkę chorobową, nie jako ciało, które jest jakoś niedoskonałe lub nienormatywne.
Mówiliśmy na początku, że kultura jest nie tylko od dawania wytchnienia emocjonalnego, ale też tego cielesnego.
To dla mnie ważne, że zachodzi zmiana, która nie wydarza się prywatnie, tylko dzięki systemowemu działaniu instytucji publicznej. Mam nadzieję, że to działanie będzie się odtwarzało i rozwijało również w kolejnych latach. Czyli że stanie się częścią stałego programu. I chciałbym, żeby coraz więcej było takich przestrzeni, takich miejsc, gdzie patrzy się na kulturę jak na narzędzie, które może przyczyniać się do szeroko rozumianego zdrowienia.
Bartek Lis – socjolog, doktor nauk społecznych, kierownik działu badań I rozwoju w Instytucie Kultury Miejskiej. Od lat łączy pracę badawczą z praktyką – jako badacz społeczny, animator kultury i edukator. Interesuje go, jak wiedza może służyć zmianie – w instytucjach kultury, społecznościach lokalnych i politykach publicznych. W latach 2017–2024 związany z Centrum Kultury Zamek w Poznaniu jako kurator, badacz i animator. W latach 2012–2017 kurator projektów społecznych w Muzeum Współczesnym Wrocław. Od 2012 roku współpracuje z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych „ę”, rozwijając projekty na styku badań, edukacji i animacji społecznej. Jest także Ambasadorem EPALE – europejskiej platformy na rzecz uczenia się dorosłych. Specjalizuje się w projektach, które łączą refleksję teoretyczną z działaniem – dotyczących włączania społecznego, rozwoju publiczności, senioralnej „zależności”, społecznej konstrukcji niepełnosprawności i dyskursów o chorowaniu, edukacji obywatelskiej, a także gender, queer i crip studies. Gdańszczanin.