Portret

Hillary Clinton nie zamierza odejść

  • autor
  • David Remnick
Rok po przegranych wyborach Hillary Clinton gniewnie patrzy w przeszłość i opowiada o Trumpie, zmowie i potędze seksizmu.
rysunekBartek Arobal Kociemba

Hillary Rodham Clinton zdobyła, jak podkreśla, „więcej głosów w wyborach prezydenckich niż którykolwiek biały kandydat” w historii Ameryki. Nie ona pierwsza mimo przeważającego poparcia wyborców przegrała głosowanie elektorskie: w historii zdarzyło się to pięciokrotnie. Ojcowie założyciele z rozmaitych powodów nieufnie podchodzili do demokracji. Jedni zdawali sobie sprawę, że może ona zagrozić niewolnictwu, inni obawiali się, że ustrój będzie sprzyjał demagogom. Wymyślili więc kolegium elektorskie. Alexander Hamilton pisał w The Federalist Papers, że uchroni ono kraj przed przywódcą, „co knuje niskie intrygi i sprawny jest w nędznej sztuce zdobywania popularności”. Dodatkowa instytucja służąca wyborczej deliberacji miała także zapobiec szkodliwym wpływom zagranicznym i „staraniom obcych potęg, by umieścić niewłaściwych reflektantów w naszych ciałach politycznych”.

Pierwszym, który mimo zwycięstwa poniósł usankcjonowaną konstytucyjnie porażkę, był Andrew Jackson; w 1824 roku przegrał z Johnem Quincym Adamsem. Jackson utrzymywał, że padł ofiarą oszustwa, a wybory ustawiono. Jego portret wisi dziś w Gabinecie Owalnym. W roku 1888 Grover Cleveland został w podobny sposób pokonany przez Benjamina Harrisona, lecz odzyskał urząd cztery lata później. Rutherford B. Hayes wygrał z Samuelem Tildenem w 1876 roku. Skomplikowane spory w kolegium elektorskim ciągnęły się wówczas miesiącami i gdy wreszcie zapadło rozstrzygnięcie, Tilden przyjął je niemalże z ulgą: „Mogę wrócić do życia prywatnego ze świadomością, że potomni uznają mnie za człowieka wybranego na najwyższy urząd, zarazem zaś wolnego od trosk i obowiązków związanych z jego piastowaniem”.

W 2000 roku Al Gore, wiceprezydent podczas obu kadencji Billa Clintona, zdobył pół miliona głosów więcej niż gubernator Teksasu George W. Bush. Ostateczna bitwa została stoczona w Sądzie Najwyższym. Zaraz po klęsce Gore wyjechał z Waszyngtonu i zaszył się w Nashville. Zapuścił brodę. Utył. Wydawał się zagubiony. Kiedy odwiedziłem go kilka lat później, mówił, że prędzej czy później skonfrontuje się z owym gorzkim doświadczeniem, lecz jeszcze nie pora. Ta pora nigdy nie nadeszła, a przynajmniej nie wynikły z tego żadne książkowe wspomnienia. Ostatecznie Gore zgolił brodę, zaczął podróżować po całym świecie z wykładami, wystąpił w filmie dokumentalnym o globalnym ociepleniu i w 2007 roku podzielił się Pokojową Nagrodą Nobla z Międzyrządowym Zespołem ds. Zmian Klimatu. Zbił majątek, pracując dla Apple’a, doradzając Google’owi i współszefując firmie inwestycyjnej. Odnalazł własną drogę. Ilekroć ktoś wspomina w jego obecności o wyborach z 2000 roku, stara się odpowiadać w lekkim tonie: – Raz wygrywasz, raz przegrywasz, no i jest jeszcze ta rzadziej spotykana trzecia opcja.

Hillary Clinton bez wątpienia opanowała sztukę przetrwania, lecz nie będzie jej łatwo osiągnąć spokój lub znaleźć sobie miejsce w sferze publicznej. Po pierwsze, Gore przegrał, będąc nieco po pięćdziesiątce. Clinton skończyła już siedemdziesiąt lat. Po drugie, okoliczności jej porażki są bez porównania bardziej niepokojące. Mało kto spodziewał się, że Clinton nie zasiądzie w Białym Domu. Jej oponentem nie był Mitt Romney, John McCain czy Marco Rubio, lecz Donald J. Trump, biznesmen aferzysta i gwiazdor reality show, szemrany, sprytny demagog, którego obietnice wyborcze nie mieściły się w ramach norm wyznaczanych przez Konstytucję Stanów Zjednoczonych. Clinton przegrała z powodu błędów taktycznych. Przegrała, bo nie znalazła odpowiedniego języka ani odpowiednich tematów, nie stworzyła na użytek kampanii wizerunku zdolnego przekonać dostatecznie wielu Amerykanów z klasy pracującej, że to ona, a nie karykaturalny plutokrata, będzie najlepiej bronić ich interesów. Przegrała, bo Trump zręcznie rozbudził siły rasizmu, mizoginii i narodowego egoizmu. Przegrała też z powodu działań aktorów zewnętrznych (Władimira Putina, Juliana Assange’a i Jamesa Comeya), które jak dotąd nie zostały w pełni wyjaśnione.

What happened Hillary Rodham Clinton

 

„Czasami chce mi się wyć w poduszkę”, przyznaje Clinton w bezlitosnej książce What Happened, apologetycznej i apoplektycznej zarazem. Pisała ją z trójką współpracowników; całe doświadczenie określiła mianem „oczyszczającego”. Odbywali długie spotkania w jej domu, omawiali szczegóły kampanii, wymieniali się notatkami, sugestiami, proponowali poprawki redakcyjne. Jednak jak powiedziała mi Clinton podczas naszej niedawnej długiej rozmowy, myślenie o wszystkim, co się wydarzyło – o Trumpie czającym się za nią niczym drapieżnik podczas drugiej debaty telewizyjnej, o nieustannym refrenie „e-maile, e-maile, e-maile”, o tym, jak obudziła się po drzemce w noc wyborczą i usłyszała, że Michigan, Wisconsin, Pensylwania i prezydentura przypadły oponentowi – było jak rozpamiętywanie okropnego wypadku. – Czasami musiałam zrobić sobie przerwę i się położyć – mówiła. – Nie mogłam znieść przeżywania tego na nowo.

 


A jednak, choć bliscy jej to odradzali, zdecydowała się napisać książkę. Książkę emanującą gniewem przeciwko ludziom i siłom, z którymi musiała się zmagać, lecz również pełną pytań i wątpliwości pod własnym adresem, żalu, goryczy i emocji trudnych do opanowania. W pewnym momencie Clinton udziela samej sobie rady: „Wypuść powietrze. Krzyczeć będziesz później”. Wieczorem 8 listopada miała wygłosić zwycięskie przemówienie w Javits Center na Manhattanie jako pierwsza w dziejach kobieta prezydent. Cały show został starannie zaplanowany. Biały strój („kolor sufrażystek”, dopełnienie dzieła Zjazdu Kobiet w Seneca Falls w 1848 roku), scena w kształcie Stanów Zjednoczonych pod wielkim szklanym sufitem. To miało być historyczne zwycięstwo, wydarzenie równie doniosłe, jak mowa Baracka Obamy w Grant Parku w 2008 roku. Zamiast tego następnego dnia rano Clinton ubrana w fiolet (symboliczne połączenie czerwonego i niebieskiego, czyli barw republikanów i demokratów) stanęła przed tłumem wstrząśniętych, płaczących współpracowników i z trudem wykrztusiła pospiesznie przygotowane słowa wdzięczności i otuchy. Potem wsiadła z Billem Clintonem do samochodu i odjechali wzdłuż rzeki Hudson. Czuła się pusta w środku, nie mogła mówić, z trudem łapała oddech. – Cały czas nękała mnie myśl, że wszystkich zawiodłam. Bo tak właśnie się stało.

Wróciwszy do domu, założyła legginsy i polar, po czym poszła na spacer. Mieszka przy Old House Lane w Chappaqua, leśnej miejscowości w hrabstwie Westchester. Jej posiadłość otacza wysoki, biały płot. Agenci Secret Service stacjonują w czerwonej stodole na tyłach domu. Było zimno, padał deszcz. Panowała cisza. – W mojej głowie pobrzmiewało wciąż pytanie: jak mogło do tego dojść?

Zanim odwiedziłem Clinton, rozmawiałem z jej najważniejszymi doradcami z czasu kampanii. Niektórzy nadal z nią współpracują, inni są z nią w kontakcie, dodają jej otuchy, przesyłają linki do artykułów i stron o rozmaitych skandalach dotyczących Trumpa. Żyją w przekonaniu, że zawiedli Clinton i – co więcej – zawiedli cały kraj. Wiedzą, że Clinton ma poczucie krzywdy, ale i winy.
– Jej cierpienie się multiplikuje – mówiła mi jedna z osób. – Przegrała, choć spodziewała się zwycięstwa, co boli ją do entej potęgi: do kwadratu, bo już drugi raz nie udało jej się zdobyć prezydentury, do sześcianu, bo wygrał człowiek, który jej zdaniem nie zasługuje na urząd i stanowi moralne zagrożenie dla Ameryki. To bezmierna udręka; nie znajdziemy dla niej żadnej współczesnej paraleli.

Clinton udziela samej sobie rady: „Wypuść powietrze. Krzyczeć będziesz później”.

W pierwszych miesiącach po wygranej Trumpa Clinton trzymała się na uboczu. Nie chciała słuchać teorii tłumaczących, dlaczego wskutek swych błędów oddała Amerykę Trumpowi. Z trudem znosiła wyrazy współczucia. Różni ludzie rekomendowali jej Xanax lub polecali znakomitych terapeutów, ona zaś tylko słuchała ze sztywnym, cierpliwym uśmiechem na ustach. Przyjaciele zawsze podkreślali determinację Clinton, by „iść dalej”. Teraz mówili o jej gniewie, rozgoryczeniu, zagubieniu, smutku. Jak sobie radziła? – Pomagało chardonnay – opowiadała mi. (Ten cytat z książki często powtarzała podczas spotkań promujących). Uprawiała także jogę, w tym ćwiczenie obejmujące „oddychanie naprzemiennie przez jedną i drugą dziurkę nosa”. Oczywiście ktoś mógłby szydzić, że białe wino i joga to autoterapeutyczne atrybuty zdradzające elitarność, lecz nie ma to znaczenia – kampania wszak dawno dobiegła końca.

Clinton spędza dużo czasu w domu. Przeczytała cykl neapolitański Eleny Ferrante o przyjaźni, dojrzewaniu i porzuceniu. Sięgnęła też po książki Henriego Nouwena, holenderskiego duchownego i teologa, który pisał o swoich zmaganiach z depresją, duchowością i samotnością. Wśród jej lektur nie zabrakło kryminałów Louise Penny, Donny Leon i Charlesa Todda. Poszła na występ taneczny swej wnuczki. Oglądała stare odcinki seriali Żona idealna i Madam Secretary (choć chwilami sprawiały wrażenie zbyt aluzyjnych). Kiedy Kate McKinnon śpiewała Hallelujah Leonarda Cohena w programie komediowym Saturday Night Live (I did my best, it wasn’t much…), Clinton miała łzy w oczach. Przez jej przeglądarkę przewinęło się mnóstwo artykułów o wpływie Rosji na wynik wyborów, o „farmach treści”, o wpadkach Trumpa i jego rodziny. – Czasem czułam się jak agentka CIA Carrie Mathison z serialu Homeland, która rozpaczliwie próbuje rozwikłać wrogi spisek, przez co sprawia wrażenie bardziej niż rozemocjonowanej. – Clinton zastanawiała się też, co robić, bo nie chciała spędzić reszty życia jak panna Havisham z Wielkich nadziei Dickensa, chodząc po domu i rozmyślając, co by było gdyby. Pytanie „co robić” nie doczekało się jeszcze odpowiedzi, aczkolwiek Clinton jest pewna, że już nigdy nie będzie kandydowała na żaden urząd.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Artykuł ukazał się w wydaniu „The New Yorker” z 25 września 2017 roku. Copyright © 2017 by David Remnick.  

FreshMail.pl