Rozmowa

Cholerne czarodziejstwo

  • autorzy
  • Magdalena Kicińska,
  • Agnieszka Rosner
Rozmowa z Haliną Bortnowską, legendarną sekretarz redakcji „Znaku”.
rysunekAgata Endo Nowicka

Przyszłyśmy po radę.

To mi się czasem zdarza i trochę mnie peszy, bo nie wiem, czy podołam z odpowiedzią. Zaczynacie coś nowego, powołujecie do życia miesięcznik. To spora odpowiedzialność. Mogę wam opowiedzieć o tym, jak sama się tego uczyłam. Pierwszym miejscem − pod względem chronologii, ale i doniosłości doświadczenia − była redakcja „Znaku”. Kontakt z tym środowiskiem, o takiej tuż powojennej historii, a potem współtworzenie go były dla mnie szkołą. Nie tylko pisania czy redagowania. Życia. Bo ja nie umiem tego wypreparować z całokształtu mojego funkcjonowania, nie myślę zresztą, by – jeśli chodzi o ten obszar naszej aktywności – jego nieprzenikanie się z tym, kim się jest, jak się myśli, było możliwe. To są dwie siły, które wzajemnie na siebie oddziałują: pisanie zmienia tego, kto pisze, ale i to, jak ten ktoś pisze, zmienia się wraz z jego rozwojem, dojrzewaniem.
A najważniejszą w tej szkole moją nauczycielką była Hanna Malewska.

Halina Bortnowska (ur. 1931), filozofka, teolożka, redaktorka „Znaku”, publicystka, wolontariuszka hospicyjna. Współtwórczyni Warsztatów Dziennikarskich Młodych „Polis”, członkini Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Żołnierz AK, uczestniczka powstania warszawskiego, pisarka. Przez trzynaście lat była redaktorką naczelną miesięcznika „Znak”.

Ona była kimś więcej niż redaktorką, miesięcznik był jej głównym życiowym zadaniem. Weszła do jego zespołu niedługo po wojnie, potem, gdy w 1957 roku go po kilku latach przerwy reaktywowano, coraz wyraźniejsza była tam jej rola. W tym, jak redagowała, a potem tworzyła prowadzone już pod swoim kierownictwem numery, odbijała się nie tylko jej własna droga zawodowa i duchowa – bo przecież nie da się ukryć, że był to miesięcznik zanurzony w myśli i tradycji chrześcijańskiej – ale przede wszystkim szczególne rozumienie potrzeb czytelników, a na innym poziomie: potrzeb kultury i myśli polskiej.

 

Jakie to potrzeby?

Postaram się je opisać, chociaż mam wrażenie, że takiej uświadamiającej pracy to myśmy chyba nie wykonali. Mieliśmy w sobie rodzaj obrazu tych potrzeb, wstępnie zarysowany, który opierał się po prostu na głębszej i pełniejszej więzi z innymi ludźmi w ogóle, na byciu w kontakcie z ich – i naszymi własnymi − emocjami, myślami.
Rozwijał się on też poprzez relacje z redakcją „Tygodnika Powszechnego”. Miesięcznik był sam w sobie ukierunkowany, ale nie funkcjonował w jakimś zwarciu, scaleniu z czytelnikami. Pismo było robione bez intencji, że oto my wyrazimy siebie, to jest, że wyrazimy swoje pokolenie, będziemy jego głosem. Byliśmy raczej nastawieni na to, by po prostu mówić prawdę. Wierzyliśmy, że mamy z nią kontakt i że tym, co najbardziej potrzebne, jest pewien rodzaj samodzielności myślenia, zakorzenienia w kulturze, ale także przekonanie, że jest ono naprawdę tym, co może ratować ludzi.

 

W jakim sensie?

Musicie pamiętać o czasach, w których pracowaliśmy. Nadzieja na swobodne kształtowanie pisma była wówczas właściwie żadna. Zależało nam więc na tym, żeby zdążyć powiedzieć jak najwięcej, bo każde zdanie, które publikujemy, może być ostatnim i powinno z ludźmi zostać na dłużej. A to, co odrobinę mniej ważne, musieliśmy zostawić w postaci otwartego pytania.

 

A gdybyśmy oderwały się od „Znaku” – czy istnieją możliwe do wskazania ogólne, uniwersalne potrzeby czytelników? Czy umiałaby Pani coś takiego określić?

Na pewno nie ma takiego katalogu, który by można było wydrukować i załączyć. To byłoby naiwne. Z całą pewnością to bieżące i doniosłe − bo to nie to samo! − wydarzenia, ale i inne publikacje dyktują pewien porządek tego, czym się trzeba zająć.

 

Jak rozpoznać potrzeby czytelników, a nie narzucać im swojego przekonania? By spotkać się gdzieś pomiędzy naszą potrzebą tego, co chcemy wyrażać, a tym, czego chcą odbiorcy?

Myślę, że istnieje takie zjawisko, pokusa wdrukowania w czytelników tego, co w nas siedzi, i brania tego za ich potrzeby. To trochę skomplikowane, ale myślę, że coś takiego chyba się dzieje. I pod warunkiem, że my nie wmawiamy nikomu, że jesteśmy uprawnieni do interpretowania tych potrzeb i że jedynie nasza interpretacja jest w jakiś sposób obowiązująca, mamy prawo utożsamiać to, czemu czytelnicy dają wyraz, z tym, co chcielibyśmy powiedzieć.

 

Czyli traktować czytelnika nie jak słuchacza, a jak partnera?

W dużej mierze tak, choć i na to ścisłe grono redakcyjne „Znaku” nie miało patentu. Mieliśmy w swoim zespole osoby z bardzo czułym uchem na wszystko, co nas otaczało. Z tym że, odważę się powiedzieć, mieliśmy też ogromne zaufanie, że instynkt Hanny Malewskiej jest nieomylny. Że jeżeli będziemy za nim iść, to na pewno nie zrobimy z treści miazgi, sztucznego, oderwanego od rzeczywistości tworu, naszej fantazji. Po prostu bardzo ufaliśmy jej oraz jej ogromnej kulturze i oczytaniu.

Pisanie nie powinno być celem samym w sobie, nie powinno „obwieszczać” ani „narzucać”.

Nie robiła nam żadnego systematycznego wykładu, tylko często rozmawialiśmy i z tej rozmowy płynęły, często bardzo nieoczekiwane, wnioski i inspiracje, które nas niosły dalej, w kierunku nowych tematów i pomysłów. Cenzura mocno w nasze teksty ingerowała, ale staraliśmy się – i znajdowaliśmy sposoby! – by jednak pisać uczciwie o rzeczach istotnych.

 

Co to znaczy pisać uczciwie?

Używaliśmy słowa pisanego do celów, któreśmy wspólnie uznali za ważne i warte starania się. Pisanie było więc pewnego rodzaju narzędziem, którym posługiwaliśmy się, chcąc coś bardzo konkretnego osiągnąć. To mi się wydaje bardzo ważne i o tym nie powinniście, tworząc swoje „Pismo”, zapominać: co jest celem, a co drogą do jego osiągnięcia. Pisanie nie powinno być celem samym w sobie, nie powinno „obwieszczać” ani „narzucać”.
Winno powiedzieć innym o czymś, co – zgoda, my w pewnym sensie arbitralnie – uznaliśmy za istotne, uwrażliwić, skonfrontować z czymś, czego czytelnik być może nie znał albo z istnienia czego nie zdawał sobie sprawy. „Arbitralnie” to nie znaczy jednak: „totalnie”. Nie uważaliśmy w „Znaku”, że nasza ocena, nasze wybory tematów są jedynie słuszne. Uznaliśmy jednak, że są… nasze. Daliśmy sobie prawo do tego, by podjąć decyzje w oparciu o nasze zainteresowania, talenty, ale i wiedzę, wrażliwość – taką, nie inną – co uznajemy za istotne, i taki wybór proponować czytelnikom. Ale nie narzuciliśmy go jako jedynego, niepodważalnego! Ważne było również, by tematy, które wybieraliśmy, czy raczej pytanie, które stawialiśmy jako naczelne w numerze i porządkujące wszystkie inne w nim wątki, było możliwie jak najbardziej otwarte, często osnuwane wokół osoby, której się przyglądaliśmy, która w swojej dziedzinie postawiła jakieś inne, ciekawe pytanie.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl