Reportaż

Ostatecznie wszystkie kończą w tej samej rzeźni

Zdjęcia Bartek Sabela
W naturalnych warunkach krowa mleczna może przeżyć nawet ćwierć wieku. Na fermie sześcio-, siedmioletnie zwierzę, dojone z kilkudziesięciu litrów mleka dziennie, jest już wrakiem.

Zobacz, teraz będą jeść. Wyglądają wtedy jak karmione psy czy koty. Różnica jest tylko w naszych głowach – mówi mi Paweł Artyfikiewicz z Fundacji Viva!, oprowadzając mnie po schronisku w Korabiewicach koło Żyrardowa. Kilka krów biegnie w kierunku furtki, pod którą właśnie wysypano siano. Zaczynają przeżuwać, kręcą łbami, machają ogonami. Trochę się przepychają, większa przegania mniejszą. Stoję z aparatem fotograficznym tuż obok nich, po drugiej stronie siatki. Czasami któraś z krów podejdzie, powącha moją dłoń, da się pogłaskać po głowie, potem spojrzy wielkim, lśniącym okiem i wróci do jedzenia. Dopiero po chwili zwracam uwagę, że nie wyglądają jak typowe wiejskie krowy. Są zadbane, czyste, wręcz śnieżnobiałe, ich ogony i nogi nie są utaplane w odchodach. Miały szczęście. Choć są zwierzętami hodowlanymi lub – jak kto woli – gospodarskimi czy wręcz rzeźnymi, wszystkie zostały interwencyjnie odebrane z gospodarstw. Umknęły przeznaczeniu.

– Kazimiera została zabrana w fatalnym stanie z gospodarstwa koło Kazimierza Dolnego – opowiada Artyfikiewicz. – Właścicielkę uznano za winną znęcania się nad zwierzętami. Florkę odebrano z minizoo, była okropnie zaniedbana, ale udało się ją uratować. Aśka, ta najmniejsza, to ciekawy przypadek. Jej matka rodziła same karłowate cielęta, była zatem nieprzydatna i wysłano ją w końcu do rzeźni. Aśkę udało się zawczasu wykupić. Jest jeszcze zabrany z likwidowanego gospodarstwa byczek Fernando. Krowy udało się właścicielce sprzedać, byczka nikt nie chciał, więc znalazł się u nas.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Do schroniska w Korabiewicach prowadzonego przez Fundację Viva! trafiają zwierzęta z interwencji: psy, koty, konie. Ale także świnie i krowy wykupione od rolników lub z likwidowanych gospodarstw. – Raczej nie wykupujemy krów z ferm przemysłowych – kontynuuje aktywista. – Wiemy, że jeśli wykupimy zwierzę z takiej fermy, to za nasze, czyli naszych darczyńców pieniądze, trafi tam kolejne. – Skoro te krowy u was są wolne, to dlaczego mają tagi na uszach? – pytam o plastikowy znacznik z numerem identyfikacyjnym. Artyfikiewicz wyjaśnia: – Prawo i praktyka weterynaryjna nie przewidują możliwości, by krowa jako zwierzę gospodarskie nie była przeznaczona do konsumpcji. Musi być zarejestrowana, a fakt, że mieszka u nas i nigdy nie zostanie zabita i zjedzona, spokojnie dożywając starości, nie ma z punktu widzenia prawa żadnego znaczenia.

Aśka, Florka i Kazimiera są krowami rasy mlecznej. Ich przeznaczeniem było życie w gospodarstwie produkującym mleko, a po kilku latach – śmierć w rzeźni. Fernando, który mleka dawać nie może, nie dożyłby nawet kilkunastu miesięcy.

 


Ale zacznijmy od początku:od inseminacji, czyli zapłodnienia. Sztucznego i z użyciem przemocy. Byka przy tym nie ma. Jest za to wykwalifikowany inseminator zakładający na rękę długą, gumową rękawicę i krowa ustawiona do niego tyłem między stalowymi barierkami, by nie mogła się ruszać. Pracownik wkłada rękę w odbyt krowy (wchodzi prawie cała) i łapie szyjkę macicy. Następnie specjalnym narzędziem wstrzykuje nasienie, wcześniej pobrane od byka. Uzyskuje się je przez masturbację przy pomocy fantomu ze sztuczną pochwą. Byków na fermie jest niewiele (lub nie ma ich wcale), jeden może być przecież dawcą nasienia dla wielu krów.

Jałówki ras mlecznych mają około piętnastu miesięcy, gdy inseminuje się je po raz pierwszy. Ciąża trwa u nich tyle co u człowieka, a zatem krowa ma nieco ponad dwa lata, rodząc pierwsze dziecko. Jest obdarzona bardzo rozwiniętym instynktem opiekuńczym. Wylizuje nowo narodzone cielę ze śluzu – to masaż zapobiegający utracie ciepła i pobudzający u malucha krążenie oraz perystaltykę jelit. W organizmie matki zaczyna się obfita laktacja. W pierwszych dniach z jej gruczołów płynie gęsta siara, bogata w białko, tłuszcz, składniki mineralne i przeciwciała, niezbędne, by cielak nabrał odporności. Dopiero po kilku dniach z wymion krowy zaczyna płynąć właściwe mleko.

Młode byczki trafiają do budek cielęcych, potocznie zwanych igloo.  Mają tam niewielką możliwość ruchu, więc ich mięśnie pozostaną delikatne. Po ośmiu tygodniach te najsłabsze z nich, jadą do rzeźni.

Płyn, który nowo narodzony cielak powinien pić przez pierwsze osiem, dziewięć miesięcy życia, jest tym samym płynem, który trafia w litrowych kartonach na sklepowe półki. Tym samym, z którego mają zostać wyprodukowane jogurty, maślanki, śmietany, kefiry. Masła, twarogi i sery. Batoniki oraz lody. To międzygatunkowy konflikt interesów. Cielak zostaje zatem odebrany matce. Jak szybko? Czasami już po paru godzinach, czasami po trzech dniach, najczęściej jednak już w pierwszej dobie od narodzin. Wydzielana u matki oksytocyna i kontakt fizyczny budują niechcianą w przemyśle więź.

Jeśli cielę jest płci żeńskiej, to po odchowaniu podzieli los matki i trafi do reszty dojnego stada na linii produkcyjnej w zakładzie mleczarskim. Jeśli męskiej – stanowi odpad produkcyjny. Młode byczki trafiają do budek cielęcych, potocznie zwanych igloo. Nie mają kontaktu z matką ani z innymi cielakami. Igloo to przestrzeń długości dwóch metrów, szerokości nieco ponad metr i wysokości niespełna półtora metra, obudowana ścianami z tworzywa sztucznego. Cielęta mają niewielką możliwość ruchu, więc ich mięśnie pozostaną delikatne. Po ośmiu tygodniach pierwsze byczki, te najsłabsze, jadą do rzeźni. Resztę przenosi się do grupowych kojców i tam hoduje. Część pojedzie do rzeźni w wieku sześciu, ośmiu miesięcy. (Cielęcina świetnie smakuje duszona, pieczona oraz w sosie). Większość będzie dalej opasana na mięso, dożyje wieku kilkunastu miesięcy, maksymalnie dwóch lat i skończy jako wołowina. Nieliczne sztuki staną się bykami rozpłodowymi.

Przez pierwsze trzy do pięciu dni życia cielęta są karmione siarą od matki (choć nie mają z nią fizycznego kontaktu), potem dostają substytut mleka. To prawdziwe pijemy my.

 


 

Mleko w szkole dostajemy

I na przerwach je pijemy,

Każdy pije z wielką chęcią,

Przeciwdziała stresom, spięciom.

 

Mruczy krowa na polanie:

„Wydój, wydój mnie, mój panie!

Ząb się kruszy? Kość się łamie?

Wypij mleko na śniadanie!”.

 

Moja babcia mleko pije

I dlatego długo żyje,

Mleko w życiu to podstawa

A zarazem – cud zabawa!

 

Pijmy mleko moi mili,

Byśmy dobrze się uczyli!

Powtarzajmy wciąż te słowa:

„Tylko mleko sił nam doda”!

 

Znalazłem ten wierszyk, napisany przez uczennicę czwartej klasy szkoły podstawowej we Wrocarce, na stronie mlekowszkole.pl. Oglądam na niej zdjęcia z kilkudziesięciu spotkań promujących mleko w szkołach w całej Polsce: pełne sale gimnastyczne, prezentacje o zaletach mleka, plakaty, konkursy, dzieci poprzebierane za łaciate krowy. To tylko jedna z wielu kampanii propagujących regularne spożywanie mleka. Fundusz Promocji Mleka, …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

Reportaż ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn opinii” (09/2020) pod tytułem Z ubojni zwierzę nie ucieka.

FreshMail.pl