Wersja audio
Połowiczne odcięcie z pchełkami w uszach, bo jednak dochodzą z zewnątrz trele uda-
jących się na spoczynek ptaków, którym sprzyja cicha susza najwidoczniej. Drobią za-
jadle w szarym kącie za cisem. Kopią uparcie w skorupie gliny, dziobią w osnówkach,
ale nie posuwają się dalej, gardzą owocem, rozpoznają trutkę. Na słuchawkach Poison
Idea, wymiot w ustach. W ekranie platformy retrospektywny kolega, pełna mimikra
w granicznego brynola, zwraca asfalt ze spierzchniętych warg, gra siebie w amoku
i zalotnie się uśmiecha do widza, którym się aktualnie jest. Wyszedł na prostą, zrobił
swoją sztukę, nie spożywa cukru. Jest kogo podziwiać. Nie dawano mu przyszłości,
tymczasem odbył ją jakby na przekór samemu sobie. Widzieć go w powidoku windy,
którą jeździło się tylko bardziej w dół, do kiosku z ćmagą dzieloną na małpki, by póź-
niej błąkać się po stolicy imperium. Opowiadać córce nie ma czego, ale nagle pyta, kto
zacz. To towarzysz chwilowych zapomnień, brat łata niepamięci, integralny aktor wie-
dzący wszystko o swoim aktorstwie, tej szemranej transakcji między ja i ”ja”, pedagog
zmącenia, podający pomocną dłoń widzom własnego delirium. Nie miało się wielu
podobnych okazji do podglądania przy pracy analogicznego instynktu zrozumienia
dla granych postaci. Stara szkoła. Nie to co teraz, same profesjonalne opakowania na
charaktery. Drugi plan delikatności wszedł na scenę z pretensjami do starej szkoły za-
tracenia. No nic. Tyle z kina na dziś. Wyłączyć platformę, gotować się do spoczynku.
Kanapka z dżemem, kanapka z szynką i trzy parówki. Iron Maiden. Żelazny zestaw
dla głodomora i przedłużyć tablet, żeby był spokój konsumpcji. W pchełkach skakać
po kawałkach, szukać tylko tych kiczów z dzieciństwa, kiedy pokój przypominał ka-
pliczkę na demony, rosła w nim Góra Czaszki, wszystko, co grało pochodziło z pie-
kła zawsze późnego kapitalizmu, o którym opowiadali szmuglerzy złota i krawcowe,
umysłowi na kontraktach i przyszywany wujek, pilot. Aces high. Po drugiej stronie
kurtyny powstawały tylko kapliczki, w których dziergało się chryzmaty na katanach,
ćwiekowało pieszczochy, kolekcjonowało kastety. Teraz leżą na metry w sieciówkach,
cała klasa na zdjęciu z wycieczki jest przebrana za przeszłość, wisi w antryju jej for-
macja pokoleniowa. Ale jak puścić płytę, od razu się nudzi, nie widzi w tym emocji.
Każdy na pchełkach słucha swojej nostalgii. Najniższy, wspólny mianownik: brak.
Diabeł dalej tkwi w szczegółach pokoju, pod plastrem na rastrze, w woni puszek po
piwie, w szpulkach taśm nawijanych ołówkiem, po wciągnięciu przez jamnika. Tkwi
po nic, wypłowiały jak katana z przemytu, ”rajfle” schodzone w kroku, opakowania po
dojrzewającym chłopcu z demobilu, który spuszczał się co noc w kołdrę ze strachu,
że porwie go w zaświaty, zanim zdąży cokolwiek zdziałać w komunie fanów przyjem-
nej w sumie żenady. Jak Szninkiel strapiony na kamieniu, szukał po blokach swojej
Volgi do magii. Tak by to można ująć, gdyby było z jakiej czerpać czary. Było nie było
rządził zły w pokoju.
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp.