Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Historia osobista

Ostatnia podróż Barry'ego Lopeza

Przez kilka sekund nie było nikogo poza nami: my dwoje, swobodni w naszym małżeńskim łóżku, unoszący się na naszym odległym morzu.
rysunek MARTA RÓŻA ŻAK
POSŁUCHAJ

Trzy dni przed śmiercią mój mąż wstał z łóżka. W jakiś sposób udało mu się przeciągnąć swoje ciało przez korytarz i dotrzeć do salonu, gdzie zastałam go przeglądającego tom zdjęć Esther Horvath, zatytułowanyInto The Arctic Ice: The Largest Polar Expedition of All Time(W arktyczny lód: Największa wyprawa polarna wszech czasów). Białe włosy Barry’ego sterczały dziko, stał boso, mimo że była późna, grudniowa noc, deszcz ze śniegiem walił w okna. Jak zdołał naciągnąć na swoje kościste biodra spodnie od dresu? Przez cały dzień prawie się nie poruszał, podnosząc głowę tylko po to, żeby wypić łyk rosołu na kościach przygotowanego przez jedną z naszych córek, wspierając się na mnie, kiedy miał przejść do łazienki, oszołomiony lekami przeciwbólowymi. A jednak jakoś zdołał dowlec się na środek tego wynajętego domu i wyciągnąć książkę, która tak go teraz pochłonęła.

Książkę nadesłano pocztą kilka dni wcześniej, kiedy Barry wciąż jeszcze był w stanie przez godzinę lub coś koło tego wysiedzieć na sofie; przeglądał tom, starając się jak najdelikatniej ujmować kolejne kartki kciukiem i palcem wskazującym, żeby nie naruszyć stonowanych kolorów zdjęć. Był z nami zięć, przyjechał razem z resztą rodziny na kameralne świąteczne spotkanie. Obaj mężczyźni rozmawiali spokojnymi, niskimi głosami o tym regionie naszej planety, niegdyś tak dobrze znanym mojemu mężowi – bliższe mu było jedynie 36 akrów lasu deszczowego w zachodnim Oregonie, gdzie mieszkał przez pięćdziesiąt lat i gdzie ja mieszkałam razem z nim niemal przez dwa dziesięciolecia, aż do dnia, kiedy późną letnią nocą wygnał nas stamtąd pożar. Barry przesunął się bliżej Pete’a i wskazywał smugi błękitu na zdjęciach Horvath przedstawiających rozległe pola lodowe, grzbiety niedźwiedzi polarnych, niesamowitą poświatę ludzkiego światła przecinającego mrok. Łuszczącą się skórę na nosach i policzkach badaczy i badaczek, którzy zbyt wiele czasu spędzili na mrozie. Pamiętam, jak śmiał się z nutką nostalgii, tęskniąc za dniami, kiedy mógł czuć, że żyje w pełni.

Jednak teraz w salonie przerzucał strony, aż usłyszałam odgłos dartego papieru, jak trzepot spłoszonego ptaka. Kiedy wymówiłam jego imię, nie zareagował. Dotknęłam jego ramienia, szarpnął się w moją stronę i zażądał, żebym zaczęła pakować samochód, chociaż chciał też, bym najpierw znalazła jego torbę i kurtkę puchową, którą nosił przez czterdzieści lat podróży polarnych. Ponownie sięgnął po książkę, gwałtownie, jak człowiek, który upuścił klucz w mętne głębiny studni i szaleje z powodu straty.

Byłam pewna, że mój mąż zaraz zażąda, żebym go opatuliła i zawiozła mimo deszczu do naszego zniszczonego przez ogień domu, godzinę drogi od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Byłam na to przygotowana. Powie, że musi umrzeć na własnej ziemi, w pobliżu spalonych resztek dziesięciu sągów drewna przyszykowanego na zimę i stopionej ciężarówki, w przesyconym dymem łóżku w naszej sypialni, gdzie na oknach wciąż widniały smugi pomarańczowego płynu gaśniczego. Będzie się chciał upewnić, że esej, nad którym pracował, bezpiecznie czeka na niego w maszynie do pisania. Później odpocznie. Będzie spoglądał przez okno nad łóżkiem na przemykające błyskawicznie zimorodki, na napęczniałe deszczowe chmury, na łuki, które zimujący orzeł zatacza na niebie. Jakim absurdem było zamiast tego wyczekiwać końca w tym obcym domu, wśród obcych mebli, w obcym blasku dziwnie padającego światła. Byłam pewna, że Barry będzie raczej wolał wykorzystać ostatni przypływ energii, aby krążyć po obwodzie swojego spalonego archiwum, jak przez większość dni po pożarze. Zostanie samotnym wartownikiem u bram widmowego budynku, który dotąd skrywał historię pięćdziesięciu lat jego pisarskiego życia. Od …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Zapewnij sobie dostęp do ulubionych tekstów, nagrań audio, a także miesięcznika w wersji na czytniki.

Wykup dostęp online

Esej Debry Gwartney Fire and Ice pierwotnie ukazał się w magazynie „Granta” w lipcu 2021 roku. Copyright © 2021 by Debra Gwartney. Wszystkie prawa zastrzeżone. Polski przekład ukazał się w lutowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn Opinii” (2/2022) pod tytułem Ogień i lód.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00