Wersja audio
Lato trzymało nas w cieple.
Deszcz pod arkadami i wyszliśmy na słońce,
żeby napić się kawy, pogadać.
Watę z brody Mikołaja na szkolnym korytarzu
pobrudziliśmy czerwonym flamastrem – coś
kobiecego, co było podniecające i straszne.
Dałeś mi goździki pierwszy raz.
Wołali na mnie goździkowa dziewczyna.
Wypełniliśmy knajpę o zielonych i rudych butelkach
i widziałam jak niosą tego chłopaka
do pani Styś, żeby mu zaparzyła ziółek,
bo ziółka są dobre na wszystko.
Dzwoniły twoje buty nabijane miedzią:
złapię ci koguta na zupę
z głową w dół będzie bił skrzydłami
za każdą minutę mojego spóźnienia
i prądy będą skubały nam kości.
Czy nadal jesteś żywy? Masz jeszcze
coś w głowie? Niejeden jest piękny,
wysoki jak ty, zrobiony z tych młodych
syntetycznych perfum. A jednak do ciebie
mogę wyjść jak stoję,
żeby potrząsać drzewami i kurzem zasypane
ulice rozgrzebywać nożem
i sadzić tam rodzynki, które mam w kieszeniach
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp.