Portret

Viktor Orbán. Węgierski Premier na wojnie z akademią

W systematycznym osłabianiu szkolnictwa węgierskiemu premierowi stanęła na drodze jedna instytucja: budapesztański uniwersytet założony przez George’a Sorosa.
rysunki Rafał Piekarski

Nad Budapesztem wisiał nieubłaganie szary poranek, ale mimo to Michael Ignatieff zabrał mnie na dach głównego budynku Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego. Kanciasty gmach wzniesiono niedawno; dominowały tu stal, szkło i polerowane drewno. Na dachu znajdował się ogród. Żelazne ławeczki stały wśród małych pagórków trawy i mogłoby się zdawać, że ktoś przeniósł fragment nowojorskiego parku High Line tu, do stolicy Węgier. – To chyba moje ulubione miejsce w całym kampusie – oznajmił mi Ignatieff. Ze względu na zimowy dzień włożył na głowę kaszkiet; okulary do czytania, które przez roztargnienie zapomniał zostawić w gabinecie, zsunęły mu się na czubek nosa. Przed nami rozciągał się widok na szeroki Dunaj oraz budynki stanowiące pamiątkę po imperialnej przeszłości miasta.

Ignatieff – intelektualista, który bez powodzenia ubiegał się o stanowisko premiera Kanady – poświęcił większość życia zagadnieniom kruchości praw człowieka oraz nieodpartych pokus nacjonalizmu, lecz kiedy w 2016 roku został rektorem Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, nie spodziewał się, że wkrótce znajdzie się na pierwszej linii frontu walki w imię liberalnych idei. Sądził, że czeka go błogi powrót do domu. Węgry to ojczyzna jego żony, Zsuzsanny; przy okazji częstych wizyt u jej krewnych Ignatieff dobrze poznał kraj. – Mam już swoje lata – tłumaczył mi. – Myślałem sobie: „To będzie sympatyczne zwieńczenie kariery”.

Wskazał nieodległy kompleks budynków rządowych. Właśnie tam, niespełna rok przed przyjazdem Ignatieffa, autorytarny rząd premiera Viktora Orbána opracował plan wyrzucenia Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego z kraju. Uczelnia uchodzi za najbardziej prestiżową na Węgrzech. Studiowali tu prezydenci, dyplomaci, a nawet członkowie Orbánowej świty. Ci ostatni zwrócili się jednak przeciwko instytucji, która ich ukształtowała, toteż postanowili usunąć Uniwersytet Środkowoeuropejski z Węgier. Ignatieff objaśniał mi sytuację, kręcąc głową. – Nie tak miało to wszystko wyglądać – stwierdził.

Węgry mogły niegdyś pochwalić się najlepszymi uczelniami w postkomunistycznej Europie, lecz rząd Orbána przeprowadził szereg systematycznych, niszczycielskich reform. Urzędnicy wkroczyli na uniwersytety i przejęli nad nimi ścisłą kontrolę. Dawniej o przydziale pieniędzy na badania decydowało niezależne ciało, w którego skład wchodzili naukowcy, teraz zaś zajmują się tym wierni ludzie premiera. Kiedy przyjechałem do Budapesztu, jeden z prorządowych portali internetowych wezwał studentów, by zgłaszali nazwiska wykładowców, którzy szerzą „niepożądane lewicowe poglądy”. Pewien reżimowy tygodnik opublikował „listę wrogów”: znalazły się na niej dziesiątki naukowców rzekomo należących do obcego spisku. Określono ich mianem „najemników”.

Podobnie jak Pol Pot czy Józef Stalin, Orbán marzy o pozbyciu się inteligentów i psuje system edukacji, aby ukształtować sobie potulny i uległy naród. Jest jednak autokratą nowego typu; dobrze wie, że nie musi sięgać po pałkę ani wysyłać tajniaków o północy. Swój atak na społeczeństwo obywatelskie przeprowadza, zachowując pozory legalizmu, przejmując instytucje, które mogłyby podważać jego autorytet.

Węgry mogły niegdyś pochwalić się najlepszymi uczelniami w Europie, lecz rząd Orbána przeprowadził szereg niszczycielskich reform.

Uniwersytet Środkowoeuropejski to prywatna uczelnia akredytowana w Stanach Zjednoczonych i na Węgrzech – i właśnie dlatego jest tak bardzo niebezpieczna z punktu widzenia reżimu. Jej działalność finansuje urodzony w Budapeszcie finansista George Soros, którego Orbán nieustannie przedstawia jako wroga ojczyzny próbującego mieszać się w jej wewnętrzne sprawy. Soros wpadł na pomysł utworzenia uczelni u schyłku komunizmu. Miała ona wykształcić pokolenie technokratów, którzy napiszą nowe konstytucje, sprywatyzują państwowe przedsiębiorstwa i poprowadzą kraje postsowieckie ku kosmopolitycznej przyszłości. Planował, że uniwersytet stanie się „prototypem społeczeństwa otwartego”.

Ale właśnie tego Orbán sobie nie życzy. Ustrój, który buduje, określa eufemistycznym mianem „demokracji nieliberalnej”. Premier i jego ludzie robili, co mogli, by uprzykrzyć życie Uniwersytetowi Środkowoeuropejskiemu, aż wreszcie w kwietniu 2017 roku parlament przyjął ustawę, która wprowadziła nowe przepisy, mogące potencjalnie doprowadzić do delegalizacji uczelni. Rozwiały się marzenia Ignatieffa o spokojnym życiu akademickim. Osiemdziesiąt tysięcy protestujących wyszło na ulice.

Jeden z prorządowych portali internetowych wezwał studentów, by zgłaszali nazwiska wykładowców, którzy szerzą „niepożądane lewicowe poglądy”.

Próba usunięcia Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego z Węgier oburzyła środowiska liberalne na całym świecie. Hasło „niezależność nauki” brzmi cokolwiek drętwo, lecz wyraża jedną z najcenniejszych zasad zachodniej cywilizacji. Wydawało się, że na Węgrzech zasada ta w pełni się przyjęła, teraz jednak najwyraźniej odchodzi do przeszłości. Uczelnie z różnych stron świata słały wyrazy solidarności, siedemnaścioro laureatów Nagrody Nobla podpisało list poparcia. Nawet Stany Zjednoczone, których przywódca nie należy bynajmniej do fanów George’a …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Artykuł ukazał się pierwotnie 1 czerwca 2019 roku w „The Atlantic Magazine”. © 2019 The Atlantic Media Co., wszystkie prawa zastrzeżone, dystrybucja Tribune Content Agency. Portret ukazał się w październikowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (10/2019) pod tytułem Viktor Orbán na wojnie z intelektualistami.

FreshMail.pl